Felietony Piłka nożna
Lekcja do odrobienia
Nie da się wszystkiego wygrać – to stara piłkarska prawda. Najlepsze drużyny świata przegrywają co jakiś czas swoje mecze, więc jest to po prostu wpisane – nie tylko w piłkę nożną, ale w każdy sport zespołowy. Chodzi o to, żeby wygrane były częste, porażki rzadkie – nawiązując do słów trenera Adriana Siemieńca z konferencji prasowej, choć on nie mówił stricte o samych rezultatach.
GieKSa w Białymstoku przegrała. Czy musiała? Można powiedzieć, że i tak, i nie. Mecz miał dwie różne połowy. Różnica ta polegała przede wszystkim na postawie naszej drużyny, jakości gry, intensywności i po prostu – efektywności. Przed przerwą to był bardzo słaby mecz w wykonaniu Katowiczan. Jeśli chodzi o ofensywę, to nie zagroziliśmy bramce Abramowicza w żadnym stopniu. Były jakieś tam próby zawiązywania akcji, ale wszystko było jakieś miałkie, bez ikry, ze złymi wyborami. Przed przerwą rządziła Jagiellonia. Gospodarze byli szybcy, zdecydowani i z naporem ruszyli na naszą drużynę. Efektem tego było kilka znakomitych okazji – indywidualnie Mazurek wdarł się w pole karne i strzelił w słupek, Imaz po podaniu od Pozo w idealnej sytuacji trafił w Strączka.
No i przede wszystkim te stracone bramki… Absolutnie źle zachował się przy obu Borja Galan. Najpierw przegrał kompletnie fizyczny pojedynek z Pozo, który oddał ten swój dziwny strzał głową. Czy tak chciał? Trudno powiedzieć, ale efekt był taki, że wyszło niesamowicie precyzyjne uderzenie – takie, że nikt na stadionie nie spodziewał się, że piłka wpadnie do bramki bezradnego Strączka. To o takich golach Józef Młynarczyk niegdyś mówił, że „bramka jest zbudowana ponad ludzki wymiar”. To był naprawdę i bez przesady strzał nie do obrony. Drugi gol to też było kuriozum w wykonaniu Borjy. Zamiast przypilnować Pululu, poszedł „na raz” do główki, a że centymetrów nie ma więcej – po prostu zabrakło mu, żeby skutecznie przeciąć akcję. Potem już była desperacka próba ratowania drużyny przez Klemenza i gol Romanczuka. Taras znów nas pokarał, bo przecież to on strzelił jedynego gola w poprzednim sezonie w Białymstoku.
Szkoda też było tej bramki do szatni, bo 0:1 do przerwy nie byłoby jeszcze takie złe. Dwubramkową stratę już zawsze trudniej odrobić, a przecież GieKSa nie była aż tak daleko. A po przerwie wyglądało to już dużo lepiej. Wiadomo, że z jednej strony Jaga miała swoje prowadzenie i nie musiała forsować tempa. Jednak GieKSa nie położyła się i nie czekała na trzeciego gonga. A mogła grać przecież tak samo miałko, jak przed przerwą. Nasz zespół wziął się – późno – ale do roboty. Grali tak, jak powinni grać od początku, co jeśli chodzi o samą drugą połowę, jest na plus. Katowiczanie walczyli i nadal co prawda zmaścili kilka sytuacji, ale już coś tam w tej kreacji było. Erik Jirka strzelał po dośrodkowaniu Nowaka, ale Abramowicz świetnie wybronił. Potem już po strzale Słowaka piłka wpadła do bramki. To dawało nadzieję i może wielce klarownych okazji na koniec nie było, ale przecież GKS generalnie wielu takich okazji nie ma. W ofensywie raczej jesteśmy drużyną efektywną, która wykorzystuje sporo z tego, co ma.
Niestety pojawiają się w naszej ekipie mankamenty. Mimo całej sympatii do Ilji Szkurina, to nie daje on tego, co by dawać mógł. Nawet jeśli zawodnik ten ma swoją specyfikę, to brakuje mu tego doskoku, wyskoku, podejmuje złe decyzje, brakuje mu agresji w grze, dobrych decyzji w polu karnym i po prostu strzałów. To dobry zawodnik, który potrafi przecież strzelać gole. Nie zawsze jednak dostanie on ciasteczko od Bartka Nowaka. Ilja musi też sobie sam coś wykreować. Po piętach za chwilę będzie mu deptać młody Kokosiński. I wcale bym się nie zdziwił, jakby trener dał mu w którymś meczu szansę od pierwszej minut. Lub szkoleniowiec będzie kombinował z Mateuszem Wdowiakiem, co… byłoby bardzo ciekawy rozwiązaniem.
Wspomniany Borja też będzie miał ciężary. Już ostatnio nie zawsze występował w pierwszym składzie. A teraz coraz śmielej wchodzi do jedenastki Erik Jirka, który dał w Białymstoku dobrą zmianę i jeszcze strzelił gola. W Krakowie więc wygląda na to, że to Erik wyjdzie w jedenastce.
No nic, stało się. Summa summarum – patrząc na pierwszą bardzo słabą połowę i drugą dobrą, można powiedzieć, że był to średni, nie najgorszy, może po prostu lekko słabszy mecz. Na pewno słabszy niż kilka ostatnich, ale nie tragiczny. Rację ma trener mówiąc, że należy cenić reakcję zespołu w przerwie. Natomiast do poprawy jest ta pierwsza połowa. Nie powiem, że GieKSa nie ma prawa grać takich połów – no właśnie ma, jak najbardziej. Gdyby było inaczej, bylibyśmy jednym z faworytów do Mistrzostwa Polski. A nadal jesteśmy średniakiem ekstraklasy, przy czym nie jest to żadna obelga. Jesteśmy średniakiem, ale z potencjałem na bycie coraz lepszym. Bardzo mnie cieszy, że trener mówi, że takie mecze – z tymi wielkimi na wyjazdach – będziemy wkrótce czasem wygrywać. Trzeba na to poczekać.
Zresztą patrząc na wczorajszy mecz i ten z poprzedniego sezonu, trzeba powiedzieć, że wczoraj wyglądało to w pewnych kontekstach lepiej. Umówmy się, rok temu też tragedii nie było, ale nie było też momentów wartych zapamiętania. Tamto spotkanie było poprawne, ale bez właśnie większej ikry w ofensywie. Wczoraj GieKSa potrafiła Jagiellonię przycisnąć i momentami być lepsza. Dobrze się to oglądało i na pewno świadczyło o rozwoju tej drużyny. Ostatecznie sam wynik – 1:2 na wyjeździe z dobrą tego dnia Jagiellonią, to nie jest zły wynik.
Przy okazji trochę i my możemy ostudzić głowy z tą tabelą. Mogło być pięknie, gdybyśmy wygrali. Minęlibyśmy Jagiellonię i mielibyśmy dwa punkty straty do lidera. Tak się nie dzieje, ale nadal jesteśmy w bardzo dobrym miejscu. Nie ma co płakać, trzeba po prostu wyciągnąć kolejną naukę z tego meczu.
W sobotę mecz z Cracovią. Trzeba się szybko zregenerować i przemyśleć plan. Jeśli GieKSa wdroży tę grę z drugiej połowy od początku meczu przy Kałuży powinno być dobrze. Jaga to Jaga, a Cracovia to Cracovia. I o ile nie byliśmy na straconej pozycji w Białymstoku, to tym bardziej nie jesteśmy w Krakowie. Katowiczan stać tam na zwycięstwo – trzeba po prostu zagrać swoje.
Trochę pojechałem po Jadze i trenerze Siemieńcu po tym odwołanym meczu w listopadzie, ale teraz, jak już jest po wszystkim, mogę powiedzieć, że bardzo cenię tego szkoleniowca i to, jak prowadzi Jagiellonię. Można brać z nich przykład, bo przecież startowali z pozycji zespołu walczącego o utrzymanie. A potem zdobyli mistrzostwo i regularnie grają w pucharach. Warto się wzorować na najlepszych. Całościowo.
A z Jagiellonią zagramy w tym sezonie jeszcze raz. Będzie okazja trzeci raz u siebie Jagę ukłuć. W maju czeka nas na Nowej Bukowej znów kapitalne widowisko.
Piłka nożna
Potencjalni rywale w Lidze Konferencji
Dziś o 14:00 w szwajcarskim Nyonie odbędzie się losowanie drugiej rundy kwalifikacyjnej Ligi Konferencji. Własnie poznaliśmy sześciu potencjalnych rywali GKS Katowice.
GieKSa została przydzielona do grupy 5, w której jest rozstawiona. Na tym etapie wylosować możemy jeden z poniższych klubów: FK Panevėžys (Litwa), przegranego z pary pierwszej rundy kwalifikacyjnej Ligi Europy HNK Hajduk Split (Chorwacja) – MŠK Žilina (Słowacja), ŁNZ Cherkasy (Ukraina), Zimbru Kiszyniów (Mołdawia) lub Auda Ķekava (Łotwa).
ŁNZ Czeraksy swoje mecze ma rozgrywać na stadionie Wisły Płock.
Mecze drugiej rundy kwalifikacyjnej zostaną rozegrane w czwartki – 23 i 30 lipca.
Piłka nożna
Hajduk lub Żilina rywalem GieKSy
GKS Katowice w II rundzie eliminacji Ligi Konferencji trafił na przegranego z pary I rundy eliminacji Ligi Europy – Hajduk Split/MSK Żilina.
Mecze tej rundy odbędą się 23 i 30 lipca.
Pierwsze spotkanie GieKSa rozegra na wyjeździe.
W zakończonym sezonie Hajduk zajął drugie miejsce w lidze chorwackiej z dorobkiem 68 punktów w 36 meczach, na który złożyło się 20 zwycięstw, 8 remisów i 8 porażek (bramki: 61-36)
MSK Żilina natomiast zajęła w lidze słowackiej miejsce czwarte, zdobywając 52 punkty w 32 meczach – 15 zwycięstw, 7 remisów i 10 porażek (bramki: 59-41). Zespół zdobył również Puchar Słowacji w finale pokonując Koszyce 3:1.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!


Najnowsze komentarze