Piłka nożna Prasówka
Media po meczu z Pogonią: Zrobili to! GKS Katowice wraca do Europy!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Pogoń Szczecin – GKS Katowice. Remis 1:1 (1:0) daje GieKSie możliwość rywalizacji w (eliminacjach) Lidze Konferencji.
gol24.pl – Niemożliwe sceny w Szczecinie. GKS Katowice dokonał tego rzutem na taśmę. Wracają do europejskich pucharów po latach
GKS Katowice dokonał niemożliwego w Szczecinie w 34. kolejce PKO Ekstraklasy. Od 30. minuty zespół Rafała Góraka był poza strefą dającą europejskie puchary, a Pogoń Szczecin kontrolowała przebieg gry i nie pozwalała gościom na wiele. W doliczonym czasie gry przyjezdnych z województwa śląskiego podłączyła czerwona kartka dla Krzysztofa Kamińskiego. Kilka minut później stadion w Szczecinie wręcz zamarł, gdy do siatki trafił były piłkarz Pogoni… Marcel Wędrychowski.
[…] W ostatniej akcji bohater okazał się jednak były piłkarz Portowców – Marcel Wędrychowski, który wszedł w drugiej połowie niemal w ostatniej akcji rzutem na taśmę wprawił w ekstazę sektor gości.
Parę chwil wcześniej nierozważnym wyjściem za pole karne popisał się bramkarz Pogoni Szczecin – Krzysztof Kamiński, który zastępował w ostatnim meczu kolejki Valentina Cojocaru. Miejsce między słupkami zajął na ostatnie minuty… napastnik Filip Cuić, z uwagi na fakt, że wcześniej Thomas Thomasberg wykorzystał już limit zmian.
Co przed GKS Katowice? Otóż eliminacje do Ligi Konferencji od II rundy. Zajęli na koniec sezonu bowiem piąte miejsce – o które przez cały mecz z Pogonią Szczecin musieli drżeć do końcowych minut. Legia Warszawa bowiem goniła ją i skutecznie obijała Motor Lublin (4:0) przez cały mecz 34. kolejki PKO Ekstraklasy.
GieKSa po raz pierwszy od sezonu 2002/03 zagra w europejskich pucharach.
wkatowicach.eu – GKS Katowice wraca do europejskich pucharów! GieKSa zagra w eliminacjach Ligi Konferencji!
Katowiczanie w doliczonym czasie gry wyrównali wynik w ostatnim meczu sezonu PKO BP Ekstraklasy. Spotkanie w Szczecinie zakończyło się wynikiem 1-1. Dla GieKSy oznaczało to zajęcie 5. miejsca w ekstraklasowej tabeli. Podopieczni trenera Rafała Góraka rzutem na taśmę wyprzedzili w niej Legię Warszawa i zapewnili sobie udział w eliminacjach Ligi Konferenecji. To powrót GKS-u do europejskich rozgrywek po 23-letniej przerwie.
Oficjalne zakończenie sezonu zaplanowano na Arenie Katowice. Impreza dla kibiców odbędzie się w niedzielę 24 maja o godz. 16:00. Udostępniony zostanie „Blaszok”, a przed nim ustawiona zostanie scena, na której zaprezentują się piłkarze i sztab. Wstęp na imprezę jest darmowy po pobraniu biletu o wartości 0 zł w systemie biletowym GieKSy.
weszlo.com – GieKSa zagra w Europie, bo Pogoń w bramce miała… napastnika!
GieKSa zagra w Europie, bo Pogoń w bramce miała… napastnika!
Co to była za szalona końcówka! Takiego scenariusza nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Takie historie pisze tylko piłka nożna.
Był już doliczony czas meczu, gdy GKS Katowice potrzebował gola, by zapewnić sobie prawo gry w eliminacjach Ligi Konferencji. Gdyby bramka nie padła, piąte miejsce w lidze zajęła Legia Warszawa.
GieKSa grała – umówmy się – słabo. Przed przerwą nie oddała strzału, gra niespecjalnie się jej ukałada.
I wtedy czerwoną kartkę, z niczego zobaczył Krzysztof Kamiński. Bramkarz Pogoni wypiąstkował piłkę poza polem karnym, minimalnie, sędzia nawet tego nie zauważył. Swoją decyzję podjął dopiero po skorzystaniu z VAR-u. Wyrzucił Kamińskiego z boiska.
Szkopuł był jeden. Pogoń Szczecin wykorzystała już w tamtym momencie wszystkie zmiany. W bramce zamiast Kamińskiego stanął więc Filip Cuić, napastnik, który wcześniej w tym meczu strzelił nawet gola.
Nagle GieKSa stanęła przed wymarzoną szansą i nie zamierzała jej zmarnować. Nie zamierzała też kombinować – już przy pierwszej okazji Marcel Wędrychowski po prostu uderzył w światło bramki. Taki strzał obroniłby każdy bramkarz. Ale w bramce Pogoni akurat stał napastnik – i nie obronił.
Katowiczanie zremisowali 1:1 i zapewnili sobie prawo gry w eliminacjach europejskich pucharów!
A przecież długo ten mecz GieKSie nie układał się w ogóle. To Pogoń od początku spotkania nakręcała swoje ataki. Mocno funkcjonowała zwłaszcza lewa strona z Benjaminem Mendym i Paulem Mukairu. Ten duet siał spustoszenie przy linii bocznej, a w środku co rusz do okazji dochodzili Sam Greenwood i Filip Cuić.
To właśnie ci zawodnicy błysnęli pierwszy raz w 12. minucie. Mendy zagrał do Mukairu, ten odegrał mu prostopadle z klepki, a mistrz świata z 2018 roku wpadł w pole karne. Rozejrzał się, zobaczył dobrze ustawionego Greenwooda, więc wycofał mu piłkę. Ten strzelił, ale Rafał Strączek popisał się znakomitą instynktowną interwencją.
Uderzenie dobijać próbował jeszcze Cuić, sędzia długo sprawdzał nawet czy nie powinien podyktować rzutu karnego za kopnięcie go w głowę, ale ostatecznie wskazał na rzut rożny. Po nim też było groźnie, bo po głębokim dośrodkowaniu Greenwooda. Bośniak strzelał obok bramki.
Czuć było, że Portowcy się rozpędzają. Dosłownie zrobił to Mukairu, odbierając piłkę rywalowi na środku boiska i ruszając rajdem na bramkę Strączka. Minął po drodze dwóch obrońców, wpadł w pole karne i uderzył. Minimalnie niecelnie.
Przewaga Pogoni wreszcie znalazła potwierdzenie w golu po pół godzinie gry. Do tego wystarczył prosty środek. Piłkę z autu w pole karne mocno wrzucił Mads Agger, głową przedłużył zagranie Dimitrios Keramitsis, a ta trafiła do niepilnowanego Cuića. Snajper przyjął piłkę na klatkę i uderzył z woleja. Strączek mógł tylko patrzeć, jak futbolówka wpada do jego bramki.
W tamtym momencie realizator pokazał statystykę uderzeń, która wynosiła 9:0 na korzyść Pogoni. Stracony przez GieKSę gol niczego nie zmienił – statystyka pozostała aktualna do końca pierwszej połowy. Katowiczanie byli bezradni.
Widział to doskonale Rafał Górak, który już w przerwie zdecydował się dokonać podwójnej zmiany – boisko opuścili Milewski i Marković, a weszli za nich Damian Rasak i Mateusz Wdowiak.
Sytuacja wciąż wyglądała jednak tak, że GKS-owi brakowało tylko jednej bramki do europejskich pucharów. Ta mogła paść zupełnie z niczego – w 58. minucie Pogoń straciła piłkę na własnej połowie i nagle Wdowiak znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem. W wymarzonej okazji strzelił obok bramki.
Ale ta szansa była motorem napędowym dla GieKSy. Od tamtego czasu gracze Góraka coraz śmielej zagrażali bramce Kamińskiego. Bliscy pokonania golkipera byli chociażby Lukas Klemenz (strzał głową w poprzeczkę) oraz Bartosz Nowak (też głową, dobra obrona Kamińskiego).
Fakt, że GieKSa się otworzyła Pogoń mogła wykorzystać kontrami – raz nawet skierowała piłkę do bramki, gdy po szarży Natana Ławy skierował Kamil Grosicki, ale sędzia dopatrzył się spalonego i gola anulował.
Aż wreszcie nadeszła 92. minuta, kiedy czerwoną kartkę zobaczył Kamiński. Dalszą historię znacie – Cuić wszedł do bramki, Wędrychowski huknął, Szczecin zamilkł, w Katowicach strzeliły szampny.
GieKSa kończy sezon piąta, zagra w eliminacjach Ligi Konferencji!
katowickisport.pl – Zrobili to! GKS Katowice wraca do Europy!
GKS Katowice pokazał charakter i znakomicie podsumował bardzo udany sezon, niezwykle cennym golem w doliczonym czasie gry. I zdobył piękną nagrodę
Zrobili to! GKS Katowice wraca do Europy!
Opublikowano: sobota, 23 maj 2026 20:38 Aktualizacja: sobota, 23 maj 2026 20:50
Piłka NożnaGKS Katowice pokazał charakter i znakomicie podsumował bardzo udany sezon, niezwykle cennym golem w doliczonym czasie gry. I zdobył piękną nagrodę.
To nie był łatwy mecz. GKS Katowice, choć wyżej notowany, w wyjazdowym starciu z Pogonią Szczecin nie był faworytem. W 31. minucie pięknego gola wolejem zdobył dla Portowców Filip Cuić. Minutę później bramkę… dla Legii zdobył Jean-Pierre Nsame, co oznaczało, że Warszawianie w tym momenie wyprzedzili w tabeli GIEKSĘ, odbierając im piąte miejsce, dające przepustkę do europejskich pucharów.
Legia złapała wiatra w żagle i po godzinie gry z Motorem prowadziła już 4:0! Tymczasem w 85′ minucie na 2:0 podwyższyła Pogoń i wydawało się, że już po wszystkim… Na szczęście dla przyjezdnych ta bramka, z powodu spalonego, nie została uznana, więc drużynie Rafała Góraka nadal potrzebny był przynajmniej jeden gol i minimum punkt, żeby odeprzeć atak w tabeli ekipy Marka Papszuna.
W doliczonym czasie gry z pomocą Katowiczanom przyszedł Krzysztof Kamiński. Ryzykowna interwencja rękami na granicy pola karnego została po analizie VAR zweryfikowana jako zagranie bramkarza ręką poza szesnastką i ukarana czerwoną kartką. Na bramce Pogoni musiał więc stanąć jeden z zawodników z pola. Wybór padł na Cuicia. GKS to bezlitośnie wykorzystał. W 97. minucie z dystansu trafił Marcel Wędrychowski, dając przyjezdnym upragniony remis i 5. miejsce w tabeli równoznaczne z awansem do europejskich pucharów w nowym sezonie.
dziennikzachodni.pl – Katowiczanie zagrają w europejskich pucharach. Czekali na to 23 lata. Co za emocje w końcówce.
W rozegranym 23 maja spotkaniu 34. kolejki PKO Ekstraklasy Pogoń Szczecin zremisowała z GKS Katowice 1:1. Katowiczanie po raz pierwszy od 23 lat zagrają w europejskich pucharach. Awans do kwalifikacji Ligi Konferencji podopieczni trenera Rafała Góraka wywalczyli po dramatycznej końcówce i golu w doliczonym czasie gry.
GKS Katowice przed ostatnią kolejką miał wszystko w swoich rękach i bardzo szczęśliwie zdołał zakwalifikować się do europejskich pucharów, w których po raz ostatni grał w 2003 roku. Katowiczanie zremisowali w Szczecinie z Pogonią, która kończyła ten mecz w dziesiątkę, a decydujący gol goście strzelili w siódmej minucie doliczonego czasu gry.
Mecz w Szczecinie lepiej zaczęła Pogoń. Gospodarze na wypełnionym po brzegi Stadionie Miejskim imienia Floriana Krygiera już w pierwszym kwadransie mieli dwie znakomite sytuacje do zdobycia prowadzenia. Za pierwszym razem GieKSę uratowała jednak świetna interwencja Rafała Strączka, a za drugim Paul Mukairu popisał się indywidualną akcją, ale uderzenie Nigeryjczyka z pola karnego przeleciało tuż obok słupka.
„Portowcy” objęli prowadzenie w 31 minucie. Po dalekim wrzucie z autu Madsa Aggera jeden z zawodników gospodarzy przedłużył głową lot piłki i ta trafiła pod nogi Filipa Cuicia. Bośniak uderzeniem z 10 m tuż przy słupku pokonał Strączka.
Katowiczanie, których w Szczecinie wspierało ponad tysiąc kibiców, w I połowie grali słabo. Podopiecznych trenera Rafała Góraka nie obudziły nawet gole strzelane przez Legię, które mogły pozbawić ich europejskich pucharów. GieKSa do przerwy nie oddała na bramkę rywali żadnego strzału.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Od Krakowa do Warszawy
Poznaliśmy terminarz Ekstraklasy na sezon 2026/27. GKS Katowice rozpocznie zmagania w niedzielę 26 lipca od meczu z Wisłą w Krakowie, a zakończy 22 maja z Legią w Warszawie.
Terminarz pierwszej kolejki zostanie podany po losowaniu europejskich pucharów (17 czerwca), ale już wiemy, że w Krakowie zagramy w niedzielę 26 lipca (do ustalenia została godzina). Z racji tego, że Arena Katowice jest jednym ze stadionów, na których rozgrywane będą Mistrzostwa Świata Kobiet U-20, to jesienią zagramy trzy mecze wyjazdowe z rzędu, z czego dwa bliskie (Zabrze i Gliwice). Nim GieKSa rozpocznie zmagania ligowe to w czwartek 23 lipca czeka nas pierwszy mecz w II rundzie eliminacyjnej do Ligi Konferencji.
Kluby uczestniczące w rozgrywkach UEFA będą mogły przełożyć dwa mecze ligowe: jeden podczas rund kwalifikacyjnych Q1–Q3 oraz jeden w okresie pomiędzy rundą play-off a fazą ligową. Na 5. kolejkę, pomiędzy fazą play-off europejskich pucharów, zaplanowano nasz domowy mecz z Wisłą Płock, który w razie przełożenia odbędzie się najwcześniej 15-16 września. Pozostałe terminy rezerwowe to 15-16 i 19-20 grudnia oraz 2-3 i 9-10 lutego. Przypomnijmy także, że GieKSa jako drużyna reprezentująca Polskę w Europie, rozgrywki Pucharu Polski rozpocznie dopiero od 1/16 finałów, które zaplanowano na 28 października.
Jesienią zostanie rozegranych 18 spotkań, z czego połowa na wyjeździe. Na wiosnę zaplanowano 16 kolejek i tutaj też połowę zagramy w delegacji. Tym razem Wielkanoc (28 marca) wypada w trakcie przerwy na reprezentację. Nie będzie też żadnej kolejki rozgrywanej w środku tygodnia (poza terminami rezerwowymi).
Terminarz GKS Katowice w Ekstraklasie w sezonie 2026/27 (dokładne daty i godziny spotkań zostaną dopiero ustalone):
1. kolejka, 26 lipca 2026 Wisła Kraków – GKS Katowice
2. kolejka, 1 sierpnia 2026 GKS Katowice – Radomiak Radom
3. kolejka, 8 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wieczysta Kraków
4. kolejka, 15 sierpnia 2026 Motor Lublin – GKS Katowice
5. kolejka, 22 sierpnia 2026 GKS Katowice – Wisła Płock
6. kolejka, 29 sierpnia 2026 Górnik Zabrze – GKS Katowice
7. kolejka, 5 września 2026 Piast Gliwice – GKS Katowice
8. kolejka, 12 września 2026 KGHM Zagłębie Lubin – GKS Katowice
9. kolejka, 19 września 2026 GKS Katowice – Cracovia
10. kolejka, 10 października 2026 Raków Częstochowa – GKS Katowice
11. kolejka, 17 października 2026 GKS Katowice – Pogoń Szczecin
12. kolejka, 24 października 2026 Korona Kielce – GKS Katowice
13. kolejka, 31 października 2026 GKS Katowice – Widzew Łódź
14. kolejka, 7 listopada 2026 Jagiellonia Białystok – GKS Katowice
15. kolejka, 21 listopada 2026 GKS Katowice – Lech Poznań
16. kolejka, 28 listopada 2026 Śląsk Wrocław – GKS Katowice
17. kolejka, 5 grudnia 2026 GKS Katowice – Legia Warszawa
18. kolejka, 12 grudnia 2026 GKS Katowice – Wisła Kraków
19. kolejka, 30 stycznia 2027 Radomiak Radom – GKS Katowice
20. kolejka, 6 lutego 2027 Wieczysta Kraków – GKS Katowice
21. kolejka, 13 lutego 2027 GKS Katowice – Motor Lublin
22. kolejka, 20 lutego 2027 Wisła Płock – GKS Katowice
23. kolejka, 27 lutego 2027 GKS Katowice – Górnik Zabrze
24. kolejka, 6 marca 2027 GKS Katowice – Piast Gliwice
25. kolejka, 13 marca 2027 GKS Katowice – KGHM Zagłębie Lubin
26. kolejka, 20 marca 2027 Cracovia – GKS Katowice
27. kolejka, 3 kwietnia 2027 GKS Katowice – Raków Częstochowa
28. kolejka, 10 kwietnia 2027 Pogoń Szczecin – GKS Katowice
29. kolejka, 17 kwietnia 2027 GKS Katowice – Korona Kielce
30. kolejka, 23 kwietnia 2027 Widzew Łódź – GKS Katowice
31. kolejka, 1 maja 2027 GKS Katowice – Jagiellonia Białystok
32. kolejka, 8 maja 2027 Lech Poznań – GKS Katowice
33. kolejka, 15 maja 2027 GKS Katowice – Śląsk Wrocław
34. kolejka, 22 maja 2027 Legia Warszawa – GKS Katowice
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze