Hokej Kibice Piłka nożna
Kibice GieKSy – wyjazdowe podsumowanie sezonu 2022/23
Zapraszamy do obszernego wyjazdowego podsumowania sezonu 2022/23 w wykonaniu kibiców GKS Katowice. Autorem podsumowania jest Eric Cantona.
Kibicowski sezon wyjazdowy zaczęliśmy od ŁKS-u Łódź, na który mieliśmy niestety zakaz. I choć Rodowici Łodzianie wpuszczali w trakcie remontu ekipy na swoje sektory, nasza obecność na tych samych warunkach i ukończonej już budowie obiektu, ich specjalnie nie urządzała. ŁKS awansował do Ekstraklasy, więc nasza wizyta będzie wyczekiwana jeszcze bardziej, bo ostatnim razem byliśmy tam wiosną 2010 roku.
W połowie lipca z okazji 100-lecia Banik Ostrava rozegrał mecz towarzyski z Celtikiem Glasgow. Pomimo rozgrywania meczu w środku tygodnia, na dodatek w sezonie urlopowym, musieliśmy oczywiście wesprzeć naszych braci. Nasza liczba w tym dniu to było 600 osób, co jest naszym najliczniejszym wsparciem w historii wieloletniej zgody.
Kolejnym meczem w Polsce, na którym ciążył na nas zakaz wyjazdowy, było nieodległe Bielsko-Biała i tu trzeba pochwalić prezesa TSP – Bogdana Kłysa, dla którego hasło „Piłka nożna dla kibiców” to nie tylko pusty slogan. Za okazanie gestu i wpuszczenie nas w rekordowej liczbie 1803 osób (w tym 128 Górnik Zabrze, 77 Banik Ostrava i gościnnie 17 Spartak Trnava), klub z Bielska-Biała od instytucji „Łączy nas piłka” dostał… karę 40 000 złotych. Nasza liczba osób, w trakcie ogłoszenia bojkotu na domowe spotkania, przekroczyła wyobrażenia chyba nas samych, bo to był jeden z najlepszych naszych wyjazdów w historii. Na domowe spotkania nasz klub nie potrafił ściągnąć takiej publiczności, więc satysfakcja zrobienia takiej liczby, jeszcze w sezonie urlopowym, była ogromna.
Następnym spotkaniem, na którym ciążył na nas zakaz wspierania swojego klubu na wyjeździe, była Wisła Kraków. Wiślacy przed sezonem dowiedzieli się, że w sezonie 2022/2023 z powodu remontu części stadionu będą wszystkie mecze rozgrywać bez kibiców gości. Grupa Ultras Wisła wystosowała oświadczenie, że się nie zgadza na takie traktowanie fanów gości i będą wpuszczali rywali na swoje sektory, w tym nawet znienawidzone kosy. Okazało się finalnie, że żadna ekipa nie zawitała na Reymonta jednak gdyby nie było remontu, który pokrył się z zakazem, wiadome było, że nie weszlibyśmy. Okazja pojawienia się w Krakowie pojawi się w nadchodzącym sezonie.
Zakaz wyjazdowy wciąż trwał i tym razem padło na Resovie. Gospodarze, mimo rozgrywania spotkań domowych na obiekcie Stali Rzeszów, pomogli nam wejść na swoje sektory. Nasza liczba to było 546 głów, w tym JKS Jarosław w 73 osoby oraz Banik Ostrava w 14 głów. Była to nasza najliczniejsza wizyta na Resovii (mimo że jako gospodarz nie grają na Wyspiańskiego).
Kolejnym spotkaniem, kiedy wciąż nie mogliśmy jeździć legalnie, ale hasło „Piłka nożna dla kibiców” bardziej łączy, niż dzieli, to była Pogoń Szczecin w Pucharze Polski. I choć graliśmy z rezerwami, to możliwość pojechania na koniec Polski w środku tygodnia znalazła 215 chętnych fanatyków. W tej liczbie były 3 osoby z ROW-u Rybnik i 2 z Banika Ostrava.
Po awansie do dalszej rundy Pucharu Polski mieliśmy wyjazd do Opola. Odra miała etap wąchania się z Ruchem Chorzów, więc nasza szansa dogadania się legła w gruzach. Natomiast nasze przypuszczenia okazały się słuszne i delegacja niebieskich w kilkanaście osób wsparła OKS.
Między piłkarskimi szarymi wyjazdami, na których nie mogliśmy się legalnie pojawić, doszły europejskie wojaże w ramach hokejowej Ligi Mistrzów. Pierwszy wyjazd do Szwajcarii z ZSC Zurich zaliczyło 100 fanatyków.
Już dwa dni później kolejnym miejscem, w którym nie mogliśmy się pojawić legalnie, była Łęczna. Nasza grupa fanów zrzeszająca się pod nazwą FC Wschód zasiadła na trybunie gospodarzy w 7 osób. W tym samym dniu w Szwecji na drugim wyjeździe w ramach Ligi Mistrzów z Rogle BK było obecnych 200 GieKSiarzy. Warto wspomnieć, że zdecydowana część fanatyków pojechała na ten mecz prosto ze Szwajcarii.
Kolejnym wyjazdem, na którym nie mogliśmy się pojawić, była Skra Częstochowa. Zespół, który od czasu awansu gra rolę bezdomnego i wynajmował stadiony lub grał na wyjeździe jako gospodarz, na początku poszedł nam na rękę. Miało być nas 600 osób, jednak przez działania Marka Szczerbowskiego oraz pod naporem policji, „gospodarze” w ostatniej chwili woleli zamknąć cały stadion, uniemożliwiając nawet swojej skromnej publiczności udział w widowisku.
Po niewypale ze Skrą naszym ostatnim wyjazdem w Lidze Mistrzów był węgierski Fehervar AV19, na który w środku tygodnia wybrało się 400 GieKSiarzy pokazując znakomity doping i reklamę polskiej sceny kibicowskiej.
Następnym wyjazdem była Puszcza Niepołomice. Nowością był legalny wyjazd po półrocznym zakazie, ale wciąż była niepewność. Skończył nam się zakaz wyjazdowy oficjalnie, ale eskalujący konflikt między kibicami a zarządem klubu, sprawił, że nie byliśmy przekonani co do tego, czy lista wyjazdowa zostanie podpisana przez Marka Szczerbowskiego i zapobiegawczo dogadaliśmy się z zarządem Puszczy, odnośnie wejścia na ich sektor gości. Ostatecznie w klatce było nas 408 osób, co jest naszym rekordem na tym kameralnym stadionie.
Pod koniec października zbliżał się dwumecz koalicji GKS Katowice & Górnik Zabrze – Ruch Chorzów & Widzew Łódź. W piątek w Zabrzu mecz ten miał być rozpaleniem atmosfery przed derbami na Cichej. W dniu wsparcia Żaboli okazało się, że nasz prezes skompromitował się przed całą Polską i mimo chęci Ruchu, braku przeciwwskazań mundurowych i samego wojewody, wiadome było, że po 20 latach na Cichą nie wybierze się 465 fanów GieKSy (Marek, nie zapomnimy ci tego nigdy). Cała ekipa wyjazdowa oraz pozostała część załogi pojechała wspierać braci w ponad 700 osób. Od czasu inauguracji stadionu w Zabrzu (podczas derbów z Ruchem) było to nasze najliczniejsze wsparcie Górnika na ich domowym meczu.
Na sam koniec roku okazało się, że po 20 latach będzie nam dane pojechać do Oświęcimia, gdzie Unia była organizatorem hokejowego Pucharu Polski. Los skrzyżował nas z GKS-em Tychy i obie ekipy dostały po 600 biletów. Ponownie prezes Marek Szczerbowski zrobił wszystko, aby bilety nie trafiły w nasze ręce bezpośrednio, ale kolejny raz nie docenił naszego poświęcenia i wszystkie wejściówki nabyli stali wyjazdowicze. O ile u nas cała pula poszła w mig (ostatecznie było nas ponad 640) i dużo osób obeszło się smakiem, tak tyszanie wykorzystali ledwo 450 biletów. Finału nam niestety nie było dane obejrzeć, bo nasi hokeiści przegrali.
Pierwszym wyjazdem w rundzie wiosennej była Termalica Nieciecza. Mało kto spodziewał się, że piłkarze po prostu chcą powalczyć o baraże, ale pojechaliśmy tam z wiarą, że może tym razem będziemy rycerzami wiosny. Na stadionie, tylko dzięki dogadaniu się bezpośrednio z klubem gospodarzy, zameldowaliśmy się w 1261 osób (w tym 39 Banik Ostrava i 4 Spartak Trnava), co było jednym z naszych najlepszych wyjazdów w historii. Faktem jest, że mało gdzie mieliśmy przez ostatnie 20 lat możliwość dostania takiej puli biletów, ale trzeba docenić nasz fanatyzm, bo nikt nie jechał tam pod wynik, a co dopiero pod kibicowskiego rywala. Oprawa tylko udowodniła, kto jest siłą klubu. Nasz odchodzący prezes Marek Szczerbowski po raz kolejny się skompromitował… Ktoś pomyśli, że już czepiam się na siłę, więc tylko przypomnę, że przed tym meczem dzwonił do działaczy Termaliki, aby nas nie wpuszczali na swój stadion, a po spotkaniu — dziękował za doping.
Pod koniec lutego zbliżała się długo wyczekiwana „wyprawa”. Zagłębie Sosnowiec swój nowy stadion postanowiło otworzyć na mecz z nami, co jest oczywiście zrozumiałe — chcieli się pokazać. Tak samo, jak w przypadku wyjazdu do Chorzowa, zaczęliśmy wróżyć z fusów „co tym razem”, bo wszyscy o tym meczu mówili, zwłaszcza że swoje działo się także w szeroko pojętej kibicowskiej otoczce. Nie było problemem rozdysponować 808 biletów, jednak im byliśmy bliżej kibicowskiego szlagieru, tym więcej sygnałów zaczęło dochodzić, że sosnowiczanie na siłę szukają jakiegoś remontu. Finalnie okazało się, że policja, wojewoda i lista wyjazdowa nie stanęły na drodze, tylko… skompromitowali się działacze Zagłebia, tłumacząc, że chcieli w tym dniu mieć spokój, komplet publiczności i brak wyzwisk, aby to nie odstraszyło „pikników” na kolejne spotkania (co ostatecznie wyszło im średnio). Dodam, tylko że sam prezes PZPN Cezary Kulesza pofatygował się na ten mecz i wszystko mu się podobało, więc była to tylko wisienka na torcie pokazująca, jakie standardy obecnie panują w Polskim Związku Piłki Nożnej.
Kolejnym wyjazdem, na którym mogliśmy się pojawić była Sandecja Nowy Sącz, która grała w… Niepołomicach. Mimo otrzymania 312 wejściówek od działaczy Sandecji w sektorze zameldowało się 378 fanatyków, co jest naszym rekordem „na Sandecji”, mimo że grała swój domowy mecz gdzieś indziej. Na tym spotkaniu nasza kibicowska żywa legenda mogła z okazji 50-urodzin usłyszeć zasłużone „sto lat”.
Na początku kwietnia wypadł nam bardzo prestiżowy wyjazd na Arkę Gdynia. I choć granie o nic w lidze nie stanęło na przeszkodzie, aby zrobić najlepszy wyjazd w historii do Trójmiasta, to pociąg specjalny bardzo długo nie był naszym transportem w Polskę i 600 miejsc w wagonie szybko znalazło swoich nabywców. W sektorze gości pojawiło się ostatecznie 621 osób w tym 40 Górnik Zabrze, 12 Banik Ostrava i 4 JKS Jarosław. Warto zaznaczyć, że dużą rolę także odegrała ekipa Arki Gdynia, która zapewniła nam drugie tyle wejściówek (początkowo dostaliśmy 300) – szacunek!
Po dalekiej Gdyni przyszła pora na derby z GKS-em Tychy. Smaczku tego meczu dodawał fakt, że jechaliśmy tam jako Mistrz Polski w hokeja, deklasując tyszan 4:0 w finale. Liczba biletów, którą nam przyznano, to był żart – dostaliśmy 400 wejściówek. Mimo posiadania sektora gości na 1200 miejsc, to przepisowo przysługiwało nam minimum 700 biletów. W Tychach hasło „Piłka nożna dla kibiców”, przynajmniej w pojedynkach z nami, raczej nie obowiązuje. Ostatecznie pojawiliśmy tam w 430 osób, w tym 8 Banik Ostrava. Będąc 1,5 godziny przed meczem i tak ostatnie osoby weszły w… 20. minucie spotkania. Na plus to okazała wygrana 3:0 i przypomnienie całej zgromadzonej publiczności na stadionie, kto jest Mistrzem Polski w hokeja.
Kolejny wyjazd mieliśmy na Chrobry Głogów. Gospodarzy, którzy dysponują potężnym sektorem gości na blisko 500 miejsc, ale dali nam tylko 170 biletów. Chrobry ma nad sobą policyjny but, który nie tylko przeszkadza gościom w pokazaniu swojego liczbowego potencjału, ale również miejscowi fani MZKS-u są regularni szykanowani przez organy prawa i sporo osób z błahego powodu dostaje zakazy stadionowe lub kolegium, co ma przełożenie na słabą frekwencję w młynie. Szacunek dla nich, że próbują się postawić w nierównej walce z systemem. Nas ostatecznie 230 osób, ale 170 w sektorze.
Stal Rzeszów to był przedostatni, ale tak naprawdę wszyscy byliśmy przekonani, że ostatni wyjazd w sezoni. Zbliżały się derby z Ruchem Chorzów, na którym było pewne, że trochę pirotechniki zapłonie, a delegat PZPN z łatwością wyśle nas na wcześniejsze wakacje. Pociągiem specjalnym wybrało się 454 fanatyków szczerze zmęczonym już beznadziejnym piłkarskim sezonem, ale klimat wyjazdu w formie przemarszu kilku kilometrów przez miasto zrobił robotę. Po raz kolejny udowodniliśmy, że od kilkunastu lat nie jeździmy za wynikami. W tej liczbie obecna była 12-osobowa delegacja Banika Ostrava i 5-osobowa JKS-u Jarosław, który w tym samym dniu rozgrywał swój mecz. Po spotkaniu, na którym odpaliliśmy trochę pirotechniki, została przeprowadzona mocna rozmowa z piłkarzami, w której zostali dobitnie uświadomieni, że ich forma z wiosny nas nie interesuje i w derbach z Ruchem jedynie, co mają zrobić to wygrać, bo jak nie to… Dobrze, że wygraliśmy 🙂
Na ostatni mecz sezonu z Chojniczanką w Chojnicach zdecydowało się 174 fanatyków, którzy zamiast szalików zabrali do Grodu Tura… ręczniki, koła ratunkowe, klapki, a jeden fanatyk uszanował pożegnalną konferencję prasową Marka Szczerbowskiego i zabrał ze sobą… trąbkę. Hasłem przewodnim była oprawa „Marek. Na to wakacje”. Mecz bez żadnych atrakcji, tylko jedna wielka szydera i strojenie żartów z całego sezonu. Po meczu obrażani piłkarze nie rzucili najwierniejszym kibicom koszulek, co było tradycją od wielu lat.
Pisząc to i myśląc, jak ten cały sezon wyjazdowy wyglądał, to naprawdę szacunek dla wszystkich za obecność, bo przeszliśmy ciężki okres. Na zakończenie należy wspomnieć, że wspieraliśmy nasze zgody z Ostrawy i Zabrza regularnie nie tylko na meczach domowych, ale i wyjazdach. Kibice GKS-u Katowice wspierali także reprezentację Polski na wszystkich swoich spotkaniach. Nie zabrakło nas także na Marszu Niepodległości czy pod Kopalnią Wujek.
Eric Cantona
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.



















Kejta
27 czerwca 2023 at 04:10
Po takim sezonie mozna napisac tylko ze kazdy chcialby miec takich kibicow tylko nie Marek Sz.
Do tego nowy prezes nic nie wspomnial ze chce naprawic relacje z kibicami a to powinien byc jego priorytet!