Siatkówka
Ostatni mecz siatkarzy GieKSy w 2017 roku
INDYKPOL AZS OLSZTYN – GKS KATOWICE 22 grudnia (piątek) godz. 18.00
{RZECZYWISTOŚĆ}
To już ostatni mecz naszych siatkarzy w bieżącym roku. Wielka szkoda, że w tak podłych nastrojach przystępujemy do tego starcia. Czy drużyna GieKSy da choć trochę radości swym kibicom, bezpośrednio przed świętami Bożego Narodzenia?
Wszyscy kibice naszego zespołu mieli nadzieję na przełamanie GieKSy w spotkaniu z Cuprum. Przebieg pierwszego seta dawał realną nadzieję, że tak się stanie. Niestety w następnych trzech wróciły demony z wcześniejszych spotkań, czyli problemy ze skończeniem pierwszej akcji oraz nadmierna ilość błędów własnych. W wygranej partii drużyna pokazała, że potrafi skutecznie zagrać, ale wciąż ewidentnie siatkarze nie potrafią się wygrzebać z tego dołka mentalnego. Trwa to już zdecydowanie za długo (sześć porażek z rzędu) i problem będzie narastał, a najbliższy rywal z Olsztyna łatwy do pokonania nie będzie. Jeśli chodzi o personalia, to trener Piotr Gruszka wypróbował już chyba wszystkie warianty ustawienia i wciąż bez spodziewanego efektu. Raczej zaczniemy ten mecz w tym samym wyjściowym składzie co w Szopienicach. Brakuje nam gracza o silnej osobowości i w formie, który poderwałby do walki resztę zespołu. A tak to liczymy na cud?
Olsztynianie również nie mogą być zadowoleni ze swojej gry oraz wyników. Bilans 7 wygranych przy 6 porażkach i zaledwie siódma lokata w tabeli, na ten okres rozgrywek, to na pewno nie może nikogo zadowolić w AZS-ie. Wyjściową szóstkę akademicy z Olsztyna mają bardzo solidną. Jest tam drugi najlepiej punktujący siatkarz ligi, czyli Jan Hadrava (251 punktów), drugi najlepiej przyjmujący ligi Robbert Andringa (59,53%) i dobrze punktujący Tomas Rousseaux, więcej niż solidny na środku siatki Daniel Pliński oraz główny „zawiadowca” tej ekipy, Paweł Woicki. Prawdziwym objawieniem całej PlusLigi jest za to młody środkowy, Jakub Kochanowski, który jest najlepiej blokującym zawodnikiem (aż 39 bloków), a także świetnie radzi sobie w ataku (aż 181 punktów). Jak więc widać AZS dysponuje sporym potencjałem, ale też jakoś nie może się to przełożyć na lepsze wyniki tego zespołu. Na pewno minusem naszych rywali jest słabsza ławka rezerwowych, a to może mieć decydujący wpływ podczas walki z pozostałymi drużynami o pierwszą szóstkę w tabeli.
Po ostatnich przegranych meczach trudno o optymizm, ale prawdziwy kibic zespołu, wciąż wierzy… i wierzy… i wierzy, że przyjdzie to przełamanie. Zakończenie tego roku siódmą porażką z rzędu, byłoby fatalnym podsumowaniem tego w sumie udanego roku w wykonaniu siatkarzy GKS-u. Czekamy więc na pozytywne wieści w piątek z Olsztyna.
Przewidywane wyjściowe szóstki:
GKS: Komenda, Butryn, Kohut, Kalembka, Quiroga, Sobański, Mariański (libero).
Olsztyn: Woicki, Hadrava, Pliński, Kochanowski, Andringa, Rousseaux, Żurek (libero).
{CO PISZĄ O MECZU NASI RYWALE?}
Czekamy…
indykpolazs.pl –
{HALA SPORTOWA}
Mecz odbędzie się w Hali Widowiskowo-Sportowej „Urania”, która może pomieścić ok. 2,5 tys. widzów. W poprzednim sezonie AZS Olsztyn miał bardzo dobry bilans meczów na własnym parkiecie, odnosząc 13 zwycięstw, przy tylko 3 porażkach. W obecnej kampanii olsztynianie „u siebie” osiągnęli następujące wyniki: z Espadonem 3:1, z BBTS-em 3:1, ze Skrą 3:2, z Jastrzębskim 3:0, z Treflem 2:3, z Cuprum 3:0, z Łuczniczką 3:2.
GKS jak wiadomo w zeszłym sezonie grał dobrze „na wyjazdach”, bilans był remisowy, po 8 zwycięstw i porażek. A w obecnym sezonie GieKSa na inaugurację pokonała Czarnych 3:1, potem przegrała z ONICO 1:3, następnie zwyciężyła Trefla Gdańsk 3:0, potem pokonała Espadon Szczecin 3:2 i BBTS Bielsko-Biała 3:1, a ostatnio przegrała ze Skrą 0:3 i z Jastrzębskim 1:3.
{HISTORIA}
Pierwsze spotkanie z AZS-em w PlusLidze odbyło się w hali w Olsztynie w dniu 8 października 2016 roku i zakończyło się wygraną gospodarzy 3:0 (25:18, 25:21, 25:12). Punkty zdobywali dla AZS-u: Zniszczoł 11, Hadrava 10, Włodarczyk 10, Pliński 9, Buchowski 7, Boswinkel 2. A dla GKS-u: Kapelus 14, Sobański 6, Butryn 5, Kalembka 4, Van Walle 4, Błoński 3, Pietraszko 3, Falaschi 2.
Rewanżowe spotkanie odbyło się w Szopienicach w dniu 8 stycznia 2017 roku i ponownie wygrali akademicy 0:3 (14:25, 20:25, 15:25). Punktowali wtedy dla GKS-u: Butryn 9, Kapelus 7, Van Walle 5, Kalembka 4, Pietraszko 4, Błoński 3, Krulicki 2, Sobański 2, Stelmach 1. A dla Olsztyna: Hadrava 10, Śliwka 10, Włodarczyk 10, Pliński 7, Zniszczoł 5, Woicki 2.
{STATYSTYKI W PLUSLIDZE} – {GKS – OLSZTYN}
[Bilans meczów] – 0:2
[Bilans punktów] – 0:6
[Bilans setów] – 0:6
[Bilans małych punktów] – 100:150
[Rozegrane mecze – 2] – GKS: 2- Krulicki, Butryn, Falaschi, Błoński, Kapelus, Kalembka, Pietraszko, Fijałek, Van Walle, Mariański, Sobański, Stańczak, 1- Stelmach,
Olsztyn: 2- Hadrava, Żurek, Pliński, Zniszczoł, Woicki, Włodarczyk, 1- Boswinkel, Makowski, Śliwka, Buchowski,
[Rozegrane sety – 6] – GKS: 6- Kapelus, Sobański, Stańczak, 5- Krulicki, Falaschi, Kalembka, 4- Butryn, Błoński, Fijałek, Van Walle, Mariański, 3- Pietraszko, 1- Stelmach,
Olsztyn: 6- Hadrava, Żurek, Pliński, Zniszczoł, Woicki, Włodarczyk, 3- Buchowski, Śliwka, 2- Boswinkel, Makowski,
[Czas trwania spotkań] – 65:72 = łącznie 137 minut
[Widzów] – 600:1500
[Punkty zdobyte z błędów przeciwnika] – GKS 22 – Olsztyn 57
[Ilość zdobytych punktów] – GKS 78 – Olsztyn 93
GKS – Kapelus 21, Butryn 14, Van Walle 9, Sobański 8, Kalembka 8, Pietraszko 7, Błoński 6, Falaschi 2, Krulicki 2, Stelmach 1,
Olsztyn – Hadrava 20, Włodarczyk 20, Zniszczoł 16, Pliński 16, Śliwka 10, Buchowski 7, Boswinkel 2, Woicki 2,
[Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki] – GKS 14 – Olsztyn 42
GKS – Kapelus 4, Butryn 3, Van Walle 2, Falaschi 1, Pietraszko 1, Sobański 1, Błoński 1, Kalembka 1,
Olsztyn – Zniszczoł 10, Pliński 10, Włodarczyk 9, Buchowski 4, Śliwka 4, Hadrava 4, Woicki 1,
[Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki] – GKS 64 – Olsztyn 51
GKS – Kapelus 17, Butryn 11, Sobański 7, Kalembka 7, Van Walle 7, Pietraszko 6, Błoński 5, Krulicki 2, Falaschi 1, Stelmach 1,
Olsztyn – Hadrava 16, Włodarczyk 11, Pliński 6, Zniszczoł 6, Śliwka 6, Buchowski 3, Boswinkel 2, Woicki 1,
[Bilans punktów zdobytych do straconych] – GKS 12 – Olsztyn 62
GKS – Kapelus 15, Van Walle 3, Butryn 3, Pietraszko 2, Falaschi 1, Stelmach 1, Błoński 0, Stańczak -1, Mariański -2, Fijałek -3, Krulicki -3, Sobański -4,
Olsztyn – Zniszczoł 15, Pliński 13, Hadrava 12, Włodarczyk 12, Śliwka 9, Boswinkel 2, Buchowski 1, Woicki -1, Żurek -1,
[Ilość zagrywek] – GKS 104 – Olsztyn 146
GKS – Kalembka 16, Kapelus 14, Butryn 12, Krulicki 11, Falaschi 10, Sobański 10, Błoński 8, Pietraszko 8, Van Walle 7, Fijałek 7, Stelmach 1,
Olsztyn – Hadrava 29, Włodarczyk 26, Pliński 26, Zniszczoł 22, Woicki 19, Buchowski 11, Śliwka 11, Boswinkel 2,
[Ilość błędów na zagrywce] – GKS 32 – Olsztyn 14
GKS – Kalembka 7, Sobański 5, Butryn 5, Krulicki 3, Pietraszko 3, Fijałek 2, Van Walle 2, Błoński 2, Kapelus 2, Falaschi 1,
Olsztyn – Włodarczyk 4, Hadrava 3, Buchowski 2, Pliński 2, Woicki 2, Śliwka 1,
[Ilość asów serwisowych] – GKS 4 – Olsztyn 6
GKS – Falaschi 1, Kapelus 1, Kalembka 1, Van Walle 1,
Olsztyn – Zniszczoł 3, Pliński 1, Włodarczyk 1, Hadrava 1,
[Ilość przyjęć] – GKS 132 – Olsztyn 72
GKS – Kapelus 44, Błoński 27, Sobański 23, Mariański 18, Stańczak 10, Stelmach 5, Kalembka 2, Pietraszko 2, Falaschi 1,
Olsztyn – Włodarczyk 27, Żurek 21, Śliwka 15, Buchowski 8, Woicki 1,
[Ilość błędów w przyjęciu] – GKS 6 – Olsztyn 4
GKS – Mariański 2, Sobański 2, Kapelus 1, Stańczak 1,
Olsztyn -Włodarczyk 1, Buchowski 1, Żurek 1, Woicki 1,
[Procent przyjęcia dokładnego] – GKS 45% – Olsztyn 45,5%
GKS – Błoński 51,5%, Pietraszko 50%, Sobański 47%, Kapelus 44%, Mariański 31,5%, Stelmach 20%, Stańczak 20%, Kalembka 0%, Falaschi 0%,
Olsztyn – Buchowski 50%, Żurek 47,5%, Włodarczyk 46,5%, Śliwka 40%, Woicki 0%,
[Procent przyjęcia perfekcyjnego] – GKS 22% – Olsztyn 21%
GKS – Sobański 31%, Kapelus 29,5%, Stańczak 20%, Błoński 12%, Mariański 9,5%, Falaschi 0%, Kalembka 0%, Pietraszko 0%, Stelmach 0%,
Olsztyn – Śliwka 27%, Buchowski 25%, Żurek 23%, Włodarczyk 14,5%, Woicki 0%,
[Ilość ataków] – GKS 172 – Olsztyn 140
GKS – Kapelus 40, Butryn 30, Van Walle 24, Błoński 22, Sobański 21, Kalembka 12, Pietraszko 10, Krulicki 9, Falaschi 2, Fijałek 1, Stelmach 1,
Olsztyn – Hadrava 35, Włodarczyk 35, Buchowski 20, Śliwka 20, Pliński 16, Zniszczoł 10, Boswinkel 2, Woicki 2,
[Ilość błędów w ataku] – GKS 15 – Olsztyn 6
GKS – Butryn 3, Błoński 3, Kapelus 2, Pietraszko 2, Sobański 2, Kalembka 1, Krulicki 1, Van Walle 1,
Olsztyn – Buchowski 2, Hadrava 2, Pliński 1, Włodarczyk 1,
[Ilość ataków zablokowanych] – GKS 13 – Olsztyn 7
GKS – Sobański 3, Butryn 3, Van Walle 3, Błoński 1, Krulicki 1, Kapelus 1, Fijałek 1,
Olsztyn – Hadrava 3, Włodarczyk 2, Zniszczoł 1, Buchowski 1,
[Ilość zdobytych punktów w ataku] – GKS 67 – Olsztyn 74
GKS – Kapelus 18, Butryn 12, Sobański 7, Kalembka 7, Van Walle 7, Błoński 6, Pietraszko 6, Krulicki 2, Falaschi 1, Stelmach 1,
Olsztyn – Hadrava 19, Włodarczyk 17, Śliwka 10, Pliński 9, Zniszczoł 8, Buchowski 7, Boswinkel 2, Woicki 2,
[Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków] – GKS 39% – Olsztyn 53%
GKS – Stelmach 100%, Pietraszko 60%, Kalembka 58,5%, Falaschi 50%, Kapelus 43,5%, Butryn 39%, Krulicki 33,5%, Sobański 32,5%, Van Walle 29%, Błoński 28%, Fijałek 0%,
Olsztyn – Boswinkel 100%, Woicki 100%, Zniszczoł 79%, Pliński 62,5%, Hadrava 54,5%, Śliwka 50%, Włodarczyk 48,5%, Buchowski 35%,
[Ilość bloków punktowych] – GKS 7 – Olsztyn 13
GKS – Butryn 2, Kapelus 2, Pietraszko 1, Sobański 1, Van Walle 1,
Olsztyn – Pliński 6, Zniszczoł 5, Włodarczyk 2,
[Ilość błędów własnych „innych”] – GKS 10 – Olsztyn 2
[MVP] – Olsztyn 2: Hadrava 1, Woicki 1.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.


Najnowsze komentarze