Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Czas na półfinał(y)
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej i siatkówki GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Media donoszą, że Klub wysłał pismo ws rozwiązania umowy z Zondacrypto.
Piłkarki dzisiaj o godzinie 18:30 na płycie głównej ENEA Stadionu w Poznaniu zagrają mecz półfinałowy Pucharu Polski z drużyną Lecha/UAM Poznań. Następny mecz ligowy rozegramy na Bukowej 25 kwietnia o 11:00 z Pogonią Szczecin. Piłkarze w minionym tygodniu rozegrali mecz ligowy z Motorem, który wygrali 3:2 (3:1). W najbliższą sobotę 25 kwietnia o 14:45 zagramy w Kielcach z Koroną.
W półfinale play-off siatkarze pokonali w pierwszym meczu Mickiewicza Kluczbork 3:0. Drugi mecz zostanie rozegrany jutro (22 kwietnia) o 18:00 w Kluczborku. Ewentualne trzecie spotkanie zaplanowano na niedzielę (26 kwietnia) o 17:30 w Katowicach. Do finału awansuje drużyna, która wygra dwa mecze.
Hokeiści zakończyli sezon zdobyciem srebrnych medali Mistrzostw Polski.
KLUB
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice też żegna się z Zondacrypto. Współpraca nie trwała długo… „Podjęte działania mają zabezpieczyć interes klubu”
GKS Katowice jest kolejnym klubem, który wypowiada umowę giełdzie kryptowalut Zondacrypto.
– GKS Katowice wystosował pismo, które inicjuje proces rozwiązania umowy sponsorskiej z firmą Zondacrypto – poinformował Polską Agencję Prasową rzecznik klubu Michał Kajzerek. – Podjęte przez nas działania mają w pełni zabezpieczyć interes klubu, stąd proces zakończenia współpracy będzie następował stopniowo – dodaje.
Umowa z Zondacrypto została podpisana w lipcu 2025 roku. Podkreślano wówczas, że prezes firmy Przemysław Kral wychował się w Katowicach i chodził na mecze na Bukową.
Wcześniej podobną jak GKS decyzję podjęli Raków Częstochowa i koszykarskie Dziki Warszawa.
W sprawie problemów Zondacrypto trwa postępowanie prokuratorskie. W poniedziałek rzecznik Prokuratury Regionalnej w Katowicach prok. Michał Binkiewicz poinformował, że na liście poszkodowanych jest już kilkaset osób, a kwota szkody osiągnęła 350 mln zł.
PIŁKA NOŻNA
lechpoznan.pl – Czas na półfinał
Już we wtorek o godzinie 18:30 rozpocznie się najważniejsze spotkanie tego sezonu dla Lecha Poznań UAM. Niebiesko-Białe na Enea Stadionie zmierzą się z GKS-em Katowice w półfinale Orlen Pucharu Polski.
Piłkarki Kolejorza mają za sobą świetną kampanię w Pucharze Polski. Lechitki do półfinału dotarły bez straty gola, a po drodze odprawiły z kwitkiem Iskrę Tarnów (4:0), Polonię Środa Wielkopolska (5:0), KKP Warszawa (5:0) oraz Górnika Łęczna (1:0). To najlepsza edycja w historii naszej kobiecej sekcji, a przed Niebiesko-Białymi najważniejszy dotychczasowy mecz w tym sezonie. Stawką wtorkowej rywalizacji z GKS-em Katowice będzie bowiem finał Pucharu Polski.
– Traktujemy to spotkanie normalnie, nie nakładamy na siebie żadnej dodatkowej presji. Ostatni tydzień przepracowałyśmy jak każdy poprzedni, myślę że to zdrowe podejście. Czuć w drużynie radość, ekscytację i pozytywną atmosferę, bo dzieje się po prostu coś fajnego – mówi trenerka Alicja Zając.
Lech Poznań UAM w tym sezonie zmierzył się już z GKS-em Katowice w Orlen Ekstralidze. Niebiesko-Białe na wyjeździe postawiły się mistrzyniom Polski i zremisowały 1:1. Gola na wagę punktu strzeliła Oliwia Związek, a więc bohaterka ćwierćfinałowej potyczki z Górnikiem Łęczna. We wtorek faworytem również będzie ekipa ze Śląska, ale Lechitki w tym sezonie już niejednokrotnie pokazały, że potrafią postawić się silniejszym przeciwniczkom.
– Ten ostatni mecz z GieKSą zbudował nasze morale i pokazał, że możemy powalczyć z bardziej doświadczonymi zespołami z górnej części tabeli. Widać to było w spotkaniu z Górnikiem Łęczna. Wiadomo, że to była tylko jedna potyczka, ale chcemy z niej wyciągnąć jak najwięcej wniosków i odpowiednio przygotować się do półfinału. Wiemy, że wiele czynników wpływa na to, która drużyna wygra. Zrobimy jednak wszystko, żeby powalczyć i napsuć krwi zespołowi z Katowic, bo nie ma co ukrywać, że one są faworytem i jako mistrzynie Polski bardziej muszą awansować do finału, my możemy to zrobić – opowiada trenerka Lecha Poznań UAM.
[…] Z tego spotkania przeprowadzona zostanie transmisja na naszym kanale LechTV na platformie Youtube.
weszlo.com – Bartosz Nowak: Nie pamiętam tak szalonego tygodnia
Sezon 2025/26 na polskich boiskach to prawdziwy popis umiejętności w wykonaniu jednego z piłkarzy GKS-u Katowice. Bartosz Nowak na Śląsku obudził w sobie pokłady dodatkowej energii i piłkarskiej jakości. Strzelec ośmiu goli, odpowiadający także za 11 ostatnich podań w Ekstraklasie, cieszy się obecnie ogromnym szacunkiem pośród kibiców, a także ligowych rywali. Nowak był gościem ostatniej Ligi+ Extra, w której odpowiedział na wiele pytań.
Drużyna Rafała Góraka bardzo jest doceniana w skali ligi za to, jaki tworzy kolektyw. To duża nobilitacja, aczkolwiek Nowak podkreśla, że to zasługa tego, że każdy czuje się doceniony.
– Nasz system pokazuje, że nie jesteśmy oparci na jednym zawodniku. Każdy czuje się pod prądem, każdy jest doceniony. Wie, że przyjdzie czas, że będzie potrzebny (…) Cały czas sprawia mi radość, by grać na takim poziomie jakiego wymaga liga (…) Wszystko zależy od tego, w jakich drużynach grasz i na jakim poziomie jesteś. Były trudniejsze momenty, teraz jest wszystko pięknie, ja się czuję dobrze. Wszystko też dobrze funkcjonuje, każdy emanuje pozytywną energią. Drugi sezon w Rakowie był trudny, widywałem się tylko przez chwilę z rodziną, miałem półtorarocznego synka, a żona była w drugiej ciąży.
Nie mogło zabraknąć pytania o trenera Rafała Góraka. W studiu panowało zaciekawienie dotyczące tego, czy szkoleniowiec daje na boisku wolność. Nowak bardzo ceni swojego trenera za to, kim jest i że nikogo nie udaje.
– W niektórych aspektach jak najbardziej [co do wolności na boisku – MZ]. Eman teraz wszedł w buty dobrego kolegi (śmiech), jeszcze nie wiemy gdzie on ma sufit. Ostatnio on akurat błyszczy, ale odciążamy się nawzajem. Większość akcji zaczyna się od pressingu i rozumienia gry naszych pomocników. Każdy może pokazywać, co najlepsze w ataku, wiemy, kto jakie ma obowiązki. Jak ktoś o czymś zapomni, to drugi go wspomoże (…). Trener zawsze jest taki sam. Taki jest w serialu [Canal+ o trenerach – MZ]. On ma taką czutkę, że wie, kiedy co ma powiedzieć. Czuje ten klimat GieKSy, przeżył tu wszystko. Nie musi niczego udowadniać i cieszy się tym, co ma.
W ostatnim czasie, GieKSa po rzutach karnych odpadła w półfinale Pucharu Polski, zremisowała 3:3 z Lechem Poznań, a także pokonała po bardzo dobrym meczu Motor Lublin 3:2. Nowak przyznał, że nie pamięta tak obfitego w emocje tygodnia w swoim piłkarskim życiu.
– Takiego tygodnia to nie pamiętam, aby tyle się działo. W końcu z jakiegoś szalonego meczu mamy trzy punkty. Tworzymy mnóstwo sytuacji, ciągle są emocje, nasza drużyna wzbudza ich dużo. Jest sporo pozytywnych, a my idziemy tą drogą dalej.
– Od początku sezonu mówimy sobie, że nie boimy się nikogo, bo potem można walczyć z każdym. Nawet po porażce można być zadowolonym, ale nie można mieć po takich meczach do siebie pretensji. Trener powiedział, że musiał pochodzić więcej w tych meczach (śmiech). Myślę, że jest dumny.
9 kwietnia Jesus Imaz dobił do 110 goli w Ekstraklasie. Nowak uważa go za najlepszą dychę w lidze.
– Tak. Myślę, że w każdym wywiadzie, jak mnie pytają o dobrą dziesiątkę – ja zawsze daję Imaza. Odkąd śledzę tę ligę i odkąd w niej jestem to zawsze jest gwarantem bramek i gwarantem jakości, duża klasa.
Bardzo wielu szkoleniowców uznało Nowaka w materiale Canal+ za MVP sezonu. W tym gronie był oczywiście Rafał Górak, ale także Leszek Ojrzyński i John Carver. Nie wiedzieli oni, że piłkarz GKS-u Katowice będzie gościem programu. Co na to sam Nowak?
– Na pewno poproszę po programie o filmik dla potomstwa. Bardzo jestem dumny, cieszę się, że wiele osób ma taki pozytywny odbiór, na pewno drużyna też jest dumna. A czy to mój sezon życia? Indywidualnie na pewno tak (…) Zawsze chciałem strzelić gola z połowy, takiego mi raz nie uznano, więc wszystko przede mną.
Bartosz Nowak jest zdania, że szkielet drużyny złożony z Polaków bardzo pomaga. Także poza klubem, bowiem przez to żony zawodników chętnie się ze sobą spotykają i atmosfera tylko zyskuje na takich relacjach w drużynie. Nowi zawodnicy, a także obcokrajowcy, są bardzo otwarci i uczą się bardzo szybko.
Drużyna z Katowic punktowała jesienią ze średnią 1,17 punktu na mecz. Na wiosnę jest to już 1,91. Nowak podkreślił, że dysproporcja wyniknęła ze zmian i urazów na początku sezonu. Osiągnięcie obecnej dyspozycji wyniknęło z pracy w spokoju, a także z uwagi na mocny zimowy obóz przygotowawczy. Trener Górak polecił podopiecznym, aby zaufać w tę pracę, a w ostatnich miesiącach widać, że zespół dobrze się czuje. Nowak przyznał też, że były kluby zainteresowane jego usługami, ale on był stanowczy w tej kwestii. Nie zamierzał odbierać telefonów, bo czuł się dobrze w drużynie, a Katowice to jego miejsce.
W części programu zwanej „Pomidorem” Nowak powiedział, że Śląsk stał się jego miejscem na ziemi, choć jest z Radomia. Dodał też, że nie czuje się idolem kibiców na Nowej Bukowej i stwierdził, że fani zobaczą europejskie puchary w przyszłym sezonie. Mówi też „nie” w kwestii zaproszenia do Tańca z Gwiazdami.
Z innych ciekawych odpowiedzi: Bright Ede mógłby nosić sprzęt za obrońcami GKS-u Katowice. Pomidor został wykorzystany w kwestii pytania o preferencję bycia liderem w Katowicach kosztem ławki rezerwowych w reprezentacji Polski. Chciałby też dokończyć w przyszłości studia.
przegladsportowy.onet.pl – Żartowniś w szatni GKS Katowice włączył stary przebój. I zadziałało
Dziewięć dni z życia kibica GKS-u Katowice, to trzy mecze jego drużyny, dziesięć strzelonych goli i dziewięć straconych, duma wymieszana z niedosytem, refleksja połączona z ambicjami i poczucie, że sen wciąż trwa. Ekipa Rafała Góraka nie wygląda na taką, która miałaby ochotę wyhamować. Bohaterów jest dwóch, właśnie dosiadł się trzeci, ale są jeszcze ci, o których w mediach się nie mówi.
Katowicka drużyna najmocniej z tych trzech swoich wyjątkowych meczów zaskoczyła podczas wyprawy do Poznania. Najpierw z Rakowem zagrała najbardziej zwariowane spotkanie w tym sezonie. GKS w pierwszej połowie półfinału Pucharu Polski rozsmarował gospodarzy — prowadził 2:0 i wydawało się, że w takiej formie już tego nie wypuści. Scenarzysta przygotowujący futbolowe szkice miał tego dnia jednak inny pomysł. GKS doprowadził do stanu, że i przegrywał. Dwukrotnie wyrównał, żeby przy wyniku 4:4 o wszystkim rozstrzygały karne, a w nich efektywniejszy był Raków.
Takie porażki mogą goić się długo. Zresztą następnego dnia potwierdzał to klimat w katowickiej szatni. Przypominał ten żałobny. W miejscu, gdzie jest gwarno, mało kto z kim rozmawiał. Piłkarze nie mogli odżałować, w jaki sposób wypuścili zwycięstwo. Ale jak to w GKS-ie, znalazł się też dowcipniś, który na pomeczowych zajęciach w siłowni włączył stary przebój zespołu Magma, zaczynający się od słów: „Znów dziś przeszła obok mnie”.
Gieksiarze mieli słuszne poczucie, że okazja zagrania na Narodowym przeszła obok nich naprawdę blisko. Ale podnieśli się błyskawicznie, bo w Poznaniu fragmentami grali śpiewająco. Na boisku mistrza Polski trzykrotnie prowadzili, ale znów wrócił niedosyt, bo tamten mecz ostatecznie zremisowali. W ostatni weekend z Motorem już nie pozwolili, żeby prowadzenie im uciekło i przypilnowali wyniku.
GieKSa szalona potrafiła być i dawniej. W 1970 r. pojechała do Hiszpanii zagrać rewanż ze słynną Barceloną. To miała być dla gospodarzy formalność, pierwszy mecz na wyjeździe zgodnie z przewidywaniami wygrali. Mało, bo mało (1:0), ale wygrali. U siebie mogli poczuć dezorientację, gdy do przerwy przegrywali na Camp Nou z anonimowym klubem z Polski 0:2 i byli poza pucharami. Na pewno w szoku byli kibice Barcelony, którzy w swoich piłkarzy ciskali poduszkami.
— Skąd oni wzięli tyle poduszek? — zastanawiali się później piłkarze GieKSy.
Okazało się, że kibice puchową amunicję kibice mieli pod sobą, bo brali ją z siedzisk na stadionie. W drugiej połowie Gieksiarze nie wytrzymali naporu Barcy, stracili trzy gole, ale dla wielu to być może najlepszy mecz GKS-u w jego historii. Zobaczyć miny przerażonych zawodników Barcy? Bezcenne.
Dziś GKS do europejskich pucharów — można to już powiedzieć oficjalnie, niech właściwie wybrzmi — aspiruje. Ma 43 punkty, przyczaił się w siedmiozespołowym grupie uciekinierów, która zerwała się peletonowi. Ewentualnie może dobić do nich jeszcze Lechia. Miejsc w pucharach jest pięć. Gdyby GKS tam się dostał, pokazałby się w Europie po 23 latach.
Ostatnim europejskim rywalem, którego widziano na starej Bukowej, była Cementarnica Skopje, z którą GKS sensacyjnie odpadł. Macedończycy oddali w tym meczu jeden celny strzał, ale był na tyle cenny, że wystarczył do awansu. Nikt wtedy nie przypuszczał, że taka „Wielka porcja wstydu”, jak ten mecz nazwała nasza prasa, będzie zapowiedzią chudych lat GKS-u. Naprawdę chudych. Dwa lata po porażce z Cementarnicą klub obudził się w czwartej lidze. Na wiele sezonów sam stał się cmentarzyskiem dla nadziei i ambicji.
Dziś GKS w pucharach to myśl absolutnie świeża, może i nadal niewyobrażalna, ale poparta faktami w tabeli. Myśl zaskakująca nawet wewnątrz klubu. Jeszcze przed meczem z Motorem dyrektor sportowy Dawid Dubas wzbraniał się przed mówieniem o europejskich horyzontach, bo dla niego najważniejsze było zapewnienie utrzymania. Zwycięstwo z lubelskim zespołem potwierdziło, że Dubasowi jedno zmartwienie odpadło: w przyszłym sezonie jego klub będzie w gronie ekstraklasowiczów.
Dziś GKS ma twarz krążącego przy ławce podczas meczów trenera Rafała Góraka i czarującego na boisku Bartosza Nowaka, ale bohaterów jest więcej. Wśród tych z cienia jest też Dubas. W klubie pracuje od ponad dziesięciu lat — zaczynał jako skaut i asystent trenera rezerw oraz drużyny juniorów starszych GKS-u, później został menadżerem piłkarskiej sekcji. Jeszcze pięć lat temu pewnie i sami kibice GKS-u mieliby problem ze wskazaniem, że taki człowiek w ogóle pracuje w ich klubie. Na rozpoznawalności mógł zyskać prawie trzy lata temu, kiedy został dyrektorem sportowym, ale nie zależało mu na tym. Do dziś unika mediów, jest najbardziej tajemniczym ze wszystkich ekstraklasowych dyrektorów.
O transferowej strategii GKS-u mówi: — Szukamy okazji i staramy się wyprzedzić konkurencję. Mamy czym przekonywać: stylem gry drużyny, infrastrukturą czy przykładami z poprzedniego sezonu, gdzie dwóch naszych zawodników [Kowalczyk i Repka] dostało powołanie do pierwszej reprezentacji Polski.
W galerii katowickich bohaterów z cienia jest też Miłosz Drozd. Jeżeli ktoś nie może się nadziwić, że GKS w przeciągu czterech dni był w stanie rozegrać dwa tak intensywne spotkania, jak z Rakowem i Lechem, to właśnie doktor z katowickiego AWF-u odpowiadający za przygotowanie fizyczne zawodników Góraka najlepiej wie, jak to zrobili. Na zimowym obozie w Turcji w sztabie GKS-u docisnęli jeszcze mocniej — z zapisanym ryzykiem, że przesuwają u zawodników kolejne granice.
To zawsze podróż w nieznane. Plagi kontuzji żadnej jednak nie było, a piłkarze GKS-u biegają dziś jak nakręceni. Zresztą na tym zbudowana jest GieKSa. Szuka takich zawodników, żeby wpasować ich do wymagań Góraka. Piłkarz GKS ma być silny, wydolny, dominować w powietrzu. Oczywiście są wyjątki. Nawet w szatni się śmieją, że oni noszą fortepian, a gra na nim Nowak. Teraz dosiadł się do niego Eman Marković. Reszta w zespole akceptuje dla siebie rolę zabezpieczających sekcję kreatywnych. Sami też są istotni, bo GKS ma zespół, gdzie trzeba uważać na każdego. Wśród jego najlepszych strzelców są dwaj środkowi obrońcy: Lukas Klemenz i Arkadiusz Jędrych, obaj zdobyli po siedem bramek.
GKS to ludzie. Tacy, jak Jakub Kobyłka, kierownik drużyny.
Lukas Klemenz: Dla mnie ten gość powinien dostawać premie, bo zajmuje się wszystkim. Dzwonisz do niego o północy:
— Kiero, potrzebuję na szóstą samochód. Mój się zepsuł, a muszę jechać z dzieckiem do lekarza.
— Okej, będzie.
I choćby miał tam ciebie zawieźć, to będzie zrobione. Jest sam, a robi wszystko: pierze, sprząta. Meczowy sprzęt czeka ułożony w kosteczkę. Przed wyjazdem na mecz interesuje cię tylko to, żeby zabrać kosmetyczkę. Resztę „kiero” chowa do skrzyni. Raz nie mogłem znaleźć skarpetek. Byłem przekonany, że stało się niemożliwe i się pomylił: Mam go!
— „Kieruś”, brakuje mi skarpetek — uśmiechnąłem się.
— Nie, masz pod ręcznikiem.
— Ja pierdzielę. Chciałem cię złapać, że czegoś nie zrobiłeś.
Przy tej zagmatwanej tabeli wciąż trudno przewidzieć, gdzie skończy GKS. Jest tak nieprzewidywalną drużyną, która sama siebie nie ogranicza, że może być podium, jak i miejsce, powiedzmy, siódme. Ale już wiemy, ile katowicka drużyna do Ekstraklasy wniosła. Śląski charakter, choć paradoksalnie Ślązaków w drużynie nie ma wielu. Jest za to sztab z Górakiem jako szefem, który dba o to, żeby ta rzetelność i nieustępliwość była w każdym piłkarzu GKS-u. W szatni pilnują tego gorole, którzy są w tej drużynie od lat, jak Jędrych czy Adrian Błąd.
— U nas jest trochę jak w Premier League: kibice doceniają wślizgi, wybicie z linii, pójście w kontakt czy nawet jakiś faul taktyczny. Każdy klaszcze, docenia, że tak biegamy. To jest ten śląski charakter, który wpaja nam trener Górak i jego sztab — opisuje swój zespół Klemenz. — Kupę lat w klubie jest Adi Błąd, Dawid Kudła, Aro Jędrych, Grzegorz Rogala, Marcin Wasielewski i Bartosz Jaroszek. Oni stanowią trzon drużyny. Mówisz: „Kurczę, nie mogę zawieść, bo oni na mnie patrzą”. Jest ten trzon, jest trener Górak ze sztabem od siedmiu czy ośmiu lat w klubie. Wchodzisz i musisz od razu udowadniać, że chcesz na to miejsce zasłużyć.
SIATKÓWKA
siatka.org – GKS Katowice celuje w powrót do PlusLigi. Pierwszy krok w półfinale wykonany!
Na zapleczu PlusLigi rozpoczęła się rywalizacja półfinałowa. Pierwszy mecz mają już za sobą GKS Katowice i KKS Mickiewicz Kluczbork. Mecz w Ośrodku Sportowym Szopienice okazał się szczęśliwy dla katowiczan, którzy teraz potrzebują już tylko jednej wygranej, by zapewnić sobie awans do wielkiego finału.
Otwarcie spotkania należało do gości. Po kontrataku Mateusza Lindy odskoczyli na 6:3. Serię przy zagrywkach Tomasza Kalembki przerwał dopiero Michał Superlak. Nie brakowało przedłużonych wymian. Gdy uaktywnił się katowicki blok, dystans wyraźnie stopniał (9:10). Obie ekipy nie ustrzegły się pomyłek. Po dwóch asach Superlaka wynik się odwrócił i o czas poprosił trener Łysiak (13:12). W dalszej fazie seta trwała gra na styku. Obie ekipy czytały grę rywali, ustawiając bloki. W końcówce ponownie do głosu doszedł GKS. Dobrą zmianę dał Damian Domagała i po jego asie było już 21:18. Kiwka Grzegorza Pająka dała serię piłek setowych. Kropkę nad i szybko asem postawił Superlak.
Początek seta numer dwa toczył się punkt za punkt. Stopniowo inicjatywę przejmowali gospodarze. Gdy zablokowany został Linda GKS odskoczył na 11:8. Katowiczanie wciąż posyłali celne zagrywki, skutecznie punktowali również ich środkowi. Trener Łysiak zaczął sięgać po zmiany. Gdy asa posłał Linda, interweniował trener Siewiorek (14:13). Jego podopieczni szybko odzyskali rezon i po punktowej zagrywce Pająka ponownie zbudowali czteropunktową przewagę (18:14). Poderwać Kluczborczan starał się Yasser Amrat. Ze zmiennym szczęściem punktował Kamil Maruszczyk. Choć goście walczyli do końca, kluczowy punkt GKS zdobył, blokując Lindę.
As Lindy wyprowadził Mickiewicza na prowadzenie 6:4. Blok Damiana Hudzika na Janusie szybko doprowadził do wyrównania (7:7). Więcej błędów popełniali goście, przez co po chwili musieli już gonić wynik. Gra gospodarzy nie była również pozbawiona pomyłek. As Tomasza Kalembki ponownie wyrównał rezultat (13:13). Ręki w ataku nie wstrzymywał Superlak. Gdy błąd popełnił Maruszczyk, GKS wyszedł na prowadzenie 19:17. W kolejnych akcjach Mickiewicz skuteczne ataki przeplatał z błędami. Po trzech z rzędu celnych uderzeniach Maruszczyka goście odskoczyli na jeden punkt. Przy stanie 23:22 o czas poprosił trener Siewiorek. Atak Wojciecha Włodarczyka i blok na Maruszczyku dały piłkę meczową GKS-owi. Mickiewicz doprowadził jednak do walki na przewagi. Decydujący punkt padł po ataku Wojciecha Ferensa.
MVP: Michał Superlak
GKS Katowice – KKS Mickiewicz Kluczbork 3:0 (25:19, 25:20, 27:25)
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze