Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Kolejorzem
Mecz z Lechem Poznań to już historia. Katowiczanie ulegli rywalowi, ale – choć zdania są podzielone – nie pozostawili po sobie jakiegoś złego wrażenia. Rzućmy okiem na ten wyjazd okiem redakcji i zamykamy temat Kolejorza. W sobotę żegnamy się ze stadionem przy Bukowej. Niech to będzie pożegnanie godne.
1. Miłe doznania z Poznaniem mieliśmy już na etapie przyznawania akredytacji – zgłosiliśmy pięć wniosków – dwa na prasę i trzy na foto – i został nam przyznany komplet. Dzięki temu wiedzieliśmy, że będziemy mogli obrobić to spotkanie w sposób godny.
2. Po kilku sezonach rywalizacji z Lechem II Poznań, w końcu mogliśmy zmierzyć się z pierwszą drużyną. Jeśli chodzi o wyjazdowe spotkania, to dwukrotnie gościliśmy we Wronkach, raz wygrywając 2:1, a raz przegrywając 2:3.
3. Zwłaszcza to przegrane spotkanie, na którym miałem okazję być, zapadło mi w pamięci. Po wyrównaniu w 88. minucie, straciliśmy gola w doliczonym czasie. Naszym katem okazał się wówczas Filip Szymczak, który później grał u nas. A tego jednego oczka zabrakło nam do awansu w tamtym sezonie do pierwszej ligi.
4. Co ciekawe, w tym znów wygranym spotkaniu, w którym dwa gole strzelił Arkadiusz Woźniak, w rezerwach Lecha wystąpił Antoni Kozbual.
5. Do Poznania wyruszyliśmy koło dwunastej w składzie: Misiek, Weronika, Magda i moja skromna osoba. Kazik stacjonował z rodzinką w Poznaniu i miał do nas dołączyć w trakcie meczu. Jak zwykle przed spotkaniem uruchomił swojego drona, dzięki czemu mogliście zobaczyć efektowny stadion Lecha z lotu ptaka.
6. Stadion, na którym w niebycie ekstraklasowym gościliśmy kilkukrotnie – gdy był w przebudowie, a także gdy był już gotowy. Naliczyłem cztery takie spotkania, oczywiście przeciw Warcie Poznań. Były to nasza wygrana 1:0, remis 3:3 po show Pawła Sobczaka i Marcina Klatta (po dwa gole), remis 2:2, kiedy to Warta nam zabraniała nawet przeprowadzić… relacji radiowej, a komentator Tomek rzucił słynną łacińską sentencję po golu Damiana Chmiela „Chmel, Chmel udedyt me tmytum” oraz porażka 1:2 za prezesini Łukomskiej-Pyżalskiej, kiedy to kibice Warty w liczbie chyba kilkunastu tysięcy zrobili pospolite ruszenie.
7. Droga przebiegła totalnie bez zarzutu. Dodatkowo na nasz spokój wpływał fakt, że mieliśmy przyznaną wjazdówkę na parking. Dzięki temu mając zapas czasowy mogliśmy zatrzymać się w Maczku na szamkę. Muszę powiedzieć, że jak od 19 lat jeżdżę jako redakcja czy praca na GieKSę to jedno się nie zmienia – zawsze, z każdą ekipą jest McDonald’s 😀
8. W dawnych czasach to i z piłkarzami się było w jednym czasie w Maku na powrocie z wyjazdów. Pamiętam w trzeciej lidze jak taki Damian Sadowski rozważał, co będzie sobie brał, a i Maro lubił sobie Wieśmaka skubnąć. Co za czasy 😉
9. Głównym Makiem na trasie był wówczas ten w Lubinie. Nazywaliśmy go „przypałowym”. Ale dlaczego – nie mam zielonego pojęcia.
10. Wróćmy do soboty. Na stadionie byliśmy półtorej godziny przed meczem. Na stadion wjechaliśmy bez problemu. Parking nieco pozostawia do życzenia, jest sporo dziur, które były wypełnione deszczówką. Ale nie na tyle, żeby musieć się po tych dziurach przetaczać.
11. Od samego wjazdu na stadion patrzeliśmy na oznaczenia, strzałki itd. Miała być niebieska budka/kontener z akredytacjami – była. Szybko odebraliśmy wejściówki i skierowaliśmy się w swoje strony – my z Miśkiem na sektor prasowy, Kazik i dziewczyny – na murawę.
12. W ekstraklasie na tych dużych stadionach zawsze mam stresa, czy uda się bez problemu dojść na właściwe miejsca. Na Górniku z Filipem pogubiliśmy się kompletnie, na Legii było jako tako, ale trzeba było przejść przez zasieki.
13. Tutaj po wejściu przez bramkę i poinstruowaniu przez stewardów droga była absolutnie intuicyjna. Co chwilę były strzałki i napisy, gdzie na trybunę prasową, gdzie do mixed zony, gdzie do salki konferencyjnej.
14. Po drodze mijaliśmy salkę dla fotoreporterów, gdzie można się było posilić, były kanapki, ciastka, zimne i ciepłe napoje. Z Patrykiem poszliśmy rozglądać się po salkach konferencyjnych właśnie itd., ale gdzieś mi zniknął. Ja zajrzałem właśnie do sali, zrobiłem fotkę, przeszedłem się, a gdy wróciłem do tej salki z cateringiem, Patryk zajadał się ciastkami.
15. Też więc się posiliłem, wziąłem herbatkę i udaliśmy się na sektor prasowy. Z windy wyszli mający komentować ten mecz w TVP Sport Robert Podoliński i Maciej Iwański. Z panem Robertem Misiek sobie uciął po meczu pogawędkę na temat rac, a znany obecnie z Kanału Sportowego trener nazwał naszego Miśka „Panem Redaktorem”.
16. Od razu przypomniały mi się prywatne wiadomości, jakie wymieniałem z Maciejem Iwańskim przed meczem na Garbarni z Hutnikiem Kraków, w pierwszej kolejce sezonu 2020/21. Lata świetlne.
17. Po wjechaniu na czwarte piętro, znów wszystko intuicyjne. Super rozmieszczone też kabiny, a w zasadzie całe pokoje dla komentatorów TV. Z napisanymi na drzwiach: TVP czy Canal Plus. Bardzo ładnie, estetycznie, bez zbędnych upiększeń.
18. Osobiście zdążyłem zapomnieć ten stadion Lecha, bo ostatni raz byłem na nim pewnie z 12 lat temu. Raz też zdarzyło mi się być przy Bułgarskiej na meczu reprezentacji Polski z Wybrzeżem Kości Słoniowej (3:1), to dzień później graliśmy słynny mecz z Pogonią w Szczecinie (4:3). Ale tak się złożyło, że na Leszku miałem okazję być także na ligowych meczach z Górnikiem i Jagiellonią. Przy czym na tym drugim po dość ciężkim wieczorze i raczej skłonny byłem bardziej… spać niż oglądać mecz. Też zamierzchłe czasy.
19. Wyjście na trybunę i ten widok robi imponujące wrażenie. Widoczność jest znakomita, zamknięta bryła, nie ma pewnej rozlazłości obiektu, tak jak miałem wrażenie na Legii czy Górniku. Stadion jest duży, pojemny, ale zajmuje chyba mniejszą powierzchnię niż tamte wymienione. Albo to tylko takie wrażenie.
20. Zajęliśmy miejsca przy stołach. Porządnych, szerokich blatach, na których można rozłożyć sobie… wszystko. Do tego ta dziurka w blacie, przez którą można przeciągnąć kable. I nie puszą one się plątać pod nogami.
21. Na stanowisku byliśmy ponad godzinę przed meczem, więc można było wszystko sobie ogarnąć na spokojnie. Zaraz obok trybuny prasowej była też herbatka i ciastka. Więc idealnie wszystko. Mogliśmy oczekiwać na spotkanie.
22. Trybuny powoli się zapełniały, kibice już dawali wokalny popis, sympatycy GieKSy sukcesywnie pojawiali się na sektorze gości.
23. Lekko ociągałem się z nagraniem meldunku przedmeczowego i na swoją szkodę, bo w pewnym momencie zaczęły lecieć reklamy i tak zaczęło dudnić, że w 50. sekundzie nagrywki musiałem zarzucić ten pomysł na kilka minut, bo po prostu nie dało się w tym hałasie. Straszne to jest, że zawsze i wszędzie na świecie te reklamy muszą napie…lać takim hałasem, że bębenki pękają.
24. Przy 28-tysięcznej publiczności oglądaliśmy to widowisko. Mecz, w którym kilku zawodników grało przeciw swoim były klubom. W barwach Kolejorza przypomnieli się katowickim kibicom Antoni Kozubal i Bartosz Mrozek. Na Bułgarską wrócili natomiast Marcin Wasielewski i Alan Czerwiński.
25. Już w 3. minucie Mikael Ishak pokonał naszego bramkarza i podobnie jak z Górnikiem, niemal od początku spotkania musieliśmy gonić wynik. Katowiczanie starali się, ale na Lecha nie było tego dnia mocnych. Jakoś udało nam się dotrwać z wynikiem 0:1 do przerwy.
26. W przerwie na cateringu obok nas pojawiła się zupka. Znośna 🙂 Zawsze miło wrzucić coś ciepłego, tym bardziej, że już wielkimi krokami zbliża się zima. Były też i tutaj kanapki, kawa i herbata. Niczego nie brakowało.
27. Druga połowa to znów napór gospodarzy. Szybki rzut karny, niewykorzystany przez Ishaka, po chwili jednak trafienie Gholizadeha. Lech dominował, grał kapitalnie i zasłużenie wygrał to spotkanie.
28. Na boisku pojawili się rekonwalescenci, Marten Kuusk i Jakub Arak. Cieszy powrót do zdrowia naszych zawodników i miejmy nadzieję, że dadzą nam dużo w kolejnych spotkaniach.
29. Kibice obu drużyn popisali się efektownymi oprawami. Najpierw sympatycy Lecha wystrzelili fajerwerki, a potem odpalili race – zadymiając całe boisko i powodując z osiem minut przerwy w grze. Gdy dym opadł, swój pokaz dali kibice GieKSy, ale tym razem, można było grać. Wszystko wyglądało bardzo efektownie, co nasi fotografowie uwiecznili na fotkach.
30. Po zakończonym meczu piłkarze obu drużyn dziękowali kibicom, a specjalnie został potraktowany Antek Kozubal, którego nazwisko skandowali kibice GieKSy.
31. To niesamowite i jest ewenementem, że 20-letni zawodnik, który był jedynie wypożyczony do naszego klubu zaskarbił sobie taką sympatię kibiców GieKSy. Całkowicie zasłużenie. Oddał kawał serca i dobrej jakości piłkarskiej w Katowicach i wszyscy o tym pamiętamy. Oby kariera młodego zawodnika, już reprezentanta Polski, potoczyła się jak najlepiej.
32. Misiek poszedł zbierać wywiad, ja nagrałem meldunek pomeczowy i skierowałem się na dół do sali konferencyjnej. Jak to w ekstraklasie – na trenerów musieliśmy trochę poczekać. Kazik już na sali przygotowywał galerię, dziewczyny w salce foto też robiły swoje.
33. Trener Rafał Górak komplementował drużynę Lecha, jako najlepszego rywala, z którym graliśmy w tym sezonie w lidze. Jakkolwiek Legia przeciw nam też zaprezentowała się bardzo dobrze, to Kolejorz chyba rzeczywiście jeszcze o oczko lepiej.
34. Na tych meczach w ekstraklasie możemy spotkać dziennikarzy, którzy pracują w najbardziej znanych ogólnopolskich mediach. W pierwszej lidze to zazwyczaj byli tylko lokalsi. Tutaj więc zadawał pytanie choćby Radosław Laudański z Weszło, na sali kręcił się także Dawid Dobrasz z Meczyków. Fajnie, że GieKSę ogląda już dziennikarski mainstream, a nie tylko starzy znajomi z katowickiego Sportu.
35. Trener Nils Frederiksen to gościu z jajem. Mimo, że wygląda na nieco starszego niż jest w rzeczywistości, to widać, że nie gwiazdorzy i ma poczucie humoru. Jak wtedy, gdy jeden z dziennikarzy zapytał go, czego szukał w maszynie ze słodkościami. Trener docenił to pytanie, jako coś innego, coś nowego i odpowiedział, że po prostu potrzebował coli, a w dawnych czasach w Danii gdy jedli po meczach pizzę, to dzięki coli lepiej ta pizza przechodziła. Przy okazji warto tutaj zamieścić kapitalną fotkę, jaką trenerowi Lecha robił Kazik.
36. Ja postanowiłem zastosować metodę, którą stosowałem kiedyś, czyli spisywanie konferencji na żywo – wiadomo, że niedokładnie i jako pewien szkielet. Jednak dzięki temu, później odsłuchując i szlifując ten tekst, zapis konferencji na stronie był szybciej niż zazwyczaj. Staramy się dla Was rozwijać.
37. Jeszcze zostaliśmy na salce jakiś czas, Kazik kończył pierwszą galerię. Zdjęcia od Magdy i Werki pojawiły się następnego dnia i obecnie możecie obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania. Zapraszamy!
38. Nie zasiedzieliśmy się tak długo, jak na Legii. Zrobiliśmy, co trzeba było zrobić szybko i zebraliśmy się do samochodu. Ja osobiście zaskoczyłem ekipę niby to teleportując się, a tak naprawdę korzystając ze specyficznej windy z dwoma przejściami.
39. Ruszyliśmy w kierunku Katowic. Z powrotem mieliśmy dodatkowego pasażera, który choć dość głośny i żywiołowy, kupił każdemu z nas po Snickersie. Takie to atrakcje na wyjazdach redakcyjnych 😉
40. W tym PS-ie mogłoby się znaleźć jeszcze ze dwadzieścia dodatkowych punktów, ale dla zachowania fasonu po prostu pomińmy pewne kwestie. W każdym razie bywa wesoło i mimo porażki, cieszyliśmy się, że możemy fajnie podziałać na kolejnym meczu ligowym.
41. Na powrocie byliśmy jeszcze na chwilę w restauracji takiej jednej sieci, której nazwy z przyzwoitości nie wymienię. Poza tym, po co się powtarzać 😉 Na wiosnę będziemy się żywić tylko warzywami z ekologicznych upraw.
42. W Katowicach byliśmy ok. 1.30. Czyli nie aż tak znowu późno. To przedostatni wyjazd w tym roku.
43. Dodajmy, że od początku do końca praca przy tym meczu była przyjemnością. Warunki do pracy na stadionie Lecha są wyśmienite, życzliwość wszystkich również jest na wysokim poziomie. Logistyka stadionowa, oznaczenia – top. Z przyjemnością wrócimy tam w przyszłym sezonie.
44. Tylko trzy punkty z Lechią. Pożegnajmy godnie nasz ukochany stadion!
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.




















Najnowsze komentarze