Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: nie zbaczać z obranej drogi
Z nikim w tym sezonie nie krzyżowały się nasze drogi tak często jak z Jagiellonią. I choć nienajlepiej wspominamy oba wyjazdy do Białegostoku (byłby nawet trzeci, na szczęście w ostatniej chwili ktoś poszedł po rozum do głowy), to w Katowicach jest już znacznie lepiej. Stawką niedzielnego pojedynku jest ligowe podium, a przynajmniej strefa pucharowa. Czy na Podlasiu wierzą jeszcze w mistrzostwo? Zapytałem Andrzeja Jakubowskiego, redaktora naczelnego serwisu Jagiellonia.net.
Przygotowując się do tej rozmowy miałem wrażenie, że nie gramy w Ekstraklasie, tylko w lidze szkockiej, bo już po raz piąty w tym sezonie mam okazję rozmawiać z kimś z Białegostoku. Dwa razy nasz mecz nie doszedł do skutku, a los skrzyżował nasze ścieżki także w Pucharze Polski. Jak wspominasz tamte wydarzenia?
Jeśli zależałoby to ode mnie, to zagralibyśmy w pierwotnym terminie. Gdyby śnieg zaczął padać godzinę wcześniej, to służby porządkowe poradziłyby sobie z przygotowaniem boiska, natomiast w momencie planowego pierwszego gwizdka wyglądało to słabo. Moim zdaniem decyzja była jednak zbyt pochopna – można było chwilę poczekać na rozwój wypadków. Problem z boiskiem w Białymstoku jest jednak głębszy – są pewne zastrzeżenia co do wykonawcy wymiany murawy i sprawa najprawdopodobniej zakończy się w sądzie. Nawierzchnia była wtedy w fatalnym stanie i kosztowało nas mnóstwo czasu, pracy i pieniędzy, aby poprawić warunki do gry. Mimo to latem czeka nas kolejna wymiana murawy i mam nadzieję takie problemy się skończą. Niemniej jednak za dużo zamieszania spowodowała tamta decyzja, a w tym wszystkim najbardziej żal było kibiców z Katowic, którzy przejechali tyle kilometrów na darmo – zmarzli i pojechali do domu. Ostateczny termin wyznaczono na środek tygodnia, więc frekwencja siłą rzeczy była niższa.
Mimo tych trudności dwa razy w tym sezonie udało nam się już zagrać. Najpierw był Puchar Polski przy Nowej Bukowej.
Ogólnie rzecz biorąc gra GKS-u pozytywnie mnie zaskakuje. Macie w składzie kilku zawodników, których bez wahania podebrałbym do Jagiellonii, na czele z Bartkiem Nowakiem, który jest waszym filarem podobnie jak u nas Taras Romanczuk. Każdemu gra się ciężko w Katowicach, a mecz pucharowy ma dodatkową specyfikę, bo zwycięzca zgarnia wszystko. Czasem łut szczęścia decyduje o tym, która drużyna cieszy się po końcowym gwizdku, a która rozpacza. Tuż przed przerwą przydarzył się błąd Miłoszowi Piekutowskiemu, który jest młodym bramkarzem – zabrakło mu koncentracji, a pomyłki bramkarzy czy obrońców zwykle są najbardziej brzemienne w skutki.
Wreszcie przyszedł marzec i udało się nadrobić ligowe zaległości. Przy korzystnym wyniku mogliśmy was nawet przeskoczyć w tabeli – szansa była spora, bo Jaga była wtedy w dołku.
Obawialiśmy się tego meczu, biorąc pod uwagę naszą formę w poprzednich i – jak się później okazało – w kolejnych meczach: remis z Radomiakiem, porażki z Lechią i Piastem, a także przegrana z Wisłą Płock i remis z Lechem już po meczu z GieKSą to zdecydowanie nasz najgorszy okres w tej rundzie. Jaga wygrała z GKS-em, ale nasza dyspozycja była daleka od optymalnej. Dlatego tak istotne było to zwycięstwo, zarówno z tamtej, jak i dzisiejszej perspektywy, bo różnice w tabeli są naprawdę niewielkie. Wy jesteście w tej samej sytuacji i jeśli poważnie myślicie o europejskich pucharach, to nie tylko nasz mecz, ale także wynik piątkowego pojedynku Zagłębia z Pogonią może wasz zapał rozpalić lub ostudzić.
W kontekście Jagiellonii mówiło się, że ten sezon miał być dla was przejściowy w związku z licznymi zmianami kadrowymi. Tymczasem dziś jako jedyni możecie jeszcze stanąć Lechowi na drodze do mistrzostwa. Jak więc ocenić ten sezon pod kątem ambicji i możliwości sportowych Jagi?
Podstawowym celem zespołu jest zapewnienie po raz kolejny występów w europejskich pucharach. Trafiłem na informację, że gra w Lidze Konferencji przyniosła Jagiellonii w tym sezonie 7 milionów euro, jest więc o co walczyć, bo dla każdego w Ekstraklasie jest to kwota niebagatelna. Z punktu widzenia funkcjonowania klubu jest to więc szczególnie istotne, aby podtrzymać ten strumień przychodów. Pewnie i w Katowicach zaczynacie o tym myśleć, bo macie drużynę i trenera, który może taki sukces zapewnić. Ponadto przygoda w europejskich pucharach wiąże się z wyjazdami w ciekawe miejsca, za którymi wasi kibice z pewnością tęsknią. Sam wybrałem się za Jagiellonią w kilka miejsc, których raczej nie rozpatrywałem jako wakacyjne kierunki, tymczasem dzięki Lidze Konferencji miałem okazję je poznać i niektóre z nich wezmę pod uwagę planując prywatne wyjazdy. Trzymam kciuki, żeby GieKSa zaistniała w pucharach, bo macie ku temu możliwości.
Celem są więc puchary, a jakie są marzenia? Przeczytałem dziś wpis Pawła Mogielnickiego z 90minut.pl, który szanse Jagiellonii na mistrzostwo wyliczył na 8,5%. Dużo czy mało?
Walczymy do końca i zobaczymy, jaki będzie finał. Byłoby wspaniale, gdyby udało się powtórzyć sukces sprzed dwóch lat, ale zdaję sobie sprawę, jak trudne to zadanie. Musimy liczyć na dwa potknięcia Lecha, bo jedno zwycięstwo załatwia sprawę. Nikt u nas nie mówi głośno o mistrzostwie. Doceniamy natomiast to, ile punktów udało się zgromadzić w europejskich rankingach, jak Europa przekłada się na codzienne funkcjonowanie klubu – efekty są widoczne. Jest to doświadczenie, którego nie możemy zaprzepaścić i nie zbaczać z obranej drogi. Wykonaliśmy ciężką pracę i chcemy ją kontynuować.
W ostatnich kolejkach wykonaliście dwa ważne kroki na tej drodze. Pierwszym z nich było zwycięstwo z Pogonią, z którą my będziemy się mierzyć za tydzień. Zwycięstwo wyrwane w ostatnich sekundach, mimo że wcześniej prowadziliście już dwoma bramkami.
Prowadząc 2:0 sami podaliśmy Pogoni tlen, prowokując utratę pierwszej bramki, która wyraźnie nas spięła, tymczasem do tego momentu powinniśmy byli prowadzić co najmniej 4:0. Cojocaru dwoił się jednak i troił, broniąc strzały Pululu, Imaza, a przede wszystkim Lozano. Jest to jednak typ bramkarza, który zaliczy dziesięć spektakularnych interwencji, a w jedenastej popełni prosty błąd, który udało się wykorzystać. Jednak 14 celnych strzałów oddanych tylko w pierwszej połowie najlepiej obrazuje naszą przewagę w tym meczu.
Losy Jagiellonii w Ekstraklasie rozstrzygają się właśnie w ramach „półkolonii” w województwie śląskim: zanim przyjedziecie do Katowic, drużyna wybrała się do Częstochowy. Czyste konto Abramowicza przy xG rywala grubo ponad trzy brzmi jak kolejny cud pod Jasną Górą.
Chciałbym zacząć od tego, że fascynacja tym mitycznym xG jest dla mnie niezrozumiała, bo jest to miara stojąca czasem w sprzeczności do boiskowych wydarzeń. Przewaga xG była zdecydowanie na korzyść Rakowa, tymczasem to zawodnicy Jagiellonii byli aktywniejsi, a czterech z nich znalazło się w czołówce przebiegniętego dystansu: Romanczuk, Szmyt, Wojtuszek i Montoia. Drużyna została ustawiona przez Adriana Siemieńca w inny sposób niż do tej pory – mniej było wyprowadzania piłki od bramkarza, wciągania rywala do pressingu, za to więcej górnych piłek i kontrola w defensywie, bo jak zaznaczył na konferencji sam trener, punkty były tego wieczora najważniejsze. Cieszę się, że do siatki po raz pierwszy trafił Yūki Kobayashi, który od kilku spotkań gra na wysokim poziomie, mimo że początek miał delikatnie mówiąc niemrawy. Ponadto Norbert Wojtuszek skutecznie wyłączył z gry Amorima, który jest jednym z najszybszych piłkarzy w Ekstraklasie. Mimo wspomnianej przewagi w statystyce oczekiwanych goli nie czułem wielkiej presji, że Raków może nas w każdej chwili dogonić.
Nie ukrywam, że w tym meczu nie kibicowałem Jagiellonii z uwagi na fabułę naszego pojedynku. Miałem nadzieję, że w przypadku zwycięstwa zniwelujemy przewagę Jagi w tabeli. Kibicowałem za to sędziemu Marciniakowi, aby pokazał żółtą kartkę Pululu, Romanczukowi i jeszcze jedną Wojtuszkowi. Plan zrealizowany w 33%. Jak dużym osłabieniem będzie brak Tarasa?
Uważam, że zastąpienie Romanczuka jest w zasadzie niemożliwe i konieczna będzie pewna modyfikacja ustawienia, aby jego brak był najmniej widoczny. Zobaczymy, czy zda to egzamin w Katowicach. Wierzę, że tak będzie i nie damy Nowakowi rozwinąć skrzydeł. Co do pozostałych zawodników, to Wojtuszek gra jak cała Jagiellonia – gdy jesteśmy w dołku, to wygląda słabiej, a gdy łapiemy formę, to i Norbert prezentuje się lepiej. A Pululu to Pululu – klasa sama dla siebie, każdy trener rywala uczula na niego swój zespół. Fakt, że jest najczęściej faulowanym zawodnikiem w Ekstraklasie, świadczy o jego umiejętnościach. Sam jeden potrafi stworzyć przewagę, której trudno się przeciwstawić.
Niedawno hucznie ogłoszono przedłużenie umowy z trenerem Siemieńcem. Doczekacie się podobnego komunikatu w temacie Pululu?
Bardzo bym chciał, natomiast wiele czynników musi się na to złożyć. Podstawowym są pieniądze, druga kwestia to prestiż gry w eliminacjach Ligi Mistrzów lub w Lidze Europy. Afimico doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo rozwinął się w Białymstoku i można go stawiać za wzór w tej kwestii. Ma świadomość swoich atutów, ponadto jest coraz mocniejszy mentalnie i nie daje się już tak łatwo wyprowadzać z równowagi faulującym go rywalom. Było to zresztą widać w Częstochowie, dzięki czemu uchronił się przed pauzą w Katowicach.
A co słychać u naszych starych znajomych – Dawida Drachala i Kamila Jóźwiaka?
Kamil chyba nie jest już w stanie odbudować się w Białymstoku i znów pokazywać atuty, które przyniosły mu uznanie w Ekstraklasie. Z kolei Dawid dość często ma problemy ze zdrowiem, ale wciąż jest jednym z zawodników, którzy mogą dać drużynie wiele dobrego. W przypadku absencji Romanczuka można go brać pod uwagę jako jedną z alternatyw. Niekoniecznie od pierwszej minuty, ale jako zmiennik – jak najbardziej.
Jagiellonia, zaraz po Lechu, ma drugi w lidze bilans meczów wyjazdowych, z kolei GieKSa nie ma sobie równych u siebie. Kto lepiej wykorzysta w niedzielę swoje atuty?
Dużo zależy od tego, jakie cele będą przyświecać obu zespołom. Będziemy znali większość wyników tej kolejki, z Zagłębie – Pogoń na czele. Jeśli po tym meczu szanse GKS-u na puchary wzrosną, to znajdzie to odbicie w postawie na boisku, przy pełnych trybunach. Luz i pewność siebie wzrośnie, a piłkarze będą się chcieli pokazać z jak najlepszej strony. Jeśli natomiast wzrośnie presja ze strony rywali, to obawiam się o piłkarskie szachy. Osobiście wierzę w trzy punkty dla Jagiellonii, która wreszcie zdobędzie Bukową.
Może być trudno, bo jak dotąd ani razu w tym sezonie nie odnotowaliście serii trzech ligowych zwycięstw z rzędu.
Mimo wszystko obstaję przy swoim – chciałbym, aby Jaga skruszyła nieco tę waszą twierdzę. Pokażcie za tydzień w Szczecinie, że miejsce, które zajmujecie w tabeli, nie jest dziełem przypadku.
Jaki więc wynik obstawiasz?
2:1 dla Jagiellonii.
Wracając jeszcze do naszej poprzedniej rozmowy w ubiegłym sezonie, pamiętam twoje rozgoryczenie po przegranej z Legią w Pucharze Polski, z powodu postawy sędziów. Nie rozpieszczają nas arbitrzy także i w tym sezonie…
Byliśmy czasem krzywdzeni, jednak nie bardziej niż reszta ligi. Trzeba brać pod uwagę, że błędy sędziowskie będą się zdarzały. Można mieć żal do arbitrów, bo od jednej złej decyzji zależy czasem sukces i idące za nim pieniądze, natomiast to też są ludzie i mają prawo się mylić. Warto udoskonalać system VAR, zmniejszając szanse na ewidentne pomyłki, ponadto należy pozwolić sędziom tłumaczyć swoje decyzje, przedstawiając argumenty za takim a nie innym wyborem. W takiej sytuacji nawet jeśli nie zgadzasz się z daną interpretacją, to łatwiej to zrozumieć i pogodzić się z tym. Zdecydowanej zmiany wymagają natomiast przepisy co do gry ręką w swoim polu karnym, bo czasem trudno dopatrzyć się w nich sensu.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze