Dołącz do nas

Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Jasiu był człowiekiem z krwi i kości, Ślązakiem z charakterem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Drużyna kobiet zakończyła rundę jesienną na 4. miejscu ze stratą 10 punktów do liderek Czarnych (ale mamy też jeden mecz rozegrany mniej). U napastniczki Aleksandry Nieciąg zdiagnozowano uraz lewego kolana. Drużyna męska rozegrała ostatni mecz ligowy rundy jesiennej, w którym wygrała z Pogonią Szczecin 2:0 (2:0). Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ. W tym tygodniu zespół rozegra jeszcze dwa spotkania – w czwartek o 17:00 na Arenie Katowice w ramach 1/8 finału Pucharu Polski z Jagiellonia oraz w niedzielę 7 grudnia o 17:30 z Rakowem w Częstochowie. W rocznicę śmierci Jana Furtoka media wspominały legendę GieKSy.

Siatkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali jedno spotkanie, w którym pokonali Astrę Nowa Sól 3:0. Następny mecz zagramy 6 grudnia (sobota) o 17:00 z CUK Anioły w Toruniu.

Hokeiści w piątek pokonali na wyjeździe z Unię 3:1 oraz w niedzielę Energę Toruń 3:2. W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra trzy mecze: już jutro (na wyjeździe, we wtorek, 2 grudnia) z Cracovią, w piątek w Satelicie (5 grudnia) z Zagłębiem oraz w niedzielę (na wyjeździe, 7 grudnia) z STS-em Sanok. Spotkania rozpoczną się odpowiednio o godzinie 18:00, 18:30 i o 17:00.

 

PIŁKA NOŻNA

sucha24.pl – Dłuższa przerwa Oli Nieciąg

Jak na zawołanie zaczęła trafiać do bramek rywalek Aleksandra Nieciąg po przesunięciu do linii ataku w 2025 roku. Nieważne, czy chodziło o krajowe podwórko, czy europejskie puchary, wychowanka Halniaka Maków Podhalański wyraźnie odżyła i stała się jedną z najlepszych atakujących w naszym kraju.

Dwanaście bramek w Orlen Ekstralidze kobiet zdobyła w 2025 roku Aleksandra Nieciąg. Do tego dorobku trzeba jeszcze dopisać bramki zdobywane w turnieju kwalifikacyjnego rozgrywek Ligi Mistrzyń. Kiedy wydawało się, że Nieciąg będzie mogła na wiosnę kontynuować świetną serię, przytrafiła się kontuzja zakończona artoskopią kolana.

Z przykrością informujemy, że u Aleksandry Nieciąg zdiagnozowano uraz lewego kolana. Napastniczka GKS-u Katowice przeszła już artroskopowy zabieg naprawczy, który obejmował szycie łąkotki bocznej oraz zaopatrzenie ubytków chrząstki stawowej – czytamy w komunikacie katowickiego klubu.

–  Nikt nie wie, czy podczas meczu czy w trakcie treningu, doznałam kontuzji. To może wszystko brzmi strasznie, ale nie jest niczym wielkim. Mam nadzieję, że wrócę w marcu do gry. Strzelecka forma? Nie ukrywam, że odżyłam, od kiedy zostałam przesunięta do ataku. Mam nadzieję, że nikt nie będzie mi już tej pozycji zmieniał (śmiech). Kadra Polski? Liczyłam, że otrzymam powołanie. Będę się starała kolejnymi występami i golami przekonać do siebie selekcjonerkę – powiedziała zawodniczka rodem z Grzechyni.

 

dziennikzachodni.pl – Kibice GieKSy pamiętali o Janie Furtoku. Fani uczcili klubową Legendę

W sobotę 29 listopada 2025 roku GKS Katowice zagrał z Pogonią Szczecin w meczu 17. kolejki PKO Ekstraklasy. Spotkanie na Nowej Bukowej dedykowane Janowi Furtokowi w pierwszą rocznicę śmierci (26 listopada). Kibice licznie stawili się na trybunach i pamiętali o klubowej Legendzie.

Katowicki klub awizował mecz z Pogonią Szczecin hasłem: „W sobotę wszyscy gramy dla Jasia Furtoka”. W punktach przed stadionem sprzedawano pamiątkowe szaliki i koszulki dedykowane Furtokowi. Zysk ze sprzedaży tych gadżetów zostanie przekazany m.in na rozwój Akademii GKS-u im. Jana Furtoka. Przed meczem na telebimach na stadionie pokazano film dotyczący legendarnego napastnika GieKSy, m.in. z golami, które strzelał dla katowickiej drużyny. Wyjściu piłkarzy na murawę towarzyszyły dzieci ustawione na boisku, m.in. trzymające w rękach numer 9, z którym grał Furtok. Spiker przywitał obecną na trybunach rodzinę Legendy GKS-u Katowice, a fani katowickiego klubu zaczęli głośny doping.

[…] Natomiast 9. minuta, jak zwykle, poświęcona była Janowi Furtokowi, a kibice skandowali z podziałem na trybuny „Jasiu – Furtok”. Do przerwy GKS prowadził 2:0, więc katowiccy fani byli w znakomitych humorach.

[…] Pod koniec meczu i zaraz po nim kibice GKS-u znów głośno skandowali imię i nazwisko Jana Furtoka.

Pod koniec meczu i zaraz po nim kibice GKS-u znów głośno skandowali imię i nazwisko Jana Furtoka.

 

Jasiu był człowiekiem z krwi i kości, Ślązakiem z charakterem. Tak wspominał go kolega z boiska oraz przyjaciel Piotr Piekarczyk.

Jan Furtok trzy razy dostawał bilet do wojska i za każdym razem udało się to odkręcić, głównie za sprawą działań Mariana Dziurowicza. Podobno trzy razy robił imprezy pożegnalne.

– Byłem na tej pierwszej, bo potem chyba następnych nie robił, bo już zwątpił. Chyba by zbankrutował – uśmiecha się Piotr Piekarczyk, który grał z Furtokiem w GieKSie. – To był trudny temat, polityczny można powiedzieć. Był u nas w klubie taki człowiek, członek PZPR, który nawet Jurka Wijasa wyciągnął z wojska i to się odbyło podczas zjazdu partii. Śmialiśmy się, że Jurka Wijasa udało się wyciągnąć z Żagania na zjeździe PZPR. W przypadku Jasia to na pewno poszło już po linii ministerialnej. Wiadomo, że GKS to było górnictwo, a nad górnictwem było wojsko. To musiało się odbywać na takich szczeblach. Pamiętam, że pożegnanie Jasia było w mieszkaniu u jego mamy, to nawet nie była impreza, bardziej spotkanie. On miał już bilet, miał iść do wojska, ale nie wiem, czy trafiłby do Śląska Wrocław, czy innego wojskowego klubu, on sam pewnie nie wiedział. Miał wtedy 18 lat, był jeszcze juniorem.

Furtok w 1986 roku w finale Pucharu Polski na Stadionie Śląskim, w którym GieKSa pokonała faworyzowany Górnik Zabrze 4:1, strzelił trzy gole. W bramce zabrzan stał Józef Wandzik, trenerem Górnika był Hubert Kostka. GKS sprawił sensację ogrywając wielkiego faworyta finału.

– Jasiu nawet potem opowiadał, że ktoś go sfaulował przy ławce rezerwowych Górnika i Kostka do niego wyskoczył z jakimiś pretensjami, a było wtedy już chyba 3:1. Jasiu mu trochę dociął i zapytał: „Jaki wynik jest na tablicy”? Wandzik potem jak widział Jasia, to gula mu skakała. Jasiu nawet z niego się trochę podśmiewał przed meczami. Miał na nie niego patent, czy Wandzik grał w Ruchu, czy Górniku. Byli już dobrymi kolegami, jak na wyjściu na mecz Furtok pytał: „No, Wandziol, jak dziś będę miał ustawiony rzut wolny, to w które okno chcesz?”. Faktycznie, co mecz mu strzelał – opowiada Piekarczyk.

Furtok słynął ze swego wesołego podejścia do życia. Potrafił rozładować atmosferę w szatni.

– Był wesoły całe życie. Nawet jak ktoś coś mu powiedział, to obracał to w żart. Miał fajne piłkarskie docinki. Chyba od Marka Motyki z Wisły Kraków wziął takie hasło, które potem stosował wobec młodych w szatni, którzy chwalili się, że grali w ekstraklasie. Pytał: „To ile tych meczów grałeś w ekstraklasie?”, a taki młody odpowiadał: „Parę zagrałem”. To Jasiu wtedy: „Jak parę, to nie grołeś, ino kopołeś” – śmieje się Piekarczyk.

O tym, że dawniej piłkarze w Polsce nie stronili od alkoholu czy papierosów krążą legendy. W przypadku Furtoka też tak było, ale on jeszcze dodatkowo był mistrzem w grze w karty.

– Jak jechaliśmy na ryby potrafił wypalić paczkę, a nawet więcej na dzień. Paczka na dzień to była norma. Był palaczem nałogowym, w sumie od młodości. Nie umiał się tego pozbyć – przyznaje Piekarczyk. – Jednak w latach 80. wielu piłkarzy paliło, szczególnie kojarzy mi się to z bramkarzami. Ci co nie palili bywali nawet w mniejszości. Teraz to nie do pomyślenia. Jasiu lubił też pograć w karty. Nie był hazardzistą, ale umiał grać w karty, łapał każdą grę. Na początku w autobusie grało się przeważnie w szkata, bo to śląska gra. Potem to się zmieniało w zależności od składu, bo mieliśmy coraz więcej zawodników spoza Śląska, doszli krakusy. Jasiu z reprezentacji olimpijskiej przynosił inne gry – „szpoki” (gra w szpaki – red.), kierki albo 3-5-8. Czasami jak trener pozwolił w drodze powrotnej z meczu to i w pokerka się pograło. Jasiu był dobrym zawodnikiem, bawił się tymi kartami, był w nich mistrzem. Jak był w Hamburgu i Eintrachcie też lubił pograć i wiem, że grali tam w pokera jak wracali z meczów.

Wspomniane już łowienie ryb przez Furtoka miało zabawne początki. Jednak i na tym polu legendarny napastnik odnosił sukcesy.

– Razem z Heńkiem Górnikiem byliśmy zapalonymi wędkarzami. Jasiu jak przyjeżdżał z Niemiec, to chciał odetchnąć, uciec trochę od gości, którzy pewnie mu się zwalali na głowę. Zaczęło się to w Rożnowie – wspomina Piekarczyk. – Pamiętam, jak był pierwszy raz z nami i moim ojcem. Poszliśmy w nocy trochę połapać, tak do godziny 11. On był takim wędkarzem, że statycznie nie lubił czekać. Wziął spinning i mówi: „Idę sobie porzucać”. Odszedł jakieś 50 metrów. Za chwilę słyszymy, jak Jasiu woła: „Mom, mom, mom!”. Słyszymy kołowrotek tak jakby ryba mu ciągnęła. Lecimy, nogi prawie połamaliśmy. Potem stoimy przy nim. Faktycznie, wędka zgięta w pół, myślimy” co to będzie, jaka ryba? Trwało to jednak za długo. Pytam: „Jasiu, a ty nie masz zaczepu?. Puść wędkę”. Okazało się, że jako nowicjusz nie umiał jeszcze rozpoznać, kiedy jest zaczep, a kiedy ryba. Myślał, że miał rybę. Od tego się zaczęło. Miał potem efekty, bo jak na drugi raz przyjechał w grudniu, to z naszego grona wędkarskiego złowił największego sandacza, 85 centymetrów! Miał szczęście nowicjusza. Nam z Heńkiem i z Wojtkiem Spałkiem szczeny wtedy opadły.

Pochodzący z katowickiej Kostuchny nie był tylko lokalną legendą. Bardzo dobrze poradził sobie w Bundeslidze – w Hamburgerze SV i Eintrachcie Frankfurt. Piłkarz z Górnego Śląska przed meczem musiał sobie dobrze pojeść i nie zamierzał zmieniać swoich „nawyków żywieniowych” również w Niemczech.

– Jasiu opowiadał, że jak był już w Niemczech, to poszedł sobie na hamburgera czy hot-doga i gdzieś go tam przyuważyli. Prezes, trener albo dyrektor sportowy wziął go na spytki, że takich rzeczy nie może robić. Dla niego to było normalne, ale mu powiedzieli, że nie może jeść takich rzeczy, dbali tam o kwestie dietetyczne. A on jak był głodny, to praktycznie nie grał. Musiał zjeść to, co lubił. W Polsce mógł zjeść dwie porcje mięsa, jemu to nie przeszkadzało, zresztą przez całe życie „skóra się na nim nie rozciągała”. W Niemczech wszyscy jedli jakieś spaghetti, mieli szwedzki stół, a on wyjął sobie solidnego steka. Wszyscy zawodnicy patrzyli na niego, zastanawiali się co on robi, bo było przyjęte, że trzeba lekko zjeść przed meczem. Trener mu coś powiedział, ale Jasiu zagrał, strzelił trzy bramki i przed następnym meczem połowa drużyny wzięła sobie steki i trener już nie zabraniał. Jasiu miał swoje potrzeby, nawet wbrew logice. Mógł nawet zjeść schabowego albo golonko przed meczem. Jak był syty, najedzony, zadowolony, to wtedy miał wenę na boisku – kończy opowieść „Orzech”.

Jan Furtok zmarł po długiej chorobie 26 listopada 2024 roku w wieku 62 lat.

 

wkatowicach.eu – Legenda klubu Jan Furtok został patronem Akademii GieKSy. Złożono też kwiaty na jego grobie

Jan Furtok to najlepszy piłkarz w dziejach GKS-u Katowice. Dla GieKSy rozegrał 299 meczów, w których strzelił 122 gole. W klubie pracował też jako trener, dyrektor sportowy, prezes, a także szef Akademii. Stał się symbolem i legendą GKS-u. Furtok zmarł 26 listopada 2024 roku, a jego śmierć pogrążyła w żałobie całą społeczność klubu. Pamięć o legendarnym napastniku wciąż jest jednak żywa. Przy okazji każdego meczu GKS-u na Arenie Katowice na stadionowym telebimie wyświetlana jest jego sylwetka w czasie prezentacji składów. Kibice skandują jego nazwisko w 9. minucie meczów GieKSy. W pierwszą rocznicę śmierci klubowej legendy, zarząd GKS GieKSa Katowice S.A. podjął uchwałę o nadaniu klubowej Akademii imienia Jana Furtoka.

To niezwykle ważny moment dla wszystkich ludzi związanych z GKS-em Katowice. Chcieliśmy w godny sposób upamiętnić Jana Furtoka, ale także wskazać go dzieciom i młodzieży jako wzór sportowca i człowieka do naśladowania. Stąd pomysł o nadaniu Akademii jego imienia – podkreśla Sławomir Witek, prezes GKS GieKSa Katowice S.A.

Zmieniając nazwę naszej Fundacji ze „Sportowe Katowice” na „Akademia GKS Katowice im. Jana Furtoka” podkreślamy mocno ścisły związek z Klubem oraz poczucie identyfikacji naszych podopiecznych z GKS-em. Co więcej, zyskujemy wybitnego patrona, który – co warto podkreślić – był przez wiele lat związany ze szkoleniem młodzieży. Wielu jego wychowanków z powodzeniem reprezentowało barwy GKS-u. Z kolei w latach 2014–2017 Jan Furtok szefował całej Akademii – przypomina Kinga Pajerska-Krasnowska, prezes Akademii.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Szaleństwo w Katowicach trwa! I-ligowe derby Mazowsza z niespodzianką

12 kolejka wciąż na zapleczu trwa, lecz już teraz wiadomo, że czyste konto zachowają katowiczanie. GKS Katowice nie pozostawił suchej nitki na przyjezdnych z Nowej Soli, zwyciężając – 3:0. Katowiczanie pokazują, że PlusLiga wciąż jest w ich zasięgu i mierzą w szybki powrót.

Pierwszy set należał do szalenie wyrównanych, ale siatkarze z Katowic nie czuli presji, będąc przyzwyczajonymi do grania o stawkę na żyletki. Oba zespoły dały z siebie wszystko, a nikomu w dłuższej perspektywie nie udało się odskoczyć z wynikiem. Po stronie GKS-u karty rozdawała para Michał Superlak i Gonzalo Quiroga. W szeregach Astry rewelacyjny mecz rozegrał Piotr Śliwka. Przyjmujący na tym etapie miał jeszcze wsparcie od m.in. Fabiana Leitermeiera, lecz set i tak uciekł gościom. O losach inauguracji zadecydowała gra na przewagi, którą atakiem domknął Superlak – 30:28.

Ciekawie było też w drugim secie. Początkowo prym wiodła drużyna z Nowej Soli – 4:2. Wciąż z tonu nie spuszczał też Piotr Śliwka. Później w polu zagrywki stanął Grzegorz Pająk, a rolę zaczęły się odwracać – 8:6. Blokiem odpowiedział jednak Aleksander Maciejewski, zaś przepychanką nie było końca – 12:12. W drugiej połowie seta siatkarze Astry mogli złapać trochę oddechu, prowadząc 18:15. Za moment był już jednak remis. Końcówka należała już do gospodarzy, którym do wygranej wystarczyła wyłącznie jedna partia – 25:22. Katowiczanie zrobili wszystko, aby dopiąć swego i szybko udać się na regenerację. Tak się faktycznie stało. Różnica na dystansie była spora, a na sam koniec blokiem popisał się Damian Hudzik – 25:17.

GKS Katowice – Karton-Pak Astra Nowa Sól 3:0 (30:28, 25:22, 25:17)

MVP: Gonzalo Quiroga

 

HOKEJ

hokej.net – Bez fajerwerków w hicie kolejki. Wicemistrzowie Polski z ważnym zwycięstwem

GKS Katowice odniósł ważne zwycięstwo, pokonując na wyjeździe Unię Oświęcim 3:1. Dzięki temu triumfowi podopieczni Jacka Płachty awansowali na drugie miejsce w tabeli. Biało-niebiescy ponieśli trzecią porażkę z rzędu i w konsekwencji spadli na szóstą lokatę.

Spotkanie nie stało na najwyższym poziomie. W grze obu zespołów sporo było mankamentów, a momentami również chaosu. W tych warunkach hokejowej przyrody lepiej odnaleźli się katowiczanie, którzy ważny krok w kierunku zwycięstwa postawili już w pierwszej odsłonie. Prowadzili bowiem 2:0 i przetrzymali dwa okresy gry w przewadze.

Róbert Kaláber przed starciem z GieKSą miał spory ból głowy. Musiał zestawić skład bez leczących urazy Reece’a Scarletta, Lukasha Matthewsa i Jakuba Kubeša (urazy), a także bez zawieszonych na jedno spotkanie Martina Kasperlíka i Villego Heikkinena. W zestawieniu znaleźli się Joe Morrow, Nick Moutrey i Mika Partanen. Dodajmy, że w ekipie z alei Korfantego nie wystąpił tylko Mateusz Bepierszcz.

Wynik spotkania już w 4. minucie otworzył Ian McNulty, który zmienił tor lotu krążka po uderzeniu Jacoba Lundegårda spod linii. Igor Tyczyński nie zdążył w porę zareagować i guma wtoczyła się do bramki.

Podopieczni Róberta Kalábera mogli szybko wyrównać, ale nie zdołali zamienić na gola dwóch okresów gry w przewadze. I za swoją nieskuteczność zapłacili wysoką cenę. W 14. minucie na 2:0 dla gości podwyższył Mateusz Michalski, który popracował na bramkarzu i przekierował do bramki krążek uderzony przez Albina Runessona.

Katowiczanie w 18. minucie mogli zdobyć trzeciego gola, ale Jean Dupuy nie zdołał pokonać Tyczyńskiego w sytuacji sam na sam. 19-letni golkiper rozciągnął się jak długi i efektownie obronił uderzenie Kanadyjczyka.

Oświęcimianie również po przerwie nie zdołali znaleźć sposobu na Jespera Eliassona, który pewnie strzegł swojego posterunku.

Wicemistrzowie Polski mieli kilka okazji, by przesądzić o losach spotkania. W 26. minucie od bramką „Tyczki”mocno się zakotłowało, a młody golkiper dał próbkę dobrego refleksu, broniąc najpierw uderzenie od zakrystii Michalskiego, a następnie dobitkę Joony Monto. Z kolei chwilę później kontry Bartosza Fraszki nie zdołał zwieńczyć Patryk Wronka, który posłał gumę nad poprzeczką. Niecelne okazało się też uderzenie Grzegorza Pasiuta z 32. minuty.

Odrobinę nadzieje w serca oświęcimskich kibiców wlał jeszcze Joe Morrow. Kanadyjski obrońca, w 52. minucie, po wygranym przez Romana Ráca wznowieniu i sprawnym dograniu Miiki Partanena, popisał się soczystym uderzeniem bez przyjęcia. Eliasson nie zdołał w porę zareagować.

Pod koniec trzeciej odsłonie byliśmy świadkami pojedynku pięściarskiego pomiędzy Hoffmanem a Partanenem, w którym aktywniejszy był kanadyjski defensor. Obaj zawodnicy zostali odesłani do szatni, a chwilę później kropkę nad „i”postawili goście. Stało się to po szybkiej kontrze trzech katowickich muszkieterów. W jej ostatniej fazie idealne dogranie Grzegorza Pasiuta wykorzystał Patryk Wronka.

 

GieKSa wygrywa po dogrywce. Torunianie walczyli mimo przeciwności losu

W ramach 24. kolejki TAURON Hokej Ligi zmierzyły się ze sobą GKS Katowice oraz KH Energa Toruń. Goście przyjechali w wyraźnie osłabionym składzie i widać było braki w grze ofensywnej. Od początku spotkania tempo meczu dyktowali gospodarze, a na odpowiedź gości musieliśmy poczekać do drugiej tercji spotkania.

W mecz bardzo dobrze weszła drużyna gospodarzy co rusz atakując tercję obronną przyjezdnych. W bramce świetnie reagował Anton Svensson, jednak przy golu Mateusza Michalskiego nie miał za dużo do powiedzenia. Gumę spod niebieskiej w kierunku bramki wrzucił Jacob Lundegård, przed bramkarzem dobrze popracował Michalski przekierowując krążek do siatki. Katowiczanie nie zamierzali zwalniać tempa, a bardzo aktywny w tercji obronnej Torunia był Travis Verveda. W 11. minucie spotkania przed toruńską bramką na krążek czekał Monto, świetnie wypatrzył go autor pierwszej bramki, ale Monto nie zdołał skierować gumy do siatki gości. „GieKSa” przeważała, ale nie była w stanie zdobyć drugiej bramki. Zdawało się, że świetną okazją na polepszenie wyniku otrzymali „GieKSiarze” w 15. minucie spotkania, gdy na ławkę kar powędrował Jakub Gimiński. Na szczęście ekipy Stalowych pierników „GieKSa” nie wygenerowała zagrożenia pod bramką Svenssona i zjeżdżała na pierwszą przerwę z minimalnym prowadzeniem.

Druga tercja zaczęła się od dwóch szybkich akcji torunian z czego ta druga zakończyła się sukcesem i bramką wyrównującą. Strzałem z lewego bulika popisał się Laitinen, uderzenie zaskoczyło bramkarza gospodarzy czego skutkiem był remis na tablicy wyników. Po golu wyrównującym gra zaczęła się dynamizować, na każdą akcję Energi GKS odpowiadał dwoma akcjami, jednak kolejną bramkę oglądaliśmy dopiero po przerwie reklamowej. „GieKSa” odzyskała prowadzenieza sprawą akcji drugiej formacji, Stephen Anderson znalazł drogę do siatki bramki strzeżonej przez Antona Svenssona.

Po golu Kanadyjczyka znaczną przewagę na lodzie zaczęli zaznaczać przyjezdni. Najpierw atakował pierwszy atak gości, następnie karę za zahaczanie otrzymał Grzegorz Pasiut. Ostatnie 5 minut tercji to było istne oblężenie katowickiej bramki z pojedynczymi wypadami w kontrze Dupuy i Varttinena.

Katowiczanie trzecią odsłonę zaczęli aktywnie pracując na kolejną bramkę, jednak po karach dla Kamila Kalinowskiego, następnie Kacpra Maciasia gra się wyrównała. W 52. minucie akcję rozegrali Sedlak i Worona, jednak ostateczny cios wyprowadził Jaworski, guma przetoczyła się między nogami niepewnie interweniującego Eliassona doprowadzając do radości kibiców gości. Przy wyrównanym wyniku szanse na zapewnienie zwycięstwamiał na kiju Joona Monto, jednak nie zdołał wystarczająco podnieść krążka by pokonać dobrze dysponowanego Svenssona.

Pierwsze wznowienie w dogrywce wygrali gospodarze, ale po stracie Grzegorza Pasiuta inicjatywę w dodatkowym czasie gry przejęła Energa. Goście kilkukrotnie straszyli groźnymi akcjami „GieKSę”, najbardziej konkretny w swoich poczynaniach był Fjodorovs, który kąśliwie uderzył, ale odbił krążek Eliasson. Podczas kolejnego natarcia Energi sprawnie zachowała się formacja kapitana GKS-u przechwytując krążek, natychmiastowo Pasiut rozpędził się i stanął do sytuacji sam na sam ze Svenssonem. Z tego starcia doświadczony napastnik wyszedł zwycięsko, tym samym zapewniając swojej ekipie dwa cenne punkty w ligowej tabeli.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

#SzacunekDlaArbitra

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.

Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.

Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.

– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.

Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.

Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.

Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.

W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.

Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.

Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…

Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.

No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.

Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.

Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.

Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.

Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.

Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.

I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.

Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.

Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.

No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.

A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.

Kontynuuj czytanie

Felietony

Duma i wściekłość

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.

Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.

Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.

Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.

Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.

GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.

Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.

No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.

W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.

Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.

Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.

W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.

Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.

Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.

Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.

O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.

Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.

Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.

Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.

Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.

Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.

Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.

Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.

Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Czerwiński: To my graliśmy lepiej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.

Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.

Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.

Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.

Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.

Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.

Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.

Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?

Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.

Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.

Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.

Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.

Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga