Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Kolejorzem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Lechem Poznań to już historia. Katowiczanie ulegli rywalowi, ale – choć zdania są podzielone – nie pozostawili po sobie jakiegoś złego wrażenia. Rzućmy okiem na ten wyjazd okiem redakcji i zamykamy temat Kolejorza. W sobotę żegnamy się ze stadionem przy Bukowej. Niech to będzie pożegnanie godne.

1. Miłe doznania z Poznaniem mieliśmy już na etapie przyznawania akredytacji – zgłosiliśmy pięć wniosków – dwa na prasę i trzy na foto – i został nam przyznany komplet. Dzięki temu wiedzieliśmy, że będziemy mogli obrobić to spotkanie w sposób godny.

2. Po kilku sezonach rywalizacji z Lechem II Poznań, w końcu mogliśmy zmierzyć się z pierwszą drużyną. Jeśli chodzi o wyjazdowe spotkania, to dwukrotnie gościliśmy we Wronkach, raz wygrywając 2:1, a raz przegrywając 2:3.

3. Zwłaszcza to przegrane spotkanie, na którym miałem okazję być, zapadło mi w pamięci. Po wyrównaniu w 88. minucie, straciliśmy gola w doliczonym czasie. Naszym katem okazał się wówczas Filip Szymczak, który później grał u nas. A tego jednego oczka zabrakło nam do awansu w tamtym sezonie do pierwszej ligi.

4. Co ciekawe, w tym znów wygranym spotkaniu, w którym dwa gole strzelił Arkadiusz Woźniak, w rezerwach Lecha wystąpił Antoni Kozbual.

5. Do Poznania wyruszyliśmy koło dwunastej w składzie: Misiek, Weronika, Magda i moja skromna osoba. Kazik stacjonował z rodzinką w Poznaniu i miał do nas dołączyć w trakcie meczu. Jak zwykle przed spotkaniem uruchomił swojego drona, dzięki czemu mogliście zobaczyć efektowny stadion Lecha z lotu ptaka.

6. Stadion, na którym w niebycie ekstraklasowym gościliśmy kilkukrotnie – gdy był w przebudowie, a także gdy był już gotowy. Naliczyłem cztery takie spotkania, oczywiście przeciw Warcie Poznań. Były to nasza wygrana 1:0, remis 3:3 po show Pawła Sobczaka i Marcina Klatta (po dwa gole), remis 2:2, kiedy to Warta nam zabraniała nawet przeprowadzić… relacji radiowej, a komentator Tomek rzucił słynną łacińską sentencję po golu Damiana Chmiela „Chmel, Chmel udedyt me tmytum” oraz porażka 1:2 za prezesini Łukomskiej-Pyżalskiej, kiedy to kibice Warty w liczbie chyba kilkunastu tysięcy zrobili pospolite ruszenie.

7. Droga przebiegła totalnie bez zarzutu. Dodatkowo na nasz spokój wpływał fakt, że mieliśmy przyznaną wjazdówkę na parking. Dzięki temu mając zapas czasowy mogliśmy zatrzymać się w Maczku na szamkę. Muszę powiedzieć, że jak od 19 lat jeżdżę jako redakcja czy praca na GieKSę to jedno się nie zmienia – zawsze, z każdą ekipą jest McDonald’s 😀

8. W dawnych czasach to i z piłkarzami się było w jednym czasie w Maku na powrocie z wyjazdów. Pamiętam w trzeciej lidze jak taki Damian Sadowski rozważał, co będzie sobie brał, a i Maro lubił sobie Wieśmaka skubnąć. Co za czasy 😉

9. Głównym Makiem na trasie był wówczas ten w Lubinie. Nazywaliśmy go „przypałowym”. Ale dlaczego – nie mam zielonego pojęcia.

10. Wróćmy do soboty. Na stadionie byliśmy półtorej godziny przed meczem. Na stadion wjechaliśmy bez problemu. Parking nieco pozostawia do życzenia, jest sporo dziur, które były wypełnione deszczówką. Ale nie na tyle, żeby musieć się po tych dziurach przetaczać.

11. Od samego wjazdu na stadion patrzeliśmy na oznaczenia, strzałki itd. Miała być niebieska budka/kontener z akredytacjami – była. Szybko odebraliśmy wejściówki i skierowaliśmy się w swoje strony – my z Miśkiem na sektor prasowy, Kazik i dziewczyny – na murawę.

12. W ekstraklasie na tych dużych stadionach zawsze mam stresa, czy uda się bez problemu dojść na właściwe miejsca. Na Górniku z Filipem pogubiliśmy się kompletnie, na Legii było jako tako, ale trzeba było przejść przez zasieki.

13. Tutaj po wejściu przez bramkę i poinstruowaniu przez stewardów droga była absolutnie intuicyjna. Co chwilę były strzałki i napisy, gdzie na trybunę prasową, gdzie do mixed zony, gdzie do salki konferencyjnej.

14. Po drodze mijaliśmy salkę dla fotoreporterów, gdzie można się było posilić, były kanapki, ciastka, zimne i ciepłe napoje. Z Patrykiem poszliśmy rozglądać się po salkach konferencyjnych właśnie itd., ale gdzieś mi zniknął. Ja zajrzałem właśnie do sali, zrobiłem fotkę, przeszedłem się, a gdy wróciłem do tej salki z cateringiem, Patryk zajadał się ciastkami.

15. Też więc się posiliłem, wziąłem herbatkę i udaliśmy się na sektor prasowy. Z windy wyszli mający komentować ten mecz w TVP Sport Robert Podoliński i Maciej Iwański. Z panem Robertem Misiek sobie uciął po meczu pogawędkę na temat rac, a znany obecnie z Kanału Sportowego trener nazwał naszego Miśka „Panem Redaktorem”.

16. Od razu przypomniały mi się prywatne wiadomości, jakie wymieniałem z Maciejem Iwańskim przed meczem na Garbarni z Hutnikiem Kraków, w pierwszej kolejce sezonu 2020/21. Lata świetlne.

17. Po wjechaniu na czwarte piętro, znów wszystko intuicyjne. Super rozmieszczone też kabiny, a w zasadzie całe pokoje dla komentatorów TV. Z napisanymi na drzwiach: TVP czy Canal Plus. Bardzo ładnie, estetycznie, bez zbędnych upiększeń.

18. Osobiście zdążyłem zapomnieć ten stadion Lecha, bo ostatni raz byłem na nim pewnie z 12 lat temu. Raz też zdarzyło mi się być przy Bułgarskiej na meczu reprezentacji Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1), to dzień później graliśmy słynny mecz z Pogonią w Szczecinie (4:3). Ale tak się złożyło, że na Leszku miałem okazję być także na ligowych meczach z Górnikiem i Jagiellonią. Przy czym na tym drugim po dość ciężkim wieczorze i raczej skłonny byłem bardziej… spać niż oglądać mecz. Też zamierzchłe czasy.

19. Wyjście na trybunę i ten widok robi imponujące wrażenie. Widoczność jest znakomita, zamknięta bryła, nie ma pewnej rozlazłości obiektu, tak jak miałem wrażenie na Legii czy Górniku. Stadion jest duży, pojemny, ale zajmuje chyba mniejszą powierzchnię niż tamte wymienione. Albo to tylko takie wrażenie.

20. Zajęliśmy miejsca przy stołach. Porządnych, szerokich blatach, na których można rozłożyć sobie… wszystko. Do tego ta dziurka w blacie, przez którą można przeciągnąć kable. I nie puszą one się plątać pod nogami.

21. Na stanowisku byliśmy ponad godzinę przed meczem, więc można było wszystko sobie ogarnąć na spokojnie. Zaraz obok trybuny prasowej była też herbatka i ciastka. Więc idealnie wszystko. Mogliśmy oczekiwać na spotkanie.

22. Trybuny powoli się zapełniały, kibice już dawali wokalny popis, sympatycy GieKSy sukcesywnie pojawiali się na sektorze gości.

23. Lekko ociągałem się z nagraniem meldunku przedmeczowego i na swoją szkodę, bo w pewnym momencie zaczęły lecieć reklamy i tak zaczęło dudnić, że w 50. sekundzie nagrywki musiałem zarzucić ten pomysł na kilka minut, bo po prostu nie dało się w tym hałasie. Straszne to jest, że zawsze i wszędzie na świecie te reklamy muszą napie…lać takim hałasem, że bębenki pękają.

24. Przy 28-tysięcznej publiczności oglądaliśmy to widowisko. Mecz, w którym kilku zawodników grało przeciw swoim były klubom. W barwach Kolejorza przypomnieli się katowickim kibicom Antoni Kozubal i Bartosz Mrozek. Na Bułgarską wrócili natomiast Marcin Wasielewski i Alan Czerwiński.

25. Już w 3. minucie Mikael Ishak pokonał naszego bramkarza i podobnie jak z Górnikiem, niemal od początku spotkania musieliśmy gonić wynik. Katowiczanie starali się, ale na Lecha nie było tego dnia mocnych. Jakoś udało nam się dotrwać z wynikiem 0:1 do przerwy.

26. W przerwie na cateringu obok nas pojawiła się zupka. Znośna 🙂 Zawsze miło wrzucić coś ciepłego, tym bardziej, że już wielkimi krokami zbliża się zima. Były też i tutaj kanapki, kawa i herbata. Niczego nie brakowało.

27. Druga połowa to znów napór gospodarzy. Szybki rzut karny, niewykorzystany przez Ishaka, po chwili jednak trafienie Gholizadeha. Lech dominował, grał kapitalnie i zasłużenie wygrał to spotkanie.

28. Na boisku pojawili się rekonwalescenci, Marten Kuusk i Jakub Arak. Cieszy powrót do zdrowia naszych zawodników i miejmy nadzieję, że dadzą nam dużo w kolejnych spotkaniach.

29. Kibice obu drużyn popisali się efektownymi oprawami. Najpierw sympatycy Lecha wystrzelili fajerwerki, a potem odpalili race – zadymiając całe boisko i powodując z osiem minut przerwy w grze. Gdy dym opadł, swój pokaz dali kibice GieKSy, ale tym razem, można było grać. Wszystko wyglądało bardzo efektownie, co nasi fotografowie uwiecznili na fotkach.

30. Po zakończonym meczu piłkarze obu drużyn dziękowali kibicom, a specjalnie został potraktowany Antek Kozubal, którego nazwisko skandowali kibice GieKSy.

31. To niesamowite i jest ewenementem, że 20-letni zawodnik, który był jedynie wypożyczony do naszego klubu zaskarbił sobie taką sympatię kibiców GieKSy. Całkowicie zasłużenie. Oddał kawał serca i dobrej jakości piłkarskiej w Katowicach i wszyscy o tym pamiętamy. Oby kariera młodego zawodnika, już reprezentanta Polski, potoczyła się jak najlepiej.

32. Misiek poszedł zbierać wywiad, ja nagrałem meldunek pomeczowy i skierowałem się na dół do sali konferencyjnej. Jak to w ekstraklasie – na trenerów musieliśmy trochę poczekać. Kazik już na sali przygotowywał galerię, dziewczyny w salce foto też robiły swoje.

33. Trener Rafał Górak komplementował drużynę Lecha, jako najlepszego rywala, z którym graliśmy w tym sezonie w lidze. Jakkolwiek Legia przeciw nam też zaprezentowała się bardzo dobrze, to Kolejorz chyba rzeczywiście jeszcze o oczko lepiej.

34. Na tych meczach w ekstraklasie możemy spotkać dziennikarzy, którzy pracują w najbardziej znanych ogólnopolskich mediach. W pierwszej lidze to zazwyczaj byli tylko lokalsi. Tutaj więc zadawał pytanie choćby Radosław Laudański z Weszło, na sali kręcił się także Dawid Dobrasz z Meczyków. Fajnie, że GieKSę ogląda już dziennikarski mainstream, a nie tylko starzy znajomi z katowickiego Sportu.

35. Trener Nils Frederiksen to gościu z jajem. Mimo, że wygląda na nieco starszego niż jest w rzeczywistości, to widać, że nie gwiazdorzy i ma poczucie humoru. Jak wtedy, gdy jeden z dziennikarzy zapytał go, czego szukał w maszynie ze słodkościami. Trener docenił to pytanie, jako coś innego, coś nowego i odpowiedział, że po prostu potrzebował coli, a w dawnych czasach w Danii gdy jedli po meczach pizzę, to dzięki coli lepiej ta pizza przechodziła. Przy okazji warto tutaj zamieścić kapitalną fotkę, jaką trenerowi Lecha robił Kazik.

36. Ja postanowiłem zastosować metodę, którą stosowałem kiedyś, czyli spisywanie konferencji na żywo – wiadomo, że niedokładnie i jako pewien szkielet. Jednak dzięki temu, później odsłuchując i szlifując ten tekst, zapis konferencji na stronie był szybciej niż zazwyczaj. Staramy się dla Was rozwijać.

37. Jeszcze zostaliśmy na salce jakiś czas, Kazik kończył pierwszą galerię. Zdjęcia od Magdy i Werki pojawiły się następnego dnia i obecnie możecie obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania. Zapraszamy!

38. Nie zasiedzieliśmy się tak długo, jak na Legii. Zrobiliśmy, co trzeba było zrobić szybko i zebraliśmy się do samochodu. Ja osobiście zaskoczyłem ekipę niby to teleportując się, a tak naprawdę korzystając ze specyficznej windy z dwoma przejściami.

39. Ruszyliśmy w kierunku Katowic. Z powrotem mieliśmy dodatkowego pasażera, który choć dość głośny i żywiołowy, kupił każdemu z nas po Snickersie. Takie to atrakcje na wyjazdach redakcyjnych 😉

40. W tym PS-ie mogłoby się znaleźć jeszcze ze dwadzieścia dodatkowych punktów, ale dla zachowania fasonu po prostu pomińmy pewne kwestie. W każdym razie bywa wesoło i mimo porażki, cieszyliśmy się, że możemy fajnie podziałać na kolejnym meczu ligowym.

41. Na powrocie byliśmy jeszcze na chwilę w restauracji takiej jednej sieci, której nazwy z przyzwoitości nie wymienię. Poza tym, po co się powtarzać 😉 Na wiosnę będziemy się żywić tylko warzywami z ekologicznych upraw.

42. W Katowicach byliśmy ok. 1.30. Czyli nie aż tak znowu późno. To przedostatni wyjazd w tym roku.

43. Dodajmy, że od początku do końca praca przy tym meczu była przyjemnością. Warunki do pracy na stadionie Lecha są wyśmienite, życzliwość wszystkich również jest na wysokim poziomie. Logistyka stadionowa, oznaczenia – top. Z przyjemnością wrócimy tam w przyszłym sezonie.

44. Tylko trzy punkty z Lechią. Pożegnajmy godnie nasz ukochany stadion!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga