Gorzkie słowo na niedzielę, czyli o pielęgnacji tego, co złe

Dodano przez Shellu | 30 września 2018 20:31
Licznik odwiedzin: 1020

Jedna trzecia ligowego sezonu za nami. Za nami również maraton meczów przy Bukowej. W związku z ich nagromadzeniem, chwilowo wstrzymaliśmy się z felietonami, bo działo się na tyle dużo, że po prostu nie było nawet sensownego czasu i miejsca, żeby taki tekst gdzieś wcisnąć. Teraz mamy chwilę oddechu i chyba nadchodzi czas pierwszych gruntownych podsumowań tego, co się wydarzyło. A wydarzyło się naprawdę sporo. Niestety z wielką niekorzyścią dla nas wszystkich.

Oczywiście źle było już przed wspomnianym maratonem. GieKSa w Głogowie poniosła czwartą porażkę z rzędu i tak naprawdę z trenerem Paszulewiczem pożegnać się należało dużo wcześniej. Tak się nie stało, przystąpił jako pierwszy szkoleniowiec do meczu z Odrą Opole. Do meczu, który miał być początkiem wygrzebywania się z dołu tabeli. Trzy mecze ligowe u siebie z przeciętnymi przeciwnikami miało być ku temu okazją, choć wiele osób nie przypisywało nam kompletów punktów przed żadnych z tych meczów.

Po pierwszej połowie spotkania z Odrą wydawało się, że jest jakaś szansa. Niestety w ciągu czterech minut została ona zaprzepaszczona i GKS nie wygrał wygranego meczu. Potem mieliśmy kompletnie oddany bez walki i jakiegokolwiek pomysłu mecz z Puszczą okraszony pomeczowymi dyrdymałami trenera Dziółki, bo z Paszulewiczem pożegnano się po Odrze. Kolejny mecz i chwila tak potrzebnej euforii wlanej w kibicowskie serca – wygrana w karnych z Pogonią Szczecin, awans do kolejnej rundy i wylosowanie Jagiellonii Białystok. Euforia ta trwała krótko, bo na Bukową przyjechała najgorsza punktowo drużyna w tabeli, tracąca średnio dwa gole na mecz Nieciecza. I ta Nieciecza przełamała się – a jakże – w meczu z GKS Katowice.

Dwa punkty w trzech meczach u siebie. Bez zwycięstwa w siedmiu meczach ligowych. Bariera dziesięciu zdobytych punktów i bramek jest po dwunastu kolejkach nieosiągalna.

GieKSa notuje najgorszy start sezonu od czasu awansu z trzeciej ligi. Gdy dodamy do tego, że pierwsze pięć kolejek pod względem jakości całościowo było bardzo przyzwoite, a drużyna zmierzała w dobrym kierunku, daje to obraz tego, jak szybko wszystko zostało zniszczone – ale zniszczone tak, że na ten moment wygląda na nieodwracalne.

Zaczęło się niewinnie, gdy pojechaliśmy na stadion lidera z Częstochowy, a trener Paszulewicz dokonał kuriozalnych zmian w składzie. Potem to kuriozum powtarzał w kolejnych meczach. Odstawiał tych, którzy grali dobrze, niektórych odstawił zupełnie na boczny tor – przykład Rumina. Zawodnicy nie wiedzieli, co jest grane, pewnie patrzyli po sobie i zastanawiali się, czy przypadkiem trener ma wszystkie klepki na właściwym miejscu. Mówimy głównie o młodych zawodnikach, bo to oni zaliczali niezłe mecze, jak wspomniany Rumin, Tabiś czy Łyszczarz, by potem nie znajdować się w jedenastce i czasem w ogóle nie pojawiać się na boisku. Trener tłumaczył to pokrętnie kwestiami fizycznymi, ale na Boga – jeśli ktoś na początku sezonu nie jest w stanie zagrać trzech meczów w ciągu ośmiu dni, to po prostu niech zmieni dyscyplinę. Na przykład na szachy, bo nawet i rekreacyjny spacer mógłby być obciążeniem dla wyeksploatowanego organizmu. Trudno uwierzyć, że to było jedyną przyczyną.

Trener, który podobno słynął z tego, że stawia na młodzież, w GieKSie zdecydował się na forowanie piłkarskich staruszków. I naprawdę u młodych zawodników musiało się to w jakiś sposób odbić na motywacji, bo widząc, że zasługują na więcej szans – nie dostawali ich. A już występ na przykład trzech młodzieżowców naraz w składzie musiał przyprawiać Paszulewicza o dreszcze i chyba myślał, że jak to zrobi, to trafi do piekła. Inaczej bowiem tej awersji do młodzieży w Katowicach nie da się wytłumaczyć. Chociaż… chodzą słuchy, że trener wziął sobie przepis o młodzieżowcu w składzie i myślał, że przepis ten mówi o dokładnie JEDNYM takim zawodniku.

Psuło się od Rakowa, poprzez przegrane derby i wyjazdowe porażki (w samych końcówkach) w Chojnicach i Głogowie. Zespół nie potrafił utrzymać korzystnych wyników i po tragikomicznych błędach dawał sobie wydzierać resztki punktów. Zniechęceni młodzi oraz zblazowani nie-młodzi, na czele z „wielkimi” transferami typu Piesio, Lisowski czy Śpiączka, zawalali coraz to kolejne mecze. Zarówno w ofensywie, jak i defensywie, jak mawiał klasyk.

Cztery mecze na Bukowej pogłębiły cały marazm związany z tym sezonem. Ktoś powie, że przecież mecz z Pogonią był udany. Tak, ostatecznie GieKSa przeszła do kolejnej rundy, ostatecznie mieliśmy wspomnianą chwilę euforii. Wielu kibiców, a my w swoich artykułach pomeczowych także, staraliśmy się zrobić dobrą minę do złej gry. Bo awans jest jak najbardziej cenny, ale prawda jest taka, że ta Pogoń powinna była zlać nasz zespół pakując mu co najmniej pięć bramek. Tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu wręcz partactwu w oddawaniu strzałów przez rywali oraz fenomenalnej postawie Krzysztofa Barana, udało się naprawdę cudem awansować. To był taki jeden mecz na trzydzieści – patrząc na obraz gry – który mógł się zakończyć sukcesem. Pozostałe dwadzieścia dziewięć byśmy przegrali.

Więc o ile radość była jak najbardziej wskazana, to mówienie po tym meczu, że jest to dobry prognostyk na przyszłość było równie kuriozalne, jak wypowiedzi Paszulewicza oraz Dziółki (do czego jeszcze dojdziemy). Mecz z Pogonią pokazał, że w obronie mamy wesołe miasteczko i jedyne czym w kontekście defensywy nastroił – to pesymizmem.

Niektórzy teraz mówią, że letnia przebudowa to był błąd i teraz płacimy za to dużą cenę. Bzdura. To, że klub pozbył się większości darmozjadów boiskowych było decyzją bardzo dobrą i potrzebną. Proszę sobie przypomnieć co przeżywaliśmy wiosną teraz i rok temu. Argument, że może i nieudanie, ale GieKSa walczyła o awans? Serio walczyła? Naprawdę?

Okej, nie mamy już w ekipie większości pozorantów. Wielu z nich o rok za późno, przez co poprzedni sezon był powtórką traumy, co dokładnie było do przewidzenia, ale czego nie potrafili dostrzec prezesi i raczyli nas farmazonami, że „Foszmańczyk rozegrał najlepszy sezon w karierze”.

Problemem jest to, że mimo tego niby potężnego wietrzenia szatni nadal coś pielęgnujemy. I niestety, ta pielęgnacja to pielęgnacja alkoholika, któremu załatwia się zwolnienia z pracy albo podsuwa pod nos klina, gdy tylko zachodzi taka potrzeba.

W klubie zostało bowiem kilku piłkarzy, którzy bardzo mocno maczali palce w rundzie wiosennej. Na czele oczywiście z Mateuszem Kamińskim, który w GieKSie zawalił cztery awanse, ale obecnie „pierwsze skrzypce” grają także choćby Adrian Frańczak czy Adrian Błąd. Tak, ten Błąd, który od początku maja grał tak żenująco, że mógł polecieć z całą resztą. Został i gra równie beznadziejnie, jak wtedy. Ktoś powie, że Adrian strzelił dwie czy trzy bramki, okej może strzelił, ale patrząc na jego przydatność do drużyny, to jest ona naprawdę znikoma przez 95% danego meczu. Tak jak zresztą prawie wszystkich jego partnerów. Został też młodzieżowiec Wojciech Słomka. Umówmy się – słabiak totalny, człowiek bez umiejętności, który za trzy lata prawdopodobnie nie będzie już grał tak wysoko, jak pierwsza liga. Wchodzi taki świeży na podmęczoną Pogoń i psuje wszystko, co się da. Tak – postulowałem stawianie na młodych, ale na Boga – nie na Słomkę. I wracając do Paszulewicza – wiele stracił właśnie na tym, że w pewnym momencie skoro już musiał tego młodzieżowca wstawić – to wstawił na lewą obronę właśnie tego najsłabszego z młodych.

Nie wyczyściliśmy tej szatni doszczętnie i nadal zapaszek z poprzedniego sezonu unosi się nad boiskiem przy Bukowej.

Trenera Paszulewicza na ten moment zastąpił Jakub Dziółka. Przewidywania były takie, że były piłkarz GKS coś odmieni i generalnie będzie miał bardziej po drodze z piłkarzami. Niestety Dziółka jest kontynuacją myśli szkoleniowej (hę?) Paszulewicza. Począwszy od meczu z Puszczą zaczął wydziwiać. Usposobionego bardzo ofensywnie i bardzo walecznego Puchacza ustawia na obronie. Puchacz naprawdę ma talent i chęci, ale szkoleniowiec już po meczu z Odrą prowadzonym przez swojego pryncypała powinien dostrzec, że stawiając na Tymoteusza w obronie, robi temu zawodnikowi krzywdę. On po prostu nie potrafi tam grać i z jego strony raz po raz suną ataki rywali, a sam zawodnik jest niemiłosiernie objeżdżany i ogrywany. Wystarczyłoby go tylko przesunąć formację do przodu i byłby z tego olbrzymi pożytek.

A sorry. Przecież tam gra nietykalny Błądzik. A to nie.

Wystawianie Michalika na skrzydle też jest nieporozumieniem. Zawodnik pozyskany z Olimpii niezależnie od wszystkiego jest kompletnym niewypałem transferowym, ale dając go na flankę odbiera się już jakąkolwiek możliwość sensownego skorzystania z jego usług. Trzymanie kulejącego Woźniaka jeszcze przez kwadrans na boisku również było bardzo nieodpowiedzialne, bo prawdopodobnie zawodnik tylko pogłębił swój uraz.

Niestety nie tylko w decyzjach, ale i wypowiedziach Dziółka kontynuuje Paszulewicza. Kuriozalne wypowiedzi po Puszczy, nieodpowiadanie na pytania i po prostu jakieś zdania z kosmosu naprawdę powodowały niepokój. Jak na przykład to, że wstawienie Lisowskiego na środek obrony spowodowało, że nie mogli zająć się ofensywą na treningach. Co ma piernik do wiatraka? Wypowiedzi o tym, jak to wiedzą, jak Puszcza wykonuje auty, a Nieciecza stałe fragmenty gry też są niezłe. Wiedzieli, uczulali się na to, trenowali, a na końcu właśnie w ten sposób dostali bramki. Przepraszam, czy w naszym klubie naprawdę pracują ludzie ograniczeni, którzy nie potrafią sobie przyswoić oczywistych oczywistości i raz po raz popełniają te same błędy?

Niestety tutaj dochodzimy do samej góry, czyli dotychczas również nietykalnego – jeśli chodzi o krytykę – prezesa Marcina Janickiego. To on stoi na czele tego bałaganu i to on nie reaguje twardą ręką. Nie ujmując nic z biznesowych i finansowych zasług prezesa – bo zrobił bardzo dużo i postawił organizacyjnie ten klub na nogi. Jednak GKS Katowice to klub sportowy i w tym kontekście prezes swoim brakiem reakcji i zaniechaniem pozwala, żeby ten klub znowu się sypał. Tym razem jednak tak bardzo, że możemy wylądować w drugiej lidze. Tak, to jest klub sportowy, a prowadzony jest, jakby był zwykłym przedsiębiorstwem nic ze sportem niemającym wspólnego. Brak twardej ręki, twardych decyzji, działanie na zasadzie „po sezonie będą rozliczenia” wielokrotnie się nie sprawdziło i przez to właśnie pielęgnowaliśmy piłkarskie i trenerskie miernoty o całe miesiące, a nawet lata za długo. I Marcin Janicki niestety również jest pielęgnacją – pielęgnacją i kontynuacją prezesury Wojciecha Cygana, który organizacyjnie ogarniał klub, ale nie potrafił kompletnie ogarnąć go sportowo. Jeszcze raz powtórzę – to Janicki pozwala swoim brakiem reakcji i zaniechaniem na to, że ta szatnia po prostu zaprowadzi nas w piłkarską otchłań i po 12 latach rzeczywiście się znajdziemy w innej lidze – ale nie tej, o której wszyscy marzyliśmy.

Gdzieś po drodze jest dyrektor Bartnik. Kolejny człowiek od dyrdymałów, mówiący o „wielkich sukcesach Paszulewicza”. Bartnik również powinien wstrząsnąć tym klubem, jako łącznik pomiędzy szatnią, a gabinetem prezesa. Powinien twardo wziąć się do roboty, a bierze się tak miękko, że piłkarscy i trenerscy nieodpowiedni ludzie po prostu robią z tego klubu kabaret i wstyd na całą Polskę. Niestety Bartnik tego nie zrobi. A dlaczego? Bo to zbyt kulturalny i dobry człowiek. I niestety z takimi cechami nie ma wielkich szans na wstrząs w trakcie sezonu.

Niestety te siły z przeszłości, chociaż mniej liczebne – to bardzo mocno przeważają i wpływają na obraz nędzy i rozpaczy. Kamiński, Błąd, Frańczak, Słomka, trochę Poczobut kontynuują rundę wiosenną, ale w jeszcze gorszym wydaniu niż wtedy. Dziółka kontynuuje myśl trenerską Paszulewicza. Janicki kontynuuje myśl prezesowską Cygana.

I tak się okazuje, że te zmiany wcale nie były wielką rewolucją, bo choć były duże, to nie były gruntowne. I ludzie najbardziej odpowiedzialni, nadal piastują swoje gabinetowe i boiskowe stanowiska.

Więc jak w tym klubie ma być dobrze?

9 komentarzy »

  Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.
  1. kokosz — 1 października 2018 @ 23:10

    Uważam ze tekst jest bardzo dobry. Brawo dla autora

  2. tombotleg — 1 października 2018 @ 17:17

    Też jestem za tym żebyś trochę Shellu spuścił z tonu, bo to w naszej sytuacji tylko dolewanie oliwy do ognia, milczenie jest podobno złotem, tylko spókoj nas może uratować a nie żadne inkwizycje..

  3. luk — 1 października 2018 @ 13:36

    autor który pisze ten komentarz oraz inne nie powinien się wypowiadać ani pisać o pilce nożnej a w szczególności o GKS KATOWICE ponieważ niema o tym zadnego pojęcia i trenerom mówi jacy piłkarze maja grac jak by prowadzil treningi i znal dyspozycje zawodnikow w dniu meczu Domaga się zmiany trenera i uważa ze to pomoze druzynie

  4. Irishman — 1 października 2018 @ 10:27

    Piszesz Shellu, „Gdzieś po drodze jest dyrektor Bartnik”, a ja twierdze, ze to jest właśnie clou naszych problemów. Oczywiście nie sam Tadeusz Bartnik, który jest pewnie porządnym człowiekiem ale brak dobrego zarządzania działem sportowym w naszym klubie. I ciągnie się to jeszcze od czasów prezesa Cygana. Oczywiście prezes Janicki jest tam gdzieś w tle ale tak to powinno to wyglądać w klubie wielosekcyjnym. Prezes jest od spraw organizacyjnych, od rozmów z Miastem, ze sponsorami itp. I jest to dobry układ, znacznie lepszy niż ten, który mieliśmy za czasów prezesa Cygana, a który przynosił podobne efekty. Tylko jest tutaj jeden, fundamentalny warunek – że sportem zajmuje się doświadczony fachowiec pełną gębą, który ma nad nią pełnię władzy. A z całym szacunkiem dyrektor Bartnik nie jest właściwa osobą na właściwym miejscu. Niestety prezesowanie w Myszkowie to jest zupełnie co innego niż zarządzenie sekcją sportową w tak dużym klubie i z takimi ambicjami jak GKS Katowice. Tu trzeba zupełnie innego podejścia i to widać po efektach. Bo to przecież dyrektor Bartnik wziął odpowiedzialność za odważny i kosztowny dla klubu ruch jakim było rozwiązanie umowy z trenerem Mandryszem po zaledwie pół roku, to on postawił na trenera Paszulewicza, i to wreszcie on godził się na to, aby kadra drużyny była wywracana do góry nogami już w pełni rozgrywek ligowych oraz na to, aby kontraktować drogich piłkarzy, którzy byli bez formy, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy.

    No i oczywiście w tym momencie powinien wkroczyć do akcji prezes Janicki, bo to on postawił na dyrektora Bartnika, który się po prostu nie sprawdził. I aż strach myśleć co będzie, kiedy w tej podbramkowej sytuacji nadal będzie decydował o losach KLUCZOWEJ dla klubu sekcji!

  5. PanGoroli — 1 października 2018 @ 09:19

    A tak z innej beczki, midziera gnije teraz w 2 lidze, i tak jak u nas, dalej strzela gole. Dla przeciwników, buahahaha!

  6. Mazi — 1 października 2018 @ 09:00

    Żal mi autora tego tekstu. Polecam psychoterapeutę . Musiał cię ktoś ostro wstząsać po każdym Twoim niepowodzeniu. Przez takiego głupie teksty nie będzie nigdy w tym klubie sukcesu. Karuzelę czas zacząć – trener wyrzucony, teraz czas na prezesa a następnie znowu piłkarze. I tak przez kolejnych 10 lat . To jest model Shella frustrata.

  7. q2 — 30 września 2018 @ 23:33

    Gdyby ktoś napisał, to co Shellu dwa-trzy sezony temu, miałby gwarantowanego bana. Redakcja na siłę wmawiała i sztucznie pompowała propagandę sukcesu, przy okazji usuwając komentarze i posty. Ile to czasu musiało minąć, żeby Shellu napisał to o czym po części pisało wiele kibiców:) Warto także zaznaczyć, że duża część kibiców z grupy „różowe okulary”, mocno broniła tej padliny. Niestety nie było naszego sprzeciwu, to i miasto nie traktuje nas poważnie. W drugiej lidze nowy stadion w ogóle nie będzie nam potrzebny.
    Jeszcze na koniec komentarz Stadiony.net: „Ponieważ Urząd Miasta zagrożenia nie widzi, to my śpieszymy z aktualizacją: zagrożenie kolejnego już poślizgu jest bardzo realne.
    Ponieważ nie ma jeszcze umowy ani harmonogramu przygotowania projektu, to jest niemal niemożliwe, by rozpocząć budowę zgodnie z planem, jeszcze w 2019 roku. Potrzebny jest bowiem komplet dokumentacji i pozwoleń (prawdopodobnie nie mniej niż 12 miesięcy, zależnie od zapisów oczekującej na podpis umowy), by rozpocząć przetarg na wykonanie kompleksu sportowego. Sam przetarg potrwa co najmniej kilka miesięcy (chcielibyśmy powiedzieć 3 miesiące, ale realnie będzie dłużej), więc trudno sobie wyobrazić, by udało się wbić pierwszą łopatę jeszcze w 2019……. Termin to pierwszy kwartał 2021), budowa stadionu i hali musiałaby zakończyć się w ciągu roku z maleńkim okładem, a w to naprawdę trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę skalę inwestycji”.
    Nigdy nie było lepiej.

  8. adag2007 — 30 września 2018 @ 22:26

    Nic mnie bardziej nie mogło rozbawić jak przyśpiewka ” zagraliście jak za dawnych lat ” Nie wiem kto zaproponował tą przyśpiewkę , chyba młynowy i cały mecz był tyłem do meczu .

  9. abel — 30 września 2018 @ 21:07

    Widzę że redakcja w koncu zaczyna rozumiec temat. Lepiej pozno niz wcale

 

Dodaj komentarz

*