Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Kibice GKS Katowice zobaczyli zwycięstwo
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Stal Mielec 1:0 (0:0).
weszlo.com – GKS wygrywa, ale Stal też może mieć nadzieje na przyszłość
Czekaliśmy na powrót Ekstraklasy z utęsknieniem, bo choć to często przaśna liga, to jednak ta przaśność jest nasza i już. Może lepiej grają w Premier League, może lepiej zarządzają w Bundeslidze, ale tyle zabawy co my, na pewno nie mają. Ponadto – naprawdę po tym pierwszym meczu nie możemy narzekać na jakość, bo spotkanie GKS-u ze Stalą oglądało się bardzo przyjemnie.
Ujmijmy to tak: nie był to mecz głupich drużyn, które nie wiedzą, co chcą zrobić, pałują, byle pałować, a nuż się uda. Nie – obie ekipy miały na to spotkanie plan i przyzwoitych wykonawców. U Stali może nie imponowało, ale zachęcało do skinięcia z uznaniem głową to, że próbowała grać od tyłu. Wiadomo, że najłatwiej jest wybić, poszukać zgrania, ale Stal – mimo oczywistych ograniczeń – na łatwiznę iść nie chciała. I klepała od tyłu, czasem z obawą, że serce trenera Niedźwiedzia tego nie wytrzyma, ale jednak się udawało. Co więcej – zdarzyło się, że goście w ten sposób przenieśli ciężar gry pod pole karne GKS-u.
Brakowało im celnych strzałów, ale groźne sytuacje były – Getinger z piątego metra zabiegł się za piłkę, a mógł wykonać wyrok. Z kolei śliczny rogalik Hannoli musnął tylko słupek, a gdyby wpadło, mielibyśmy po pierwszym meczu gola kolejki.
Zatem – jeśli ktoś spojrzy tylko w statystyki, uzna, że Stal zaprezentowała dramacik, ale nie, nie, spokojnie. Jest na czym budować dalej w tej rundzie, po prostu GKS to więcej niż porządna drużyna. Jeśli kogoś krytykować to Szkurina, bo bardzo mało mu wychodziło i w takiej formie najdalej może przejść z przedpokoju do salonu, a nie do sensownego klubu.
A taki Repka z GKS-u powinien szukać szczęścia w lepszej lidze niż węgierska (i polska). Kumaty piłkarsko, wybiegany, potrafiący wziąć ciężar w środku na siebie. Nie będzie się bał, nie będzie się chował, tylko wyjdzie do każdej piłki jak po swoje.
Dzisiaj był bliski trzech konkretów – najpierw jego strzał z dystansu niewiele minął słupek, potem kropnął w poprzeczkę. To raczej na plus aniżeli na minus, u gorszych zawodników to są próby w krzaki, a nie warte opisania w tekście, natomiast ostatni moment – sam na sam z Mądrzykiem – trzeba strzelić. Repkę wyręczył więc Wasielewski, który po idealnym podaniu od Nowaka, nie dał szans bramkarzowi Stali. Sami widzicie: jest jakość. Cholernie groźny był Repka, dobry mecz rozgrywał Nowak, jak zwykle techniką potrafił błysnąć Galan, obrona nie przeciekała zbyt często. Oglądało się to naprawdę dobrze i GKS nawiązywał do swoich dobrych partii z jesieni.
Nie najlepszych, ale dobrych – tak.
Natomiast – choć może to efekt stęsknienia za ligą – przed kolejnymi meczami optymistami mogą być kibice jednych i drugich.
gol24.pl – GKS Katowice pokonał Stal Mielec. Asysta Bartosza Nowaka jeszcze ładniejsza od gola Marcina Wasielewskiego
Wróciła PKO Ekstraklasa i od razu dała nam widowisko. W żywym meczu GKS Katowice wygrał ze Stalą Mielec przy Bukowej 1:0. Jedynego gola dla beniaminka zdobył po przerwie boczny obrońca Marcin Wasielewski, którego świetnie obsłużył Bartosz Nowak.
Działo się naprawdę sporo w pierwszym ligowym meczu po przerwie zimowej. GieKSa mogła podwyższyć skromne prowadzenie i zawczasu zamknąć mecz. Mogła też odpowiedzieć Stal, ale jej piłkarze źle nastawili dziś celowniki. Już przed przerwą z bliska spudłował Bert Esselink.
Ciekawie było zwłaszcza po przerwie. Najpierw słupek obił Sebastian Bergier. Potem obramowanie obił również debiutujący u gości Pyry Hannola. Aż wreszcie w 62 minucie o triumfie gospodarzy przesądził Marcin Wasielewski. Po świetnym dograniu na wolne pole od Bartosza Nowaka przepchnął Mateusza Matrasa, a potem pewnym strzałem pokonał Jakuba Mądrzyka.
Mecz śledziło 7057 widzów w tym około 300 z Podkarpacia. – To zasłużone zwycięstwo GieKSy. Zagrała swoje i wygrała – podsumował w Canal+ Sport Kamil Kosowski.
Stal przebiegła ponad 120 kilometrów, ale oddała ledwie jeden celny strzał. Dzięki wygranej GKS przeskoczył w tabeli Widzew Łódź – jest dziewiąty.
Piłkarz meczu: Marcin Wasielewski
Atrakcyjność meczu: 6/10
hej.mielec.pl – GKS Katowice – FKS Stal Mielec. Nie tak miało być
Pierwsza połowa, pierwszego meczu ekstraklasy w 2025 roku mogła rozczarować. Tylko momentami spotkanie stało na wysokim poziomie, a w obu ekipach – chociaż wydaje się, że bardziej po mieleckiej stronie – w oczy raziła niedokładność.
Początek zawodów należał do gospodarzy, którzy mocno naskoczyli na Stal, dwukrotnie zakotłowało się w mieleckim polu karnym, ale zabrakło nawet celnego strzału.
Stalowcy starali się ukąsić po kontrach i podaniach z bocznych sektorów na pięć metrów przed bramkę Kudły. Tam trzykrotnie trafiły dobre dośrodkowania, ale zmarnowali je Getinger, Shkurin i Esselink.
W drugiej połowie to Stal lepiej wyglądała, częściej utrzymywała się przy piłce, wstrzeliwała piłki w pole karne, a Hannola obił słupek strzałem z kilkunastu metrów.
Ale prowadzenie objęli gospodarze. Do 62. minuty dwukrotnie gościli w mieleckim polu karnym. Za pierwszym razem obili słupek, za drugim razem Nowak wypuścił w wyścig Wasielewskiego, ten wygrał najpierw pojedynek z Matrasem, następnie w sytuacji sam na sam pokonał Mądrzyka. 1:0 dla GieKSy w 62 minucie.
Gospodarze chcieli szybko rozstrzygnąć mecz, kilkadziesiąt sekund później efektownym strzałem Repka trafił w poprzeczkę.
Problemem mielczan była ofensywa. Shkurin dotychczas zawodził zupełnie. Wreszcie trener Janusz Niedźwiedź zamienił go na Wolsztyńskiego, który w 82. minucie był bardzo blisko wyrównania. Po strzale głową pomylił się o około 20 centymetrów.
Stalowcy „cisnęli” do końcowych sekund, ale za wiele nie „wycisnęli”. GKS nie był zauważalnie lepszy, ale Bartosz Nowak trafił jednym podaniem w złe ustawienie mieleckiej defensywy mecz rozstrzygnął.
Zespół trenera Janusza Niedźwiedzia zaliczył swoje „klasyczne” spotkanie wyjazdowe, gdzie chwila czy dwie chwile nieuwagi kosztują trzy punkty. Teraz czas na walkę na własnym stadionie.
sport.tvp.pl – GKS Katowice z kompletem punktów. Zespół Rafała Góraka lepszy od Stali Mielec
[…] W pierwszej fazie więcej ciekawego działo się pod bramką gości, ale to zawodnicy Janusza Niedźwiedzia byli bliżej wyjścia na prowadzenie. Doskonałą szansę zmarnował bowiem Krystian Getinger, który w 21. minucie – po centrze Patryka Dadoka – przestrzelił głową z bliskiej odległości.
Problemy z celnością miał również Bert Esselnik. Holenderski defensor niedługo przed zmianą stron w sobie tylko wiadomy sposób fatalnie spudłował z pięciu metrów. To powinien być gol.
Miejscowi mieli swoje okazje. Dobrą, aczkolwiek niecelną próbą zza pola karnego popisał się Oskar Repka, a chwilę później czujność między słupkami zachował Jakub Mądrzyk, zatrzymując groźne uderzenie z dystansu Sebastiana Bergiera.
Napastnik gospodarzy kolejny raz szukał szczęścia w 54. minucie. Wówczas zabrakło mu już niewiele – futbolówka po strzale głową 25-latka trafiła jednak w słupek.
Ekipa Rafała Góraka ostatecznie przełamała defensywę przeciwnika w 62. minucie. Bartosz Nowak posłał prostopadłe podanie do Marcina Wasielewskiego, który uciekł obrońcy i w sytuacji sam na sam pokonał golkipera rywala.
Katowiczanie próbowali pójść za ciosem. Najpierw w poprzeczkę przymierzył Oskar Repka, a następnie piłkę po próbie tego samego zawodnika sprzed linii bramkowej wybił ofiarnie interweniujący Mateusz Matras.
Przyjezdni dość nieoczekiwanie mogli odpowiedzieć w 82. minucie. Szansę na wyrównującego gola miał Łukasz Wolsztyński, ale ten uderzył głową pół metra obok bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę.
Dzięki wygranej, GKS wskoczył na dziewiąte miejsce w tabeli. Stal jest trzynasta i ma tylko punkt przewagi nad będącą w strefie spadkowej Koroną Kielce. W następnej kolejce podopieczni Rafała Góraka zmierzą się na wyjeździe z Rakowem Częstochowa (8 lutego).
podkarpacielive.pl – Stal Mielec przegrała z GKS-em Katowice
[…] Ryzykownie od tyłu próbowała rozgrywać swoje akcje Stal Mielec, przytrafiały się na początku błędy w podaniach. Dlatego też w 10. minucie groźny strzał tuż obok słupka oddał Oskar Repka, po tym jak jego koledzy odebrali piłkę rywalom.
Pierwszy kwadrans należał do piłkarzy GKS-u Katowice, którzy byli pewniejsi w swoich poczynaniach na boisku. Drużyna z Podkarpacia miała kłopoty, aby utrzymać się z futbolówkę dłużej na połowie przeciwników.
Pierwszą dogodną okazję Stal miała w 22. minucie, gdy Sergiy Krykun dośrodkował piłkę na głowę Ilyi Shkurina, lecz ten chybił nad bramką. To była pozytywna akcja, która pomogła napędzić ofensywne poczynania.
Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy wyborną okazję miał Bert Esselink, któremu spadła piłkę pod nogi po wrzutce Sergiy Krykun i odbiciu futbolówki głową przez jednego z obrońców rywali. Holender powinien otworzyć rezultat w tym starciu.
Pierwsza połowa skończyła się bezbramkowym remisem. Ostatnie minuty tej części starcia należały do przyjezdnych, którzy bardziej atakowali bramkę rywali i utrzymywali się dłużej z futbolówką przy nodze.
W 53. minucie lewą stroną boiska ruszył z piłką Borja Galan, Hiszpan ograł Alvisa Jaunzemsa i dośrodkował futbolówkę do Sebastiana Bergiera. Wysoki napastnik wyskoczył w powietrze i uderzył piłkę głową w słupek bramki gości.
Kilka minut później bardzo bliski gola był Pyry Hannola, który otrzymał zagranie od Alvisa Jaunzemsa. Fin przyjął i technicznym strzałem postraszył golkipera rywali, „pomylił się o włos”. To była mocna odpowiedź mieleckiej ekipy na ataki rywali.
W 62. minucie GKS Katowice wyszedł na prowadzenie. Wyśmienitą piłkę posłał Bartosz Nowak do Marcina Wasielewskiego, który przepchnął Mateusza Matrasa i wyszedł na pozycje sam na sam z bramkarzem rywali. Zawodnik gospodarzy bez najmniejszego problemu umieścił futbolówkę w sieci.
Dwie minuty później w poprzeczkę uderzył Oskar Repka, który był bardzo blisko podwyższenia prowadzenia swojego zespołu. Gospodarze złapali dużą pewność i swobodę w ofensywie, co przekładało się na okazje bramkowe.
dziennikzachodni.pl – Kibice GKS Katowice na wiosenne dzień dobry zobaczyli zwycięstwo swojego zespołu nad Stalą Mielec
Mecz GKS-u Katowice ze Stalą Mielec oficjalnie otwierał ekstraklasową wiosnę. Gospodarze zdecydowanie liczyli na zgarnięcie pełnej puli, mając w pamięci pierwsze od 19 lat zwycięstwo w elicie, jakie odnieśli w wyjazdowym starciu w drugiej kolejce.
Zespół Rafała Góraka szybko podjął próbę narzucenia swojego stylu gry. Efektem było kilka niezłych kombinacyjnych akcji zwieńczonych niezłymi sytuacjami strzeleckimi, ale bez skutecznego zamknięcia. Goście natomiast spokojnie czekali na swoje szanse i błędy defensywy GKS. W pierwszej połowie przełożyło się to na nietknięty bezbramkowy remis zawierający w sobie dwa celne strzały katowiczan i ani jednego mielczan, przy czym to ci ostatni mieli okazje znacznie lepsze.
W drugiej połowie już w 54 minucie GKS znalazł się blisko szczęścia. Bliżej właściwie się nie dało, bo piłka po strzale głową Sebastiana Bergiera odbiła się od słupka. Ponad 7 tysięcy kibiców (minus grupa przyjezdnych) jęknęło z rozczarowania, ale wtedy mecz zaczął się wreszcie na dobre. Stal odpowiedziała błyskawicznie – po drugiej stronie boiska Pyry Hannola obtarł słupek po prawej ręce Dawida Kudły i w końcu piłka wpadła do siatki w 62 minucie. Bartosz Nowak z własnej połowy podał do Marcina Wasielewskiego, który po przebiegnięciu 30 metrów w sytuacji sam na sam pokonał Jakuba Mądrzyka! Pierwszy gol rundy wiosennej stał się faktem.
GKS poszedł za trafieniem. W 65 minucie uderzenie z dystansu Oskara Repki wylądowało na poprzeczce. Jedenaście minut później w ekipie Rafała Góraka zadebiutował pozyskany tuż przed inauguracją rundy Filip Szymczak, dla którego był to powrót na Bukową po sezonie 2021/22. Wynik nie uległ już jednak zmianie aż do końca i fani GKS zgotowali swoim piłkarzom owację za udany start do rundy wiosennej.
nowiny24.pl – Stal Mielec rozpoczęła wiosnę od przegranej z GKS-em Katowice
W wyjściowym składzie Stali zabrakło kreatywnego pomocnika Macieja Domańskiego. Okazało się, że ma uraz, którego doznał podczas obozu w Hiszpanii i dopiero wraca do pełni sił. Szansę dostał za to Pyry Hannola.
W pierwszych 20 minutach miejscowi postawili na wysoki pressing i kilka razy odebrali piłkę biało-niebieskim na ich połowie. W największych opałach był Sebastian Bergier, ale z jego uderzeniem sprzed „16” poradził sobie Jakub Mądrzyk.
GKS miał jeszcze kilka innych szans, ale nie katowiczanie uderzali niecelnie albo nie kończyli swoich akcji strzałami. W 21. minucie mogło być 0:1, ale Krystian Getinger nie zdołał odpowiednio ustawić głowy, gdy piłkę w pole karne dośrodkowywał (bardzo mocno) Robert Dadok. Za moment po dograniu Sergija Krykuna strzał głową oddał Ilja Szkurin. 5 minut przed końcem pierwszej części gry po dograniu z lewej strony Krykuna do siatki mógł trafić Bert Esselink, ale uderzył lewą nową tuż obok bramki.
Kilka minut po zmianie stron GKS otworzył wynik meczu. Były zawodnik Stali – Bartosz Nowak – w idealnym momencie posłał prostopadłą piłkę do Marcina Wasielewskiego, a ten wygrał pojedynek z Mateusza Matrasem, a następnie posłał piłkę obok Mądrzyka.
Biało-niebiescy próbowali odwrócić losy meczu, ale skończyło się już bez zmiany wyniku. Blisko celu był 10 minut przed końcem Łukasz Wolsztyński po podaniu Hannoli. Piłka uderzeniu „Wolsztyna” głową przeszła obok bramki.
katowice.naszemiasto.pl – GKS Katowice zwyciężył ze Stalą Mielec. Na trybunach dopingowało ponad 7 tysięcy kibiców
Drużyna GKS Katowice od zwycięstwa rozpoczęła wiosenną rundę rozgrywek Ekstraklasy. Na powitanie w piątkowy wieczór ponad 7 tysięcy kibiców zobaczyło triumf zespołu Rafała Góraka nad Stalą Mielec.
Mecz GKS-u Katowice ze Stalą Mielec oficjalnie otwierał ekstraklasową wiosnę. Gospodarze zdecydowanie liczyli na zgarnięcie pełnej puli, mając w pamięci pierwsze od 19 lat zwycięstwo w elicie, jakie odnieśli w wyjazdowym starciu w drugiej kolejce.
Zespół Rafała Góraka szybko podjął próbę narzucenia swojego stylu gry. Efektem było kilka niezłych kombinacyjnych akcji zwieńczonych niezłymi sytuacjami strzeleckimi, ale bez skutecznego zamknięcia. Goście natomiast spokojnie czekali na swoje szanse i błędy defensywy GKS. W pierwszej połowie przełożyło się to na nietknięty bezbramkowy remis zawierający w sobie dwa celne strzały katowiczan i ani jednego mielczan, przy czym to ci ostatni mieli okazje znacznie lepsze.
W drugiej połowie już w 54 minucie GKS znalazł się blisko szczęścia. Bliżej właściwie się nie dało, bo piłka po strzale głową Sebastiana Bergiera odbiła się od słupka. Ponad 7 tysięcy kibiców (minus grupa przyjezdnych) jęknęło z rozczarowania, ale wtedy mecz zaczął się wreszcie na dobre. Stal odpowiedziała błyskawicznie – po drugiej stronie boiska Pyry Hannola obtarł słupek po prawej ręce Dawida Kudły i w końcu piłka wpadła do siatki w 62 minucie. Bartosz Nowak z własnej połowy podał do Marcina Wasielewskiego, który po przebiegnięciu 30 metrów w sytuacji sam na sam pokonał Jakuba Mądrzyka! Pierwszy gol rundy wiosennej stał się faktem.
GKS poszedł za trafieniem. W 65 minucie uderzenie z dystansu Oskara Repki wylądowało na poprzeczce. Jedenaście minut później w ekipie Rafała Góraka zadebiutował pozyskany tuż przed inauguracją rundy Filip Szymczak, dla którego był to powrót na Bukową po sezonie 2021/22. Wynik nie uległ już jednak zmianie aż do końca i fani GKS zgotowali swoim piłkarzom owację za udany start do rundy wiosennej.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.


Najnowsze komentarze