Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: może być jeszcze lepiej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przed nami pierwszy akt rywalizacji GieKSy z Jagiellonią, a kolejny już za niespełna dwa tygodnie w Pucharze Polski. Nasz niedzielny rywal swoją uwagę dzieli pomiędzy rozgrywki krajowe i międzynarodowe, całkiem nieźle spisując się zarówno w Ekstraklasie, jak i w Lidze Konferencji. O nastrojach w Białymstoku, letnich transferach i oczekiwaniach przed ligowym starciem z GieKSą rozmawialiśmy z red. Jakubem Sewerynem, byłym pracownikiem biura prasowego Jagi oraz m.in. takich redakcji jak Sport.pl i Ekstraklasa.net.

Niedawno po raz kolejny obejrzałem film „Kilerów dwóch” i przed naszą rozmową nasunęło mi się pewne skojarzenie. Kiedy Kiler przyjeżdża na tenisa do Prezydenta, natychmiast zostaje otoczony wianuszkiem dziennikarzy. Z pewnym zażenowaniem prosi, aby jednak zapytać o coś gospodarza, na co jeden z dziennikarzy rzuca niedbale: to co tam u Pana w państwie Panie Prezydencie? W naszej futbolowej rzeczywistości takimi „kilerami” na celowniku mediów są targana kolejnymi kryzysami Legia, Lech po „aferze gibraltarskiej”, co rusz zmieniający trenerów Widzew czy całkiem świeże zamieszanie w Częstochowie z transferem Marka Papszuna do Warszawy. Tymczasem Jagiellonia, nieco z boku, po cichu robi swoje. Zapytam więc analogicznie: to co tam u was w klubie?
My też mieliśmy swoją małą aferę ze zwolnieniem Rafała Grzyba – legendy Jagiellonii, a ostatnio asystenta trenera Siemieńca. Wiele było spekulacji, ale temat zniknął i niewiele osób do tego wraca, szczególnie po ostatnim zwycięstwie z Pogonią.

Niezależnie od tego Jagiellonia nie zbacza z obranego kursu i na stałe zadomowiła się w czołówce ligi. Nie udało się wprawdzie obronić mistrzowskiego tytułu, ale czy pozycja za plecami Lecha i Rakowa była dla was rozczarowaniem?
Absolutnie nie. W Białymstoku twardo stąpamy po ziemi i wiedzieliśmy, że po sukcesach może przyjść trudniejszy moment. Wiosną toczyliśmy zacięte boje pucharowe m.in. z Brugią czy Betisem, które w końcówce sezonu odbiły się na postawie zespołu. Do ostatniej kolejki trzeba było walczyć o miejsce na ligowym podium – ten cel udało się osiągnąć, dlatego nie mamy prawa narzekać na końcowe rozstrzygnięcia. Zobaczymy, jak będzie wyglądała rywalizacja w obecnych rozgrywkach, bo już nie tylko Jagiellonia i Legia, ale też Lech i Raków grają w Lidze Konferencji. Nikomu nie będzie łatwo w Ekstraklasie, co zresztą już widać po wynikach. Cztery zespoły mają te same warunki, ponadto być może do rywalizacji włączą się kolejne kluby, ale do rozstrzygnięć jeszcze daleka droga.

Spośród wymienionych drużyn Jagiellonia najskuteczniej łączy grę w lidze i Europie, i to drugi sezon z rzędu. To doświadczenie może być przewagą, która ostatecznie przechyli ekstraklasową szalę na waszą korzyść?
Nasz sztab dobrze sobie radzi w tej rzeczywistości i wyciąga właściwe wnioski, gdy nie wszystko idzie po ich myśli. Zdobyli już cenne doświadczenie i nawet w obliczu wielu zmian personalnych w drużynie udaje się utrzymywać wysoki poziom i przede wszystkim punktować. Zarówno poziom rotacji zawodnikami wyjściowej jedenastki, jak i cała logistyka związana z grą w Europie, właściwa regeneracja i niezbędne udogodnienia są odpowiednio poukładane, dlatego w końcówkce rundy jesteśmy w bardzo dobrej sytuacji, a może być jeszcze lepiej.

Inauguracja ligowych rozgrywek mogła jednak zaburzyć pracę tej dobrze wyregulowanej maszyny. Zadrżały serca po łomocie od beniaminka z Niecieczy?
Na pewno wkradła się jakaś niepewność, bo po takim meczu to oczywiste. Wiadomo jak reagują kibice, gdy na własnym stadionie tracisz cztery gole, a mogło być ich nawet więcej. Z drugiej strony można było zakładać, że mecz z Bruk-Betem będzie jeszcze elementem okresu przygotowawczego, który rozpoczęliśmy później niż reszta ligi. Ponadto kadra nie była jeszcze kompletna, a dopasowanie nowych zawodników do systemu gry Jagiellonii wymagało czasu. W drugiej kolejce pokonaliśmy Widzew i choć zwycięstwo nie przyszło łatwo, a do samej gry można było mieć wiele uwag, to decydujący gol Pululu w ostatniej minucie był impulsem mentalnym i drużyna zaczęła się rozkręcać. W pewnym momencie byliśmy nawet liderem Ekstraklasy, a dobrą formę potwierdziliśmy w kwalifikacjach Ligi Konferencji. Dlatego dziś mecz z Termalicą można traktować jako małe zawahanie formy.

Czy ostatnie kolejki można traktować podobnie? Przeciwnicy byli bardziej renomowani, ale mimo wszystko porażki z Górnikiem i Rakowem, a nawet zwycięstwo z Pogonią, na które długo się nie zanosiło, mogą o czymś świadczyć?
Mecz z Rakowem nie świadczy o żadnym kryzysie, podobnie zresztą jak porażka w Zabrzu, gdzie graliśmy tuż po ciężkim meczu w Strasburgu. Pojedynek na stadionie lidera, napędzonego dobrymi wynikami, a także kontrowersyjne decyzje sędziów – można w ten sposób próbować logicznie uzasadnić ten wynik. Z kolei Raków jest klasową drużyną i udowodnił to w Białymstoku, wypracowując sobie dwubramkową przewagę, która mogła być jeszcze większa. Mimo to Jagiellonia zdobyła gola i do ostatniej minuty walczyła o wyrównanie – tym razem się nie udało, ale taką sytuację jestem w stanie zaakceptować. W Szczecinie natomiast rzeczywiście wyglądaliśmy nieciekawie, bo Pogoń nas zdominowała. Graliśmy wtedy co trzy dni i pomiędzy czwartkowym meczem w Skopje a niedzielnym w Szczecinie nie było nawet 72 godzin na powrót i regenerację. Pogoń to wykorzystała, ale to Jaga siłą woli była w stanie przechylić szalę na swoją korzyść. Sztab na pewno wziął pod lupę postawę zespołu w tych spotkaniach, ale wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy jeszcze drużyną, która wróci z Europy i z marszu na tak trudnym terenie jak Szczecin sięgnie po pewne zwycięstwo. Ekstraklasa jest coraz silniejsza, natomiast siłą Jagiellonii jest umiejętność wygrywania meczów, w których nie wszystko układa się po naszej myśli.

W letnim okienku transferowym Jaga została mocno przebudowana. O sile kadry świadczą dziś pozyskani zawodnicy, czy raczej ci, których udało sie w Białymstoku zatrzymać?
Trudno powiedzieć, bo mimo wszystko kilka ważnych ogniw odeszło. Zostali Taras Romanczuk i Jesús Imaz, ale oni już się raczej nigdzie nie wybierają. Został też Sławek Abramowicz, choć ma już godnego następcę między słupkami w postaci Miłosza Piekutowskiego. Z kolei Afimico Pululu nie zawsze jest w topowej formie, ale z dobrej strony pokazują się pozyskani latem Dimítris Rállis i Youssuf Sylla, którzy łącznie mają już na koncie sześć goli. Ważne, że liderzy zostali, ale moim zdaniem ważniejszy jest sposób, w jaki Jagiellonia uzupełniła braki kadrowe i wzmocniła zespół. Dużo pewności w linii obrony dał Andy Pelmard, ponadto sporo obiecuję sobie po Kamilu Jóźwiaku, który jeszcze nie jest w formie, z której pamiętamy go z Lecha czy reprezentacji Polski, ale wnosi coraz więcej do ofensywy. Z kolei w Szczecinie popisał się kluczową interwencją, która uchroniła nas od straty bramki. We wrześniu do zespołu dołączył Sergio Lozano, który jako zawodnik środka pola ma już na swoim koncie sześć goli, w tym wyrównujący z FK Škendija, zdobyty w 90. minucie. Warto również wspomnieć transfery obrońców – Bernardo Vitala i Bartka Wdowika, który dziś jest pewniakiem na swojej pozycji. Alejandro Pozo regularnie grał w La Liga i La Liga 2 i wygrywał Ligę Europy z Sevillą, a w Jagiellonii zaliczył już kilka goli i asyst. Jest też Dawid Drachal, którego bardzo dobrze znacie.

Wydaje mi się, że nie zdążyliśmy go poznać wystarczająco dobrze, zanim zamienił Katowice na Białystok. Jakie wrażenie zrobił na was do tej pory?
W GieKSie Dawid miał problem z regularną grą na swojej naturalnej pozycji, bo duet Kowalczyk-Repka był nie do ruszenia. Z tego powodu był rzucany po innych pozycjach, natomiast w Białymstoku dobrze radzi sobie na „ósemce” i jestem zaskoczony, że aż tak szybko odnalazł się w tej roli. W meczu z FK Novi Pazar wszedł z ławki i rozruszał nasze działania w ofensywie. W kolejnym meczu z Widzewem strzelił gola już w 3. minucie i szybko stał się ważną postacią w kadrze Jagiellonii. Już dał się poznać z bardzo dobrej strony, a spodziewam się, że może dać drużynie jeszcze więcej. Nie tylko w klubie, ale i w reprezentacji U-21, gdzie miał swój udział w ostatnich zwycięstwach z Włochami i Macedonią Północną.

W kontekście reprezentacji młodzieżowej nie sposób nie wspomnieć o innym talencie z Białegostoku, który przyciąga uwagę zarówno mediów, jak i zachodnich agentów. Niespełna 18-letni Oskar Pietuszewski był nawet awizowany jako kandydat do gry w kadrze Jana Urbana. Twoim zdaniem selekcjoner powinien już dziś znaleźć miejsce w reprezentacji dla tego zawodnika?
Nie będę podważał kadrowych decyzji selekcjonera, który na ten moment osiąga maksimum pod względem wyników, a przy odrobinie szczęścia mógł nawet wygrać z Holandią w Warszawie. Trener Siemieniec zwrócił z kolei uwagę, że zarówno decyzja o niepowołaniu, jak i o powołaniu Oskara do kadry A mogłaby się obronić, bo ten zawodnik ma ogromny potencjał. Musi jedynie ustabilizować swoją formę na wysokim poziomie, bo dobre mecze przeplata słabszymi. Tak było w Skopje, gdzie w meczu z FK Škendija nie pokazał nic. Z kolei trzy dni później popisał się kluczową akcją w Szczecinie, zdobywając zwycięskiego gola. Dlatego nie wykluczam, że w przyszłości może być gwiazdą Reprezentacji.

Łatwiej mu będzie zostać gwiazdą Jagiellonii? Można już dziś opierać na nim grę zespołu?
Dzieje się to niejako naturalnie, bo Oskar jest typem zawodnika, który lubi mieć piłkę, nie boi się dryblować i napędza ataki zespołu. To wszystko sprawia, że ofensywa Jagiellonii coraz bardziej zależy od niego i nikt nie musi dodatkowo napędzać tego procesu. Pietuszewski rozwija się jako naturalny lider tej drużyny, który nie będzie miał problemu z udźwignięciem tej roli w przyszłości, kiedy jego forma się ustabilizuje.

Wspomniana akcja bramkowa ze Szczecina powinna była zakończyć się trafieniem Imaza, jednak ten trafił w poprzeczkę i Pietuszewski musiał dobijać. Mimo to Jesús Imaz to chyba dziś największa gwiazda i niekwestionowany lider. Można sobie wyobrazić Jagiellonię bez niego?
Na pewno jest to trudne, aczkolwiek będziemy musieli, bo już za tydzień zagramy kluczowy mecz LKE z Kuopion Palloseura, a Imaz będzie pauzował za czerwoną kartkę. Jestem przekonany, że sztab znajdzie sposób na jego zastąpienie – ja widzę na dziesiątce Sergio Lozano. Jesús nie zawsze błyszczy przez cały mecz, ale w każdej chwili może dać konkret, który zadecyduje o wyniku. Najlepiej świadczą o tym liczby, bo nazbierał już 12 bramek i całkiem sporo asyst. W ostatnich meczach szło mu troszkę gorzej, ale jeśli w niedzielę wyjdzie od pierwszej minuty – a wszystko na to wskazuje – to będzie poważnym zagrożeniem dla waszej defensywy. Jeśli raz spuścicie go z oka, to bramkarz będzie musiał wyjmować piłkę z siatki.

W zeszłym sezonie podzieliliśmy się punktami, bo w obu meczach solidarnie wygrywali gospodarze. Jak wspominasz te pojedynki?
Nie byłem na meczu w Katowicach, ale podejrzewam, że zwycięstwo z Mistrzem Polski było dla was świętem. Jagiellonia umierała wtedy na boisku, bo kilka dni wcześniej grała z Ajaxem, a w Katowicach było wtedy bardzo gorąco. Mimo że można było przełożyć ten mecz, sztab ostatecznie się na to nie zdecydował, czego później żałowano. O wyniku zadecydowały indywidualne błędy i trochę szczęścia przy strzale Galana, gdy piłka odbiła się od Kowalczyka i znalazła drogę do bramki. Jednak nie można powiedzieć, że zwycięstwo GieKSy nie było zasłużone. Być może taki mecz był nam potrzebny, bo następne pojedynki wyglądały już znacznie lepiej. Z kolei w rewanżu pierwsza połowa przebiegała pod dyktando Jagiellonii, a bramkę po stałym fragmencie gry zdobył Romanczuk. W drugiej połowie GKS coraz bardziej dochodził do głosu i mógł się pokusić o wyrównanie. Pokazaliście, że jesteście niewygodnym przeciwnikiem dla Jagiellonii i jestem ciekawy, jak będzie wyglądał nasz niedzielny mecz.

Wiele dobrego nasłuchaliśmy się o postawie GieKSy w poprzednim sezonie, natomiast obecnie wielu wskazuje nas jako kandydata do spadku. Jak ty oceniasz poziom trudności niedzielnego pojedynku dla Jagi?
Jagiellonia nie jest na tyle mocna, by lekceważyć kogokolwiek w Ekstraklasie, dlatego do meczu z GKS-em na pewno podejdzie poważnie. W Białymstoku nauczono się tej uwagi i koncentracji i jestem spokojny o odpowiednie nastawienie. Z kolei GKS przespał moim zdaniem początek okienka transferowego – mam wrażenie, że podobnie jak w Motorze, było u was za dużo zadowolenia dobrymi wynikami w poprzednim sezonie. Każdy zespół musi się jednak rozwijać, bo liga idzie do góry. Ostatnio widać, że GieKSa odżyła i wyglądała naprawdę dobrze. Zaskoczyła mnie jednak porażka, a przede wszystkim przebieg meczu z Piastem. Zastanawiam się, jak GKS zareaguje na taką wpadkę. Jedziecie na trudny teren, skąd tylko Raków i ten pamiętny Bruk-Bet wywiózł punkty. Nie jest łatwo tutaj grać i przekonały się o tym choćby Cracovia, Arka i Korona, które wyjechały z Białegostoku z bagażem goli. Nie wiem, co wydarzy się w niedzielę, bo o ile postawa Jagiellonii jest dość przewidywalna, to forma GKS-u jest dla mnie niewiadomą. Ponadto GieKSa lepiej gra u siebie, a wyjazdy do zespołów z czołówki nie wychodzą wam najlepiej.

Mimo wszystko proszę cię o wytypowanie wyniku niedzielnego starcia.
2:1 dla Jagiellonii po trudnym, wybieganym meczu.

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    Przemo

    22 listopada 2025 at 07:57

    Ciekawy wywiad, dziękuję. Jako kibic Jagi typuję wysoką wygraną gości, bo tylko wtedy mamy szansę przeskoczyć w tabeli Górnika.

    • Avatar photo

      Przemo

      22 listopada 2025 at 11:37

      Gospodarzy chciałem napisać a wyszło jak wyszło i oby się ten mój byk nie sprawdził. Pozdrawiam.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga