Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o wczorajszym meczu: GKS Katowice zmorą faworytów?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Pogoń Szczecin 3:1 (1:0).

gol24.pl – Pogoń Szczecin przegrała z beniaminkiem na start 10. kolejki PKO Ekstraklasy. GKS lepszy przy Bukowej

Pogoń Szczecin przegrała na start 10. kolejki PKO Ekstraklasy przy Bukowej z beniaminkiem. GKS Katowice kontrolował spotkanie. Strzelił w pierwszej połowie gola za sprawą Arkadiusza Jędrycha, a w drugiej połowie dorzucił dwa trafienia. Wpisali się na listę strzelców Sebastian Bergier oraz Mateusz Marzec. Dla Pogoni honorowo trafił Alexander Gorgon. Czy to już twierdza przy Bukowej?

Gospodarze pierwszego meczu 10. kolejki PKO Ekstraklasy, GKS Katowice znakomicie rozpoczęli spotkanie. Byli zdecydowanie pewniejsi od przyjezdnych ze Szczecina. Swoją doskonałą okazję miał Mateusz Kowalczyk. Młodzieżowiec w ekipie beniaminka zdecydował się na strzał z dystansu po odegraniu piętką napastnika Adama Zrelaka. Stojący w bramce Valentin Cojocaru poradził sobie z jego próbą, ale napór podopiecznych Rafała Góraka dalej był widoczny.

W jego wyniku gospodarze przy Bukowej stworzyli sobie jeszcze kilka dogodnych szans. Dobrą miał Bartosz Nowak, ale przesadził z siłą i uderzył nad bramką rumuńskiego bramkarza. Ostrzeżeń już jednak nie było! Arkadiusz Jędrych po dograniu z lewej strony uwolnił się spod krycia rywali i po precyzyjnym strzale mógł się cieszyć z 2. trafienia w sezonie.

W Pogoni najaktywniejsi byli kapitan Kamil Grosicki oraz Wahan Biczachczjan. Ormianin na dobrą sprawę miał kilka dogodnych okazji, raz uderzył zbyt lekko dla bramkarza Dawida Kudły, raz za mocno w trybuny, a raz został zablokowany przez stoperów GieKSy.

Na przerwę przyjezdni schodzili zatem z niekorzystnym wynikiem w województwie śląskim.

Druga połowa przebiegła pod dyktando piłkarzy Rafała Góraka. Beniaminek kontrolował spotkanie i nie pozwalał na zbyt wiele przyjezdnym ze Szczecina. Swoje okazje mieli choćby Oskar Repka, który uderzał w słupek oraz Adam Zrelak, który poszedł na dobitkę. Napastnik ucierpiał jednak po starciu z obrońcą klubu z zachodniopomorskiego.

Piłka do siatki na początku połowy wpadła raz. Dwójkowa akcja Zrelaka i Kowalczyka. Młodzieżowiec w drużynie beniaminka wykorzystał jego otwierające podanie na pustą bramkę. Słowak jednak znalazł się wcześniej na ofsajdzie i gola nie było. Swój udział w meczu 10. kolejki zakończył na 79. minucie. Wtedy też zszedł z boiska po sytuacji ze stoperem Portowców.

W samej końcówce padły dwa gole. Jeden dla GKS Katowice. Beniaminek wykorzystał błąd Jakuba Lisa. Wystawiono futbolówkę Sebastianowi Bergierowi i ten przytomnym, leciutkim strzałem pokonał Cojocaru. Mógł celebrować tym samym narodziny dziecka! Gratulujemy! Alexander Gorgon dał jeszcze w doliczonym czasie nadzieję wbijając piłkę do siatki beniaminka.

Przed końcowym gwizdkiem prowadzenie za to podwyższył Mateusz Marzec po dograniu Sebastiana Bergiera. GKS Katowice pokonał Pogoń Szczecin, która przed tygodniem wygrała z Legią Warszawa.

katowickisport.pl – GKS Katowice lepszy od Pogoni!

Piłkarze GKS-u Katowice zmierzyli się w 10. kolejce PKO Ekstraklasy z Pogonią Szczecin. Gracze prowadzeni przez Rafała Góraka zagrali świetne spotkanie i pokonali Portowców, wbijając im trzy bramki.

To było pierwsze ligowe starcie pomiędzy drużynami od 12 lat. Katowiczanie rozpoczęli od mocnego akcentu. Po składnej akcji Czerwińskiego, Zrel’áka i Mateusza Kowalczyka, Valentin Cojocaru pokazał próbkę swoich możliwości i zatrzymał ten strzał. Chwilę później Vahan Bichakhchyan wybijał piłkę z linii bramkowej. Kilka minut później GKS już prowadził 1:0. Märten Kuusk sprytnie podał na 11 metr, gdzie czekał Arkadiusz Jędrych, który uderzył obok słupka i wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Do przerwy podopieczni Rafała Góraka prowadzili 1:0.

Po zamianie stron Pogoń przejęła inicjatywę dążąc do wyrównania. GKS czekał na swoją szansę z kontry. W 78. minucie bliski gola był Zrel’ák, który uderzał głową po podaniu Wasielewskiego, ale Cojocaru dobrze przesunął się w bramce blokując strzał. Do dobitki dopadł Oskar Repka, ale jego strzał zdołał zablokować obrońca. Katowiczanie podwyższyli prowadzenie w pierwszej minucie doliczonego czasu gry za sprawą Bergiera. Przed końcem Pogoni udało się jeszcze zmniejszyć stratę po trafieniu Alesandera Gorgona, ale ostatnie słowo należało dla GKS-u. Wynik meczu ustalił Mateusz Marzec i katowiczanie cieszyli się ostatecznie z dwubramkowego zwycięstwa.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice zgasił Pogoń Szczecin! Ta końcowka meczu przejdzie do historii „starej” Bukowej

Piłkarze GKS Katowice odnieśli drugie domowe zwycięstwo. Po pokonaniu Jagiellonii Białystok tym razem zespół Rafała Góraka odprawił Pogoń Szczecin, a końcówka meczu doprowadziła kibiców do wrzenia z emocji.

Pogoń do Katowic przyjechała z podwójnym apetytem: na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo i awans na drugą pozycję w tabeli Ekstraklasy. Trener gospodarzy Rafał Górak podkreślał, że poprzeczka trudności dla jego zespołu pójdzie maksymalnie w górę, ale dodawał, że jeśli jego zespół będzie trzymał się planu i da radę go zrealizować wówczas nie powinno być źle.

I jego GieKSa rzeczywiście plan szybko wdrożyła w życie, przez pierwszy kwadrans nie dając Pogoni oddechu. W 7 minucie po akcji Alana Czerwińskiego i wracającego do składu Adama Zrelaka kapitalnym strzałem popisał się Mateusz Kowalczyk, ale Valentin Cojocaru zdołał podbić nad poprzeczkę. Padający deszcz z czasem nieco schłodził zapał katowiczan, co próbowali wykorzystać goście, gdy strzał sprzed pola karnego Vahana Biczakczjana podbił jeszcze głową Fredrik Ulvestad i Dawidowi Kudle pomogła poprzeczka. To jednak GKS był zdecydowanie lepszym zespołem i sprawiedliwości stało się zadość w 33 minucie. Wszystko zaczęło się od wrzutu z autu Kowalczyka (on sam się zgłosił do takich akcji, uznając, że rzuca piłką dalej niż inni – przyznał Rafał Górak), ale najważniejsze wydarzenia stały się udziałem trójki stoperów: dośrodkował Marten Kuusk, Lukas Klemenz ściągnął na siebie obrońcę, a kapitan Arkadiusz Jędrych płaskim strzałem przy słupku dał gospodarzom prowadzenie.

Po przerwie Pogoń, czego można było się spodziewać, podkręciła tempo. GKS tym razem musiał skoncentrować się na defensywie, chociaż szukał wciąż szans w kontrach. W 70 minucie trener Robert Kolendowicz zagrał va banque dokonując potrójnej zmiany, w tym Kamila Grosickiego.

Końcówka meczu zamieniła się wulkan emocji. Najpierw GKS podwyższył wynik po pięknej walce Bartosza Nowaka i trafieniu Sebastiana Bergiera. Po chwili Pogoń właściwie wepchnęła się z piłką do bramki gospodarzy i emocje zagęściły się do stanu krytycznego. Ostatnie słowo należało jednak znów do GieKSy! Mateusz Marzec wpadł w pole karne i zamknął mecz, wywołując gigantyczną euforię na trybunach.

Piłkarze GKS-u zafundowali więc kibicom kolejny znakomity spektakl, w dodatku zakończony zwycięstwem.

gs24.pl – W lidze nadal bez wyjazdowego zwycięstwa

GKS Katowice z Pogonią Szczecin zagrał najlepszy mecz w tym sezonie i w pełni zasłużenie pokonał Portowców. Z czterech bramek w spotkaniu trzy zdobyli zmiennicy. Po stronie gości – niezawodny Alexander Gorgon, ale to marne pocieszenie, bo postawa szczecinian mocno rozczarowała.

Remis i trzy porażki – taki był dorobek Portowców w ligowych meczach wyjazdowych przed wyjazdem na Śląsk. Nic więc dziwnego, że kibice i sami piłkarze kręcili nosem i wzajemnie się motywowali do maksymalnego zaangażowania.

[…] Katowiczanie latem tego roku wrócili po kilkunastoletniej przerwie do ekstraklasy. Póki co – jest na 11. miejscu i w tym sezonie raczej będzie się koncentrował na walce o utrzymanie. Pogoń ma inne ambicje – chce wykorzystywać kadrowy potencjał i z powodzeniem walczyć na dwóch frontach. Dodajmy, że właśnie w PP Pogoń grała z GKS sześć lat temu i niespodziewanie przegrała po rzutach karnych.

Trener Robert Kolendowicz na GKS wystawił ten sam skład, który rozpoczynał poprzedni mecz ligowy. Ofensywa Pogoni miała zapracować, by Dawid Kudła wyciągnął kilka razy piłkę z siatki. Bramkarz GKS to zresztą były zawodnik Pogoni. W Szczecinie pojawił się latem 2013 r., ale przez pierwsze sezony był „dwójką”. Jego sytuacja zmieniła się latem 2015 r., gdy Pogoń w dziwnych okolicznościach pożegnała Radosława Janukiewicza. Kudła wskoczył do składu, ale nie spisywał się na tyle dobrze, by na lata zostać „jedynką”. Odszedł w 2017. Reprezentował później Zagłębie Sosnowiec, Górnika Zabrze i od trzech lat GKS.

Gdy mecz się rozpoczął, to pierwszy sprawdzony został jednak Valentin Cojocaru. GKS wyszedł spod pressingu, przeprowadził ciekawą akcję i z dystansu strzelał Mateusz Kowalczyk. Bramkarz Pogoni z trudem wybronił. Po chwili kolejna próba gospodarzy i gdyby nie interwencja Leonardo Koutrisa – GKS objąłby prowadzenie.

Pierwszy celny strzał Pogoni był w 12. minucie. Uderzać mógł Fredrik Ulvestad, ale wyczekał, podał do Wahana Biczachczjana. Jego próba nie miała jednak mocy i precyzji – Kudła pewnie złapał.

Zapał gospodarzy Pogoń stłumiła po 20 minutach i kolejny fragment mniej interesujący, ale cały czas lepsze wrażenie sprawiał zespół GKS i to zostało nagrodzone. Akcja w stylu Pogoni – rozegranie do boku, piłka ze skrzydła trochę cofnięta i Arkadiusz Jędrych płaskim strzałem nie dał szans Cojocaru.

Pogoń trochę przyspieszyła swoje akcje, ale w I połowie to GKS miał dwie wrzutki na tzw. aferę i nie było daleko, by ktoś przeciął lot piłki i skierował ją do siatki.

W przerwie trener Pogoni musiał głęboko spojrzeć w oczy swoich zawodników, by ich odpowiednio ustawić na II połowę. Szkoleniowiec nie zdecydował się na szybkie zmiany w składzie, a w rezerwie miał m.in. Alexandra Gorgona – specjalistę od bramek z ławki.

Pogoń mocno zmieniła jednak swoją grę. Siadła na przeciwnikach i szybko przełożyło się to na sytuacje. Celnie główkował Borges, groźniej strzelał Koulouris, a były też dwa rzuty rożne. GKS kontrował, ale w swoich akcjach za dużo kalkulował i Pogoń te ataki powstrzymywała.

W 61. minucie GKS zdobył gola, ale sędziowie szybko dostrzegli spalonego i go nie uznali. Gdy jeszcze trwała analiza VAR na boisku pojawił się Gorgon, a zszedł Łukasiak.

W 67. minucie GKS znów zaatakował i tym razem Adam Zrelak miał dobrą okazję, ale źle się złożył i okazji nie wykorzystał. Po chwili Pogoń zmieniła trzech zawodników – m.in. Kamila Grosickiego. Automatycznie przemeblowana została obrona i środek pola, a po wejściu Patryka Paryzka to Portowcy przeszli na grę na dwóch napastników, mając po bokach dużo energii. Tyle, że optyczna przewaga w środku boiska nie przekładała się na sytuacje bramkowe. A czas uciekał.

Pogoń w 90. minucie miała róg. Wrzucał Olaf Korczakowski, a główkował Wojciech Lisowski. Celnie, ale w stojącego na linii Kudłę. W odpowiedzi GKS zaatakował. Pogoń nie potrafiła wybić piłkę, dała się ograć na boku, a następnie Sebastian Bergier przepchnął się i płaskim strzałem pokonał Cojocaru.

Sędzia doliczył 6 minut, a w trzeciej doliczonej – Alexander Gorgon zdobył gola po dużym zamieszaniu podbramkowym. Wcześniej próbował on i Koulouris, ale GKS cudem się ratował. Do trzeciej dobitki.

Pogoń cisnęła dalej, ale nadziała się na świetną kontrę. GKS zaatakował prawą stronę, a akcję strzałem pod nogami bramkarza sfinalizował Mateusz Marzec.

igol.pl – GKS Katowice zmorą faworytów? „W tej lidze są tylko na papierze”

Było zwycięstwo z mistrzem, jest zwycięstwo z finalistą Pucharu Polski. Podopieczni Rafała Góraka potrafią grać z najlepszymi.

Sromotna porażka w Śląskim Klasyku odeszła w niepamięć. W piątkowy wieczór GKS Katowice znowu pokazał, że potrafi grać z większymi od siebie. Wreszcie są też punkty, których w ostatnich tygodniach brakowało przy Bukowej. – W tej lidze faworyci są tylko na papierze. My chcemy dawać na boisku to, co mamy najlepsze – przekonywał nas po meczu kapitan „GieKSy”.

GKS Katowice po sensacyjnym zwycięstwie nad panującymi mistrzami Polski pod koniec sierpnia wyraźnie wyhamował, przynajmniej jeśli chodzi o wyniki (zaledwie punkt w trzech kolejnych spotkaniach ligowych). Pechowa porażka w Lubinie po bramce zmiennika, zwycięstwo wypuszczone z rąk w doliczonym czasie gry z Widzewem i zasłużona porażka z Górnikiem.

O ile w meczach z Zagłębiem i Widzewem na boisku nie wyglądało to źle, o tyle w Śląskim Klasyku już niestety tak. Wyróżnić za to spotkanie nie dało się nikogo. Dawid Kudła z blokiem defensywnym popełniali stare błędy, a zawodnicy ofensywni nie stwarzali żadnego zagrożenia (tylko pięć strzałów, dwa celne).

Podopieczni Rafała Góraka za wszelką cenę chcieli teraz udowodnić, że był to tylko wypadek przy pracy. Po części zrehabilitowali się już we wtorek, gdy wyeliminowali z Pucharu Polski niepokonaną dotychczas w lidze Termalikę. Nie była to jednak wygrana efektowna. Niemniej takie mecze też trzeba potrafić przechylać na swoją korzyść, a to w ostatnich latach nie było domeną GKS-u.

W piątek do Katowic przyjechała Pogoń Szczecin, niesiona zwycięstwem nad Legią. Ale po raz kolejny faworyt, a przynajmniej zespół wskazywany na papierze jako lepszy, połamał sobie zęby na meczu z beniaminkiem.

„Portowcy” podzielili los Jagiellonii Białystok (nawet wynik był taki sam) i śmiało w tym aspekcie mogą się z mistrzami porównywać.

GKS Katowice za to znowu pokazał, że potrafi grać z tymi teoretycznie większymi od siebie. Czy przy Bukowej mają patent na faworytów? – Nie rozgraniczałbym zespołów w ekstraklasie na większe i mniejsze. To jest elita, w tej lidze każdy zespół jest duży. Gdyby taki nie był, to w tej najwyższej klasie rozgrywkowej by zwyczajnie nie grał. Każdego rywala szanujemy tak samo – mówił nam po meczu Arkadiusz Jędrych.

– My przede wszystkim skupiamy się na sobie. W tej lidze faworyci są tylko na papierze. Nie chcemy się skupiać na tym, czy gramy z pierwszym, czy drugim zespołem w tabeli. Chcemy dawać na boisku to, co mamy najlepsze. To, nad czym pracujemy w tygodniu. Dziś było to bardzo widoczne – dodał doświadczony obrońca.

Na konferencji zapytaliśmy także trenera Góraka, jak to jest, że „GieKSa” dotychczas najlepsze mecze w ekstraklasie rozegrała przeciwko tym najlepszym (Rakowowi, Jagiellonii i Pogoni Szczecin). Odpowiedź nas jakoś bardzo nie zaskoczyła:

– Tydzień temu pokornie przyjąłem porażkę i wiedziałem, że w drugiej połowie byliśmy od przeciwnika dużo słabsi. Jeśli chodzi o pozostałe mecze, to byłbym z takimi wnioskami ostrożny. Chciałbym prowadzić do tego, żeby drużyna grała na własnych zasadach. Nie chodzi tutaj o dominację rywala.

Ja to widzę i to są rzeczy powtarzalne. Chodzi tutaj o cykliczną pracę. Każdy mecz rozgrywany jest w konkretny sposób, bo jesteśmy do niego dobrze przygotowani. Niekiedy jest to bardziej spektakularne dla oka, a niekiedy trzeba zwycięstwo bardziej wypracować, jak na przykład było to w Mielcu.

Defensywa beniaminka wyciągnęła wnioski po zeszłotygodniowym blamażu w Śląskim Klasyku. Choć przeciwko Pogoni nie udało się zagrać na zero z tyłu (gol stracony w końcówce), to przez większość meczu wyglądało to minimum poprawnie. Jędrych i Kuusk zagrali na swoim dobrym poziomie, a do składu w świetnym stylu wrócił Klemenz.

Grosicki i Koulouris nie mieli kompletnie nic do powiedzenia. Ten pierwszy został zneutralizowany przez Czerwińskiego i właśnie Kuuska. W pobliżu pola karnego co jakiś czas próbował czymś zaskoczyć Biczachczjan, ale nieskutecznie. Boczni obrońcy w ofensywie nie dawali kompletnie nic. Za to należy GKS docenić.

– Wynik jest okazały, ale nie da się ukryć, że ten stracony gol zawsze boli. Padł w końcówce, gdzie mieliśmy dwubramkowe prowadzenie, może pojawiło się troszkę takiego rozluźnienia. No nie jesteśmy idealni, musimy nad pewnymi aspektami pracować. Ale to dobrze, bo jesteśmy ambitnymi ludźmi, chcemy się rozwijać – zapewniał nas kapitan „GieKSy”.

Warto też dodać, że gdy w doliczonym czasie gry przez moment zrobiło się gorąco, katowiczanie zabili ten mecz… nareszcie. – Wracając do tych dwóch niższych poziomów rozgrywkowych, zawsze mieliśmy takie mecze, w których punkty uciekały nam w ostatnich minutach. Tak jakbyśmy musieli coś przeżyć, żeby być w tej lidze mocni i mogli teraz, albo odrobić mecz, albo go zamknąć – zauważył trener Górak. Choć z Widzewem komplet punktów też został wyrwany w końcówce.

GKS po kilku meczach bez zwycięstwa wrócił na odpowiednie tory. – Czy spadł mi kamień z serca po tym zwycięstwie? Myślę, że nie. Najważniejsza tabela będzie po 34. kolejce. To jest klucz. Chcąc nie chcąc, każdy z nas śledzi sytuację i wie, jaka jest wyrównana. Tutaj jeszcze raz mogę się odnieść do tego, że w tej lidze nie ma faworytów – powiedział Arkadiusz Jędrych.

pogonszczecin.pl – Bez punktów w Katowicach
Pogoń Szczecin poniosła porażkę 1:3 w wyjazdowym spotkaniu z GKS-em Katowice. Spotkanie miało emocjonujące zakończenie. Portowcy zdobyli kontaktowego gola w doliczonym czasie gry, ale gospodarze zdołali jeszcze podwyższyć wynik. Honorowe trafienie dla Pogoni zaliczył Alexander Gorgon.

Od początku meczu gospodarze starali się narzucić własny styl gry. Formę Valentina Cojocaru w 7. minucie sprawdził Mateusz Kowalczyk. Po szybkiej kontrze młodzieżowiec zdecydował się na strzał zza pola karnego. Bramkarz Pogoni popisał się świetną paradą i uchronił Pogoń przed stratą bramki. W 15. minucie. Bartosz Nowak lobem próbował zdobyć gola, ale był to strzał niecelny. W 26. minucie piłka trafiła w poprzeczkę bramki GKS-u Katowice. Vahan Bichakhchyan uderzył sprzed pola karnego i po rykoszecie próba okazała się chybiona, ale Dawid Kudła nie miałby nic do powiedzenia. Niestety, to gospodarze objęli prowadzenie w 33. minucie. Po płaskim zagraniu w pole karne z pierwszej piłki uderzył Arkadiusz Jędrych. Jeszcze przed przerwą GKS mógł podwyższyć prowadzenie. Ostatecznie Adrian Zrelak nie zdążył zamknąć akcji. Odpowiedź Pogoni to uderzenie z dystansu Bichakhchyan, jednak było ono chybione.

Zaraz po przerwie bliski dubletu był Jędrych. Stoper znów wcielił się w rolę snajpera i uderzył w kierunku długiego rogu bramki Cojocaru. Ta próba była niecelna. Pogoń oddała celny strzał po dośrodkowaniu z rzutu wolnego. Linus Wahlqvist uderzył jednak zbyt lekko, by zaskoczyć Kudłę. Efthymis Koulouris w krótkim odstępie czasu miał dwie okazję. Najpierw nie opanował piłki i stracił szansę na strzał. W kolejnej akcji otrzymał dalekie podanie od Leo Borgesa i pobiegł na przebój. Rajd zakończył strzałem. Piłka otarła się jeszcze o nogę obrońcy i przeleciała obok bramki. W 77. minucie Adrian Zrelak wyskoczył najwyżej w polu karnym i próbował zmieścić piłkę przy słupku. Cojocaru odbił piłkę. Kolejną próbę zaskoczenia Cojocaru podjął Mateusz Marzec. Piłkę po silnym strzale z około 30 metrów na raty złapał rumuński golkiper. W 90. minucie głową uderzał Wojciech Lisowski. Kudła obronił strzał. Niestety, chwilę później gospodarze podwyższyli wynik spotkania po trafieniu Sebastiana Bergiera. Gola kontaktowego zdobył Alexander Gorgon. Joker w talii trenera Roberta Kolendowicza zmieścił piłkę w siatce po zamieszaniu w polu karnym i po trzeciej dobitce strzału Patryka Paryzka. Pogoń zaatakowała, co wykorzystał GKS i po kontrze Mateusz Marzec ustalił wynik meczu na 3:1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga