Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Kibice GKS Katowice zobaczyli zwycięstwo

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Stal Mielec 1:0 (0:0).

weszlo.com – GKS wygrywa, ale Stal też może mieć nadzieje na przyszłość

Czekaliśmy na powrót Ekstraklasy z utęsknieniem, bo choć to często przaśna liga, to jednak ta przaśność jest nasza i już. Może lepiej grają w Premier League, może lepiej zarządzają w Bundeslidze, ale tyle zabawy co my, na pewno nie mają. Ponadto – naprawdę po tym pierwszym meczu nie możemy narzekać na jakość, bo spotkanie GKS-u ze Stalą oglądało się bardzo przyjemnie.

Ujmijmy to tak: nie był to mecz głupich drużyn, które nie wiedzą, co chcą zrobić, pałują, byle pałować, a nuż się uda. Nie – obie ekipy miały na to spotkanie plan i przyzwoitych wykonawców. U Stali może nie imponowało, ale zachęcało do skinięcia z uznaniem głową to, że próbowała grać od tyłu. Wiadomo, że najłatwiej jest wybić, poszukać zgrania, ale Stal – mimo oczywistych ograniczeń – na łatwiznę iść nie chciała. I klepała od tyłu, czasem z obawą, że serce trenera Niedźwiedzia tego nie wytrzyma, ale jednak się udawało. Co więcej – zdarzyło się, że goście w ten sposób przenieśli ciężar gry pod pole karne GKS-u.

Brakowało im celnych strzałów, ale groźne sytuacje były – Getinger z piątego metra zabiegł się za piłkę, a mógł wykonać wyrok. Z kolei śliczny rogalik Hannoli musnął tylko słupek, a gdyby wpadło, mielibyśmy po pierwszym meczu gola kolejki.

Zatem – jeśli ktoś spojrzy tylko w statystyki, uzna, że Stal zaprezentowała dramacik, ale nie, nie, spokojnie. Jest na czym budować dalej w tej rundzie, po prostu GKS to więcej niż porządna drużyna. Jeśli kogoś krytykować to Szkurina, bo bardzo mało mu wychodziło i w takiej formie najdalej może przejść z przedpokoju do salonu, a nie do sensownego klubu.

A taki Repka z GKS-u powinien szukać szczęścia w lepszej lidze niż węgierska (i polska). Kumaty piłkarsko, wybiegany, potrafiący wziąć ciężar w środku na siebie. Nie będzie się bał, nie będzie się chował, tylko wyjdzie do każdej piłki jak po swoje.

Dzisiaj był bliski trzech konkretów – najpierw jego strzał z dystansu niewiele minął słupek, potem kropnął w poprzeczkę. To raczej na plus aniżeli na minus, u gorszych zawodników to są próby w krzaki, a nie warte opisania w tekście, natomiast ostatni moment – sam na sam z Mądrzykiem – trzeba strzelić. Repkę wyręczył więc Wasielewski, który po idealnym podaniu od Nowaka, nie dał szans bramkarzowi Stali. Sami widzicie: jest jakość. Cholernie groźny był Repka, dobry mecz rozgrywał Nowak, jak zwykle techniką potrafił błysnąć Galan, obrona nie przeciekała zbyt często. Oglądało się to naprawdę dobrze i GKS nawiązywał do swoich dobrych partii z jesieni.

Nie najlepszych, ale dobrych – tak.

Natomiast – choć może to efekt stęsknienia za ligą – przed kolejnymi meczami optymistami mogą być kibice jednych i drugich.

gol24.pl – GKS Katowice pokonał Stal Mielec. Asysta Bartosza Nowaka jeszcze ładniejsza od gola Marcina Wasielewskiego

Wróciła PKO Ekstraklasa i od razu dała nam widowisko. W żywym meczu GKS Katowice wygrał ze Stalą Mielec przy Bukowej 1:0. Jedynego gola dla beniaminka zdobył po przerwie boczny obrońca Marcin Wasielewski, którego świetnie obsłużył Bartosz Nowak.

Działo się naprawdę sporo w pierwszym ligowym meczu po przerwie zimowej. GieKSa mogła podwyższyć skromne prowadzenie i zawczasu zamknąć mecz. Mogła też odpowiedzieć Stal, ale jej piłkarze źle nastawili dziś celowniki. Już przed przerwą z bliska spudłował Bert Esselink.

Ciekawie było zwłaszcza po przerwie. Najpierw słupek obił Sebastian Bergier. Potem obramowanie obił również debiutujący u gości Pyry Hannola. Aż wreszcie w 62 minucie o triumfie gospodarzy przesądził Marcin Wasielewski. Po świetnym dograniu na wolne pole od Bartosza Nowaka przepchnął Mateusza Matrasa, a potem pewnym strzałem pokonał Jakuba Mądrzyka.

Mecz śledziło 7057 widzów w tym około 300 z Podkarpacia. – To zasłużone zwycięstwo GieKSy. Zagrała swoje i wygrała – podsumował w Canal+ Sport Kamil Kosowski.

Stal przebiegła ponad 120 kilometrów, ale oddała ledwie jeden celny strzał. Dzięki wygranej GKS przeskoczył w tabeli Widzew Łódź – jest dziewiąty.

Piłkarz meczu: Marcin Wasielewski

Atrakcyjność meczu: 6/10

hej.mielec.pl – GKS Katowice – FKS Stal Mielec. Nie tak miało być

Pierwsza połowa, pierwszego meczu ekstraklasy w 2025 roku mogła rozczarować. Tylko momentami spotkanie stało na wysokim poziomie, a w obu ekipach – chociaż wydaje się, że bardziej po mieleckiej stronie – w oczy raziła niedokładność.

Początek zawodów należał do gospodarzy, którzy mocno naskoczyli na Stal, dwukrotnie zakotłowało się w mieleckim polu karnym, ale zabrakło nawet celnego strzału.

Stalowcy starali się ukąsić po kontrach i podaniach z bocznych sektorów na pięć metrów przed bramkę Kudły. Tam trzykrotnie trafiły dobre dośrodkowania, ale zmarnowali je Getinger, Shkurin i Esselink.

W drugiej połowie to Stal lepiej wyglądała, częściej utrzymywała się przy piłce, wstrzeliwała piłki w pole karne, a Hannola obił słupek strzałem z kilkunastu metrów.

Ale prowadzenie objęli gospodarze. Do 62. minuty dwukrotnie gościli w mieleckim polu karnym. Za pierwszym razem obili słupek, za drugim razem Nowak wypuścił w wyścig Wasielewskiego, ten wygrał najpierw pojedynek z Matrasem, następnie w sytuacji sam na sam pokonał Mądrzyka. 1:0 dla GieKSy w 62 minucie.

Gospodarze chcieli szybko rozstrzygnąć mecz, kilkadziesiąt sekund później efektownym strzałem Repka trafił w poprzeczkę.

Problemem mielczan była ofensywa. Shkurin dotychczas zawodził zupełnie. Wreszcie trener Janusz Niedźwiedź zamienił go na Wolsztyńskiego, który w 82. minucie był bardzo blisko wyrównania. Po strzale głową pomylił się o około 20 centymetrów.

Stalowcy „cisnęli” do końcowych sekund, ale za wiele nie „wycisnęli”. GKS nie był zauważalnie lepszy, ale Bartosz Nowak trafił jednym podaniem w złe ustawienie mieleckiej defensywy mecz rozstrzygnął.

Zespół trenera Janusza Niedźwiedzia zaliczył swoje „klasyczne” spotkanie wyjazdowe, gdzie chwila czy dwie chwile nieuwagi kosztują trzy punkty. Teraz czas na walkę na własnym stadionie.

sport.tvp.pl – GKS Katowice z kompletem punktów. Zespół Rafała Góraka lepszy od Stali Mielec

[…] W pierwszej fazie więcej ciekawego działo się pod bramką gości, ale to zawodnicy Janusza Niedźwiedzia byli bliżej wyjścia na prowadzenie. Doskonałą szansę zmarnował bowiem Krystian Getinger, który w 21. minucie – po centrze Patryka Dadoka – przestrzelił głową z bliskiej odległości.

Problemy z celnością miał również Bert Esselnik. Holenderski defensor niedługo przed zmianą stron w sobie tylko wiadomy sposób fatalnie spudłował z pięciu metrów. To powinien być gol.

Miejscowi mieli swoje okazje. Dobrą, aczkolwiek niecelną próbą zza pola karnego popisał się Oskar Repka, a chwilę później czujność między słupkami zachował Jakub Mądrzyk, zatrzymując groźne uderzenie z dystansu Sebastiana Bergiera.

Napastnik gospodarzy kolejny raz szukał szczęścia w 54. minucie. Wówczas zabrakło mu już niewiele – futbolówka po strzale głową 25-latka trafiła jednak w słupek.

Ekipa Rafała Góraka ostatecznie przełamała defensywę przeciwnika w 62. minucie. Bartosz Nowak posłał prostopadłe podanie do Marcina Wasielewskiego, który uciekł obrońcy i w sytuacji sam na sam pokonał golkipera rywala.

Katowiczanie próbowali pójść za ciosem. Najpierw w poprzeczkę przymierzył Oskar Repka, a następnie piłkę po próbie tego samego zawodnika sprzed linii bramkowej wybił ofiarnie interweniujący Mateusz Matras.

Przyjezdni dość nieoczekiwanie mogli odpowiedzieć w 82. minucie. Szansę na wyrównującego gola miał Łukasz Wolsztyński, ale ten uderzył głową pół metra obok bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę.

Dzięki wygranej, GKS wskoczył na dziewiąte miejsce w tabeli. Stal jest trzynasta i ma tylko punkt przewagi nad będącą w strefie spadkowej Koroną Kielce. W następnej kolejce podopieczni Rafała Góraka zmierzą się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa (8 lutego).

podkarpacielive.pl – Stal Mielec przegrała z GKS-em Katowice

[…] Ryzykownie od tyłu próbowała rozgrywać swoje akcje Stal Mielec, przytrafiały się na początku błędy w podaniach. Dlatego też w 10. minucie groźny strzał tuż obok słupka oddał Oskar Repka, po tym jak jego koledzy odebrali piłkę rywalom.

Pierwszy kwadrans należał do piłkarzy GKS-u Katowice, którzy byli pewniejsi w swoich poczynaniach na boisku. Drużyna z Podkarpacia miała kłopoty, aby utrzymać się z futbolówkę dłużej na połowie przeciwników.

Pierwszą dogodną okazję Stal miała w 22. minucie, gdy Sergiy Krykun dośrodkował piłkę na głowę Ilyi Shkurina, lecz ten chybił nad bramką. To była pozytywna akcja, która pomogła napędzić ofensywne poczynania.

Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy wyborną okazję miał Bert Esselink, któremu spadła piłkę pod nogi po wrzutce Sergiy Krykun i odbiciu futbolówki głową przez jednego z obrońców rywali. Holender powinien otworzyć rezultat w tym starciu.

Pierwsza połowa skończyła się bezbramkowym remisem. Ostatnie minuty tej części starcia należały do przyjezdnych, którzy bardziej atakowali bramkę rywali i utrzymywali się dłużej z futbolówką przy nodze.

W 53. minucie lewą stroną boiska ruszył z piłką Borja Galan, Hiszpan ograł Alvisa Jaunzemsa i dośrodkował futbolówkę do Sebastiana Bergiera. Wysoki napastnik wyskoczył w powietrze i uderzył piłkę głową w słupek bramki gości.

Kilka minut później bardzo bliski gola był Pyry Hannola, który otrzymał zagranie od Alvisa Jaunzemsa. Fin przyjął i technicznym strzałem postraszył golkipera rywali, „pomylił się o włos”. To była mocna odpowiedź mieleckiej ekipy na ataki rywali.

W 62. minucie GKS Katowice wyszedł na prowadzenie. Wyśmienitą piłkę posłał Bartosz Nowak do Marcina Wasielewskiego, który przepchnął Mateusza Matrasa i wyszedł na pozycje sam na sam z bramkarzem rywali. Zawodnik gospodarzy bez najmniejszego problemu umieścił futbolówkę w sieci.

Dwie minuty później w poprzeczkę uderzył Oskar Repka, który był bardzo blisko podwyższenia prowadzenia swojego zespołu. Gospodarze złapali dużą pewność i swobodę w ofensywie, co przekładało się na okazje bramkowe.

dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice na wiosenne dzień dobry zobaczyli zwycięstwo swojego zespołu nad Stalą Mielec

Mecz GKS-u Katowice ze Stalą Mielec oficjalnie otwierał ekstraklasową wiosnę. Gospodarze zdecydowanie liczyli na zgarnięcie pełnej puli, mając w pamięci pierwsze od 19 lat zwycięstwo w elicie, jakie odnieśli w wyjazdowym starciu w drugiej kolejce.

Zespół Rafała Góraka szybko podjął próbę narzucenia swojego stylu gry. Efektem było kilka niezłych kombinacyjnych akcji zwieńczonych niezłymi sytuacjami strzeleckimi, ale bez skutecznego zamknięcia. Goście natomiast spokojnie czekali na swoje szanse i błędy defensywy GKS. W pierwszej połowie przełożyło się to na nietknięty bezbramkowy remis zawierający w sobie dwa celne strzały katowiczan i ani jednego mielczan, przy czym to ci ostatni mieli okazje znacznie lepsze.

W drugiej połowie już w 54 minucie GKS znalazł się blisko szczęścia. Bliżej właściwie się nie dało, bo piłka po strzale głową Sebastiana Bergiera odbiła się od słupka. Ponad 7 tysięcy kibiców (minus grupa przyjezdnych) jęknęło z rozczarowania, ale wtedy mecz zaczął się wreszcie na dobre. Stal odpowiedziała błyskawicznie – po drugiej stronie boiska Pyry Hannola obtarł słupek po prawej ręce Dawida Kudły i w końcu piłka wpadła do siatki w 62 minucie. Bartosz Nowak z własnej połowy podał do Marcina Wasielewskiego, który po przebiegnięciu 30 metrów w sytuacji sam na sam pokonał Jakuba Mądrzyka! Pierwszy gol rundy wiosennej stał się faktem.

GKS poszedł za trafieniem. W 65 minucie uderzenie z dystansu Oskara Repki wylądowało na poprzeczce. Jedenaście minut później w ekipie Rafała Góraka zadebiutował pozyskany tuż przed inauguracją rundy Filip Szymczak, dla którego był to powrót na Bukową po sezonie 2021/22. Wynik nie uległ już jednak zmianie aż do końca i fani GKS zgotowali swoim piłkarzom owację za udany start do rundy wiosennej.

nowiny24.pl – Stal Mielec rozpoczęła wiosnę od przegranej z GKS-em Katowice

W wyjściowym składzie Stali zabrakło kreatywnego pomocnika Macieja Domańskiego. Okazało się, że ma uraz, którego doznał podczas obozu w Hiszpanii i dopiero wraca do pełni sił. Szansę dostał za to Pyry Hannola.

W pierwszych 20 minutach miejscowi postawili na wysoki pressing i kilka razy odebrali piłkę biało-niebieskim na ich połowie. W największych opałach był Sebastian Bergier, ale z jego uderzeniem sprzed „16” poradził sobie Jakub Mądrzyk.

GKS miał jeszcze kilka innych szans, ale nie katowiczanie uderzali niecelnie albo nie kończyli swoich akcji strzałami. W 21. minucie mogło być 0:1, ale Krystian Getinger nie zdołał odpowiednio ustawić głowy, gdy piłkę w pole karne dośrodkowywał (bardzo mocno) Robert Dadok. Za moment po dograniu Sergija Krykuna strzał głową oddał Ilja Szkurin. 5 minut przed końcem pierwszej części gry po dograniu z lewej strony Krykuna do siatki mógł trafić Bert Esselink, ale uderzył lewą nową tuż obok bramki.

Kilka minut po zmianie stron GKS otworzył wynik meczu. Były zawodnik Stali – Bartosz Nowak – w idealnym momencie posłał prostopadłą piłkę do Marcina Wasielewskiego, a ten wygrał pojedynek z Mateusza Matrasem, a następnie posłał piłkę obok Mądrzyka.

Biało-niebiescy próbowali odwrócić losy meczu, ale skończyło się już bez zmiany wyniku. Blisko celu był 10 minut przed końcem Łukasz Wolsztyński po podaniu Hannoli. Piłka uderzeniu „Wolsztyna” głową przeszła obok bramki.

katowice.naszemiasto.pl – GKS Katowice zwyciężył ze Stalą Mielec. Na trybunach dopingowało ponad 7 tysięcy kibiców

Drużyna GKS Katowice od zwycięstwa rozpoczęła wiosenną rundę rozgrywek Ekstraklasy. Na powitanie w piątkowy wieczór ponad 7 tysięcy kibiców zobaczyło triumf zespołu Rafała Góraka nad Stalą Mielec.

Mecz GKS-u Katowice ze Stalą Mielec oficjalnie otwierał ekstraklasową wiosnę. Gospodarze zdecydowanie liczyli na zgarnięcie pełnej puli, mając w pamięci pierwsze od 19 lat zwycięstwo w elicie, jakie odnieśli w wyjazdowym starciu w drugiej kolejce.

Zespół Rafała Góraka szybko podjął próbę narzucenia swojego stylu gry. Efektem było kilka niezłych kombinacyjnych akcji zwieńczonych niezłymi sytuacjami strzeleckimi, ale bez skutecznego zamknięcia. Goście natomiast spokojnie czekali na swoje szanse i błędy defensywy GKS. W pierwszej połowie przełożyło się to na nietknięty bezbramkowy remis zawierający w sobie dwa celne strzały katowiczan i ani jednego mielczan, przy czym to ci ostatni mieli okazje znacznie lepsze.

W drugiej połowie już w 54 minucie GKS znalazł się blisko szczęścia. Bliżej właściwie się nie dało, bo piłka po strzale głową Sebastiana Bergiera odbiła się od słupka. Ponad 7 tysięcy kibiców (minus grupa przyjezdnych) jęknęło z rozczarowania, ale wtedy mecz zaczął się wreszcie na dobre. Stal odpowiedziała błyskawicznie – po drugiej stronie boiska Pyry Hannola obtarł słupek po prawej ręce Dawida Kudły i w końcu piłka wpadła do siatki w 62 minucie. Bartosz Nowak z własnej połowy podał do Marcina Wasielewskiego, który po przebiegnięciu 30 metrów w sytuacji sam na sam pokonał Jakuba Mądrzyka! Pierwszy gol rundy wiosennej stał się faktem.

GKS poszedł za trafieniem. W 65 minucie uderzenie z dystansu Oskara Repki wylądowało na poprzeczce. Jedenaście minut później w ekipie Rafała Góraka zadebiutował pozyskany tuż przed inauguracją rundy Filip Szymczak, dla którego był to powrót na Bukową po sezonie 2021/22. Wynik nie uległ już jednak zmianie aż do końca i fani GKS zgotowali swoim piłkarzom owację za udany start do rundy wiosennej.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.

Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.

Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.

Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.

Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.

Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.

W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.

W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.

W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.

Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.

A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.

Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.

Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.

W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga