Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Hit przy Bukowej
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnigo tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
W meczu na szczycie Orlen Ekstraligi Kobiet, piłkarki pokonały drużynę Czarnych Sosnowiec 2:1 (0:0). W następnej, piątej rundzie rozgrywek, nasz zespół zmierzy się na wyjeździe z Mistrzem Polski Pogonią Szczecin. Mecz zostanie rozegrany w sobotę 14 września o godzinie 11:15. Piłkarze rozegrali w ramach siódmej kolejki PKO BP Ekstraklasy spotkanie z Zagłębiem Lubin. GieKSa przegrała w Lubinie 0:1 (0:0). Kolejne spotkanie piłkarze rozegrają w piątek 13 sierpnia, na Bukowej z Widzewem Łódź. Spotkanie rozpocznie się o 20:30. Z zespołem pożegnał się Shun Shibata, który podpisał kontrakt z Wartą Poznań. Mateusz Kowalczyk otrzymał powołanie do reprezentacji Polski.
W turnieju towarzyskim rozgrywanym w Krośnie siatkarze przegrali z Resovią Rzeszów 1:3. W drugim spotkaniu, drużyna pokonała MKS Będzin 3:2. Na najbliższą sobotę i niedzielę zaplanowane są sparingi z Norwidem Częstochowa i ZAKSą Kędzierzyn-Koźle.
W miniony weekend hokeiści rozegrali trzy sparingi. Z HC RT Torax Poruba zespół przegrał 2:3, ale dwukrotnie pokonał Icefighters Leipzig 3:2 i 2:1. Przed startem ligi zaplanowano jeszcze jeden sparing z Podhalem. Spotkanie zostanie rozegrane w najbliższą sobotę.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Zwycięstwo GieKSy w derbach
W niekwestionowanym hicie 4. kolejki Ekstraligi GKS Katowice gościł u siebie prowadzących w lidze Czarnych Sosnowiec. Obie ekipy weszły genialnie w sezon i w bezpośrednim pojedynku tym bardziej chciały udowodnić świetną dyspozycję.
Trzeba otwarcie z samego początku pochwalić sztaby trenerskie obu ekip, gdyż w końcu mogliśmy zaobserwować niesamowite przygotowanie na wszelkie taktyczne zagrywki rywalek. Każda ze stron próbowała tworzyć sobie sytuacje, jednak bloki defensywne był absolutnie nie do przejścia. Drużyna z Sosnowca świetnie przesuwała się w formacjach w momentach, kiedy mistrzynie z sezonu 2022/2023 budowały atak pozycyjny. Przyjezdnym pozostawało głównie granie z kontrataku, a adresatką większości podań zostawała Klaudia Miłek, która łatwego życia nie miała, otoczona przez stoperki „GieKSy”. Próby kreowane skrzydłami także nieszczególnie stanowiły zagrożenie dla Kingi Seweryn. Wydaje się, że biorąc pod uwagę poziom samego widowiska, jedyne czego brakowało w ciągu pierwszej połowy to bramek.
W drugiej połowie zarówno Czarni, jak i gospodynie przeprowadzały ataki. W 77. minucie Katowiczanki wyszły na prowadzenie za sprawą Anity Turkiewicz. W 81. minucie nadarzyła się świetna okazja ku wyrównaniu – Zuzanna Grzywińska uderzyła z dość ostrego kąta, ale jedna z defensorek Gieksy wybiła piłkę z linii bramkowej. W 85. minucie wicemistrzynie Polski dopięły swego i zdobyły drugą bramkę – tym razem na listę strzelczyń wpisała się Klaudia Słowińska.
Pomimo dwubramkowej straty, drużyna z Sosnowca usiłowała odrobić straty. W doliczonym czasie gry Karlina Miksone zdobyła bramkę kontaktową. Po chwili pani arbiter Anna Adamska zakończyła mecz.
Dzięki zwycięstwu GKS Katowice wskoczył na pierwsze miejsce w tabeli.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Czarni Sosnowiec. Hit przy Bukowej. Wicelider zagrał z liderem Orlen Ekstraligi
W poprzednim sezonie GieKSa nie obroniła tytułu mistrzowskiego w piłce nożnej kobiet, zajmując 2. miejsce w tabeli (mistrzem została Pogoń Szczecin). Czarne zakończyły sezon na najniższym stopniu ligowego podium. W obecnych rozgrywkach w trzech pierwszych kolejkach obie drużyny zdobyły komplet punktów. Sosnowiczanki przystąpiły do derbów województwa śląskiego jako liderki, a GieKSa jako wicelider.
Fani GieKSy pojechali do Lubina na mecz PKO Ekstraklasy z Zagłębiem, a ci, którzy zostali mieli możliwość zobaczenia w akcji piłkarki tego klubu. Również kibice Czarnych wybrali się na Bukową, aby wspierać swój zespół. Wstęp dla kibiców był darmowy, więc chętnych na piłkę nożną w wykonaniu kobiet nie brakowało. Kibice obu drużyn głośno wspierali piłkarki.
Mimo wysokiej temperatury mecz był prowadzony w żywym tempie, choć w pierwszej połowie górą były defensywy, bo brakowało klarownych sytuacji. Na początku Klaudia Maciążka z GieKSy strzelała z woleja z kilku metrów, ale będąc w niewygodnej pozycji posłała piłkę na poprzeczką. Przed przerwą gospodynie przycisnęły rywalki, było trochę zamieszania na polu karnym Czarnych, ale do szatni drużyny udały się przy wyniku 0:0.
W 77. minucie GKS objął prowadzenie. Anita Turkiewicz posłała z bocznej strefy podanie w pole bramkowe. Bramkarka Czarnych Martyna Małysa zawahała się przy wyjściu do piłki, mając przed sobą walczące o nią dwie zawodniczki. Centrostrzał skończył się golem.
Pięć minut później sosnowiczanki były bardzo bliskie wyrównania. Z ostrego kąta główkowała Zuzanna Grzywińska, ale Marlena Hajduk jakimś cudem, ekwilibrystycznie, wybiła piłkę z linii bramkowej. Niewykorzystana okazja szybko się zemściła. Klaudia Słowińska z bliska głową uderzyła na 2:0.
Czarne do końca walczyły o zmianę wyniku i zrobiły to w ostatniej doliczonej minucie. W zamieszaniu po rzucie rożnym Karlina Miksone ustaliła wynik meczu. GKS wskoczył na 1. miejsce w tabeli.
katowickisport.pl – Piłkarz GKS-u Katowice zagra w pierwszej lidze
Shun Shibata, 27-letni japoński pomocnik, podpisał roczny kontrakt z Wartą Poznań do końca sezonu 2024/25, z opcją przedłużenia. Wcześniej grał w GKS Katowice.
wkatowicach.eu – Terminarz GieKSy we wrześniu elektryzuje kibiców. GKS Katowice zagra w Pucharze Polski i w „Meczu Przyjaźni” z Górnikiem Zabrze
Przed nami miesiąc wielkich sportowych emocji dla kibiców GKS-u Katowice. „Mecz Przyjaźni”, pierwsza runda rozgrywek Pucharu Polski i mecze z ekipami z górnej połowy tabeli Ekstraklasy – to wszystko będziemy przeżywać wraz z podopiecznymi trenera Rafała Góraka we wrześniu.
Bardzo gorąco zapowiada się wrzesień dla piłkarzy i kibiców GKS-u Katowice. W nadchodzącym miesiącu czeka nas wiele arcyciekawych spotkań, zarówno przy Bukowej, jak i na wyjeździe.
W pierwszej połowie września podopieczni trenera Rafała Góraka zmierzą się łódzkim Widzewem. Ten mecz z pewnością przyniesie wiele piłkarskich emocji. Spotkanie 8. kolejki Ekstraklasy zostanie rozegrane 13 września na Stadionie Miejskim przy ulicy Bukowej w Katowicach.
Nieco ponad tydzień później „Mecz Przyjaźni”, czyli ekstraklasowy pojedynek pomiędzy zaprzyjaźnionymi klubami z Katowic i Zabrza. Na zabrzańskim stadionie oprócz kibiców gospodarzy zapowiedziało się ponad 4 tys. kibiców GieKSy. Oprawa tego meczu z całą pewnością będzie robiła wrażenie. Pierwszy gwizdek w sobotę, 21 września o 20:15.
Niezwykłą rangę dla GieKSy będzie miało spotkanie z Bruk-Betem Termalicą Niecieczą w 1. rundzie Pucharu Polski. Przeciwnik, z którym GieKSa rywalizowała w zeszłym sezonie na poziomie pierwszoligowym, nie jest najłatwiejszym, na którego katowiczanie mogli trafić na tym etapie rywalizacji o trofeum. Nie chodzi jednak o to, by było łatwo, ale o to, by było emocjonująco i ciekawie – a tak się właśnie zapowiada mecz, który zostanie rozegrany w środę, 25 września w Niecieczy.
A wrześniowym deserem dla kibiców GieKSy będzie spotkanie ze szczecińską Pogonią w ramach 10. Kolejki Ekstraklasy. Pogoń Szczecin to jeden z klubów górnej połowy tabeli najwyższego szczebla rozgrywkowego w kraju. Z pewnością trybuny Stadionu Miejskiego w Katowicach po raz kolejny w tym sezonie będą pękać w szwach. Mecz z gośćmi z Pomorza Zachodniego w piątek, 27 września.
weszlo.com – Bulterier bez twarzy Gattuso. Mateusz Kowalczyk w reprezentacji Polski
Gdy w Katowicach usłyszeli, że Mateusz Kowalczyk został powołany do reprezentacji Polski, cały GKS był przekonany, że chodzi o młodzieżówkę. Michał Probierz zaskoczył wszystkich. Dokładnie miesiąc po debiucie w Ekstraklasie sięgnął po dwudziestolatka grającego w ligowym beniaminku. Jak do tego doszło i o kim w ogóle mówimy?
Na Śląsku rozdzwoniły się telefony. GKS Katowice wysłał do reprezentacji Polski Piotra Świerczewskiego czy Jana Furtoka. Na krajowym podwórku są to nazwiska wielkiego kalibru. W narodowych barwach łącznie zagrało piętnastu GieKSiarzy, jednak w 2007 roku brzmiało to jak opowieści o czasach zamierzchłych, dawno minionych. Właśnie wtedy rzucono pomysł, żeby następny reprezentant Polski z Bukowej otrzymał specjalną premię.
Po awansie do Ekstraklasy historię przypomniał portal „GieKSainfo.pl”:
– To był ruch typowo marketingowy, PR-owy. Szukaliśmy przebicia. Mało kto chyba o tej akcji pamięta, minęło już wiele lat…
W Katowicach naprawdę jednak wierzyli, że są bliżsi wychowania kadrowicza, niż mogłoby się wydawać. W GieKSie szlify zbierał wtedy Piotr Polczak, który jeździł na młodzieżówki. Stoper faktycznie w reprezentacji Polski zagrał, ale dopiero jako piłkarz Cracovii. Pierwszoligowy GKS nie okazał się wystarczająco mocny, choć Leo Beenhakker zaglądał pod każdy kamień. Powołanie na zaplecze wysłał dopiero jego następca, Adam Nawałka, który zauroczył się Rafałem Leszczyńskim z Dolcanu Ząbki.
Wyczekiwany powrót do elity nieśmiało rozbudził temat obiecanego bonusu. Zastanawiano się, czy dziesięciotysięczna premia przypadkiem się nie przeterminowała i nie zginęła w próżni. Mateusz Kowalczyk nie miał jeszcze nawet swojej szafki na Bukowej, więc życzeniowo rzucano, że może piękną puentę kariery napisałby w ten sposób Adrian Błąd? Nikt nie mógł zakładać, że już przy pierwszej okazji trzeba będzie wygospodarować środki, żeby dotrzymać umowy.
Prezes Krzysztof Nowak zapewnił, że premię wypłaci. Mateusz Kowalczyk stanie się bogatszy o dziesięć kafli, a może i o coś znacznie cenniejszego: wpis „1A” przy nazwisku.
Michał Probierz zostawiał wskazówki. „Przeglądowi Sportowemu” na starcie sierpnia opowiedział o Kowalczyku sam z siebie. Ot, wtrącił, że cieszy go jego powrót do Ekstraklasy, że jego wyjazd do Danii powinien być przestrogą, żeby nie działać w pośpiechu. Przypomniał o tym, jak wiele wie o chłopakach, którzy przewinęli się przez kadry młodzieżowe, bo śledził wszystko i wszystkich. Chwalił Mateusza Kowalczyka w kuluarach, więc wydawało się, że chłopak będzie wokół drużyny narodowej krążył.
Że wskoczy do niej po pięciu spotkaniach w elicie? To jednak duże zaskoczenie.
W Katowicach koledzy spodziewali się, że młokos jedzie na młodzieżówkę. Fakt, że dwudziestolatek wskoczył do składu i nie zawalał. Nie zszedł poniżej dobrego poziomu, kupił kolegów pracą oraz agresją. Według „StatsBomb”, najlepszej analitycznej platformy na rynku, na starcie rozgrywek jest czołowym środkowym pomocnikiem Ekstraklasy. Oczywiście wciąż mamy za mało danych, żeby wyciągać daleko idące wnioski, ale spójrzmy na atuty Kowalczyka w liczbach:
najlepsze defensive action OBV – rubryka określająca wpływ zawodnika na zmniejszenie lub zwiększenie szans swojej drużyny na zdobycie bramki; upraszczając: działania Kowalczyka w obronie pomagają GieKSie tworzyć sytuacje bramkowe
najlepsze OBV – to samo, ale dodając także podania, dryblingi czy prowadzenie piłki
dziewiąty najczęściej pressujący środkowy pomocnik w lidze
czwarty najskuteczniej pressujący środkowy pomocnik (liczone odzyskanymi przez drużynę piłkami w efekcie pressingu)
trzeci najlepszy odbierający/przejmujący na swojej pozycji (więcej odbiorów i przejęć: Taras Romanczuk, Yoav Hoffmeister)
piąty najlepiej zatrzymujący dryblerów środkowy pomocnik Ekstraklasy
piąty najczęściej faulowany piłkarz na swojej pozycji
ósmy środkowy pomocnik pod względem przewidywanych asyst.
Jest to garść pozytywów, którymi można się podeprzeć, argumentując powołanie dla Mateusza Kowalczyka. Jego największym atutem wydaje się mobilność i agresja w środkowej strefie: nie traci czasu, błyskawicznie atakuje piłkę, jest bardzo użyteczny w pressingu. Bardzo dobrze pracę wykonywaną przez tego zawodnika pokazuje mapa działań defensywnych.
W pełni można jednak zrozumieć sceptyków, bo Mateusz Kowalczyk wskakuje do reprezentacji Polski naprawdę błyskawicznie. Czy w Ekstraklasie nie znalazł się ani jeden zawodnik, który dłużej pracował na szansę, który wcale od Kowalczyka nie odstaje? Większość ma nawet na końcu języka nazwisko takiego chłopaka. Antoni Kozubal, czyli człowiek, którego nowy kadrowicz w GieKSie zastąpił. Facet od czarnej roboty w Lechu Poznań, równie aktywny i skuteczny w pressingu, może ciut słabiej wyglądający w liczbach, które wynoszą Kowalczyka na piedestał, ale jednak dźwigający presję gry w wielkim klubie.
Kozubal też jest diamencikiem, pewnie nawet większym od Mateusza. Doświadczeniem zjada go na starcie: właśnie rozegrał setne spotkanie na szczeblu centralnym, połowę z tych meczów zaliczył na zapleczu Ekstraklasy. Do tego ponad trzydzieści gier w młodzieżówkach. Ci, którzy stwierdzą, że to on powinien być w reprezentacji, mają ku temu argumenty.
Mateusza Kowalczyka i Antoniego Kozubala łączy parę rzeczy. Przede wszystkim GKS Katowice i trener Rafał Górak, do którego dzwonimy, żeby dowiedzieć się więcej o sensacyjnym reprezentancie.
Jest pan tak samo zaskoczony, jak my?
Nie wiem, bo wy rzadko jesteście zaskoczeni!
Tym razem naprawdę jesteśmy. Więcej: słyszę, że w GieKSie też wszyscy są zaskoczeni.
Dostałem informację od trenera Miłosza Stępińskiego, że Mateusz będzie powołany do reprezentacji Polski U-20. Był podany termin, szczegóły, wszystko wiedziałem. Ale że przeskoczy od razu dwie kadry wyżej — bo jest jeszcze drużyna U-21 Adama Majewskiego — nie wiedziałem. Mam satysfakcję, wielką radość, strasznie się cieszę. Zwłaszcza drugim zawodnikiem z Ekstraklasy w kadrze jest Bartosz Mrozek, z którym pracowałem jeszcze w Elanie Toruń.
Nie ma pan wrażenia, że trochę za szybko, na wyrost?
Nie wiem, trzeba byłoby zapytać selekcjonera. Świat różne historie widział, w europejskiej piłce nastolatkowie odgrywają czasami tak znaczącą rolę, że nie ma sensu mówić, że ktoś jest za młody. To, że selekcja jest niestandardowa, dobrze o niej świadczy. Mamy koło zamachowe dla pozostałych: Mateusz się dostał, więc jak będę pracował, to może i moja szansa nadejdzie.
Czym Mateusz Kowalczyk zapracował na powołanie do reprezentacji Polski?
Dobrze, agresywnie działający w środkowej strefie boiska zawodnik. Nie fauluje nadmiernie, dobrze się ustawia, ma timing w przechwycie. Czyta grę. Być może wiele pracy przed nim, ale to bodziec do dalszej roboty. Mateusz na pewno dużo już ma, chociaż nie spodziewałem się, że aż tyle, że zostanie sprawdzony w reprezentacji.
Wiadomo, że nie macie dużej rywalizacji wśród młodzieżowców, więc łatwiej było mu wskoczyć do składu…
Szczerze: gdy Mateusz przychodził, nie brałem pod uwagę kwestii młodzieżowca. W tym temacie nie jest tak, jakbym sobie życzył, ale to inny temat.
Tym bardziej: zaskakująco szybko się dostosował, bo gra po prostu dobrze.
Szybko się wdrażał. Wydawało mi się, że z uwagi na system i sposób gry przyjdzie to trudniej, że będzie potrzebował czasu na aklimatyzację, bo w przypadku środkowego pomocnika może ona być dłuższa. Okazał się chłonnym chłopakiem, przeniósł wiedzę na boisko. Gdy przyszedł do mnie Antoni Kozubal potrzebował więcej czasu, choć też był wówczas młodszy.
O wilku mowa. Ludzie pytają: czemu nie Kozubal? Też wszedł przebojem do Ekstraklasy i to w lepszym zespole. Wcześniej ograł się w niższej lidze.
Trzeba jednak powiedzieć, że kiedy Mateusz Kowalczyk wyjechał do Broendby, to po świetnym sezonie w Łódzkim Klubie Sportowym, z którym wywalczył awans.
Prawda.
Był tam przez rok, w pewnym sensie nadal jest. Pewnie pytano, co się działo, jak to wyglądało. Wrócił, dostał szansę, szybko ją wykorzystał. O resztę trzeba pytać Michała Probierza.
Pokusi się pan o porównanie Antka i Mateusza?
Długo mógłbym mówić, przytaczać statystyki, dane. Powiem inaczej: Antek to ogromna elegancja w ruchach, Mateusz jest bulterierowaty, nastawiony na grę w kontakcie i bardzo dobrze sobie w tym radzący. Przede wszystkim mają ogromny potencjał jeśli chodzi o kreowanie gry w środkowej strefie. Dla mnie to najtrudniejsza rola dla młodego zawodnika w piłce seniorskiej, chodzi o newralgiczną część boiska. Gdy Antek odchodził do Lecha, życzyłem mu, żeby dali mu szansę, bo martwiłem się, że grając o mistrzostwo Polski, szans może brakować. Dostał zaufanie, gra bardzo dobrze, podobnie jak u nas. To będzie klasowy zawodnik, a Mateusz Kowalczyk ma podobny potencjał. Cieszmy się, że przy nawale obcokrajowców w polskiej piłce tacy chłopcy dają nam dużo radości.
Bulterier, który nie wygląda na bulteriera.
To nie jest twarz Gennaro Gattuso! Bardzo fajnie czuje i rozumie timing, wchodzi w kontakt, to jest dobre i potrzebne w tym rejonie boiska. Potrafi piłkę odebrać, przerwać sytuację, bardzo dobrze rozegrać. Dużo widzi. Inteligentny chłopak.
Trzeba będzie go teraz sprowadzać na ziemię?
Proszę zobaczyć, jak to u niego jest: gdy otworzyły mu się wrota do Europy, gdy trafił do Danii, mógł patrzeć na powrót do Polski jak na krok do tyłu. „Robię coś źle”. Krótka chwila i dostaje powołanie do reprezentacji, więc co było lepsze? Moim zdaniem trzeba ciągle likwidować sufit nad głową, patrzeć w niebo. Cały czas. Młodzi ludzie muszą marzyć, muszą też bardzo ciężko pracować. Jeżeli ma mu to zaszkodzić, niech nie gra w piłkę. Wiem, że znajdzie się taki, który wykorzysta szansę i pójdą za nim następni. Młodzież pracuje na to, żeby dobrze grać w piłkę. Wszystko przed nimi.
Co pan mu powiedział, gdy dostał powołanie?
Nic! (śmiech) Gdy zadzwoniłem, usłyszałem, że ciężko mu rozmawiać. Rozmowę przerwały emocje, chyba było wzruszenie. Czekam na niego od rana i go wyściskam.
Nie byłoby Mateusza Kowalczyka w reprezentacji Polski, gdyby nie GKS Katowice. Złośliwi powiedzą, że ktoś w końcu podjął dobrą decyzję w jego karierze. Dokładnie rok temu środkowy pomocnik był złotym dzieckiem Łódzkiego Klubu Sportowego i szykował się do debiutu w Ekstraklasie. Dosłownie: piłkarz przekazał Kazimierzowi Moskalowi, że nie pali się do odejścia i może brać go pod uwagę przy ustalaniu składu na inauguracyjny mecz z Legią Warszawa.
O Kowalczyka biło się mnóstwo drużyn, bo jego sezon na pierwszoligowym poziomie był wręcz – jak na chłopaka w takim wieku – wybitny. Kazimierz Moskal odważnie na niego postawił, a on zaliczył sześć bramek, trzy asysty, asystę drugiego stopnia i wywalczył rzut karny. Był liderem ŁKS-u i jedną z ważniejszych składowych awansu do Ekstraklasy, wyróżniał się tym, czym teraz odznacza się w Katowicach: skuteczny w obronie, agresywny, kreatywny środkowy pomocnik.
Rozmyślał o nim Raków Częstochowa, Legia Warszawa widziała w nim następcę Bartosza Slisza. Górnik Zabrze w zasadzie przekonał go do przeprowadzki na Śląsk, ale nie był w stanie spełnić oczekiwań finansowych łodzian. Robił się coraz większy zamęt, bo ŁKS nie zdołał wynegocjować nowej umowy i jeśli chciał na Kowalczyku zarobić, musiał go sprzedać. W efekcie Robert Platek, który wówczas jeszcze kręcił się po Łodzi, negocjując zakup klubu, uruchomił kontakty i opchnął piłkarza do Broendby IF, którego właścicielem był jego kolega.
Rację mógł mieć jednak Michał Probierz, stwierdzając, że Mateusz Kowalczyk zbyt szybko nastawił się na wyjazd. W Łodzi wiele osób powtarzało, że ktoś chłopakowi mąci w głowie. Wskazywano Marcina Kołdeja, który widniał w wykazie pośredników transakcyjnych przy nazwisku zawodnika. Wspominano też o pierwszym trenerze z Ząbkovii, który mocno rozwinął Mateusza piłkarsko, zresztą chyba cały czas pomaga mu w dodatkowych treningach. ŁKS mówił jednak, że wszyscy ci doradcy czynili wyłącznie szkody.
Fakt, że łódzki klub mógł usiąść do rozmów o nowej umowie wcześniej, a nie dopiero wtedy, gdy Kowalczyk jako wiodąca postać miał oczekiwania wyższe niż podstawowy młodzieżowiec. Fakt, że owe oczekiwania były przesadzone i nakręcone. Dlatego przyszłości w ŁKS-ie nie było, a atmosfera troszkę się popsuła. Łodzi Mateusz sporo jednak zawdzięcza. Szczególnie Krzysztofowi Przytule, który ściągnął go do klubowej akademii i wspomnianemu Moskalowi, który zrobił z niego pierwszoplanową postać drużyny.
Zagraniczna przygoda potoczyła się jednak tak, jak można było się spodziewać. Pomocnik od Broendby po prostu się odbił. Dostał parę minut i tyle, grał głównie w rezerwach. W połowie sezonu mógł wrócić do Polski na wypożyczenie, sprawa była niemal dograna, ale znów zmienił zdanie. Uwierzył, że w Danii ma jeszcze szansę powalczyć o skład. Wiosną w wykazie spotkań w jego wykonaniu widzimy jednak tylko „poza kadrą meczową”.
Lato było ostatnim dzwonkiem, żeby się ratować i zacząć grać na najwyższym poziomie. Wyszło lepiej niż dobrze. Znów biło się o niego sporo klubów, ale wybrał ten, w którym młodzieżowiec potrzebny był na już. Rafał Górak mówi, że nie miało to znaczenia, ale umówmy się: to zawsze krótsza droga do składu, pewniejsza sytuacja. GKS zapewnił mu minuty, on zaś dał Katowicom upragnionego kadrowicza.
Gdzieś w tym wszystkim trzeba jednak umiejscowić także Michała Probierza. Selekcjoner reprezentacji Polski nie od dziś i nie od wczoraj próbuje się jawić jako wizjoner. Chce wymyślić coś, na co nie wpadłby nikt i udowodnić, że miał rację. W powołaniach do drużyny narodowej widzimy to już po raz enty, najbardziej jaskrawym przykładem było zaproszenie na kadrę Patryka Pedy, uparte trzymanie się go, wojowanie z każdym, kto pytał, czy to naprawdę ma sens.
Na kadrę jeździli już chłopcy z mistrzowskiej Jagiellonii – Bartłomiej Wdowik czy Dominik Marczuk. Obaj z mizernym skutkiem, bo choć Wdowik pokopał chwilę z Łotyszami, to jednak była to tylko przelotna przygoda, której już nie powtórzył. Tarasa Romanczuka zabrał przynajmniej na mistrzostwa Europy, czego nie można powiedzieć o Patryku Dziczku. W pewnym momencie próbowano nam wmówić, że reprezentacyjny poziom osiągnął Karol Struski, który po prostu solidnie grał na Cyprze.
Nie zrozumcie nas źle: kimś grać trzeba. Kończy się era drużyny, w której kilka pozycji zawsze obsadzały postacie z najlepszych lig Europy. W dodatku dawno już ustaliliśmy, że nie ma sensu po raz pięćdziesiąty oglądać tych samych twarzy, które czterdzieści dziewięć razy nie dowiozły. Pytanie tylko, czy w tym wizjonerstwie selekcjoner nie idzie jednak krok za daleko?
Z drugiej strony: nawet na pustym przelocie na zgrupowaniu takiego Kowalczyka nic nie tracimy. Jeżeli Michał Probierz chce go sprawdzić, to w porządku, takie jego prawo. Dopóki wybory selekcjonera można wybronić sportowo, nie ma co przesadnie roztrząsać takich wyborów. Mateusz Kowalczyk nie jest pierwszy i nie będzie ostatni. Może trafienie jednego nieoczywistego kandydata wyjdzie nam na dobre?
W końcu po EURO łakniemy więcej Kacprów Urbańskich, a przecież oni sami się nie znajdują. To też zasługa Probierza.
SIATKÓWKA
nowiny24.pl – Asseco Resovia pokonała GKS Katowice. W niedzielę zagra w finale Turnieju o Puchar Prezydenta Miasta Krosna z PSG Stalą Nysa
W półfinałowym meczu Turnieju o Puchar Prezydenta Miasta Krosna siatkarzy Asseco Resovia pokonała GKS Katowice 3:1 (21:25, 25:17, 25:19, 25:18) i w niedzielę zagra w finale. Nagrodę MVP spotkania otrzymał Stéphen Boyer.
Rzeszowianie wystąpili w najmocniejszym składzie. Katowiczanie tylko w pierwszym secie, głównie dzięki wysokiej skuteczności w ataku (71 procent), cieszyli się ze zwycięstwa. Trzy kolejne partie bez historii dla resoviaków, którzy byli lepsi w każdym elemencie, a liderami ekipy znad Wisłoka byli Stephen Boyer i Klemen Cebulj, którzy zdobyli odpowiednio 22 i 17 punktów. Po katowickiej stronie warto odnotować 3 asy serwisowe Aymena Bouguerry i 3 punktowe bloki Bartłomieja Krulickiego.
Nie spełniły się więc nadzieje ekipy ze Śląska o powtórzenia wyniki z 2018 roku, kiedy to w tym samym turnieju w Krośnie pokonała zespół z Rzeszowa 3:1.
siatka.org – Turniej w Krośnie: bez zaskoczenia, Resovia podniosła Puchar
W weekend na przełomie sierpnia oraz września w Krośnie doszło do turnieju towarzyskiego. W nim swoją formę na dwa tygodnie przed startem nowego sezonu PlusLigi sprawdziły cztery ekipy. Finalnie po trofeum sięgnęli zdobywcy Pucharu CEV, siatkarze Asseco Resovii Rzeszów. W małym finale lepsi od beniaminka okazali się katowiczanie.
[…] W meczu o 3. miejsce doszło do starcia rywali zza miedzy. Nowak-Mosty MKS Będzin rywalizował z GKS-em Katowice. Warto już na starcie dodać, że zespoły te zmierzą się w 1. kolejce nowego sezonu PlusLigi w Katowicach. Od triumfu spotkanie rozpoczęli podopieczni trenera Dawida Murka, w wyniku czego w szeregach GKS-u na rozegraniu pojawił się Piotr Fenoszyn. Zmiana poskutkowała tym, że w kolejnych dwóch odsłonach górą był zespół ze Śląska. Beniaminek wziął odwet i przejechał się po przeciwniku, triumfując do 14. Tym samym triumfatora musiał wyłonić tie-break, który rozgrywał się pod dyktando GieKSy. Gracze trenera Grzegorza Słabego punktowali zagrywką.
Nowak-Mosty MKS Będzin – GKS Katowice 2:3 (25:21, 22:25, 22:25, 25:14, 9:15)
HOKEJ
hokej.net – Przesądziły karne. Frenks Razgals katem GieKSy
Skuteczność wykonywania karnych oraz zbyt łatwo stracone bramki u progu pierwszej i drugiej odsłony, przekreśliły szansę GKS-u Katowice na korzystny rezultat. Podopieczni Jacka Płachty po raz drugi w letniej serii gier sparingowych zmuszeni byli uznać wyższość zespołu HC RT Torax Poruba.
[…] Podopieczni Jiříego Režnara już w 2. minucie przypomnieli zawodnikom GKS-u Katowice o zabójczej sile swoich kontrataków. Katowiczanie po wygranym buliku nie zdołali zamknąć rywala w w jego własnej tercji, po chwili tracąc posiadanie krążka. Zawodnicy Poruby nie przebierając w środkach zdecydowali się na błyskawiczne zainicjowanie akcji długim podaniem, które w tempo przyjął Frenks Razgals. Dochodząc do optymalnej pozycji strzeleckiej, 28-latek posłał soczyste uderzenie z nadgarstka, po którym krążek wybrzmiał na parkanie Johna Murraya. Odbita guma wróciła jednak wprost na kij Łotysza, który dobijając własny strzał otworzył wynik spotkania.
W miarę upływu czasu zespół Jacka Płachty coraz lepiej czytał próby rozgrywania krążka przez rywali, tym samym niwelując zagrożenie. W kolejnych minutach gra przenosiła się również w okolice bramki Daniela Dolejša, jednak na wypracowanie dogodnych sytuacji strzeleckich nie pozwoliła zwarta obrona gości.
Podobnie jak z pierwszą, tak i z druga tercją, zawodnicy Poruby przywitali się zdobytą bramką. Drugie trafienie przyszło gościom jednak nad wyraz łatwo. Defensywa GKS-u wyprowadzając krążek zza własnej bramki nadała go wprost do pracującego w pressingu Tomáša Šoustala. 27-latek precyzyjnym strzałem spomiędzy wąsów, nie miał większych problemów aby zamienić taki prezent na bramkę. Katowiczanie dwukrotnie w drugiej odsłonie stawali przed sposobnością gry w przewadze, jednak nie zdołali liczebnej przewagi na lodzie zamienić na kontaktową bramkę. Po przewinieniu Arkadiusza Kostka możliwość sprawdzenia swoich sił w „power-playu” mieli także goście, lecz również nie wpłynęło to na zmianę wyniku spotkania.
W trzeciej odsłonie spotkania zawodnicy GKS-u dążyli do zaprezentowania więcej gry w ataku pozycyjnym, wypracowując pozycje strzeleckie na niebieskiej linii swoim defensorom. Konsekwentna praca w tercji rywala przyniosła upragnione trafienie. W 49. minucie aktywny w ofensywnych poczynaniach Albin Runesson uderzeniem pod samą poprzeczkę z lewego bulika zdobył kontaktową bramkę. Zdobyta bramka ożywiła poczynania GieKSy, a bliski doprowadzenia do wyrównania był z najbliższej odległości Pontus Englund. Daniel Dolejš instynktownie pozostawił jednak parkan, którym zbił krążek. W 54. minucie katowiczanie wykazali się efektywną grą w przewadze i za sprawą trafienia Mateusza Bepierszcza doprowadzili do wyrównania.
Taki wynik utrzymał się aż do 60. minuty spotkania, w związku z czym po chwili arbitrzy zaprosili strony do rywalizacji w dogrywce, rozgrywanej w formule 3×3. W takim zestawieniu lepiej odnaleźli się katowiczanie, którzy wyprowadzając dwójkową akcję, mieli wszystkie argumenty po swojej stronie, aby zakończyć spotkanie. Chwilę później zespół Jacka Płachty znalazł się w sporych tarapatach będąc zmuszony bronić niewygodnego osłabienia 4×3. Z tych tarapatów wybronił jednak dobrze dysponowany tego wieczoru John Murray. W ostatnich sekundach rolę się odwróciły i to GKS Katowice przebywał na lodzie w liczebnej przewadze. Przesądzić o losach spotkania próbowali Varttinen i Englund, zabrakło jednak celności.
Losy spotkania rozstrzygnęły się w serii najazdów. Po stronie GKS-u kolejny raz w tym elemencie zaimponował Stephen Anderson, który silnym strzałem z nadgarstka pokonał Daniela Dolejša. Bohaterem zespołu z Poruby okazał się Frenks Razgals, który dwukrotnie w najazdach pokonał Murraya.
Znów rozstrzygnęły karne. GKS Katowice pokonuje IceFighters Leipzig
Kolejny raz w sparingu GKS-u Katowice do wyłonienia zwycięzcy potrzeba było serii najazdów. Tym razem, skuteczniejsi w ich egzekwowaniu okazali się zawodnicy Jacka Płachty. Choć wicemistrzowie Polski dwukrotnie zmuszeni byli odrabiać straty, to za sprawą wykorzystanego karnego Grzegorza Pasiuta, zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.
Pierwsza odsłona spotkania minęła pod znakiem wzajemnych prób przejęcia inicjatywy. Pierwsi do głosu w ofensywie doszli zawodnicy Jacka Płachty. Jednak zagrożenie ze strony katowiczan w dużej mierze bazowało na kontratakach, aniżeli na wypracowanych okazjach w ataku pozycyjnym. W 4. minucie obronie gości zdołał się zerwać Bartosz Fraszko, jednak po jego uderzeniu krążek jedynie odbił się od barku Konstantina Kesslera, a następnie opuścił światło bramki.
Chwilę później kolejny raz obnażył się mankament z którym katowiczanie mierzą się w letnich sparingach. Pomimo wygranego bulika w tercji rywala, wicemistrzowie Polski stracili posiadanie krążka, po czym pozwolili ekipie z Lipska wyprowadzić groźny kontratak. Twarzą w twarz z Michałem Kielerem stanął Michael Burns. Obrona GKS-u interweniowała z naruszeniem przepisów, w związku z czym po chwili sam poszkodowany stanął przed możliwością wyegzekwowania karnego najazdu. Choć wydawało się, że Burns wykonał wszystko zgodnie z hokejowym elementarzem, to Kieler do końca wyczekał rywala, efektownie interweniując parkanem. W 14. minucie przed świetną okazją do otwarcia wyniku stanął Dante Salituro, jednak jego uderzenie z prawego bulika zostało skierowane wprost w stojącego między słupkami Kesslera.
Druga tercja przyniosła otwarcie wyniku. Goście lepiej weszli w kolejną odsłonę spotkania, kilkukrotnie utrzymując w pełnej gotowości Michała Kielera. W 29. minucie na katowicką bramkę został posłany soczysty strzał spod niebieskiej linii. Zasłonięty Kieler instynktownie zbił krążek. W walce o jego przejęcie najwięcej sprytu wykazał Emil Aronsson, który dobijając uderzenie, umieścił gume w siatce katowickiej bramki. Odpowiedź GKS-u nadeszła błyskawicznie. Podopieczni Patrica Wenera nieroztropnie wyprowadzali krążek z własnej tercji, co skrzętnie wykorzystał Stephen Anderson. Kanadyjczyk postanowił indywidualnie wykończyć akcję i precyzyjnym strzałem z nadgarstka wyrównał wynik rywalizacji.
W trzeciej tercji obie ekipy dołożyły po kolejnym trafieniu. W 44. minucie podopieczni Patrica Wenera raz jeszcze zmusili GKS do odrabiania strat. Po wznowieniu w tercji katowiczan, do krążka dopadł Johan Eriksson. Ściągając na siebie obrońców, wypracował nieco przestrzeni dla Michaela Burnsa, który nie mia większych problemów aby zaadresować krążek do bramki Kielera. Odpowiedź wicemistrzów Polski nadeszła w 50. minucie. Tym razem wznowienie pod bramką gości padło łupem zawodników GieKSy, a po chwilowym zamieszaniu, krążek dotarł do Bartosza Fraszki, który ponownie wyrównał wynik.
Regulaminowy czas nie przyniósł rozstrzygnięć, w związku z czym sędziowie zarządzili pięciominutową dogrywkę, jednak i ponadnormatywny czas gry nie wyłonił zwycięzcy. O losach spotkaniach zadecydowała więc seria najazdów. Spośród wszystkich zawodników najazd zdołał wykorzystać jedynie Grzegorz Pasiut i to właśnie jego próba zadecydowała o wygranej GieKSy.
Lepsi po raz drugi! GieKSa pokonuje IceFighters Leipzig
Zawodnicy GKS-u Katowice po dogrywce pokonali 2:1 IceFighters Leipzig. Wicemistrzowie Polski kolejny raz zdołali odwrócić niekorzystny wynik spotkania, by za sprawą złotego trafienia Santeriego Koponena rozstrzygnąć losy spotkania na swoją korzyść.
Od mocnego akcentu rozpoczęli dzisiejsze spotkanie zawodnicy GKS-u Katowice. Podopieczni Jacka Płachty od pierwszych sekund wyrażali spore chęci do gry na krążku, a w przypadku utraty, silnie dążyli do jego przejęcia. Taka postawa zaowocowała szybkim wypracowaniem pierwszej sytuacji bramkowej. Krążek spod posiadania rywala w tercji neutralnej przejął Grzegorz Pasiut, który przed bramką przeniósł ciężar gry na drugą stronę, dogrywając gumę do Dantego Salituro. Kanadyjczyk nie zdołał jednak znaleźć sposobu na zaskoczenie Konstantina Kesslera. W raz z upływem kolejnych minut, stroną odpowiedzialną za kontrolowanie wydarzeń na lodzie starał się pozostawać GKS. Podopiecznym Jacka Płachty udawało się zamykać rywala w jego własnej tercji, sprawnie operując krążkiem. Równie dobrze wyglądała praca wicemistrzów po drugiej stronie tafli, gdzie zawodnicy z Lipska mieli zdecydowanie mniej swobody, aniżeli we wczorajszym pojedynku.
Podobnie wyglądał początek drugiej odsłony. W pierwszym ofensywnym akcencie główną rolę również odegrał Grzegorz Pasiut. Tym razem, doświadczony środkowy sam stanął przed możliwością otwarcia wyniku, jednak jego strzał z prawego bulika wybrzmiał jedynie na bandzie okalającej pole gry. W dalszym ciągu katowiczanie mocno starali się ograniczać zapędy rywali w rozgrywaniu krążka. Choć wicemistrzowie Polski w dzisiejszym spotkaniu zdawali się wyglądać lepiej, w najważniejszych elementach hokejowego rzemiosła, to zawodnikom GieKSy nie udawało się tego przełożyć, na wypracowanie dogodnych okazji bramkowych. Z dobrej strony katowiczanie pokazali się również podczas gry w osłabieniu, kiedy to przy wsparciu Johna Murraya, zdołali przetrwać ten okres, bez straty bramki. W 39. minucie katowiczanie boleśnie przekonali się o tym, że hokej to gra błędów. Nieudana próba wyprowadzenia krążka z własnej tercji zakończyła się jego stratą na rzecz rywala. Po chwili w dogodnej sytuacji znalazł się Dennis Reimer i silnym strzałem z nadgarstka pokonał Murraya.
Strata bramki w samej końcówce drugiej tercji mocno podrażniła ambicję katowiczan, którzy na trzecią część gry wyjechali z mocnym postanowieniem odrobienia straty. I tak o to w 43. minucie starania GieKSy się zmaterializowały. Krążek pod bramkę rywala wprowadził Bartosz Fraszko, indywidualnie wykańczając swoją akcję. Tę próbę zdołał zbić parkanem Kessler, jednak wobec dobitki Salituro nie miał już żadnych szans. GKS Katowice stanął również przed sposobnością gry w przewadze, choć w tym elemencie zdaje się, że zabrakło katowiczanom dynamiki, aby myśleć o zdobyciu bramki.
W kolejnym spotkaniu regulaminowy czas gry nie wystarczył do wyłonienia zwycięzcy, w związku z czym byliśmy świadkami dogrywki. W tej, podobnie jak wczoraj lepsze wrażenie w rozgrywaniu krążka sprawiali zawodnicy z Katowic. W 64. minucie miała miejsce akcja rozstrzygająca o losach spotkania. Bartosz Fraszko wyprowadził szybki atak GKS-u, nadając krążek do Santeriego Koponena, który precyzyjnym strzałem poza zasięgiem Kesslera zakończył spotkanie.
Kibice Piłka nożna
Górnik Zabrze kibicowsko
Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.
Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.
Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała.
Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.
Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.
W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.
Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.
Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.
Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.
Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.
Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.
W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.
Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.
Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.
Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.
Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.
Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.
Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.
Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.
W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.
Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.
Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.
Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.
W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.
Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.
W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.
Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.
Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.
W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.
W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.
Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.
Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.
Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.
W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.
W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.
Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.
W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.
Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.
Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.
W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.
We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.
W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.
Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.
W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.
W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.
W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.
Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.
Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.
Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.
Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.
W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.
W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.
Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.
W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.
Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.
Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.
W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.
W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.
Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.
Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.
W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.
Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0, a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.
Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.
W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.
Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.
Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.
19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…
W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.
W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.
We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).
We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.
We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.
Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.
1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.
Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.
W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.
Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.
W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.
Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.
Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.
W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.
Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.
W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.
W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.
Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.
We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.
Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi.
W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała.
Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.
W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).
Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.
Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.
W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.
Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.






















































































































































































































































Najnowsze komentarze