Dołącz do nas

Siatkówka

ONICO Warszawa – niespodziewany kandydat do medalu mistrzostw Polski

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kolejne spotkanie GKS-u w PlusLidze, to starcie z rewelacją obecnego sezonu ekipą z Warszawy.

Nawet najwięksi optymiści nie mogli przypuszczać, że wraz ze zmianą szyldu klubu oraz po rozpoczętej przebudowie kadry zespołu, efekty przyjdą tak szybko. Były selekcjoner reprezentacji Polski, Stephane Antiga umiejętnie dokonał zmian (na siedem transferów aż pięciu graczy wskoczyło do podstawowego składu – razem z libero) i po początkowych problemach, drużyna zgrała się między sobą i wyniki są rewelacyjne. Na tę chwilę ONICO odniosło 12 zwycięstw przy tylko 5 porażkach, co daje im świetną trzecią lokatę w tabeli, ze stratą zaledwie 3 punktów do wyprzedzających ich graczy z Bełchatowa! Nie tylko wyniki, ale momentami i bardzo dobra gra zespołu, każe poważnie brać kandydaturę tej ekipy do miejsca na podium rozgrywek. Ewentualny zdobyty medal przez warszawian byłby zapewne największą niespodzianką bieżącego sezonu. Co i kto jest siłą tego zespołu?

Za rozegranie odpowiada Francuz Antoine Brizard i wywiązuje się z tego zadania coraz lepiej. Ponadto jak na rozgrywającego zdobywa bardzo dużo punktów – ma w tej chwili już 78 oczek zdobytych. 24-letni Brizard dysponuje bardzo dobrą zagrywką (22 asy), świetnie gra na siatce (aż 37 bloków) i swoje dołożył jeszcze atakiem (19 oczek). Na pewno spore rezerwy warszawianie mają na pozycji atakującego, gdzie jak na razie Macedończyk Nikola Gjorgiew (zdobył „tylko” 187 punktów) nie pokazał jeszcze wszystkich swoich atutów. Jego zmiennik 20-letni Kanadyjczyk Sharon Vernon-Evans, nabiera dopiero niezbędnego doświadczenia w PlusLidze.

Jednym z dwóch graczy którzy ostali się w wyjściowym składzie warszawian jest Andrzej Wrona. Środkowy, były reprezentant Polski, świetnie prezentuje się w bloku (aż 38 punktów), do tego ma 60% skuteczność w ataku (93 punkty) plus 7 oczek zagrywką dają wynik 138 punktów. Zawodzi Jan Nowakowski – tylko 85 oczek – a Sebastian Warda to nie ta półka. Główną siłą napędową warszawian są dwaj przyjmujący. Drugim siatkarzem który utrzymał miejsce w składzie zespołu jest Bartosz Kwolek, który poczynił znaczne postępy w porównaniu z zeszłym sezonem. Młody siatkarz zdobył łącznie 253 punkty, w tym 210 atakiem, bardzo dobrą zagrywką (24 asy) oraz solidnym blokiem (19 punktów). Wspiera go Wojciech Włodarczyk zdobywca 186 oczek. Warszawianie mocno ryzykują na wypadek kontuzji, ponieważ na tej pozycji jako zmiennika mają tylko wiekowego już Francuza Guillaume’a Samicę.

 

Aktualna kadra ONICO Warszawa

rozgrywający: Antoine Brizard (Francja – numer 6), Jan Firlej (numer 13)
atakujący: Sharon Vernon-Evans (Kanada – numer 3), Nikola Gjorgiew (Macedonia – numer 14)
środkowi: Andrzej Wrona (8), Jan Nowakowski (19), Jakub Kowalczyk (1), Sebastian Warda (12)
przyjmujący: Bartosz Kwolek (2), Wojciech Włodarczyk (20), Guillaume Samica (Francja – 9)
libero: Damian Wojtaszek (numer 18), Jędrzej Gruszczyński (7)

trener: Stephane Antiga (Francja)
asystent trenera: Fabio Storti (Włochy)
trener przygotowania fizycznego: Michał Adamczewski
masażysta: Robert Kozłowski
statystyk: Bartosz Kaczmarek

 

ONICO Warszawa Spółka Akcyjna
barwy: granat-biały-złoty
data założenia: 2017 rok, kontynuacja założonego w roku 1954 klubu AZS-u Politechniki Warszawskiej SA
adres: ul. Bagatela 11 lok. 12b; 00-585 Warszawa
hala: COS Torwar, ul. Łazienkowska 6a, 00-449 Warszawa

maskotka: Żabcia Polcia
Prezes: Jolanta Dolecka
Wiceprezes zarządu: Paweł Zagumny
Członek zarządu: Mariusz Wilkołaski
Przewodniczący Rady Nadzorczej: Tomasz Turczyn
Wiceprzewodniczący: Marcin Bańcerowski
Członek Rady Nadzorczej: Piotr Sokołowski

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE ONICO Warszawa

Ilość rozegranych setów – GKS 63 – 63: Quiroga, 59: Kohut, 58: Komenda,
ONICO 63 – Kwolek 63, Brizard 63, Wrona 63, Wojtaszek 63, Włodarczyk 62, Gjorgiew 57, Vernon-Evans 41, Nowakowski 41, Samica 39, Warda 36, Firlej 14, Kowalczyk 7, Gruszczyński 7,

Ilość zdobytych punktów – GKS 973: Butryn 208, Quiroga 199, Kapelus 128,
ONICO 1050 – Kwolek 253, Gjorgiew 187, Włodarczyk 186, Wrona 138, Nowakowski 85, Brizard 78, Vernon-Evans 59, Warda 43, Samica 16, Kowalczyk 4, Firlej 1,

Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 333: Butryn 77, Quiroga 62, Kapelus 41,
ONICO 399 – Kwolek 110, Włodarczyk 59, Wrona 55, Brizard 53, Gjorgiew 52, Nowakowski 36, Vernon-Evans 14, Warda 13, Samica 5, Kowalczyk 1, Firlej 1,

Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 640: Quiroga 137, Butryn 131, Kapelus 87,
ONICO 651 – Kwolek 143, Gjorgiew 135, Włodarczyk 127, Wrona 83, Nowakowski 49, Vernon-Evans 45, Warda 30, Brizard 25, Samica 11, Kowalczyk 3,

Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 365: Butryn 97, Quiroga 85, Kohut 61,
ONICO 507 – Kwolek 107, Wrona 105, Gjorgiew 97, Włodarczyk 77, Nowakowski 60, Warda 31, Vernon-Evans 26, Brizard 23, Samica 1, Gruszczyński 0, Kowalczyk -1, Firlej -1, Wojtaszek -18,

Ilość zagrywek – GKS 1389: Quiroga 246, Butryn 185, Komenda 177,
ONICO 1454 – Wrona 236, Brizard 235, Kwolek 225, Włodarczyk 213, Gjorgiew 190, Nowakowski 132, Warda 98, Vernon-Evans 68, Samica 34, Firlej 16, Kowalczyk 7,

Ilość błędów na zagrywce – GKS 282: Pietraszko 44, Kohut 44, Butryn 39,
ONICO 258 – Kwolek 65, Brizard 50, Gjorgiew 37, Włodarczyk 37, Wrona 22, Nowakowski 17, Vernon-Evans 13, Warda 10, Kowalczyk 3, Samica 2, Firlej 2,

Ilość asów serwisowych – GKS 81: Quiroga 21, Butryn 16, Pietraszko 12,
ONICO 88 – Kwolek 24, Brizard 22, Włodarczyk 12, Gjorgiew 11, Wrona 7,Nowakowski 7, Warda 4, Vernon-Evans 1,

Ilość przyjęć – GKS 1194: Quiroga 420, Kapelus 298, Mariański 274,
ONICO 1105 – Kwolek 409, Włodarczyk 365, Wojtaszek 232, Samica 73, Wrona 15, Nowakowski 5, Gjorgiew 2, Brizard 1, Gruszczyński 1, Warda 1, Firlej 1,

Ilość błędów w przyjęciu – GKS 90: Quiroga 24, Mariański 22, Kapelus 20,
ONICO 77 – Kwolek 27, Włodarczyk 27, Wojtaszek 18, Samica 3, Brizard 1, Gjorgiew 1,

Przyjęcie negatywne – GKS 245: Quiroga 79, Kapelus 64, Mariański 47,
ONICO 244 – Kwolek 93, Włodarczyk 83, Wojtaszek 46, Samica 18, Wrona 2, Gruszczyński 1, Firlej 1,

Przyjęcie perfekcyjne – GKS 326: Quiroga 117, Mariański 88, Kapelus 73,
ONICO 302 – Kwolek 111, Włodarczyk 97, Wojtaszek 64, Samica 23, Wrona 7,

Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 27%: Witczak 100%, Butryn 50%, Stelmach 33%,
ONICO 27% – Wrona 47%, Samica 32%, Wojtaszek 28%, Kwolek 27%, Włodarczyk 27%, Brizard 0%, Gruszczyński 0%, Warda 0%, Firlej 0%, Gjorgiew 0%, Nowakowski 0%,

Ilość ataków – GKS 1648: Quiroga 399, Butryn 389, Kapelus 274,
ONICO – 1625 – Kwolek 406, Gjorgiew 377, Włodarczyk 333, Wrona 155, Vernon-Evans 122, Nowakowski 95, Warda 49, Brizard 40, Samica 39, Kowalczyk 8, Firlej 1,

Ilość błędów w ataku – GKS 107: Butryn 35, Quiroga 32, Witczak 11,
ONICO – 102 – Kwolek 29, Włodarczyk 27, Gjorgiew 18, Vernon-Evans 13, Samica 6, Nowakowski 4, Wrona 3, Kowalczyk 1, Brizard 1,

Ilość ataków zablokowanych – GKS 129: Butryn 37, Kapelus 25, Quiroga 22,
ONICO 106 – Gjorgiew 34, Kwolek 25, Włodarczyk 18, Wrona 8, Vernon-Evans 7, Samica 4, Nowakowski 4, Brizard 3, Warda 2, Kowalczyk 1,

Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 768: Butryn 179, Quiroga 166, Kapelus 114,
ONICO 796 – Kwolek 210, Gjorgiew 164, Włodarczyk 159, Wrona 93, Vernon-Evans 51, Nowakowski 51, Warda 31, Brizard 19, Samica 14, Kowalczyk 4,

Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 47%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Pietraszko 66%,
ONICO 49% – Warda 63%, Wrona 60%, Nowakowski 54%, Kwolek 52%, Kowalczyk 50%, Brizard 48%, Włodarczyk 48%, Gjorgiew 44%, Vernon-Evans 42%, Samica 36%, Firlej 0%,

Ilość bloków punktowych – GKS 124: Pietraszko 25, Komenda 22, Kohut 20,
ONICO 166 – Wrona 38, Brizard 37, Nowakowski 27, Kwolek 19, Włodarczyk 15, Gjorgiew 12, Warda 8, Vernon-Evans 7, Samica 2, Firlej 1,

Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 19: Butryn 4, Quiroga 4, Kohut 3,
ONICO 19 – Brizard 4, Nowakowski 4, Vernon-Evans 3, Włodarczyk 3, Warda 2, Kwolek 1, Wrona 1, Gjorgiew 1,

Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – GKS (1-1) – ONICO (2-2);

MVP meczów – GKS 7: Komenda 2, Butryn 2,
ONICO 12 – Włodarczyk 3, Kwolek 3, Gjorgiew 2, Brizard 2, Wrona 1, Warda 1,

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga