Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Katowiczanie czekali na to aż trzy lata
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z pięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W najbliższą sobotę (drugiego marca, o godzinie 17:30) kobieca drużyna rozpoczyna rundę rewanżową Orlen Ekstraligi meczem z Czarnymi Sosnowiec. Spotkanie będzie transmitowane na antenie TVP Sport. Piłkarze przegrali wyjazdowe spotkanie z Wisłą Płock 1:2 (1:1). Prasówkę po tym meczu można przeczytać TUTAJ. Najbliższe spotkanie (zaległe z jesieni) drużyna rozegra na Bukowej już jutro (dwudziestego siódmego lutego, o godzinie 18:00). Przeciwnikiem będzie Miedź Legnica. Z okazji jubileuszu 60-lecia powstania GieKSy przed i po tym meczu będzie sporo atrakcji. Kolejne „normalne” ligowe spotkanie piłkarze rozegrają w sobotę drugiego marca ze Zniczem Pruszków. Mecz rozpocznie się o godzinie 12:40 na Bukowej.
Siatkarze wygrali w hali w Szopienicach z wyżej notowanym AZS-em Olsztyn 3:2, następne spotkanie zespół rozegra szóstego marca. Przeciwnikiem będzie Exact Systems Hemarpol Częstochowa.
Hokeiści w minionym tygodniu rozegrali dwa spotkania: z Energą, przegrany 1:4 oraz wygrany z Zagłębiem 4:2. Do rozegrania w rundzie zasadniczej zostało jedno spotkanie z STS-em Sanok. Spotkanie zostanie rozegrane jutro w Sanoku. Początek o godzinie 18:00.
PIŁKA NOŻNA
wkatowicach.eu – Jubileuszowy mecz GKS-u Katowice. Wyjątkowa oprawa spotkania GieKSy z Miedzią Legnica
Na wtorek, 27 lutego zaplanowano spotkanie GKS-u Katowice z Miedzią Legnica. Tego dnia przypada 60. rocznica powstania GKS Katowice. Z tej okazji dla kibiców przygotowano specjalne atrakcje oraz okazyjną cenę biletów na trybuny Stadionu Miejskiego przy Bukowej.
We wtorek 27 lutego o godz. 18:00 piłkarze GKS-u Katowice zmierzą się na Stadionie Miejskim przy ul. Bukowej z Miedzią Legnica. To będzie wyjątkowe spotkanie, bo właśnie tego dnia GieKSa będzie świętować swoje 60. urodziny.
Meczowi towarzyszyć będzie moc atrakcji, by w jak najlepszy sposób uczcić jubileusz klubu. Bramy stadionu otworzą się już o godz. 16:30, a na kibiców czekać będą specjalna strefa gastronomiczna, pokaz sprzętu wojskowego przygotowany przez Wojskowe Centrum Rekrutacji z Katowic oraz prezentacja samochodów dostarczonych przez partnera GKS-u – salon Auto-Zięba.
Dla najmłodszych fanów przygotowane zostanie sportowe miasteczko. Klub razem z Decathlon Katowice w specjalnej strefie przy Trybunie Głównej zaoferuje zabawy i konkurencje, które zachęcą do aktywności na świeżym powietrzu. Na wszystkich fanów czekać będą też pamiątkowe bilety z jubileuszowego spotkania. Atrakcją będzie też przedmecz w wykonaniu zawodników GKS-u i Miedzi drużyn do lat 11.
Piłkarze GKS-u wyjdą na mecz w specjalnej oprawie. Wyjątkowe będą też ich stroje, bo klub przygotował trykoty nawiązujące do górniczych tradycji GieKSy.
Symbolicznego pierwszego kopnięcia piłki dokona Franciszek Sput, który jest rekordzistą pod względem liczby występów dla GKS-u. Legendzie Klubu towarzyszyć będzie 11-letni Fabian z Akademii „Młoda GieKSa”.
W przerwie meczu odbędzie się konkurs, w którym do wygrania będą cenne nagrody. Na Bukowej będzie też wyjątkowo także po zakończeniu gry. Wtedy nad stadionem rozbłysną fajerwerki. To jednak nie koniec. Boisko przy Bukowej zostanie zadymione, a następnie rozpocznie się pokaz laserów. W połączeniu z muzyką całość ma stworzyć znakomite widowisko dla wszystkich odbiorców.
Dodajmy, że w trakcie meczu będzie prowadzona zbiórka dla Domu Aniołów Stróżów. W ten sposób Klub kolejny raz włączy się w pomoc dla swojego wieloletniego partnera, który niesie pomoc dzieciom.
Bardzo zależy nam na godnym uczczeniu jubileuszu 60-lecia Klubu. Za nami turniej Spodek Super Cup, którego GKS był głównym partnerem. Dla wszystkich sekcji zostały też przygotowane stroje dedykowane jubileuszowi. Wierzymy, że mecz GKS-u z Miedzią będzie wielkim świętem całej społeczności skupionej wokół Klubu, dlatego spotkanie ma tak wyjątkową oprawę, a bilety kosztują symboliczne 5 zł. Nam tym obchody jubileuszu się jednak nie kończą. Szykujemy się też do gali, w trakcie której uhonorujmy legendy GKS-u – podkreśla prezes GKS-u Katowice, Krzysztof Nowak.
Bilety na mecz można zakupić na stronie internetowej bilety.gkskatowice.eu. Stacjonarnie bilety dostępne są w Regionalnym Centrum Informacji Turystycznej (Katowice, Rynek 13) oraz w Oficjalnym Sklepie GKS Katowice (Katowice, Bukowa 1A). W dniu meczu wejściówki dostępne są w kasach Stadionu Miejskiego.
SIATKÓWKA
siatka.org – Niespodzianka w Katowicach. GKS wygrał z AZS-em Olsztyn
Do niespodzianki doszło w Katowicach, gdzie tamtejszy GKS niespodziewanie wygrał z Indykpolem AZS-em Olsztyn 3:2. Po trzech partiach prowadzili przyjezdni 2:1, nie wykorzystali swoich szans. Nie mający nic do stracenia siatkarze z Górnego Śląska ruszyli do ataków. Ich zryw okazał się skuteczny, wygrali kolejne dwie partie i dopisali do swojego konta cenne dwa punkty. Porażka zespołu z północnej Polski skomplikowała ich sytuację w grze o grę w fazie play-off.
Z powodu choroby w szeregach gości nie mógł wystąpić Moritz Karlitzek. Po wykorzystaniu kontry przez Manuela Armoę przyjezdni prowadzili 4:1. Od tego momentu zaczęło się naprzemienne zdobywanie punktów i dopiero po zatrzymaniu Alana Souzy seria ta została przerwana (8:9). W środkowym fragmencie seta katowiczanie zaczęli popełniać błędy własne, zwłaszcza w polu serwisowym, ale nie tylko. Po trafieniu z prawego skrzydła przez Souzę przegrywali już czterema ,,oczkami”, a kiedy przestrzelił Łukasz Usowicz – nawet pięcioma. Dodatkowo Davide Saitta przełożył dłonie na drugą stronę siatki i sytuacja miejscowych w samej końcówce była bardzo trudna. Grali oni dużo słabiej w przyjęciu, co przekładało się także na ich ofensywę. Akademicy grali skuteczniej i prezentowali się lepiej, dlatego premierową odsłonę spotkania wygrali pewnie do 18.
Po wykorzystaniu kontry przez Alana Souze oraz bloku Szymona Jakubiszaka goście rozpoczęli drugą partię od prowadzenia 6:3. Szybko jednak miejscowi doprowadzili do wyrównania, gdyż przechodzącą piłkę wykorzystał Łukasz Usowicz. Po asie serwisowym Jakuba Jarosza wyszli nawet na dwupunktowe prowadzenie. Duża w tym zasługa zagrywki, którą wzmocnili w porównaniu do poprzedniej partii. Set ten miał jednak wyrównany przebieg i po skończeniu kontry przez Kamila Szymenderę ponownie był remis. Gospodarze uwierzyli jednak, że mogą tą partię wygrać i z każdą akcją grali coraz lepiej. Kiedy trafił Jakub Jarosz mieli trzy ,,oczka” więcej i to oni prowadzili grę. Siatkarze Javiera Webera próbowali się zbliżyć, ale ich gra nie wyglądała już tak dobrze i zaczęli mieć coraz więcej kłopotów. W końcówce seta nic się nie zmieniło. Olsztynianie cały czas mieli punkt bądź dwa straty i ostatecznie po zepsutej zagrywce Souzy przegrali go do 23.
Początek trzeciego seta obfitował w wiele błędów po obu stronach siatki. Choć prowadzący zmieniał się to żadna z drużyn nie mogła uciec rywalowi. Nawet gdy były ku temu okazje to zawodnicy obu drużyn nie potrafili tego wykorzystać. Dopiero przy zagrywkach Marcina Walińskiego to się zmieniło. Cztery odbicia po stronie gości i blok na Manuelu Armoi sprawiły, że zrobiło się 8:11. Jednak podopieczni Grzegorza Słabego szybko przewagę stracili, gdy dwukrotnie z blokiem nie poradził sobie Jakub Jarosz. Olsztynianie ograniczyli ilość zepsutych zagrywek i od razu miało to przełożenie na wynik. Mimo choroby na boisku pojawił się Lukáš Vašina, gdyż graczom GKS-u potrzeba było skutecznego ataku. Kiedy z prawego skrzydła zapunktował Alan Souza to siatkarze Indykpolu AZS-u mieli dwa ,,oczka” więcej, ale po udanym bloku w wykonaniu katowiczan zrobiło się po 21. Decydujące dla losów tego seta okazało się wykorzystanie kontry przez Armoę (23:21). Do końca tego seta trwało naprzemienne zdobywanie punktów i po ataku Kamila Szymendery set zakończył się wygraną olsztynian.
Na początku czwartej partii długo utrzymywał się wynik remisowy. Goście ponownie przestali kończyć swoje akcje i powrócili do popełniania błędów. Po ataku w antenkę Alana Souzy oraz zagraniu blok-aut przez Lukáša Vašinę było 10:7, co wyraźnie podbudowało gospodarzy. Dobrą zmianę dał Vašina, który wyraźnie poprawił skuteczność lewoskrzydłowych, a dodatkowo dobrze czytał zamiary atakujących rywali. Katowiczanie w ważnych momentach punktowali też blokiem, dzięki czemu zwiększyli różnice do czterech ,,oczek”. Serię dobrych ataków po obu stronach siatki przerwał Jakub Jarosz, który posłał zagrywkę nie do przyjęcia. Postawiło to przyjezdnych pod ścianą, którzy nie potrafili znaleźć rozwiązania na skutecznych gospodarzy. Dużym ich mankamentem była słaba zagrywka, która nie wyrządzała zbyt wiele krzywdy. Trener Weber nie miał zbyt wielkiego manewru zmian, więc niewiele mógł zmienić. Ich licznik zatrzymał się na 20 punktach i wygrany miał zostać wyłoniony po tie-breaku.
W nim szybko na dwupunktowe prowadzenie wyszli siatkarze GieKSy. Przy zmianie stron gospodarze mieli trzy ,,oczka” więcej po tym jak pomylił się Alan Souza. Joshua Tuaniga wiele piłek kierował do Souzy, który jako jeden z nielicznych utrzymywał skuteczność. Jednak i on się zaciął, dlatego katowiczanie niebezpiecznie odskoczyli. Dobrze w ich szeregach spisywał się Jakub Jarosz, który w ważnych momentach brał na siebie ciężar zdobywania punktów. Od momentu wejścia na boisko wspierał go Lukáš Vašina, który skutecznym atakiem z lewego skrzydła dał swojej drużynie aż pięć meczboli. Całe spotkanie zakończył Marcin Waliński udanym zagraniem z lewego skrzydła. Wygrana ta pozwoliła im awansować na trzynaste miejsce w tabeli PlusLigi.
MVP: Jakub Jarosz
GKS Katowice – Indykpol AZS Olsztyn 3:2 (18:25, 25:23, 23:25, 25:20, 15:10)
Składy zespołów:
GKS: Waliński (12), Jarosz (25), Saitta (3), Kvalen (8), Adamczyk (2), Usowicz (7), Mariański (libero) oraz Mielczarek, Fenoszyn, Domagała (1), Vasina (11), Krulicki (5)
dziennikzachodni.pl – Katowiczanie czekali na to aż trzy lata
W rozegranym 26 lutego meczu 23. kolejki PlusLigi siatkarzy GKS Katowice pokonał po zaciętym boju Indykpol AZS Olsztyn 3:2. Katowiczanie na wygraną z Akademikami czekali trzy lata, a poniedziałkowy pojedynek trwał aż 153 minuty.
Siatkarze GKS Katowice na wygraną z Indykpolem AZS Olsztyn czekali od marca 2021 roku. W poniedziałkowe popołudnie katowiczanie podejmowali Akademików we własnej hali w Szopienicach i po trzech latach wreszcie ich pokonali przerywając serię trzech kolejnych zwycięstw gości w PlusLidze.
W pierwszym secie od początku do końca prowadzili olsztynianie. Podopieczni trenera Grzegorza Słabego kilka razy dochodzili rywali na odległość jednego punktu. Ostatni raz taki wynik widniał przy stanie 11:12, ale później goście zdobyli cztery punkty z rzędu i odskoczyli na bezpieczną odległość, a w końcówce jeszcze ją powiększyli zdobywając ostatni punkt po zepsutej zagrywce Sebastiana Adamczyka.
Druga partia była bardziej wyrównana. Początkowo ton nadawał w niej AZS, który prowadził 7:4. Katowiczanie szybko jednak odrobili straty i po ataku Jakuba Jarosza wyszli na prowadzenie 17:14, które mimo zaciekłej walki olsztynian, utrzymali do końca seta.
Równie zacięty bój oglądaliśmy w trzecim secie. GKS prowadził w nim 12:9, lecz goście zdobyli pięć punktów z rzędu i odskoczyli na 12:14. Ostatni remis był przy stanie 21:21, a w dramatycznej końcówce, w której nie zabrakło długiej wideoweryfikacji olsztynianie przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść, a piłkę setową skończył Kamil Szymendera.
W czwartej partii od stanu 7:7 uwidoczniła się przewaga gospodarzy, dla których najwięcej punktów zdobywał niezawodny Jarosz. Katowiczanie odskoczyli na 10:7. Od stanu 19:16 to był już popis GKS, który wygrał seta 25:20 po ataku Lukasa Vasiny.
W tie-breaku drużyna trenera Słabego szybko objęła prowadzenie 3:1, a strony boiska zmieniła przy wyniku 8:5. Kilkupunktową bezpieczną przewagę katowiczanie utrzymali do końca partii i cieszyli się z siódmej wygranej w tym sezonie PlusLigi. Był to jednocześnie trzeci wygrany tie-break GKS w obecnych rozgrywkach. Ostatni punkt w trwającym 153 minuty meczu zdobył Marcin Waliński, a MVP spotkania wybrany został Kuba Jarosz.
HOKEJ
hokej.net – KH Energa Toruń zatrzymuje lidera! Hat trick Larionovsa
KH Energa Toruń przed własną publicznością pokonała 4:1 GKS Katowice. Decydująca o losach spotkania była końcówka trzeciej tercji, w której gospodarze zdobyli trzy bramki. Architektami zwycięstwa „Stalowych Pierników” byli świetnie dysponowany między słupkami Julius Pohjanoksa oraz strzelec trzech bramek- Danila Larionovs.
W składzie mistrzów Polski na dzisiejsze spotkanie zabrakło Aleksi Varttinena, zmiana nastąpiła również w obsadzie bramki, gdzie trener Płachta podjął decyzję o zadysponowaniu do gry Michała Kielera. Obraz początku spotkania w dużej mierze został zdeterminowany przez wydarzenia z 80 sekundy, kiedy to arbitrzy podwójną karą mniejszą „2+2” za grę wysoko uniesionym kijem wykluczyli z gry lidera katowickiej ofensywy, Joone Monto. Podopieczni Juhy Nurminena pomimo sposobności gry przez cztery minuty w liczebnej przewadze nie zdołali oddać strzału na bramkę strzeżoną przez Michała Kielera. Pierwsza tercja nie obfitowała w sytuację bramkowe, a żadna ze stron nie potrafiła znaleźć recepty na zdominowanie wydarzeń na lodzie. W 10. minucie „Stalowe Pierniki” stanęły przed kolejną możliwością gry w przewadze, jednak i tym razem nie przyczyniło się to do otwarcia wyniku spotkania. Po wyrównaniu formacji goście coraz śmielej radzili sobie w poczynaniach ofensywnych, co zdołali udokumentować w 19. minucie. Mocne uderzenie na toruńską bramkę posłał Jakub Wanacki. Odbity przez Pohjanoksę krążek skierowany został wprost na kij Miro Lehtimakiego, któremu nie pozostało nic innego jak skierować gumę do siatki.
Dużo żwawsze tempo zafundowali nam po przerwie zawodnicy GieKSy. W pierwszych minutach goście wypracowali sobie wyśmienite okazje do zdobycia bramki, krążek po uderzeniach gości albo mijał światło bramki, albo na jego drodze stawał świetnie dysponowany Pohjanoksa. W miarę upływu czasu trudno było nie ulec wrażeniu, że mistrzowie Polski mają przebieg spotkania pod kontrolą. Wydarzenia dla podopiecznych Jacka Płachty skomplikowały się jednak w 31. minucie. W tercji środkowej Maciej Kruczek dopuścił się niebezpiecznego zagrania w okolice głowy Daniła Larionovsa. Decyzją arbitrów na kapitana GKS-u została nałożona kara 5 minut za przewinienie oraz kara meczu. Na domiar złego po 25 sekundach kolejnego przewinienia dopuścił się Jakub Wanacki, co oznaczało, że przez kolejne dwie minuty goście zmuszeni będą bronić podwójnego osłabienia. Choć torunianie w dzisiejszym spotkaniu mieli spore problemy z rozgrywaniem swoich przewag, to z tak szczodrego prezentu ze strony rywali nie wypadało im nie skorzystać. W 33. minucie Daniła Larionovs zmienił lot krążka po uderzeniu Paulsa Svarsa i doprowadził do wyrównania. Szansa na odpowiedź dla GieKSy nadeszła w 36. minucie, gdy na ławce kar zasiadł Kamil Kalinowski, wynik nie uległ jednak zmianie do końca drugiej tercji.
W 43. minucie goście mieli doskonałą okazję, aby ponownie objąć prowadzenie. Mateusz Michalski świetnie dostrzegł wjeżdżającego do tercji za akcją Jakuba Wanackiego. Gdy wydawało się,że reprezentacyjny duet książkowo rozegrał atak, w ostatniej instancji krążek zatrzymał przesuwający się za podaniem Pohjanoksa, kolejny raz ratując swój zespół. Obie strony w trzeciej tercji miały swoje okazje, aby wyjść na prowadzenie. Niemoc strzelecka trwała aż do 53. minuty. Ambitnie walczący w forechecku Mirko Djumić zdołał wyłuskać krążek dla swojej drużyny. Akcje sfinalizował Mikałaj Syty i tym sposobem „Stalowe Pierniki” zdołały po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru wyjść na prowadzenie. Po straconej bramce, goście ruszyli w poszukiwaniu wyrównania, jednak torunianie nie zamierzali w biernej defensywie wyczekiwać końca spotkania. W 59. minucie pracujący na remis zawodnicy GKS-u znacznie utrudnili sobie zadanie, za sprawą dwuminutowych wykluczeń nałożonych na Hampusa Olssona I Jakuba Wanackiego. Ledwie czterech sekund potrzebowali grający w podwójnej przewadze torunianie, by podwyższyć swoje prowadzenie, drugi raz na listę strzelców wpisał się Larionovs. Na 90 sekund przed końcem spotkania, trener Płachta porzucił wszystkie kalkulacje i ściągnął do boksu Michała Kielera. Strzałem do pustej bramki wynik spotkania ustanowił Daniła Larionovs, czym skompletował hat tricka.
GieKSy patent na Zagłębie
GKS Katowice pokonał przed własną publicznością Zagłębie Sosnowiec 4:2, czym odnotował piąte w tym sezonie zwycięstwo nad rywalem zza miedzy. Bohaterem ostatniego domowego spotkania katowiczan w sezonie zasadniczym był Sam Marklund, który zapisał na swoim koncie dwie bramki.
Pierwsza tercja toczyła się w pełni pod dyktando o gospodarzy. Mistrzowie Polski nie mieli większych problemów aby wprowadzić krążek do tercji rywala, a następnie tamże go utrzymywać. Choć zespół Piotra Sarnika przejawiał sporą wolę walki i ambicję, to większość pojedynków na bandach padało łupem katowiczan. W 8. minucie Tomasz Kozłowski został zaproszony przez arbitrów do boksu kar, jednak GieKSa nie potrafiła zamienić liczebnej przewagi na zdobycz bramkową. Najbliżej szczęścia był Hampus Olsson, lecz z jego soczystym strzałem poradził sobie Szczepkowski, pewnie mrożąc krążek. Zespół Jacka Płachty sposobu na sosnowieckiego golkipera szukał mocnymi uderzeniami spod niebieskiej linii, jednak Mikołaj Szczepkowski zdawał swój egzamin zadowalająco. Otwarcie wyniku powinno nastąpić w 16. minucie gdy Ben Sokay pomknął z krążkiem na sosnowiecką bramkę. Kanadyjski napastnik wręcz podręcznikowo wymanewrował Szczepkowskiego lecz mając otwartą drogę do bramki posłał krążek w słupek.
Drugą tercję gospodarze rozpoczęli w liczebnej przewadze, gdyż Tomasz Kozłowski na 28 sekund przed końcem pierwszej odsłony zasiadł na ławce kar. I tym razem mistrzowie Polski nie zdołali odczarować swojej niemocy strzeleckiej w przewagach. W 22. minucie nastąpiło otwarcie wyniku. Hampus Olsson posłał podanie wzdłuż bramki, bierność defensywy gości pozwoliła aby dotarło ono do Sama Marklunda, który w tej sytuacji zobowiązany był skierować krążek do bramki. 3 minuty później Szczepkowski po wrzutce Delmasa, raz jeszcze zmuszony był wyciągać gumę z własnej bramki, jednak sędziowie analizując zapis video, doszukali się gry wysokim kijem przez jednego z napastników zbijających krążek do bramki. W 33. minucie Ryan Cook bez pardonu potraktował Kamila Sikorę, czym zdaniem arbitrów przekroczył przepisy. Mający nieco więcej przestrzeni na lodzie Michał Naróg, zdecydował się na indywidualny rajd, który przyniósł gościom wyrównanie. Niedługo przyszło drużynie Zagłębia cieszyć się remisem. W 37. minucie Miro Lehtimäki otrzymując krążek za bramką, indywidualnie wykończył akcję, sprawiając, że Szczepkowski nie zdążył się nawet zorientować, w którym momencie krążek wpadł do jego bramki. W 38. minucie w odstępie 30 sekund do boksu kar zostal oddelegowani Smal i Pasiut, co sprawiło, że GieKSa poraz trzeci w ciągu dwóch spotkań zmuszona była bronić podwójnego osłabienia. Tym razem katowiczanie dali popis świetnej gry obronnej, wybraniając 90 sekund gry 5 na 3.
Początek trzeciej tercji to mocne uderzenie gospodarzy. W 42. minucie Santeri Koponen uderzył z pełnego zamachu, a lot krążka przeciął pozostawiony bez żadnej opieki Joona Monto, czym nie dał żadnych szans na interwencję Szczepkowskiemu. W 44. minucie Olli Valtola został wykluczony z gry karą mniejszą, a GieKSa w końcu zdołała zamienić przewagę na bramkę. Szybkie rozegranie krążka na bramkę zamienił Sam Marklund. Do 52. minuty wydarzenia utrzymywały się pod kontrolą katowiczan. Na ławkę kar zostali wzajemnie oddelegowani za Monto i Lindgren, jednak goście mieli sposobność gry w przewadze, gdyż Monto został wykluczony karą „2+2”. Zagłębie wykorzystało liczebna przewagę za sprawą trafienia Patryka Krężołka, który dobił krążek do bramki, po interwencji Murraya. To jednak okazał się być ostatni akcent ofensywnych poczynań gości i wraz z upływem 60 minuty, na tablicy wciąż widniał wynik 4:2.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze