Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Wkrótce wrócimy na właściwe tory
Niespełna rok temu z przytupem otwieraliśmy nowy stadion w Katowicach, a pierwszym gościem był derbowy rywal z Zabrza. W najbliższą sobotę rozegramy kolejny „Śląski Klasyk” na Nowej Bukowej, a okoliczności znów będą szczególne, ze względu na przypadające w piątek urodziny GieKSy. Jak zaprezentuje się Górnik Zabrze? O co trójkolorowi walczą w tym sezonie? Co jest ważniejsze – puchar czy liga? I kto jest zabrzańskim Bartkiem Nowakiem? Na te i inne pytania odpowiedział Sikor z podkastu „Czwarta Trybuna”.
Kiedy w sierpniu GieKSa przyjeżdżała do Zabrza, po pięciu kolejkach Górnik zajmował czwarte miejsce w tabeli, z 4-punktową stratą do lidera. Dziś sytuacja jest analogiczna, a na ten moment strata punktowa nawet mniejsza. O ile na progu sezonu Górnik napędzony szybkimi transferami i dobrą postawą w sparingach rozpalał nadzieje fanów, to ile tego entuzjazmu jest dzisiaj, gdy nie udaje się wykorzystać kolejnych szans, by mocniej rozepchnąć się w ścisłym topie?
Nie ulega wątpliwości, że jesienią Górnik prezentował się bardzo dobrze, a przez pewien czas byliśmy nawet liderem Ekstraklasy. Moim zdaniem było to efektem pewnego powiewu świeżości, jaki przyniosła zmiana trenera. Ligowi rywale jeszcze nie do końca wiedzieli, jaki pomysł na zespół ma Michal Gašparík, natomiast dziś wydaje się, że drużyna wpadła w mały dołek, a poszczególni piłkarze są w gorszej formie niż jesienią. W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty – powinno być ich znacznie więcej. Z drugiej strony liga jest niezwykle wyrównana i różnice nie są duże – wciąż są takie ekipy, które równie dobrze mogą powalczyć o puchary, co spaść z ligi. Za wcześnie więc na euforię, że jesteśmy blisko sukcesu, bo może się tak zdarzyć, że wyprzedzą nas jeszcze drużyny z dołu tabeli. Mimo wszystko, jako kibice Górnika, mamy nadzieję, że obecny kryzys szybko przezwyciężymy, piłkarze złapią formę i wrócimy na ścieżkę, którą kroczyliśmy jesienią. Być może trener Gašparík nieco namiesza w ustawieniu czy schematach taktycznych – ostatnio nie wychodzą nam np. stałe fragmenty gry, które jesienią były naszą mocną stroną.
Wiadomo, że za mistrzostwo jesieni pucharów nie wręczają, natomiast zawsze miło przez całą zimę spoglądać z góry na resztę stawki. Wy na ostatniej prostej daliście się jednak wyprzedzić Wiśle Płock, której wystarczyło do tego pięć remisów w ostatnich meczach.
Jak wcześniej wspomniałem, nie pamiętam równie wyrównanego sezonu, a w zasadzie wszystkie drużyny mają większe lub mniejsze wahania formy. My byliśmy w o tyle dobrej sytuacji, że nasz dołek przypadł na sam koniec rundy. O ile na ten moment wciąż nie wygrzebaliśmy się z niego na sto procent, to prędzej czy później wrócimy na właściwe tory. Pozostaje pytanie, czy nie będzie wtedy za późno, aby walczyć o mistrzostwo albo chociaż puchary. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicowi Górnika, że w połowie sezonu będziemy się kręcić w okolicach podium, to większość brałaby to w ciemno, a niektórzy ironicznie pytaliby, czy chodzi o trzy miejsca licząc od dołu. Generalnie po zmianie władzy w Mieście, która pociągnęła za sobą zmiany w klubie, wzrosło zaufanie do ludzi odpowiedzialnych za losy Górnika. Być może małymi krokami, ale wciąż idziemy do przodu.
O co gra Górnik w tym sezonie? Co ci podpowiada kibicowskie serce?
Z tego co wiem, to nawet w szatni mówi się o europejskich pucharach – konkretny cel to może za dużo powiedziane, ale wszyscy w otoczeniu klubu mają nadzieję na te puchary. Stąd kadra budowana jest solidnie, ławka jest dość szeroka i trener ma duże pole manewru. Być może jest to element przygotowań do kolejnego sezonu, kiedy ewentualnie meczów będzie więcej. Poza tym występy w Europie zapewniają dodatkowy przypływ gotówki, na co w klubie też mocno liczą. Puchary wydają się więc naturalnym celem na ten sezon, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski.
Górnik jest jednym z aktywniejszych klubów w zimowym okienku. Jak oceniasz bilans przeprowadzonych ruchów, gdy po stronie ubytków jest m.in. Ousmane Sow, natomiast na liście wzmocnień m.in. Lukáš Sadílek, Michał Rakoczy czy Brandon Dominguès, którzy dostają już swoje szanse na boisku.
Jeśli chodzi o samego Sowa, to spośród wymienionej trójki może go zastąpić jedynie Dominguès. Jest to jednak zupełnie inny typ skrzydłowego: Ousmane bazuje na sile fizycznej, szybkości, umiejętności przepychania się i zdobywania przestrzeni. Brandon jest zawodnikiem filigranowym, który lepiej się czuje z piłką przy nodze i trzeba dostosować styl gry do charakterystyki tego piłkarza. Z kolei Sadílek pokazuje niesamowity charakter i jestem pewien, że będzie walczył o każdą piłkę. Zastanawiam się tylko, czy pozycja numer 10, na której obecnie jest ustawiany, jest dla niego optymalna, czy jednak docelowo nie będzie walczył o miejsce w składzie z Patrikiem Hellebrandem i Jarkiem Kubickim. Zobaczymy, jaki pomysł na niego będzie miał trener. Za to Michał Rakoczy jest dzisiaj wielką niewiadomą. Pamiętam go jeszcze z Cracovii, jak wyróżniał się w Ekstraklasie, a niektórzy przymierzali go nawet do reprezentacji. Po nieudanej przygodzie w Turcji wrócił do Polski i będzie chciał się odbudować w Zabrzu. Wkrótce się przekonamy, ile będzie w stanie dać Górnikowi, ale na dzisiaj jest to największa zagadka spośród wszystkich transferów.
W sportowych mediach przebiła się ciekawostka o sprowadzeniu do Zabrza młodego napastnika, który wyróżnia się nie tylko piłkarsko, ale też atletycznie, bo trenuje skok wzwyż, a na swoim koncie ma rekord 2,13 m.
Mateusz Posmyk został wyskautowany w niższych ligach i sprowadzony do Zabrza głównie z myślą o rezerwach. Rozmawiałem kiedyś z Pawłem Bochniewiczem, który zwracał uwagę, że młodzi sportowcy powinni rozwijać się w wielu dyscyplinach, aby ćwiczyć poruszanie i koordynację, co przydaje się później na boisku. Takie wytrenowanie na pewno zaprocentuje, tym bardziej że w skoku wzwyż ćwiczy się rozpęd na krótkim dystansie i skoczność, które również są atutami napastnika. W Górniku nie raz udowodnili, że potrafią wynajdować młodych, obiecujących piłkarzy, wyróżniających się w niższych ligach. Będziemy obserwować tego chłopaka i niewykluczone, że prędzej czy później dostanie szansę debiutu w pierwszym zespole.
Wspomniany Paweł Bochniewicz wrócił do Zabrza po poważnej kontuzji. Jest już gotowy, aby stanowić o sile waszej obrony?
Paweł jest w treningu, gotowy do gry, natomiast najpierw musi wywalczyć sobie miejsce w składzie. Nie będzie to jednak łatwe, bo zarówno Janicki, jak i Josema są ostatnio w dobrej formie. Trener Gašparík preferuje grę dwoma stoperami, z których każdy ma inną nogę wiodącą, tym samym naturalnym rywalem lewonożnego Bochniewicza jest Josema, który jesienią prezentował się nawet lepiej niż Janicki. W ostatnim meczu z Pogonią przydarzył mu się błąd, który przełożył się na rzut karny i w konsekwencji porażkę. Jest to jednak solidny obrońca, który za darmo miejsca Bochniewiczowi nie odda. Z kolei Paweł, jako były reprezentant Polski, ma wysokie umiejętności i myślę, że dostanie swoją szansę, którą na pewno wykorzysta.
Trafiłem ostatnio na informację, że inny rekonwalescent z historią w Górniku jest przymierzany do transferu do Zabrza. Czy Łukasz Milik namówi swojego brata do powrotu na stare śmieci?
Nie chcę mówić, że ten powrót jest nieunikniony, ale z pewnością oczekiwany i możliwy do dopięcia. Raczej jeszcze nie dzisiaj, bo Arek będzie próbował odbudować się na zachodzie, ale wkrótce spodziewam się takiego ruchu. Sam Arek wspominał, że chciałby zakończyć karierę w klubie, z którego wypłynął na szerokie wody i raczej nie chodzi o piłkarską emeryturę – zagrać trzy mecze i odejść z kwiatami. Zakładam, że ten powrót prędzej czy później się wydarzy.
Obserwatorzy Ekstraklasy jednym głosem podkreślają rolę Bartka Nowaka jako niekwestionowanego lidera GieKSy. Kto jest takim „Nowakiem” w Zabrzu?
Zdecydowanie Patrik Hellebrand, który jest architektem praktycznie każdej akcji ofensywnej Górnika – piłka zawsze musi przejść przez niego. Kiedy on ma słabszy dzień, to automatycznie cała drużyna gra poniżej swojego poziomu.
Jak sam wspomniałeś, początek rundy w wykonaniu Górnika nie jest wymarzony. Czego brakuje, aby wkroczyć na ścieżkę zwycięstw?
Przede wszystkim szczęścia i skuteczności. Z Piastem zawsze gra się trudno, bo rywale zawsze mocno się na nas mobilizują i widać na murawie tę determinację. Z kolei Lech pokazał swoje umiejętności i uważam, że ich forma będzie rosła, bo ważni piłkarze wracają po kontuzjach. W tym pojedynku byliśmy słabsi i Mistrz Polski wygrał zasłużenie. Za to wynik z Termalicą jest skrajnie niesprawiedliwy, bo należał nam się rzut karny po faulu na Kubickim. Z drugiej strony, gdybyśmy wykorzystali swoje okazje, to ta sytuacja nie miałaby już znaczenia. Zabrakło jednak skuteczności i podobnie było z Pogonią, która bardzo dobrze ustawiała się w defensywie, zostawiając nam mało przestrzeni. Brakowało indywidualnego błysku któregoś z piłkarzy, co pozwoliłoby przedrzeć się przez szyki obronne Portowców. Był tylko słupek i poprzeczka Chłania, który w tym meczu grał wyraźnie na siebie, co też nie pomogło drużynie wygrać.
Wspominasz o piłkarskim szczęściu, natomiast śledząc „żabskiego Twittera” rzuciła mi się w oczy dyskusja o klątwie pewnego tekstu w serwisie Roosevelta81.pl – niektórzy twierdzą, że od tej publikacji Górnik przestał grać.
Sam mocno krytykowałem ten artykuł. Tezy w nim zawarte są dla mnie totalną abstrakcją i trudno go nawet traktować z przymrużeniem oka, bo został on napisany zupełnie na serio. Jego styl jest dość arogancki i jeśli istnieją piłkarscy bogowie i ich klątwy, to być może w tym przypadku zainterweniowali i chcą, żeby – nawiązując do tytułu tego artykułu – znowu się z nas śmiano. A mówiąc już poważnie, ten materiał był zupełnie niepotrzebny i źle, że został opublikowany.
Analizując tabelę widzimy, że Górnik zdecydowanie lepiej prezentuje się w Zabrzu niż na wyjazdach. Z czego to wynika?
Piłkarze często podkreślają, że przy Roosevelta niosą ich trybuny, natomiast nie dostrzegam zbyt wielu różnic między sposobem gry u siebie i na wyjazdach. Nie jest to dla nas taki problem jak w Gdyni i poza Arką nie ma innej drużyny, dla której własne boisko byłoby aż takim atutem. Obecnie na większości stadionów murawy są średniej jakości. W Zabrzu nie jest inaczej – płyta boiska jest dosyć stara i powinna zostać wymieniona jak najszybciej.
Mimo wszystko przewaga własnego boiska była kluczowa w ostatnich pojedynkach GieKSy z Górnikiem. Jak to jest, że w obydwu naszych meczach GKS nie potrafił ugrać nawet sztycha w Zabrzu?
W poprzednim sezonie, w pierwszych minutach meczu zastanawialiśmy się, czy aby GieKSa nie zleje nas za mocno, bo wasi piłkarze wyszli bojowo nastawieni i prezentowali się bardzo dobrze. Szybko zdobyta przez Podolskiego bramka ostudziła jednak te zapędy, tuż po przerwie padł drugi gol i wszystko się posypało. W sierpniu wyglądało to trochę inaczej i nie było widać po waszej stronie aż takiej woli walki. GieKSa ma charakter, ale czasem potrzebuje impulsu, aby go pokazać. Czasem jest to impuls z trybun, a czasem błysk któregoś z zawodników. Często oglądam wasze mecze i podoba mi się, że zawsze jesteście gotowi do walki, mimo że czasem nie wychodzi.
Nasz mecz w rundzie jesiennej mógł spokojnie zakończyć się w 64. minucie, po kuriozalnym golu zdobytym do spółki przez Dawida Kudłę i Märtena Kuuska. Widziałeś kiedyś coś równie absurdalnego?
Chyba tylko w “Piłkarskim pokerze”.
Śpiewacie o sobie, że „u nas zawsze jest kultura”. Chciałbym to docenić, bo jako drużyna i kibice zachowaliście się z klasą na ostatnich urodzinach Rafała Góraka i nie popsuliście mu świętowania.
Dla nas jest to niezbyt przyjemne wspomnienie, ale w pełni rozumiemy waszą radość. Zwycięska bramka padła w doliczonym czasie gry, była więc feta i otwarcie nowego stadionu w wielkim stylu. Był to czas, kiedy pewna grupa ludzi pozwalała nam się przyjaźnić, więc trudno wyobrazić sobie większe piłkarskie święto: mecz przyjaźni, na dodatek wygrany. Wielu naszych kibiców, o ile nie większość, nadal sympatyzuje z GieKSą i śledzi wasze losy. Sam, jeśli tylko mam możliwość, oglądam wasze mecze.
Tym razem znowu przyjeżdżacie na urodziny – już nie trenera, ale całej GieKSy. Prezent w postaci trzech punktów już przyszykowany?
Szczerze mówiąc mam nadzieję, że sobotni mecz w naszym wykonaniu będzie sygnałem, że wyszliśmy z kryzysu. Sami mieliście okazję, aby rozpocząć świętowanie tydzień wcześniej – szybko objęliście prowadzenie w Gdyni i sam nie wiem, co stało się potem. Zobaczymy, jak ułoży się nasz mecz i czyje atuty okażą się decydujące. Wspominałeś o Bartku Nowaku, którego osobiście uważam za najlepszego piłkarza w lidze. Stąd wiem, że nie będzie nam lekko.
Jaki przebieg i wynik sobotniego meczu przewidujesz?
Myślę, że Górnik zacznie spokojnie i będzie chciał wybadać nastawienie GieKSy. Wydaje mi się, że to wy od początku ruszycie do ataku, podrażnieni porażką w Gdyni. Nie bez znaczenia są też okoliczności, o których wspominałeś i piłkarze będą chcieli sprawić prezent kibicom. Mimo wszystko waszym obrońcom zdarza się popełniać błędy, co będziemy próbowali wykorzystać. Dzięki temu Górnik może wywieźć z Katowic trzy punkty, ale spodziewam się, że to wy pierwsi strzelicie bramkę. Stawiam więc na zwycięstwo Górnika 2:1.
Przerwa od meczów będzie krótka, bo nasze ekipy w następnym tygodniu zagrają o awans do półfinału Pucharu Polski. Wylosowaliśmy rywali z Ekstraklasy, choć można było trafić nawet 3-ligowca. Jak oceniasz nasze szanse?
Michal Gašparík jest specjalistą od krajowych pucharów, bo ma już na swoim koncie trzy takie trofea zdobyte w Słowacji, ponadto, jak sam podkreślał, jest to najkrótsza droga do rozgrywek europejskich. Moim zdaniem wylosowaliśmy trudniejszego rywala niż wy i możecie mieć łatwiej, tym bardziej, że niesamowita presja ciąży na piłkarzach Widzewa. Na naszej drodze stoi Mistrz Polski, którego forma rośnie i szczerze mówiąc liczę, że kumulacja meczów w LKE i w Ekstraklasie trochę ich „przeora” fizycznie, przez co w środę będą w słabszej dyspozycji. Trzeba spróbować to wykorzystać, bo dla mnie większym priorytetem jest zdobycie Pucharu Polski niż wynik ligowy dający przepustkę do Europy.
Kto wie, być może w maju to właśnie z nami powalczycie na Narodowym…
Byłaby to piękna historia i chciałbym to przeżyć. Sam wyjazd byłby czymś niesamowitym, gdyby pół województwa wybrało się na majówkę do Warszawy.
Zostawiając na boku kwestie piłkarskie, na koniec zapytam o temat, który od dłuższego czasu jest na ustach całego Zabrza: kiedy skończy się telenowela związana z prywatyzacją Górnika?
Z powodów zawodowych mam wiele okazji do kontaktu z przedstawicielami Urzędu Miasta w Zabrzu. W ostatnim czasie zaszły tam naprawdę duże zmiany, kiedy władza zmieniała się wielokrotnie – kolejne panie prezydent, potem komisarz i następne wybory. Takie zawirowania nie pozostały bez wpływu na prywatyzację klubu. Co więcej, radni Zabrza wybitnie nie pomagają, bo np. określanie wartości klubu na podstawie wycen piłkarzy publikowanych na transfermarkcie jest delikatnie mówiąc niepoważne. Dziś wydaje się, że proces prywatyzacji jest wreszcie na ukończeniu, bo klub nie wykonywałby tylu ruchów transferowych, gdyby nie spodziewał się, że zmiany właścicielskie są nieuchronne. Jedno jest pewne – bez prywatyzacji Górnik nie zrobi kolejnego kroku do przodu.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
Brzmi jak marzenie
Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.
Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.
Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.
Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.
Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.
Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.
No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.
Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.
Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.
Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.


Najnowsze komentarze