Piłka nożna Prasówka
GKS Katowice rozgromił Wisłę Kraków i myśli już nie tylko o barażach!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice –Wisła Kraków 5:2 (2:1). Piłkarkom gratulujemy zdobycia Pucharu Polski.
1liga.org – GKS rozbija Wisłę
Miedź Legnica pomimo początkowych problemów pokonała Zagłębie Sosnowiec 2:1. Piłkarze z Katowic pewnie pokonali grającą w osłabieniu Wisłę Kraków 5:2
[…] GKS Katowice – Wisła Kraków (2:1)
Bramki: Arkadiusz Jędrych 22′, Adrian Błąd 33′, Grzegorz Rogala 47′, Marc Carbo (s) 63′, Mateusz Maczec 90′ – Angel Rodado 19′, Angel Rodado 82′
Fatalnie rozpoczęło się to spotkanie dla piłkarzy Wisły Kraków, bo już w 5. minucie czerwoną kartkę otrzymał Eneko Satrustegui. Niespodziewanie kilkanaście minut później to goście wyszli na prowadzenie za sprawą bramki Angela Rodado. Szybko w 22. minucie wyrównał Arkadiusz Jędrych, a prowadzenie do przerwy zapewnił katowiczanom Adrian Błąd. GKS mógł prowadzić 3:1, jednak sędzia odgwizdał pozycję spaloną. Strzelanie w drugich 45. minutach rozpoczął Grzegorz Rogala, który popisał się pięknym trafieniem. Czwarte trafienie dla gospodarzy to samobójcze trafienie Marca Carbo w 63. minucie. Tlen wiślakom dał jeszcze w 82. minucie Angel Rodado, dla ktorego było to drugie trafienie w tym meczu, ale ostateczny cios w meczu zadał Mateusz Marzec.
katowickisport.pl – Wielki mecz GKS-u Katowice
GKS Katowice jest pewny, że sezon skończy na trzecim miejscu. Katowiczanie nadal mają szansę na awans bezpośredni. Wszystko zależy od niedzielnego wyniku meczu Arki Gdynia z Lechią Gdańsk.
Wisła grała w osłabieniu już od piątej minuty, ale i tak dosyć nieoczekiwanie wyszła na prowadzenie.
Angel Rodado dostał piłkę w polu karnym i uderzył. Futbolówka odbiła się od pięty obrońcy GKS-u, zmieniła tor lotu i wpadła do bramki.
Krakowianie nie cieszyli się długo. GKS wznowił, wywalczył rzut wolny. Dogranie ze stałego fragmentu gry wykorzystał Arkadiusz Jędrych. Ataki katowiczan nie ustępowały.
Minęło pół godziny i krakowianie stracili kolejnego obrońcę. Boisko z urazem opuścił Igor Łasicki. Zastąpił go Igor Sapała, który w tym sezonie gra niewiele. Piłka dosyć przypadkowo spadła pod nogi Adriana Błąda. Mocnym strzałem wyprowadził GKS na prowadzenie. Przed przerwą mogło być 1:3, ale po analizie VAR, sędzia nie uznał gola Oskara Repki.
weszlo.pl – Wisła Kraków sama się zaorała. Była dziś jak zespół z okręgówki
Wiele wskazuje na to, że w europejskich pucharach będzie nas reprezentował pierwszoligowiec. Wisła Kraków potrafiła zdominować Pogoń Szczecin na Stadionie Narodowym, a w I lidze nie wygrała w tym sezonie 20 (!) z 33 meczów i przed ostatnią kolejką ma minimalne szanse na udział w barażach. Gdy myślisz, że Wisła bardziej w tym sezonie nie może się już skompromitować, jej piłkarze mówią: „Tak? To potrzymajcie nam piwo!”. Dziś przegrała 2:5 z GKS-em w Katowicach i był to zdecydowanie najniższy wymiar kary. Zaraz będziemy pewnie słyszeć z krakowskiego obozu kolejne wymówki. Pech. Szybko stracony gol. Kontuzje. Rywal w formie. Te wymówki można tylko wyśmiać. Wisła Kraków to za duża firma, by tak kompromitować się na drugim szczeblu rozgrywek.
Wisła w najważniejszym meczu sezonu musiała ratować się Mariuszem Kutwą. Tak, nie przesłyszeliście się – Mariuszem Kutwą. Nic nie mamy do chłopaka, nie on dzisiaj najbardziej zawalił, ale sytuacja z pierwszej połowy, gdy Wisła grała już w dziesiątkę i on, trochę przerażony, musiał pojawić się na boisku, to trochę taki symbol drużyny z Krakowa. Przecież Kutwa do tego meczu w całym sezonie rozegrał ledwie 40 minut.
Oczywiście będziemy teraz słyszeć, że Wisłę dotknął w ostatnim czasie największy pech świata.
„Nie sądziliśmy, że będzie tyle kontuzji”
„Szybko straciliśmy piłkarza, w dziesiątkę gra się ciężko”
„Co można zrobić, jak w drugiej połowie tak szybko dostajesz gola?”
„Trafiliśmy na GKS, który teraz wyśmienicie gra”
Idziemy o zakład, że z krakowskiego obozu usłyszymy tego typu wymówki, a prawda jest taka, że to, co dzieje się z tym klubem w ostatnich kolejkach, to publiczne ośmieszanie się drużyny, która ludziom w średnim wieku kojarzy się z wielką piłką i wspaniałą grą. Z Henrykiem Kasperczakiem. Z akcjami Kamila Kosowskiego i Macieja Żurawskiego. Z Kalu Uche. Z reprezentantami Polski w składzie. Tymczasem Wisła w I lidze jest nijaka, a momentami bezradna jak dzieci we mgle. Współczujemy tylko kibicom.
Niby Wisła, grając w osłabieniu, potrafiła wyjść w Katowicach na prowadzenie, ale każdy człowiek orientujący się choć trochę w futbolu widział, że więcej w tym było przypadku. Strzał Angela Rodado, zadziwiający rykoszet i piłka w bramce. GKS nic sobie z tego nie robił, zaatakował i słabiutka dziś Wisła, grająca momentami jak klub z okręgówki, zaczęła przyjmować kolejne gongi. Najpierw Arkadiusz Jędrych, głową. Kto go pilnował? To dla nas zagadka. Później Adrian Błąd, ładnym strzałem, po tym, jak Angel Baena niespecjalnie chętnie blokował rywala. Przed przerwą padł jeszcze trzeci gol, ale Wisła znów miała szczęście (minimalny spalony).
Zobaczcie, jak to w ogóle brzmi – Wisła, grając o życie, miała masę szczęścia, że do przerwy przegrywała tylko jednym golem. Reszta niech będzie milczeniem. W drugiej połowie stało się to, co musiało się stać – GKS wypunktował gości. Do zdobycia trzeciej bramki (co za strzał Grzegorza Rogali w okienko!) potrzebował półtorej minuty. A później w to samo okienko, co Rogala, trafił Marc Carbo, tyle że Hiszpan władował samobója. W kolejnych minutach Wisła miała trochę szczęścia. Odpowiedziała drugim trafieniem Rodado, po fatalnym zachowaniu obrony GKS-u, ale później straciła jeszcze kolejnego gola. Skończyło się 2:5, choć wydarzenia na boisku lepiej oddawałby wynik 1:7.
[…] I jeszcze ta ironia losu – że Eneko Satrestegui, który na Stadionie Narodowym był bohaterem, bo to on w ostatniej chwili doprowadził do wyrównania, dziś okazał się największym dzbanem meczu, bo już na samym początku za głupi faul, wynikający trochę z roztargnienia, wyłapał czerwoną kartkę. W GKS-ie po raz kolejny podobał nam się 19-letni Antoni Kozubal, który bawił się z Hiszpanami z Wisły jak z amatorami. To on zaliczył 10. asystę w sezonie przy golu Jędrycha.
Kozubal, wielki talent, który po sezonie wróci pewnie do Lecha Poznań, to w tym sezonie jeden z najlepszych zawodników I ligi. Pomocnik ma wokół siebie może nie równie utalentowanych, ale solidnych piłkarzy. GKS wystawił dziś w pierwszym składzie dziewięciu Polaków, a Wisła? Tam po raz kolejny mieliśmy więcej Hiszpanów (sześciu) niż naszych rodaków (czterech) i zwłaszcza u tych pierwszych, poza skutecznym Rodado, nie widzieliśmy jakiejś wielkiej ambicji, gdy Wisła traciła piłkarza, a później kolejne gole. To chyba nie jest najbardziej rozsądna metoda odbudowywania wielkiego klubu.
[…] Dla porównania – GKS Katowice w ostatnich czterech meczach odniósł same zwycięstwa, strzelając w nich … 18 goli. Dwa razy, w Warszawie i Tychach, zapewniał sobie zwycięstwo w doliczonym czasie gry. Można mieć jaja, a można, jak Wisła, w trudnych momentach grać z przerażeniem i chować głowę w piasek.
Nie ma żadnego przypadku w tym, że GKS po tej wygranej ma jeszcze szanse na bezpośredni awans do Ekstraklasy, z drugiego miejsca. Musi liczyć na porażkę Arki w Gdańsku, a później ograć ją w Gdyni. To całkiem możliwy scenariusz. Zespół z Krakowa musi natomiast pokonać w ostatniej kolejce Bruk-Bet Termalikę i liczyć na korzystne rozstrzygnięcia innych spotkań.
Trener Wisły, Albert Rude, przyznawał przed spotkaniem, że to mecz o wszystko. Po czwartym golu dla GKS-u stał przy ławce i powtarzał tylko po hiszpańsku: „To niemożliwe”. Prezes klubu Jarosław Królewski, zajął się przed spotkaniem strofowaniem dziennikarza, Marka Wawrzynowskiego, stwierdzając, że o ile on zarządza klubem, o tyle jego adwersarz zarządza co najwyżej dojściem jego kota do kuwety
dziennizachodni.pl – GKS Katowice rozgromił Wisłę Kraków i myśli już nie tylko o barażach! To był mecz, który przejdzie do historii klubu
Piłkarze GKS Katowice odegrali w sobotnie popołudnie prawdziwy koncert rozbijając Wisłę Kraków 5:2. Bukowa buzowała radością, a kibice wierzą, że możlliwy jest jeszcze nawet bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy!x
Takiej atmosfery na Bukowej nie było od lat. Na trybunach pojawiło się blisko 7,5 tysiąca kibiców, którzy mieli już pewność, że ich zespół wystąpi co najmniej w barażach o Ekstraklasę. W dodatku naprzeciw stawała Wisła Kraków, dla której był to mecz o być albo nie być w strefie barażowej.
W 5 minucie kocioł na Bukowej zawrzał. Eneko Satrustegui sfaulkował wybiegającego z własnej połowy z kontrą Sebastiana Bergiera i Paweł Raczkowski słusznie wyrzucił wislaka z boiska. Falowe ataki gospodarzy skłoniły Alberta Rude do dokonania pierwszej zmiany w… 12 minucie, a to oznaczało, że ze składu, jakie otrzymali dziennikarze przed spotkaniem na murawie ubyło już trzech zawodników. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem arbitra wypadł bowiem Dawid Szot, którego zastapił Jakub Krzyżanowski.
Wiśle jednak dopisało w końcu szczęście. W 19 minucie Angel Rodado oddał strzał z 15 metrów, a piłka trafiła w Martena Kuuska, co całkowicie zmyliło Dawida Kudłę. Konsternacja katowiczan trwała niespełna dwie minuty. Wtedy Antoni Kozubal wykonał rzut wolny niemal ze środka boiska, a Arkadiusz Jędrych zamienił go w wyrównującego gola.
W 29 minucie goście stracili kolejnego zawodnika z wyjściowej jedenastki. Kontuzji doznał Igor Łasicki. A chwilę później Bukowa znów eksplodowała szczęściem. Grzegorz Rogala wrzucił piłkę w pole karne, a ta po pokonaniu całej jego szerokości została kopnięta przez Arkadiusza Błąda do siatki za plecami Antona Chichkana.
GKS dążył do zamknięcia meczu. Kapitalną okazję zmarnował Mateusz Mak, ale jeszcze większy błąd popełnił sędzia nie dyktując rzutu karnego za ewidentne zagranie ręką przez Jakuba Krzyżanowskiego. Festiwal pomyłek kontyunuował Bergier mijając się tuż przed linią bramkową z piłką podawaną przez Oskara Repkę. W 45+3 sprawiedliwości niemal stalo się zadość, jednak Raczkowski anulował trafienie Repki, uznając, że Arkadiusz Jędrych był na spalonym, chociaż kapitan gospodarzy błyskawicznie wycofał się z akcji, którą zakończył gol.
Co się odwlecze to nie uciecze. Wkrótce po rozpoczęciu drugiej połowy przepięknym strzałem bramkę zdobył Grzegorz Rogala i tym razem nawet VAR nie mógł juz Wiśle pomóc. Dominacja GKS był bezdyskusyjna, ale kolejnego gola krakowianie strzelili sobie sami, a dokładniej Marc Carbo, efektownie zamykając dośrodkowanie Repki! Humorów gospodarzom nie mógł już nawet popsuć drugi gol Rodado, zwłaszcza, że w doliczonym czasie Białą Gwiazdę ostatecznie dobił Mateusz Marzec.
Rozgromienie Wisły oznacza, że GKS zachował szansę nawet na bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy. Aby tak się stało Arka Gdynia najpierw musi przegrać w niedzielnych derbach z Lechią Gdańsk, a potem katowiczanie muszą ją pokonać w bezpośrednim starciu w Gdyni w ostatniej kolejce.
wislaportal.pl – Szanse już tylko iluzoryczne… GKS Katowice – Wisła 5-2
Piłkarze krakowskiej Wisły zaliczają kolejny katastrofalny występ na finiszu pierwszoligowych zmagań sezonu 2023/2024, bo grając przez niemal cały mecz w „dziesiątkę” – po czerwonej kartce Eneko Satrústeguiego już w 5. minucie – przegrywamy z GKS-em Katowice aż 2-5. Obydwa gole dla „Białej Gwiazdy” zdobył jedyny, który ostatnio nie zawodzi, a więc Ángel Rodado.
Szalenie ważny dla losów bieżącego sezonu mecz w Katowicach jeszcze się dla nas nie zaczął, a już mogliśmy mówić o ogromny, pechu. Na mecz z „Gieksą” pojechaliśmy bowiem bez kontuzjowanego Bartosza Jarocha oraz bez pauzujących za kartki Josepha Colleya i Davida Junki, a jakby tego było mało – na rozgrzewce kontuzji doznał awizowany do gry Dawid Szot. Za mało problemów? No to zrobiliśmy sobie sami kolejny, bo już w 5. minucie po niedokładnym podaniu Alana Urygi – próbując ratować sytuację Eneko Satrústegui sfaulował wychodzącego na czystą pozycję Sebastiana Bergiera i przyszło nam grać w „dziesiątkę”! No i trener Albert Rudé musiał jeszcze bardziej żonglować składem, bo nie mając zbyt wielu możliwości do gry na środku obrony wprowadził niedoświadczonego Mariusza Kutwę.
Taka sytuacja sprawiła, że także i GKS musiał na chwilę przyzwyczaić się do mniejszej liczby zawodników na murawie, stąd też na pierwszą poważniejszą akcję spotkania czekaliśmy do 16. minuty, kiedy to celnie z dystansu uderzył Antoni Kozubal, ale futbolówkę pewnie wyłapał Anton Cziczkan.
No i całkiem niespodziewanie to Wisła zadała chyba zbyt pewnym siebie gospodarzom. Kacper Duda odszukał podaniem w polu karnym Ángela Rodado, a ten huknął z rykoszetem od nogi próbującego zatrzymać piłkę Märtena Kuuska i „Biała Gwiazda” wyszła w 19. minucie na prowadzenie. 1-0!
Niestety z niego nie cieszyliśmy się długo, bo już trzy minuty później stały fragment gry i dośrodkowanie na głowę Arkadiusza Jędrycha daje gospodarzom wyrównanie! 1-1… Zresztą w 25. minucie powinniśmy już przegrywać, ale Kozubal z dobrej okazji nie trafił w naszą bramkę. Zrobił to natomiast idealnie Arkadiusz Błąd w minucie 33. Katowiczanie bardzo dobrze wykorzystali więc grę w przewadze oraz kolejny kadrowy problem Wisły, bo chwilę wcześniej z urazem kolana murawę opuścił Igor Łasicki. To tak, jakby pecha Wisły było w tym spotkaniu za mało.
Mimo tych kłopotów wiślacy starali się odrabiać stratę, ale strzał z 37. minuty z dystansu Igora Sapały został zablokowany przez obrońcę gospodarzy. Po kolejnych zaś dwóch minutach GKS znów miał znakomitą okazję do podwyższenia wyniku, ale Cziczkan zatrzymał w sytuacji sam na sam Mateusza Maka, a także poprawę w wykonaniu Oskara Repki. Po chwili gospodarze domagali się jeszcze od sędziego Pawła Raczkowskiego podyktowania rzutu karnego za zagranie ręką Jakuba Krzyżanowskiego, ale arbiter wyraźnie wskazał, że jego zdaniem przewinienia wiślaka nie było.
Nie było też gola dla wciąż atakujących gospodarzy w 42. minucie, bo Cziczkan kapitalnie odbił piłkę po strzale głową Repki, a z dobitką nie zdążył Bergiel. Zanim zaś obydwa zespoły zeszły do szatni gospodarze zdobyli wprawdzie trzeciego gola za sprawą Repki, tyle że wcześniej był spalony, stąd też do przerwy nasza strata była tylko jednobramkowa.
Jeszcze jednak dobrze nie zaczęła się II połowa, a było już 1-3. Nikt z wiślaków nie doskoczył bowiem do Grzegorza Rogali, a ten huknął z dystansu i jeśli ktokolwiek mógł się łudzić, że Wisła będzie jeszcze w stanie odwrócić losy tych zawodów, to mógł o tym zapomnieć. Kolejne minuty to zresztą wciąż wyraźna przewaga gospodarzy, ale w 56. minucie to Rodado miał swoją okazję na strzał, ale obrońca gospodarzy zdołał zablokować uderzenie Hiszpana. Od 63. minuty było już jednak aż 1-4, bo niefortunnie zagraną ze skrzydła piłkę wybijać próbował Marc Carbó, trafiając do własnej bramki!
Wynik mógł być dla nas po chwili jeszcze gorszy, ale błąd Cziczkana uratował Uryga. W odpowiedzi w 72. minucie rozmiary naszej porażki po podaniu od Rodado zmniejszyć powinien Jesús Alfaro, ale nie wykorzystał sytuacji sam na sam z Dawidem Kudłą.
W końcówce meczu wynik dla gości poprawić miał szansę w 79. minucie Mateusz Marzec, tyle że uderzył z dystansu niecelnie. Celnie uderzył za to wykorzystując błąd obrony w 82. minucie Rodado, doprowadzając do wyniku 2-4.
Wisła jeszcze starała się coś w tym spotkaniu zdziałać, ale choćby strzał Dudy z 86. minuty z dystansu był niecelny. Za to w doliczonym czasie gry Marzec wykończył już pewnie składną akcję gospodarzy i ustalił wynik tego jednostronnego meczu na 5-2.
Ostatecznie Wisła przegrywa w Katowicach różnicą trzech bramek, ale od goli ważniejsza jest kolejna strata punktów! Ta dzisiejsza oznacza, że aby zagrać w barażach liczyć musielibyśmy na szalenie korzystny splot wydarzeń w meczach, które pozostaną do rozegrania nie tylko w 33. kolejce, ale także za tydzień w ostatniej serii gier. Taka matematyka to już jednak chyba zbyt wiele, tym bardziej, że sami nie pomagamy sobie w grze o wymarzoną Ekstraklasę. Plany na nią odkładać należy niestety na raczej bliżej nieokreśloną przyszłość…
polsatsport.pl – Koszmar Wisły Kraków! „Biała Gwiazda” rozbita w Katowicach
Aż siedem goli zobaczyli kibice w Katowicach. GKS pokonał przed własną publicznością Wisłę Kraków 5:2 w spotkaniu 33. kolejki Fortuna 1 Ligi. Warto wspomnieć, że przez niemal cały mecz goście musieli radzić sobie w osłabieniu.
Kluczowa dla losów spotkania była sytuacja z piątej minuty gry. Szansę, by wyjść na sytuację „sam na sam” z bramkarzem Wisły, miał Sebastian Bergier. Napastnik GKS został jednak sfaulowany przez Eneko Satrusteguiego. Sędzia Paweł Raczkowski postanowił ukarać Hiszpana czerwoną kartką. Od tamtej pory drużyna Alberta Rude musiała radzić sobie w dziesiątkę.
Niespodziewanie jednak to piłkarze „Białej Gwiazdy” zdobyli bramkę na 1:0. Do siatki w 20. minucie spotkania do siatki trafił Angel Rodado. Radość krakowian nie trwała jednak długo. 120 sekund później do wyrównania strzałem głową doprowadził Arkadiusz Jędrych. Grająca w przewadze „GieKSa” wyszła na prowadzenie w 33. minucie gry. Gola na 2:1 strzelił Adrian Błąd.
Przed przerwą gospodarze mieli jeszcze szansę na podwyższenie prowadzenia. Ostatecznie jednak podopieczni Rafała Góraka zeszli na do szatni z jednobramkową przewagą.
Tuż po wznowieniu gry zawodnicy GKS zdobyli trzecią bramkę. Świetnym strzałem z dystansu popisał się Grzegorz Rogala. Kwadrans później padł gol na 4:1 i było to trafienie samobójcze. Bramkarza swojej drużyny pokonał Marc Carbo.
Wówczas stało się jasne, że Wisła nie ma szans na wywiezienie z Katowic korzystnego rezultatu. „Białą Gwiazdę” stać było jednak na strzelenie gola na 2:4. Po raz drugi na listę strzelców wpisał się Rodado. Wynik meczu na 5:2 w doliczonym czasie gry ustalił Mateusz Marzec. GKS wygrał umocnił się na trzecim miejscu w tabeli i przynajmniej do niedzieli zachował matematyczne szanse na wyprzedzenie drugiej Arki Gdynia. Z kolei Wisła straciła punkty po raz trzeci z rzędu i jej sytuacja w kontekście gry w barażach o awans do PKO BP Ekstraklasy znacząco się utrudniła.
sportowefakty.wp.pl – Niewiarygodny gol w Katowicach. Wisła Kraków na kolanach
Grzegorz Rogala popisał się fantastycznym strzałem w meczu GKS-u Katowice z Wisłą Kraków. Być może była to jego najładniejsza bramka w karierze.
Przed tym meczem sprawa była prosta: GKS Katowice musiał pokonać Wisłę Kraków, żeby zachować szansę na zajęcie drugiego miejsca w Fortuna I lidze, co będzie oznaczać bezpośredni awans do PKO Ekstraklasy.
Spotkanie w Katowicach było nieprawdopodobne. Eneko Satrustegui został usunięty z boiska już w 5. minucie za faul taktyczny. Co więcej, to Wisła wyszła na prowadzenie po strzale Angela Rodado (i wyraźnym rykoszecie), ale później to gospodarze dali popis ofensywnej gry.
Wyrównał niezawodny Arkadiusz Jędrych, później bramkę zdobył Adrian Błąd, ale fajerwerki GKS zatrzymał na drugą połowę. Dosłownie, bo Grzegorz Rogala odpalił prawdziwą petardę zza pola karnego.
28-latek raczej nie jest kojarzony ze strzelania dużej liczby goli, natomiast po tym meczu na pewno nie ucieknie od haseł, że potrafi uderzyć z dystansu. Oj, zdecydowanie potrafi.
Dostał podanie przed „szesnastką”, poprawił sobie piłkę i po prostu huknął lewą nogą ile sił. Wyszło perfekcyjnie i piłka wpadła w samo okienko bramki Wisły. Było to jego czwarte trafienie w obecnym sezonie.
gazetakrakowska.pl – Wisła Kraków beznadziejna w Katowicach. GKS zmiótł „Białą Gwiazdę” i jej marzenia o ekstraklasie
To czarny dzień dla Wisły Kraków jak koszulki GKS-u Katowice, który zdemolował „Białą Gwiazdę” w meczu, który miał przedłużyć szanse tej ostatniej na grę w barażach o awans do ekstraklasy. Teraz są one tylko matematyczne, ale powiedzmy sobie szczerze, po tak kompromitującym meczu, jaki rozegrali podopieczni Alberta Rude mało kto wierzy, że taki scenariusz może w ogóle się jeszcze zrealizować.
Dla Wisły w tym meczu problemy rozpoczęły się już przed pierwszym gwizdkiem. Kontuzji na rozgrzewce doznał Dawid Szot i w wyjściowym składzie musiał na szybko zastąpić go Jakub Krzyżanowski. Wprowadziło to też zmiany w ustawieniu obrony Wisły, w której ostatecznie na prawej stronie rozpoczął Igor Łasicki, w środku Alan Uryga z Eneko Satrusteguim, a na lewej wspomniany Krzyżanowski.
Mecz na dobre jeszcze się nie zaczął, a Wisła już grała… w dziesiątkę. Alan Uryga niedokładnie zagrał do Eneko Satrusteguiego, tego uprzedził Sebastian Bergier, który pierwszy dotknął piłkę i został sfaulowany przez Hiszpana. Decyzja mogła być tylko jedna, czerwona kartka i „Biała Gwiazda” od 5 min grała w dziesiątkę. Pamiętając jak Wisła radziła sobie w tym sezonie w osłabionym składzie, kibice mieli prawo w tym momencie mocni zwątpić w wygraną krakowian czy choćby remis…
Na brak jednego ze środkowych obrońców Albert Rude zareagował szybko. Zdjął z boiska Mikiego Villara i wpuścił Mariusza Kutwę. GKS tymczasem cisnął od pierwszych minut bardzo mocno. Zamykał wręcz krakowian na ich połowie. Ci bronili się jednak dobrze, nie dopuszczali do bardzo groźnych sytuacji pod swoją bramką. Do czasu, jak się miało okazać…
W 19 min Wisła wyprowadziła jeden z nielicznych ataków. W końcu piłka trafiła do Angela Rodado, a ten zdecydował się na strzał z pola karnego. Miał w tym wszystkim trochę szczęścia, bo po drodze był rykoszet od Martena Kuuska, ale lobem piłka poleciała do bramki GKS-u.
„Biała Gwiazda” miała zatem prowadzenia, mogła nim wprowadzić nieco nerwowości w szyki gospodarzy. Problem w tym, że nie pocieszyła się nim zbyt długo. Już w 22 min było bowiem 1:1. GKS miał rzut wolny. Daleko od bramki Wisły, więc Antoni Kozubal posłał dalekie dośrodkowanie w pole karne. A tutaj krakowscy obrońcy dopuścili do strzału głową, czy raczej lekkiego trącenia piłki Arkadiusza Jędrycha. To wystarczyło. Katowice wyrównały.
Na tym nieszczęścia Wisły się nie skończyły, bo po 30 minutach gry z boiska musiał zejść Igor Łasicki. Wszystko z powodu kontuzji.
Niewiele później Katowice już prowadziły. Po akcji lewą stroną i zagraniu do środka piłka trafiła do Adriana Błąda, który uderzył z dystansu idealnie, przy słupku. Wisła leżała na deskach. To, że miała jeszcze nadzieję na to, że może z nich wstać, zawdzięczała Antonowi Cziczkanowi, który w dwóch przypadkach bronił strzały z bliska, do których dopuszczali jego koledzy z obrony. W doliczonym czasie gry nawet Białorusin nie był nic w stanie zrobić, ale na szczęście dla wiślaków chwilę wcześniej na spalonym był Arkadiusz Jędrych, więc sędzia Paweł Raczkowski gola nie uznał. W ten sposób pozostawił Wiśle cień szansy, że po przerwie może coś jeszcze się zmienić. Biorąc pod uwagę przebieg pierwszej połowy, był to właśnie zaledwie cień…
Nadzieje beznadziejnie grającej w sobotę Wisły rozwiane zostały jednak już na początku drugiej połowy, gdy po rzucie rożnym nie udało się na dłużej zażegnać niebezpieczeństwa i Grzegorz Rogala potężnym strzałem z dystansu w samo okienko dał już dwie bramki zapasu Katowicom. Gospodarzom było mało. Atakowali z rozmachem, szukali kolejnych goli. I znaleźli w 63 min. A może inaczej, dostali kolejny prezent od Wisły, bo Marc Carbo tak wybijał piłkę wślizgiem, że zapakował ją idealnie pod poprzeczkę.
Ze strony krakowskiej honor próbował ratować Angel Rodado, chyba jedyny piłkarz, do którego po tym meczu trudno mieć o cokolwiek pretensje. Jego gol na 4:2 mógł jednak tylko nieznacznie osłodzić smak tej porażki. Na moment, bo GKS jeszcze strzelił piątą bramkę. Wisła zagrała w Katowicach koszmarny mecz. W niczym nie przypominała drużyny, która walczy o życie. Porażki w sporcie się zdarzają, ale to, co zaprezentowali krakowianie, to po prostu kompromitacja! Przejdą do historii jako najgorszy zespół w blisko 120-letniej historii klubu z ul. Reymonta. Nigdy wcześniej Wisła nie kończyła bowiem sezonu tak nisko, jak to się stanie obecnie.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze