Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu z Lechią: GKS w gazie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Lechia Gdańsk 2:0 (1:0).

trojmiasto.pl  – Lechia przegrała w Katowicach

Lechia Gdańsk przegrała na wyjeździe z GKS Katowice 0:2 (0:1) w 25. kolejce PKO BP Ekstraklasy. To pierwsza porażka w delegacji od 26 października ubiegłego roku. W meczu dwóch osłabionych drużyn ubytki w ekipie Johna Carvera okazały się poważniejsze. W ofensywie nie udało się zastąpić kontuzjowanych: Tomasa Bobcka i Camilo Meny, a w przerwie z powodów zdrowotnych boisko opuścił Matej Rodin. Gospodarze zachowali czyste konto, a nawet strzelili trzeciego gola ze spalonego, mimo że nie grało ich dwóch podstawowych defensorów: Arkadiusz Jędrych i Alan Czerwiński. Kluczowym piłkarzem był Bartosz Nowak, którego podania torowały drogę do bramki Aleksa Paulsena, dla którego nie był to najlepszy dzień.

weszlo.com – GieKSa podtrzymuje serię. Pokonała apatyczną Lechię

Marsz Katowiczan w górę tabeli może nie być taki łatwy do zatrzymania, jeśli dalej będą oni punktować z taką lekkością. Bo ich futbol jest prosty, ale w gruncie rzeczy bardzo ładny i po prostu skuteczny. Czasem o sukcesie decyduje jedno podanie czy jeden odbiór – tyle wystarczy, by podopieczni Rafała Góraka zrobili robotę. A kiedy brakuje odrobiny magii, zapewnia ją Bartosz Nowak. Jakie to proste, nie?

Nowak brał udział przy obu akcjach bramkowych, zero zaskoczenia. On rozgrywał piłkę z Milewskim, który potem dał asystę do Wdowiaka przy golu na 1:0. On wywiódł w pole całą obronę Lechii, gdy obsługiwał pięknym podaniem Szkuryna. Wreszcie on po raz kolejny skupiał na sobie uwagę wszystkich na boisku, trybunach i przed telewizorami.

Fajny to piłkarz, nie ma co. Ale gra też w fajnej drużynie, która mimo problemów kadrowych poradziła dziś sobie z groźnym rywalem z Gdańska koncertowo.

Bez Jędrycha w środku bloku obronnego. Za kartki zawieszony też Czerwiński, którego zastąpić miał przesunięty niżej Wasielewski. A mimo takich kłopotów GieKSa i tak na zero z tyłu w starciu z Lechią – bez mającego lekki uraz Bobcka na szpicy i kontuzjowanego Meny na skrzydle mniej groźną, ale jednak Lechią. Bezzębność gości dało się jednak wyczuć już w pierwszej połowie, kiedy najgroźniejsze były jej strzały z dystansu.

Swoich sił próbowali Żelizko, Neugebauer czy Ćirković, ale Strączek nie miał z ich uderzeniami wiele do roboty. W ogóle – jeśli już zatrudniano bramkarza GieKSy, to raczej do takich codziennych zadań. Tu wyłapać dośrodkowanie, tam coś wypiąstkować. Początkowo golkiper miał trochę problemów i nie wydawał się w swoich interwencjach pewny, ale im dalej w las, tym było solidniej. Lechia nie dała mu okazji do pomyłki, a on nie dał jej żadnej nadziei.

Z drugiej strony boiska… o grze Paulsena można napisać coś zupełnie innego. Bramkarz Gdańszczan o mało nie doprowadził do katastrofy, kiedy wesołym dograniem obsłużył, zamiast jednego z kolegów, Nowaka. Wtedy kapitan gospodarzy nie wykorzystał szansy, ale i tak miał zaliczyć kolejny dobry wieczór.

W tę akcję, jak już wspomnieliśmy, był Nowak mocno zamieszany. Gola zdobył jednak Wdowiak – rozgrywający dziś przeciętne zawody, ale będący w odpowiednim miejscu i czasie, by strzelić prosto w Paulsena i dać mu się pomylić.

Trudno omawiać dziś ataki Lechii, bo zwykle kończyły się one stratą i chociaż zalążkiem kontry rywali. Nie zmienia to jednak faktu, że Gdańszczanie byli pozbawieni wszelkich atutów przez dobrze ustawionych gospodarzy. Ci pilnie bronili dostępu do własnego pola karnego, a próby przełamania ich bloku obronnego strzałami z dystansu po prostu spełzły na niczym

W drugiej połowie – a szczególnie po drugim golu – Lechia nie dawała już w ataku prawie żadnych znaków życia. Bo czy atakiem jest wymienianie podań po obwodzie aż do straty? No nie.

Skoro już udało się wspomnieć o tym drugim golu, to warto zaznaczyć po raz kolejny, że Bartosz Nowak to katowicki maestro. Asysta, którą dał do Szkuryna była po prostu fenomenalna, a później niewiele brakło, a obaj panowie zapisaliby na swoje konto kolejną akcję bramkową. Tym razem jednak Białorusin nieznacznie złamał linię spalonego.

Tak czy siak – 3:0 przyjęlibyśmy ze zrozumieniem. Lechia zagrała bowiem apatycznie, a GieKSa nie spuszcza z tonu i w ostatnich trzech spotkaniach ligowych zgarnia komplet punktów. A że gra w takiej lidze, że to wystarczy do poważnego włączenia się do gry o puchary? Nie jej wina.

gdansk.pl – GKS – Lechia 2:0. Biało-Zieloni rozczarowali w Katowicach

To był mecz o przysłowiowe “sześć punktów”, a nawet więcej. Z góry było wiadomo, że drużyna, która zwycięży, znajdzie się blisko czuba tabeli i będzie miała realne widoki na walkę o miejsce, dające grę w europejskich pucharach. Niestety osłabiona w ataku Lechia zatraciła na boisku w Katowicach wszystkie swoje atuty: szybkość, ciąg na bramkę, skuteczność. GKS wygrał zasłużenie 2:0.

Brak w drużynie – z powodu urazów – Tomasa Bobcka i Camilo Meny jest usprawiedliwieniem, ale tylko do pewnego stopnia. Klasowa drużyna powinna sobie poradzić nawet w osłabieniu. Tym bardziej, że GKS też nie zagrał najsilniejszym składem – zabrakło dwóch podstawowych obrońców: Arkadiusza Jędrycha i Alana Czerwińskiego.

Rozczarowała cała Lechia, ale szczególnie mogła irytować nieskuteczność bramkarza Alexa Paulsena. Wpuścił niemal wszystko, co było do wpuszczenia. Raz nawet podał piłkę do rywala i powinna być z tego bramka, ale Bartosz Nowak szczęśliwie nie zdołał wykorzystać tego prezentu.

[…] Lechia na boisku w Katowicach miała aż 61 procent posiadania piłki i wysoką 81-procentową celność podań, których wymieniła w sumie aż 533! Co z tego, skoro były to podania głównie w poprzek boiska, a często też w stronę bramkarza. Zabrakło dynamiki, gry z pierwszej piłki, “gryzienia trawy”, ciągu na bramkę, groźnych strzałów. Pierwsza połowa była w wykonaniu przeciętna, druga – mniej, niż przeciętna. Gdy przegrywasz, powinieneś pokazać zaciętość i waleczność, bez których nie odwrócisz niekorzystnego wyniku. Tymczasem Lechia wyglądała na boisku tak, jakby broniła swojego zwycięstwa poprzez „szanowanie piłki”,

Mimo braku dwóch podstawowych stoperów, GKS był świetnie zorganizowany w obronie i grał tak, jak lubi najbardziej – z kontry. W obu akcjach bramkowych kluczową rolę odegrał Bartosz Nowak, jeden z najlepszych rozgrywających w lidze. Wystarczyło go wyłączyć z gry, by znacznie osłabić siłę uderzeniową Katowic – jednak Lechia nie potrafiła i tego zrobić.

lechia.gda.pl – Spory zawód. Relacja po meczu z GKS Katowice

Pierwsze minuty nie przyniosły wybitnych okazji a obie drużyny badały się wzajemnie. W dwunastej minucie Rodin świetnie zablokował groźną próbę Bartosza Nowaka. Dwie minuty później Neugebauer kapitalnie uruchomił Wójtowicza na skrzydle, niestety cwańsi byli piłkarze gospodarzy. Siedemnasta minuta to z kolei atak Lechii – bliski gola centrostrzałem był Tomasz Wójtowicz. Dwie minuty pózniej napór Lechii dalej trwał – Zhelizko odpalił armatę zza pola karnego, ale dobrze interweniował Strączek. W 32 minucie świetnie minął bramkarza Kurminowski, niestety zostawił sobie za mało miejsca i uderzył w boczną siatkę. Blisko szczęścia był GKS 3 minuty później – okrutny błąd Paulsena próbował wykorzystać Bartosz Nowak, który dostał piłkę prosto pod nogi bezpośrednio właśnie od Paulsena. Pechowo niestety Lechia straciła gola w 39 minucie, i mimo próby Zhelizki w końcówce spotkania, wynik utrzymał się do przerwy.

Drugą połowę mocniej zaczęli gospodarze i zepchnęli Lechię do defensywy. Biało-Zieloni ocknęli sie na szczęście dość szybko, i w 56 minucie bardzo bliski szczęścia był Zhelizko. Gieksa dopięła swego w 60 minucie, kiedy cudowne podanie Bartosza Nowaka wykorzystał Ilia Szkurin. Oba zespoły nie stworzyły już większych szans do końca, poza nieuznanym golem dla katowiczan w koncówce. Lechia zasłużenie uległa dziś GKSowi Katowice.

gol24.pl – Nowak show w Katowicach. Osłabiona Lechia rozmontowana przez GieKSę w 25. kolejce Ekstraklasy

Popis Bartosza Nowaka w meczu 25. kolejki PKO Ekstraklasy z Lechią Gdańsk (2:0). Pomocnik GKS-u Katowice był zamieszany niemal we wszystkie gole zespołu Rafała Góraka. Asystował przy trafieniu Ilji Szkurina, a po jego kolejnym zagraniu Białorusin ponownie trafił do siatki, jednak znajdował się na spalonym.

Trener przyjezdnych z dalekiego Gdańska John Carver przed meczem przekazał smutne wieści. Ze względu na kontuzję nie mogli wystąpić między innymi Kolumbijczyk Camilo Mena czy Słowak Tomas Bobcek, który walczy o koronę króla strzelców z Karolem Czubakiem. To było duże osłabienie dla gdańskiej ofensywy, którzy na Nowej Bukowej nie potrafili choćby na moment zbliżyć się do pola karnego gospodarzy.

W środku pola GieKSy po raz kolejny dzielił i rządził niesamowity Bartosz Nowak. 32-latek z Radomia najpierw zapoczątkował akcję, którą już w 39. minucie na gola zamienił Mateusz Wdowiak po dograniu od Sebastiana Milewskiego. Awizowany przez kibiców PKO Ekstraklasy do reprezentacji Polski pomocnik kolejną asystę w sezonie dołożył po zmianie stron.

– Ciasteczko – skomentowano jego zagranie na profilu Canal+ Sport. Nowak podał między obrońców Lechii Gdańsk do niepilnowanego Ilji Szkurina, który bez najmniejszych problemów skierował piłkę do siatki.

GKS Katowice tym samym pnie się w górę tabeli. Piłkarze Rafała Góraka po dwóch ostatnich zwycięstwach nad Radomiakiem i Lechią zajmują już… piąte miejsce z punktem straty do czwartego Rakowa Częstochowa.

ekstraklasa.org – GKS Katowice 2:0 Lechia Gdańsk – Niezastąpieni zawodnicy

GKS Katowice znów skorzystał z doskonałej formy Bartosza Nowaka. Lechia Gdańsk musiała sobie radzić bez kontuzjowanych: Tomasa Bobcka i Camilo Meny.

Bartosz Nowak jest w niesamowitej formie. Polak zanotował już w tym sezonie 10 asyst (najwięcej), a w 2026 roku zdobył 7 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (najwięcej). Również dzięki niemu GKS Katowice wygrał po raz 3. z rzędu w PKO Bank Polski Ekstraklasie, a także po raz 6. w domowych meczach z Lechią (zwycięstwo we wszystkich meczach z tym rywalem u siebie; bilans bramkowy: 10-1).

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice wygrał z Lechią Gdańsk 2:0. Oto pięć najważniejszych wniosków po tym meczu

Kolejny znakomity mecz na Nowej Bukowej. GKS Katowice pokonał Lechię Gdańsk 2:0, potwierdzając, że jest najlepszym zespołem tej rundy w całej Ekstraklasie.

[…] GKS Katowice wygrał z Lechią Gdańsk 2:0. Oto pięć najważniejszych wniosków po tym meczu, dzięki któremu ekipa Rafała Góraka włączyła się do walki o medale.

1.            Idealna murawa. Przy takiej grze, jaką prefererują piłkarze Rafała Góraka, to absolutnie kluczowa kwestia. Dokładne podania i precyzyjne prowadzenie piłki podczas szybkich akcji, o samych strzałach już nie wspominając, są możliwe tylko przy takiej nawierzchni, jaką może sie pochwalić Arena Katowice. Na tle klepisk Ekstraklasy to powód do autentycznej dumy.

2.            Bo zespół ma Rafała Strączka. Bramkarz GKS-u jest w fantastycznej formie. Strzały Lechii z dystansu na początku spotkania były dla niego nie lada testem. Golkiper spisał się jednak efektownie i efektywnie, utrzymując zespół w bezbramkowym remisie, otwierającym drogę do zwycięstwa.

3.            Bartosz Nowak i wszystko jasne. Lider i reżyser gry gospodarzy. W meczu z Lechią sam próbował strzelać, ale przy golu na 1:0 wykonał magiczne dotknięcie piłki, które uruchomiło całą sekwencję zdarzeń z kapitalnym podaniem Sebastiana Milewskiego i golem Mateusza Wdowiaka. A w drugiej połowie powtórzył taki numer i Ilia Szkurin w sytuacji sam na sam trafił na 2:0.

4.            Śląski charakter. Ekipa z Katowic gra w tej chwili najbardziej dynamiczną i najbardziej agresywną piłkę w całej lidze. To zasługa trenera Rafała Góraka, który konsekwentnie buduje na Nowej Bukowej kadrę z zawodników, o których sam mówi wprost „żołnierze”. To dzięki temu nawet tak poważne osłabienia zespołu – przeciwko Lechii nie zagrali Alan Czerwiński i Arkadiusz Jędrych – nie odbijają się na jakości całej gry.

5.            Małe pole manewru. Kartki Arkadiusza Jędrycha i Alana Czerwińskiego w połączeniu z kontuzjami Adama Zrelaka i Jesse Boscha sprawiły, że trener GKS-u nie miał zbyt wielkiego pola manewru, zwłaszcza w ofensywie. Na szczęście mecz przebiegał w taki, a nie inny sposób, ale w sytuacji wymagającej pilnej reakcji, problem byłby zdecydowanie widoczny.

eurosport.tvn24.pl – GKS w gazie. Doskoczył do czołówki

Trwa znakomita passa piłkarzy GKS-u Katowice. Podopieczni Rafała Góraka odnieśli w sobotę trzecie zwycięstwo z rzędu w polskiej ekstraklasie, bez większych problemów pokonując u siebie Lechię Gdańsk 2:0. Dzięki trzem punktom awansowali w tabeli aż o sześć miejsc.

W sobotę zespół ze Śląska potwierdził świetną dyspozycję. A rywal nie był łatwy, bo mowa o Lechii, która osiem dni wcześniej rozbiła na własnym stadionie kandydata do mistrzostwa, czyli Jagiellonię Białystok.

Gdańszczanie nie mieli wiele do powiedzenia. W całym spotkaniu oddali zaledwie jeden celny strzał przy aż siedmiu ze strony gospodarzy.

GKS w obu połowach trafiał po razie. Przed przerwą bramkę zdobył Mateusz Wdowiak, a w 60. minucie na 2:0 podwyższył Ilja Szkurin. Więcej goli tego dnia nie padło.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga