Kupuję karnet, bo jestem najwierniejszy

Dodano przez kosa | 24 lutego 2016 12:30
Licznik odwiedzin: 1775

Bardzo podoba mi się hasło „Najwierniejsi”, które zostało wymyślone przez klub GKS Katowice podczas przerwy zimowej. Jest to hasło przewodnie kampanii karnetowej. Oprócz tego w konkursach można było wygrać kolację z gwiazdami GieKSy, grę w kręgle, wyjście do pokoju zagadek, a kilka dni temu dołożono wisienkę na torcie – darmowe spotkanie z Rozwojem Katowice. W tym chwytliwym, i nad wyraz pasującym do trójkolorowej rzeczywistości, haśle widzę tylko jedno niebezpieczeństwo. W przypadku braku awansu, za rok będziemy musieli użyć czegoś mocniejszego. Wierni, najwierniejsi i… co dalej? Pozytywnie pierdolnięci? Miejmy jednak nadzieję, że dział marketingu nie będzie musiał się nad tym głowić.

Nudzą mnie mecze na Bukowej – są do siebie bardzo podobne. Kilka lat temu, gdy nie przyjmowaliśmy kibiców gości, to zlewały się wręcz w jedną całość. Czasem trzeba było się dłużej zastanowić, by przypomnieć sobie z kim graliśmy. Obecnie fani gości mogą pojawiać się na Bukowej, ale liga jest bardzo słaba kibicowsko i nie za często mamy okazję oglądać dobre ekipy w Katowicach. Niestety rzadko zdarzają się też dobre spotkania na boisku, choć trzeba oddać drużynie, że od przyjścia trenera Brzęczka widać większą aktywność w ataku, składne akcje i niekonwencjonalne zagrania. Nie znaczy to, że GieKSa gra cały czas pięknie i skutecznie, ale widać znaczącą poprawę. Z wyjazdami mam tak samo – są coraz bardziej podobne do siebie. Gramy już tyle lat w pierwszej lidze, że większość naszych rywali poznaliśmy na wylot. Czasem oni spadną ligę niżej, by po jakimś czasie awansować. Czasem znowu awansują, by znowu spaść. My cały czas się tutaj kisimy i rok w rok odwiedzamy praktycznie te same miasta i stadiony. Coraz więcej jest także zakazów, które blokują nam wizyty u nielicznych atrakcyjnych rywali.

Często nudzą mnie mecze, ale nie wyobrażam sobie, by w nich nie uczestniczyć. To jest już taki nawyk, wręcz obowiązek. Człowiek chodzi od wielu lat na te spotkania, marznie na wyjazdach, denerwuje się na słabą grę. Wszystko po to, by przeżyć w życiu takie chwile jak wygrana w Szczecinie w samej końcówce (przegrywaliśmy 1:3), gdy dopingowaliśmy bez koszulek w ulewnym deszczu. Chodzi się na te nudne mecze przy Bukowej, by eksplodować po bramce Krzysztofa Wołkowicza w meczu z Cracovią prowadzoną przez znienawidzonego Stawowego. Nudzi się człowiek przez większość tego czasu, ale wszystko wynagradza mu bramka dająca remis strzelona przez Adriana Napierałę w ostatniej minucie meczu ze Stalówką. To jest właśnie kibicowanie – miliony nudnych z pozoru rzeczy, by raz na jakiś czas zobaczyć coś na żywo, co inni będą oglądali potem na Youtube. Jest to trudne, bo w dzisiejszych czasach każdy żyje chwilą i chce natychmiastowych efektów. Kibicowanie uczy cierpliwości.

Bardzo podobało mi się podejście Polskiego Związku Piłki Nożnej, który w eliminacjach do Euro 2016 ustalił stałe ceny biletów na każdy mecz reprezentacji o punkty. Zaczynały się one od 100 złotych niezależnie od tego czy graliśmy z Gibraltarem, czy z aktualnymi Mistrzami Świata Niemcami. Na meczu z tą pierwszą drużyną nie było kompletu, na drugi było dużo większe zainteresowanie niż mógł pomieścić Stadion Narodowy. Można było rozwiązać to bardziej standardowo – na Gibraltar wpuszczać np. od 30 złotych, a na Niemcy od 250 złotych – wtedy mielibyśmy pewnie dwa komplety i mniejszą ilość chętnych (ze względów na koszta) na mecz z Mistrzami Świata. W założeniu PZPN podobało mi się jednak podejście, że ludzie mają przychodzić na Reprezentację Polski, a nie na naszych rywali. Nie na Niemców, Hiszpanów czy inne piłkarskie potęgi, ale na Lewandowskiego, Grosika i spółkę. Podoba mi się takie myślenie, bo tak robią wielkie kluby i reprezentacje. Innym przykładem może być np. Borussia Dortmund, która gromadziła dziesiątki tysięcy kibiców, gdy znajdowała się w dolnych rejonach tabeli. Ludzie chodzili nie ze względu na wynik, miejsce w tabeli, ale dlatego, bo grał ich klub.

Mam nadzieję, że kiedyś doczekam się takiego podejścia wśród wszystkich kibiców GieKSy – nie tylko tysiąca czy dwóch, ale kilkunastu tysięcy. Ja już wyrobiłem w sobie taki nawyk – dla mnie nie jest ważne czy jadę do Suwałk na mecz Pucharu Polski, czy do Warszawy na Legię. Jadę przede wszystkim na spotkanie GieKSy. Nie układam wyjazdów czy spotkań u siebie w kolejności od najatrakcyjniejszego do najnudniejszego. Nie miałoby to przecież sensu, bo i tak przyjdę lub pojadę na każdy z tych meczów. Na Legię chciałbym pojechać nie dlatego, że to jest Legia, ale dlatego, bo obecnie gra w Ekstraklasie. A właśnie tam widzę GieKSę. Jak w tej Ekstraklasie będą grały same Nieciecze – wtedy będę tak samo szczęśliwy jakbym miał jechać do Poznania, Warszawy czy Krakowa. Moim największym koszmarem są sny, w których zasypiam na wyjazd albo stoję w korku i nie mogę dotrzeć na Bukową. Okropieństwo! Bardziej przerażające jest jednak to, że znam więcej osób, którym się takie rzeczy śnią…

Punktem wyjścia dla kibica powinna być obecność na wszystkich domowych meczach, a dla fanatyka na wszystkich wyjazdach. Dopiero od tych progów można zaczynać rozmowę o tym kto jakim jest kibicem czy fanatykiem. Bez spełnienia tych wymagań nie można według mnie mówić o kibicu i fanatyku. Nie ma bardziej obiektywnego czynnika niż ten mierzący obecność na spotkaniach. Nie da się porównać ze sobą organizowania opraw, malowania dziecięcych buziek czy tworzenia kibicowskich grafów. Każda z tych aktywności jest ważna, ale nie da jednoznacznie osądzić, która jest najważniejsza. Obecność na meczu da się zmierzyć każdemu – fanatykowi, ale także piknikowi. Zaangażowany kibic poświęci na spotkanie i GieKSę dużo więcej czasu, niż ten spokojniejszy z trybuny głównej, ale dla klubu najważniejsze jest to, że obaj są obecni na spotkaniu.

W tym momencie pewnie większość z Was się zagotowała, że śmiem odbierać im prawo nazywania się kibicami, bo zdarza im się opuścić mecz domowy. Przede wszystkim to tylko moja definicja kibicowania – każdy może mieć swoją własną. Po drugie – chodzi mi o obecność na wszystkich spotkaniach przy Bukowej, na których każdy mógł się pojawić. Życie jest różne – są pogrzeby, wesela, narodziny dzieci, ważne egzaminy, praca, rocznice, choroby, urodziny. Każdy z nas ma własną tolerancję na różne wydarzenia – znam takich co potrafią nie pójść na wesele kolegi, by pojechać na mecz. Znam też takich, dla których świętowanie… 10 miesięcy związku z dziewczyną jest powodem do tego, by odpuścić wizytę na Bukowej. Każdy ma własne sumienie – ważne, by zaliczać wszystkie mecze, w których nie przeszkadzają nam siły wyższe. Lepiej przez dziesięć lat zaliczyć połowę spotkań przy Bukowej (np. z powodu weekendowej pracy), niż przez dwa lata chodzić na każdy mecz, a potem całkowicie odpuścić.

Karnet to wygoda – kupuje się go raz i potem nie trzeba pamiętać o zaopatrywaniu się w wejściówki na poszczególne spotkania. Poza tym jest to oszczędność cenowa, choć przy niskich kwotach za bilet na GieKSę nie robi to aż takiego wrażenia. Karnet to jednak przede wszystkim sygnał dla klubu – „ufam Wam, jestem z Wami i wierzę w… Nas”. Od 2013 roku jestem koordynatorem ds. kibicowania w klubie (tzw. SLO). Jest to licencyjny wymóg i klub musiał z kimś podpisać umowę. Pełnię tę funkcję społecznie, na zasadzie wolontariatu i nie pobieram za to żadnego wynagrodzenia (w przeciwieństwie do większości takich osób w Polsce w innych klubach). Jako pracownik klubu mógłbym wchodzić na mecze za darmo, ale nie wyobrażam sobie, by nie mieć karnetu. Jestem kibicem i fanatykiem – według powyższych definicji, więc kupuję karnet, bo i tak będę na każdym spotkaniu. Jakbym mieszkał za granicą też bym kupił karnet, by dać sygnał – „jestem z Wami”. Naprawdę nie da się lepiej pokazać, że GieKSa, to nie jacyś Oni, ale właśnie My.

Podpisuję się pod hasłem „Wszyscy na Arkę”, ale tak samo podpisałbym się pod hasłem „Wszyscy na Pogoń Siedlce”. Społeczeństwo potrzebuje jednak fajerwerków i kibice nie są wyjątkiem. Nakręcamy spotkanie z Arką, bo jest to pierwszy mecz w rundzie wiosennej i dodatkowo atrakcyjny piłkarsko oraz kibicowsko rywal. Od zawsze marzy mi się, aby na każdy mecz mobilizować się tak samo mocno (czytaj: maksymalnie), ale wiem, że jest to niemożliwe. Bylibyśmy wtedy jak maszyny, a tak samo wysoka mobilizacja wprowadziłaby po prostu marazm. Reasumując: przyłączam się do hasła „Wszyscy na Arkę”, ale jeszcze bardziej do „Najwierniejsi mają karnet’. Ja jestem najwierniejszy, a Ty?

Tekst ukazał się na stronie Zyciekibica.pl

4 komentarze »

  Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.
  1. siwy.jr — 27 lutego 2016 @ 09:14

    Bardzo dobry tekst. KUPUJĘ KARNET

  2. n.k.w.d. — 24 lutego 2016 @ 20:21

    GrATY KOSA !

  3. sajmonczan — 24 lutego 2016 @ 14:06

    Genialny tekst. Dawno nie przeczytałem tak dobrze napisanego tekstu.

  4. zwierzak — 24 lutego 2016 @ 13:19

    Świetny tekst. 100% racji!

 

Dodaj komentarz

*