Dołącz do nas

Hokej Kibice Piłka nożna

Kibice GieKSy – wyjazdowe podsumowanie sezonu 2022/23

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do obszernego wyjazdowego podsumowania sezonu 2022/23 w wykonaniu kibiców GKS Katowice. Autorem podsumowania jest Eric Cantona.

Kibicowski sezon wyjazdowy zaczęliśmy od ŁKS-u Łódź, na który mieliśmy niestety zakaz. I choć Rodowici Łodzianie wpuszczali w trakcie remontu ekipy na swoje sektory, nasza obecność na tych samych warunkach i ukończonej już budowie obiektu, ich specjalnie nie urządzała. ŁKS awansował do Ekstraklasy, więc nasza wizyta będzie wyczekiwana jeszcze bardziej, bo ostatnim razem byliśmy tam wiosną 2010 roku.

W połowie lipca z okazji 100-lecia Banik Ostrava rozegrał mecz towarzyski z Celtikiem Glasgow. Pomimo rozgrywania meczu w środku tygodnia, na dodatek w sezonie urlopowym, musieliśmy oczywiście wesprzeć naszych braci. Nasza liczba w tym dniu to było 600 osób, co jest naszym najliczniejszym wsparciem w historii wieloletniej zgody.

.

Kolejnym meczem w Polsce, na którym ciążył na nas zakaz wyjazdowy, było nieodległe Bielsko-Biała i tu trzeba pochwalić prezesa TSP – Bogdana Kłysa, dla którego hasło „Piłka nożna dla kibiców” to nie tylko pusty slogan. Za okazanie gestu i wpuszczenie nas w rekordowej liczbie 1803 osób (w tym 128 Górnik Zabrze, 77 Banik Ostrava i gościnnie 17 Spartak Trnava), klub z Bielska-Biała od instytucji „Łączy nas piłka” dostał… karę 40 000 złotych. Nasza liczba osób, w trakcie ogłoszenia bojkotu na domowe spotkania, przekroczyła wyobrażenia chyba nas samych, bo to był jeden z najlepszych naszych wyjazdów w historii. Na domowe spotkania nasz klub nie potrafił ściągnąć takiej publiczności, więc satysfakcja zrobienia takiej liczby, jeszcze w sezonie urlopowym, była ogromna.

.

Następnym spotkaniem, na którym ciążył na nas zakaz wspierania swojego klubu na wyjeździe, była Wisła Kraków. Wiślacy przed sezonem dowiedzieli się, że w sezonie 2022/2023 z powodu remontu części stadionu będą wszystkie mecze rozgrywać bez kibiców gości. Grupa Ultras Wisła wystosowała oświadczenie, że się nie zgadza na takie traktowanie fanów gości i będą wpuszczali rywali na swoje sektory, w tym nawet znienawidzone kosy. Okazało się finalnie, że żadna ekipa nie zawitała na Reymonta jednak gdyby nie było remontu, który pokrył się z zakazem, wiadome było, że nie weszlibyśmy. Okazja pojawienia się w Krakowie pojawi się w nadchodzącym sezonie.

Zakaz wyjazdowy wciąż trwał i tym razem padło na Resovie. Gospodarze, mimo rozgrywania spotkań domowych na obiekcie Stali Rzeszów, pomogli nam wejść na swoje sektory. Nasza liczba to było 546 głów, w tym JKS Jarosław w 73 osoby oraz Banik Ostrava w 14 głów. Była to nasza najliczniejsza wizyta na Resovii (mimo że jako gospodarz nie grają na Wyspiańskiego).

.

Kolejnym spotkaniem, kiedy wciąż nie mogliśmy jeździć legalnie, ale hasło „Piłka nożna dla kibiców” bardziej łączy, niż dzieli, to była Pogoń Szczecin w Pucharze Polski. I choć graliśmy z rezerwami, to możliwość pojechania na koniec Polski w środku tygodnia znalazła 215 chętnych fanatyków. W tej liczbie były 3 osoby z ROW-u Rybnik i 2 z Banika Ostrava.

.

Po awansie do dalszej rundy Pucharu Polski mieliśmy wyjazd do Opola. Odra miała etap wąchania się z Ruchem Chorzów, więc nasza szansa dogadania się legła w gruzach. Natomiast nasze przypuszczenia okazały się słuszne i delegacja niebieskich w kilkanaście osób wsparła OKS.

Między piłkarskimi szarymi wyjazdami, na których nie mogliśmy się legalnie pojawić, doszły europejskie wojaże w ramach hokejowej Ligi Mistrzów. Pierwszy wyjazd do Szwajcarii z ZSC Zurich zaliczyło 100 fanatyków.

.

Już dwa dni później kolejnym miejscem, w którym nie mogliśmy się pojawić legalnie, była Łęczna. Nasza grupa fanów zrzeszająca się pod nazwą FC Wschód zasiadła na trybunie gospodarzy w 7 osób. W tym samym dniu w Szwecji na drugim wyjeździe w ramach Ligi Mistrzów z Rogle BK było obecnych 200 GieKSiarzy. Warto wspomnieć, że zdecydowana część fanatyków pojechała na ten mecz prosto ze Szwajcarii.

 

Kolejnym wyjazdem, na którym nie mogliśmy się pojawić, była Skra Częstochowa. Zespół, który od czasu awansu gra rolę bezdomnego i wynajmował stadiony lub grał na wyjeździe jako gospodarz, na początku poszedł nam na rękę. Miało być nas 600 osób, jednak przez działania Marka Szczerbowskiego oraz pod naporem policji, „gospodarze” w ostatniej chwili woleli zamknąć cały stadion, uniemożliwiając nawet swojej skromnej publiczności udział w  widowisku. 

.

Po niewypale ze Skrą naszym ostatnim wyjazdem w Lidze Mistrzów był węgierski Fehervar AV19, na który w środku tygodnia wybrało się 400 GieKSiarzy pokazując znakomity doping i reklamę polskiej sceny kibicowskiej.

.

Następnym wyjazdem była Puszcza Niepołomice. Nowością był legalny wyjazd po półrocznym zakazie, ale wciąż była niepewność. Skończył nam się zakaz wyjazdowy oficjalnie, ale eskalujący konflikt między kibicami a zarządem klubu, sprawił, że nie byliśmy przekonani co do tego, czy lista wyjazdowa zostanie podpisana przez Marka Szczerbowskiego i zapobiegawczo dogadaliśmy się z zarządem Puszczy, odnośnie wejścia na ich sektor gości. Ostatecznie w klatce było nas 408 osób, co jest naszym rekordem na tym kameralnym stadionie.

.

Pod koniec października zbliżał się dwumecz koalicji GKS Katowice & Górnik Zabrze – Ruch Chorzów & Widzew Łódź. W piątek w Zabrzu mecz ten miał być rozpaleniem atmosfery przed derbami na Cichej. W dniu wsparcia Żaboli okazało się, że nasz prezes skompromitował się przed całą Polską i mimo chęci Ruchu, braku przeciwwskazań mundurowych i samego wojewody, wiadome było, że po 20 latach na Cichą nie wybierze się 465 fanów GieKSy (Marek, nie zapomnimy ci tego nigdy). Cała ekipa wyjazdowa oraz pozostała część załogi pojechała wspierać braci w ponad 700 osób. Od czasu inauguracji stadionu w Zabrzu (podczas derbów z Ruchem) było to nasze najliczniejsze wsparcie Górnika na ich domowym meczu.

.

Na sam koniec roku okazało się, że po 20 latach będzie nam dane pojechać do Oświęcimia, gdzie Unia była organizatorem hokejowego Pucharu Polski. Los skrzyżował nas z GKS-em Tychy i obie ekipy dostały po 600 biletów. Ponownie prezes Marek Szczerbowski zrobił wszystko, aby bilety nie trafiły w nasze ręce bezpośrednio, ale kolejny raz nie docenił naszego poświęcenia i wszystkie wejściówki nabyli stali wyjazdowicze. O ile u nas cała pula poszła w mig (ostatecznie było nas ponad 640) i dużo osób obeszło się smakiem, tak tyszanie wykorzystali ledwo 450 biletów. Finału nam niestety nie było dane obejrzeć, bo nasi hokeiści przegrali.

.

Pierwszym wyjazdem w rundzie wiosennej była Termalica Nieciecza. Mało kto spodziewał się, że piłkarze po prostu chcą powalczyć o baraże, ale pojechaliśmy tam z wiarą, że może tym razem będziemy rycerzami wiosny. Na stadionie, tylko dzięki dogadaniu się bezpośrednio z klubem gospodarzy, zameldowaliśmy się w 1261 osób (w tym 39 Banik Ostrava i 4 Spartak Trnava), co było jednym z naszych najlepszych wyjazdów w historii. Faktem jest, że mało gdzie mieliśmy przez ostatnie 20 lat możliwość dostania takiej puli biletów, ale trzeba docenić nasz fanatyzm, bo nikt nie jechał tam pod wynik, a co dopiero pod kibicowskiego rywala. Oprawa tylko udowodniła, kto jest siłą klubu. Nasz odchodzący prezes Marek Szczerbowski po raz kolejny się skompromitował… Ktoś pomyśli, że już czepiam się na siłę, więc tylko przypomnę, że przed tym meczem dzwonił do działaczy Termaliki, aby nas nie wpuszczali na swój stadion, a po spotkaniu — dziękował za doping.

Pod koniec lutego zbliżała się długo wyczekiwana „wyprawa”. Zagłębie Sosnowiec swój nowy stadion postanowiło otworzyć na mecz z nami, co jest oczywiście zrozumiałe — chcieli się pokazać. Tak samo, jak  w przypadku wyjazdu do Chorzowa, zaczęliśmy wróżyć z fusów „co tym razem”, bo wszyscy o tym meczu mówili, zwłaszcza że swoje działo się także w szeroko pojętej kibicowskiej otoczce. Nie było problemem rozdysponować 808 biletów, jednak im byliśmy bliżej kibicowskiego szlagieru, tym więcej sygnałów zaczęło dochodzić, że sosnowiczanie na siłę szukają jakiegoś remontu. Finalnie okazało się, że policja, wojewoda i lista wyjazdowa nie stanęły na drodze, tylko… skompromitowali się działacze Zagłebia, tłumacząc, że chcieli w tym dniu mieć spokój, komplet publiczności i brak wyzwisk, aby to nie odstraszyło „pikników” na kolejne spotkania (co ostatecznie wyszło im średnio). Dodam, tylko że sam prezes PZPN Cezary Kulesza pofatygował się na ten mecz i wszystko mu się podobało, więc była to tylko wisienka na torcie pokazująca, jakie standardy obecnie panują w Polskim Związku Piłki Nożnej.

Kolejnym wyjazdem, na którym mogliśmy się pojawić była Sandecja Nowy Sącz, która grała w… Niepołomicach. Mimo otrzymania 312 wejściówek od działaczy Sandecji w sektorze zameldowało się 378 fanatyków, co jest naszym rekordem „na Sandecji”, mimo że grała swój domowy mecz gdzieś indziej. Na tym spotkaniu nasza kibicowska żywa legenda mogła z okazji 50-urodzin usłyszeć zasłużone „sto lat”.

.

Na początku kwietnia wypadł nam bardzo prestiżowy wyjazd na Arkę Gdynia. I choć granie o nic w lidze nie stanęło na przeszkodzie, aby zrobić najlepszy wyjazd w historii do Trójmiasta, to pociąg specjalny bardzo długo nie był naszym transportem w Polskę i 600 miejsc w wagonie szybko znalazło swoich nabywców. W sektorze gości pojawiło się ostatecznie 621 osób w tym 40 Górnik Zabrze, 12 Banik Ostrava i 4 JKS Jarosław. Warto zaznaczyć, że dużą rolę także odegrała ekipa Arki Gdynia, która zapewniła nam drugie tyle wejściówek (początkowo dostaliśmy 300) – szacunek!

.

Po dalekiej Gdyni przyszła pora na derby z GKS-em Tychy. Smaczku tego meczu dodawał fakt, że jechaliśmy tam jako Mistrz Polski w hokeja, deklasując tyszan 4:0 w finale. Liczba biletów, którą nam przyznano, to był żart – dostaliśmy 400 wejściówek. Mimo posiadania sektora gości na 1200 miejsc, to przepisowo przysługiwało nam minimum 700 biletów. W Tychach hasło „Piłka nożna dla kibiców”, przynajmniej w pojedynkach z nami, raczej nie obowiązuje. Ostatecznie pojawiliśmy tam w 430 osób, w tym 8 Banik Ostrava. Będąc 1,5 godziny przed meczem i tak ostatnie osoby weszły w… 20. minucie spotkania. Na plus to okazała wygrana 3:0 i przypomnienie całej zgromadzonej publiczności na stadionie, kto jest Mistrzem Polski w hokeja.

.

Kolejny wyjazd mieliśmy na Chrobry Głogów. Gospodarzy, którzy dysponują potężnym sektorem gości na blisko 500 miejsc, ale dali nam tylko 170 biletów. Chrobry ma nad sobą policyjny but, który nie tylko przeszkadza gościom w pokazaniu swojego liczbowego potencjału, ale również miejscowi fani MZKS-u są regularni szykanowani przez organy prawa i sporo osób z błahego powodu dostaje zakazy stadionowe lub kolegium, co ma przełożenie na słabą frekwencję w młynie. Szacunek dla nich, że próbują się postawić w nierównej walce z systemem. Nas ostatecznie 230 osób, ale 170 w sektorze.

.

Stal Rzeszów to był przedostatni, ale tak naprawdę wszyscy byliśmy przekonani, że ostatni wyjazd w sezoni. Zbliżały się derby z Ruchem Chorzów, na którym było pewne, że trochę pirotechniki zapłonie, a delegat PZPN z łatwością wyśle nas na wcześniejsze wakacje. Pociągiem specjalnym wybrało się 454 fanatyków szczerze zmęczonym już beznadziejnym piłkarskim sezonem, ale klimat wyjazdu w formie przemarszu kilku kilometrów przez miasto zrobił robotę. Po raz kolejny udowodniliśmy, że od kilkunastu lat nie jeździmy za wynikami. W tej liczbie obecna była 12-osobowa delegacja Banika Ostrava i 5-osobowa JKS-u Jarosław, który w tym samym dniu rozgrywał swój mecz. Po spotkaniu, na którym odpaliliśmy trochę pirotechniki, została przeprowadzona mocna rozmowa z piłkarzami, w której zostali dobitnie uświadomieni, że ich forma z wiosny nas nie interesuje i w derbach z Ruchem jedynie, co mają zrobić to wygrać, bo jak nie to… Dobrze, że wygraliśmy 🙂

Na ostatni mecz sezonu z Chojniczanką w Chojnicach zdecydowało się 174 fanatyków, którzy zamiast szalików zabrali do Grodu Tura… ręczniki, koła ratunkowe, klapki, a jeden fanatyk uszanował pożegnalną konferencję prasową Marka Szczerbowskiego i zabrał ze sobą… trąbkę. Hasłem przewodnim była oprawa „Marek. Na to wakacje”. Mecz bez żadnych atrakcji, tylko jedna wielka szydera i strojenie żartów z całego sezonu. Po meczu obrażani piłkarze nie rzucili najwierniejszym kibicom koszulek, co było tradycją od wielu lat.

.

Pisząc to i myśląc, jak ten cały sezon wyjazdowy wyglądał, to naprawdę szacunek dla wszystkich za obecność, bo przeszliśmy ciężki okres. Na zakończenie należy wspomnieć, że wspieraliśmy nasze zgody z Ostrawy i Zabrza regularnie nie tylko na meczach domowych, ale i wyjazdach. Kibice GKS-u Katowice wspierali także reprezentację Polski na wszystkich swoich spotkaniach. Nie zabrakło nas także na Marszu Niepodległości czy pod Kopalnią Wujek.

Eric Cantona

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Kejta

    27 czerwca 2023 at 04:10

    Po takim sezonie mozna napisac tylko ze kazdy chcialby miec takich kibicow tylko nie Marek Sz.
    Do tego nowy prezes nic nie wspomnial ze chce naprawic relacje z kibicami a to powinien byc jego priorytet!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga