Kibice Piłka nożna
Motor Lublin kibicowsko
Motor Lublin to kolejna poważna ekipa kibicowska, która zawita na Bukową w roli „starych znajomych”, z którymi często rywalizowaliśmy, ale wspólnie także przeszliśmy długą drogę, grając ze sobą w 2. lidze czy ostatnio w lutym na zapleczu Ekstraklasy.
O ile dla nas czekanie na powrót do Ekstraklasy 19 lat wydawał się wiekami, to nie wiem, jaką ulgę czuli Motorowcy, dla których powrót do elity po 32 latach musiał brzmieć jak powrót z zaświatów.
Ruch kibicowski w Lublinie podobnie jak praktycznie w każdej ekipie z większego miasta na dobre rozrósł się w latach 80., kiedy Motor grał już w Ekstraklasie i zapoczątkowała się właśnie nasza rywalizacja.
Jedyna zgoda Motorowców to oczywiście Śląsk Wrocław. Sztama, która powstała w 1989 roku, trwa właśnie 35. rok i trzeba przyznać, że to przyjaźń z prawdziwego zdarzenia, która przetrwała absolutnie wszystko, a kilometry dla obu ekip są najmniejszym problemem. Od 2018 roku mają również układ chuligański z Hetmanem Zamość, który był kością niezgody dla Chełmianki Chełm, z którą po 38 latach zakończył Motor przyjaźń.
W przypadku Chełmianki i wieloletniej przyjaźni z nimi, doszła 2008 roku relacja z Górnikiem Łęczna. Sojusz nazywał się Wschodnią Hordą i ta koalicja działała na niwie chuligańskiej kilkanaście lat. Obecnie Chełmianka i Górnik sami tworzą zgodę, z kolei Motor został z Hetmanem u swojego boku. Z Górnikiem układ chuligański padł w zeszłym sezonie.
Dawne sztamy Motoru to także Legia Warszawa, Jagiellonia Białystok, Wisła Kraków czy Zagłębie Sosnowiec. W 1997 roku zawarli także układ chuligański z Czuwajem Przemyśl podczas wyjazdu do Świdnika, ale szybko padły relacje.
Niedawno nawiązali prywatne kontakty z Dynamem Drezno, czyli jednym z najpoważniejszych graczy na niemieckiej scenie kibicowskiej. Podczas świętowania w Gdyni przez Motor powrotu do Ekstraklasy, ekipa SGD wsparła Motorowców w 12 osób. Dynamo dawniej to była oczywiście wieloletnia relacja z nami, ale wszystko zakończyło się w 2006 roku, więc można to nazwać pomału dawnymi dziejami. Niemniej wielu naszych fanów do dziś dobrze wspomina chłopaków z Drezna.
Między GKS-em a Motorem od połowy lat 80. była kosa, a to za sprawą naszej sztamy z Avią Świdnik, czyli najbardziej znienawidzonej ekipy w regionie przez Motor. Na początku lat 80. jeden z fanów Avii odwiedzał rodzinę, którą miał w Katowicach, a przy okazji wybierając się na Bukową poznał fanów GieKSy. Jesienią 1984 roku graliśmy swój mecz ligowy w Lublinie, na który wybrało się 20 fanów GieKSy i kibice Avii w 30 głów postanowili nas wesprzeć, co było początkiem zgody. Później za każdym razem, kiedy GieKSa jechała do Świdnika, trzeba było dojechać do Lublina pociągiem, zanim złapało się PKS do Świdnika, więc musieliśmy stoczyć walkę z chuliganami Motoru, którzy pilnowali dworca. Od sezonu 1983/1984 do 1991/1992 Motor był naszym rywalem w lidze i Avia dawała wsparcie GKS-owi. Gdy Motor pożegnał się z Ekstraklasą w połowie lat 90., GieKSa jeździła do Świdnika wspierać FKS w derbach Lubelszczyzny z Motorem. Avia także nas wspierała podczas finałów Pucharu Polski – w 1985 roku w Warszawie, kiedy zagraliśmy po raz pierwszy z Widzewem Łódź; na Stadionie Śląskim w 1986 roku, kiedy wygraliśmy pierwszy swój tytuł czy ponownie w Warszawie 1995 roku, kiedy doszło do dantejskich scen. Zgoda została zakończona wiosną 1996 roku podczas meczu z Legią Warszawa.
Z Motorem Lublin nie widzieliśmy się 15 lat w lidze. Dopiero we wrześniu 2007 roku, po naszej odbudowie ze zgliszczy i maszerowaniu z III ligi trafiliśmy się z Motorowcami na zapleczu Ekstraklasy. W tym samym roku GieKSa zawarła układ chuligański z Torcidą oraz odnowiła kontakty z JKS-em Jarosław, z którym w połowie lat 90. mieliśmy kontakty kibicowskie. Motor do Katowic przyjechał w 450 głów, co do dziś jest ich najlepszą liczbą w historii. Podczas wyjazdu Motoru do stolicy Górnego Śląska nasza koalicja Banik Ostrava – GKS Katowice – Górnik Zabrze – JKS Jarosław chciała w ponad 200-osobowym składzie przywitać się do długiej rozłące, ale jadący przez Kielce chłopaki z Motoru zobaczyli się z Koroniarzami, którzy zbierali się na swój wyjazd i doszło tam do starcia. Największe harce zaliczyli jednak z policją, która została ciężko obita i na powrocie 10 km przed Lublinem zatrzymała pociąg, w którym kibice Motoru zostali spacyfikowani. Wszyscy nagrywani, wylegitymowani i trwało to wszystko do samego rana. Brzmi znajomo?
Rewanżu w 2008 roku nie doczekaliśmy się. Po wyjeździe do Stalowej Woli w marcu 2008 roku i terroru, jaki zafundowali nam policyjni sadyści, zapadła decyzja o zawieszeniu wyjazdów przez spore konflikty z prawem i skupić się musieliśmy na prawnej pomocy dla wielu kolegów, którzy za darmo poszli siedzieć. Także oprócz Lublina, który byłby najciekawszym wyjazdem, przez akcję Mydlniki przepadły nam również wyjazdy do Warszawy (Polonia), Płocka, Poznania na Wartę, Turku (dwukrotnie) i Łowicza.
W 2008 roku fani Motoru ponownie zawitali na Bukową. Tym razem było ich 149 osób, w tym 6 Śląsk Wrocław, ale wszystkim w pamięci zapadła oryginalna prezentacja – nie używając żadnych elementów oprawy – stworzyli napis „CHWDP”, co wyglądało naprawdę kozacko na sypiącej się już Trybunie Północnej.
Rewanż był w kwietniu 2009 roku i był to nasz wyjazd rundy. Do Lublina wybrało się 500 GieKSiarzy pociągiem specjalnym. Na powrocie miała atakować Cracovia z GKS-em Tychy w rewanżu za lanie, które dostani chwilę wcześniej przez bandę KSGKS podczas wyjazdu tyszan do Szczecina, ale czegoś zabrakło, tyscy raczej znają najlepiej odpowiedź.
W sezonie 2009/2010 zagraliśmy w Lublinie. Na wrześniowy wyjazd w środę wybrało się jedynie 64 fanatyków GieKSy. Kibice Motoru na stadionie protestowali przeciwko cenzurze na stadionach oraz wywiesili transparenty antypolicyjne, o które przyczepił się delegat PZPN. Mecz w drugiej połowie nie został wznowiony, dopóki fani Motoru nie zdjęli przekreślonego logo PZPN-u i policjanta z pałką, uczynili to po namowie swoich zawodników, ale odbiło się to szerokim echem w lokalnej społeczności. Wszyscy kibice solidarnie manifestowali swoje zaniepokojenie, tym jak są traktowani służby mundurowe.
Wiosną 2010 roku zagraliśmy sami. Fanów RKS-u zabrakło przez zamkniętą Trybunę Północną ze względu na opinię od nadzoru budowlanego i musieliśmy czekać kolejne 10 lat, aby się zobaczyć. Tym razem na poziomie II ligi…
W listopadzie 2020 roku liga trwała w tle toczącej się pandemii, kiedy wszystkie mecze na polskich stadionach rozgrywane były bez udziału publiczności. Fakt, że wtedy polski rząd już zezwolił na otwarcie galerii handlowych, ale stadiony zawsze miały wyjątkowe traktowanie przez wiadome organy.
W maju 2021 roku polskie stadiony mogły się już otwierać, ale tylko w 25 proc. pojemności, nie wspominając o braku przyjmowania kibiców gości. Zarząd Motoru zachował się z klasą i mimo ograniczonej pojemności stadionu, udostępnił nam z tej puli bilety, dzięki czemu GieKSiarze pierwszy raz od września mogli pojechać na swój wyjazd, zaliczając go w 311 głów, w tym 16 JKS Jarosław i 3 Górnik Zabrze. Takie rzeczy się pamięta!
W tym samym sezonie GKS wywalczył awans, natomiast Motorowcy dołączyli do nas w sezonie 2023/2024 jako beniaminek. W sierpniu pojechaliśmy pociągiem specjalnym w 762 osoby, w tym 102 Górnik, 30 ROW Rybnik, 29 JKS i gościnnie 11 Wisłoka Dębica, co było naszą najlepszą liczbą w historii na stadionie Motoru.
W lutym tego roku Motor po 16 latach mógł się pojawić na Bukowej. Mimo beznadziejnego terminu, jakim był poniedziałek, goście przyjechali w znakomitej liczbie 356 głów, w tym 62 Śląsk Wrocław.
Jutro przyjadą ostatni raz zobaczyć legendarny Blaszok, a my zagramy swój pierwszy mecz na poziomie Ekstraklasy od 1992 roku, co jest niezłym zwieńczeniem naszej rywalizacji, w której obie ekipy udowodniły całej kibicowskiej Polsce, czym jest wierność i niezłomność.
Felietony Piłka nożna
GieKSa bawi się w Opalenicy
No i panie, dwie kolejki Mundialu za nami, a nawet i kawałek trzeciej. Oczy całego świata zwrócone są na Amerykę, gdzie rywalizują ci najlepsi, średni, słabi i beznadziejny. Brylują jak na razie największe gwiazdy światowego futbolu. Mbappe, Haaland, Kane (w pierwszym meczu), Vini. Oni pokazują, że naprawdę są najlepsi. Dowożą. I zapowiadają już od początku, że te mistrzostwa będą ich. Nawet ten nieszczęsny Cristiano po pierwszym bardzo słabym meczu, w drugim już swojego gola strzelił i zagrał bardzo dobrze. Świetnie spisuje się Francja, Argentyna czy Norwegia. Naprawdę dają radę Niemcy z Denisem Undavem. Rzeczona Portugalia i Hiszpania po wtopach w pierwszych spotkaniach dały dalej pokaz siły. Świetnie spisuje się Japonia, która naprawdę może zajść daleko.
Nie brakuje też wielkich rozczarowań. Na przykład zawsze niegroźny Urugwaj, takim jest i tym razem. Od kilku dekad to przerost formy nad treścią, podobnie jak postać Marcelo Bielsy, który chyba zjada swój własny ogon. Miał podymić Ekwador, ale tak naprawdę już dziś z hukiem może zakończyć się jego przygoda, chyba że sprawią sensację z Niemcami. Skompromitowali się Czesi. Dała ciała Korea, która czeka na rozstrzygnięcia innych grup i dozę szczęścia.
Odrodziło się niespodziewanie RPA, które przecież grało fatalnie w pierwszych dwóch meczach, a z Koreą właśnie zaprezentowali się z bardzo dobrej strony i nie z trzeciego, a z drugiego miejsca awansowali do dalszych gier. Mamy też te maskotki, ale jak się okazuje nie jako dostarczycieli punktów. Curaçao potrafiło zdobyć punkt z Ekwadorem, ale furorę zrobiła Republika Zielonego Przylądka, która zremisowała z dwoma byłymi mistrzami świata, w tym z Urugwajem po naprawdę spektakularnej grze. Mamy Ghanę, która co prawda gra lekki antyfutbol, ale cztery punkty już zainkasowała.
„Nasi” z ekstraklasy nie notują dobrego turnieju. Amir Al-Ammari i Hussein Ali zaliczyli solidne wtopy. Paulsen z Lechii nie grał, ale jego Nowa Zelandia też jest na wylocie z turnieju, choć sprawiła niespodziankę remisem z Iranem. Kapuadi cieszył się z remisu z ekipą CR7, ale z Kolumbią jego DR Konga zagrało beznamiętnie i przegrało. Samed Bażdar za to zaliczył kawałek meczu z Kanadą, a jego Bośnia awansowała do fazy pucharowej. Cały czas żałuję, że kontuzję odniósł Ali i nie wspomaga Iranu, a przecież w takim meczu jak z Belgią i grze w przewadze byłby jak znalazł dla tej zmagającej się z wieloma przeciwnościami reprezentacji.
To wszystko dzieje się dobrych kilka tysięcy kilometrów stąd. Kilkaset kilometrów od Katowic natomiast mają miejsce również wydarzenia bardzo ważne. GKS Katowice przebywa obecnie na zgrupowaniu w Opalenicy i dzisiaj właśnie rozegrał swój pierwszy mecz sparingowy.
Przyznam szczerze, że coś mało mi tej piłki najwidoczniej. Na ten moment obejrzałem wszystkie mecze Mundialu. Łatwe to nie jest, zwłaszcza jeśli chodzi o pojedynki o piątej czy szóstej rano. Nieraz oko leciało. Nieraz zaczynało mi się coś śnić niemal mając otwarte oczy. Ich zamknięcie na kilka sekund to było potężne ryzyko przeoczenia. Ale wytrwałem. I oby udało się dociągnąć to do końca, bo Mundial to wyjątkowa impreza.
No ale ileż można czekać do wieczora, do kolejnych meczów. Akurat sobie buszowałem po YouTubie i zobaczyłem, że zaraz zaczyna się transmisja LIVE ze sparingu ze Świtem Szczecin. Idealnie. W końcu będzie można pooglądać piłeczkę w jeszcze lepszym wydaniu niż ta od Infantino.
I jak się okazało, niekoniecznie jest to żart. Oglądanie tego meczu kontrolnego to była istna przyjemność. Polot, z jakim grała GieKSa, ten luz, ten ciąg na bramkę był naprawdę imponujący. Raz po raz nasz zespół stwarzał sobie sytuacje i zamieniał je na gole. Ale jakie to były bramki, jakaż to była uroda! Bartek Wolski zabawił się w Bartka Wolskiego i w swoim stylu zdobył gola z 16 metrów. Borja to nie wiem czy specjalnie tak podbijał czy co, ale wyszedł bardzo efektowny lob. Wykończenie Ilji w sytuacji sam na sam też było godne najlepszych napastników. Zresztą Ilja ustrzelił hat-tricka i to bardzo cieszy. Niech chłopak nabiera tej pewności właśnie w finalizacji, bo to co często było widać na wiosnę – to że szukał idealnej pozycji do uderzenia, podczas gdy można to było robić wcześniej. Każdy gol – nawet w sparingu – ma dawać zawodnikowi pewność i przekonanie, że po prostu trzeba próbować, a trafienia przyjdą. Cały ten sparing wyglądał jak zabawa z piłką radosnych ludzi.
Wiadomo, że to tylko sparing i jak mawiał klasyk, do wyników sparingów nie ma co przykładać wagi. Choć mam jednak wrażenie, że to twierdzenie ma swoją jedną stronę „bardziej”. Mianowicie taką, że słabe wyniki w sparingach nie przekładają się później na ewentualną słabą grę w lidze (choć przecież czasem się przekładają). Ale myślę jednak, że dobra postawa i wyniki w sparingach mogą bardzo mocno podziałać pozytywnie – przede wszystkim w kwestii psychologicznej.
Nie zapominajmy, że przychodzą do nas nowi zawodnicy. I jeśli taki rzeczony Bartek Wolski w swoim debiucie wygrywa 7:0 i strzela gola, to przecież może sobie pomyśleć „kurde, ale fajnie trafiłem”, podjarać się i może być z tego wielki pożytek. A Pau Resta podpisał dziś kontrakt i dokładnie to samo. Chodzi o to, żeby te tryby się naoliwiały, a mechanizmy nakręcały. O to ma też zadbać Dawid Szwarga, który nieoczekiwanie wzmocnił sztab szkoleniowy. Witamy z powrotem!
Zgrupowanie, Opalenica, był Klimczok, jest dobra atmosfera. Na razie idzie bardzo dobrze. Jeszcze Olek Paluszek się wyleczył i jest na obozie. Nie ma co oczywiście popadać w euforię, ale warunki początkowe nadchodzącego sezonu wyglądają bardzo dobrze. Jeszcze mamy w perspektywie te puchary i Żilinę lub Hajduka. I inaugurację ligi w Krakowie. Z każdym tygodniem, z każdym dniem będziemy się nakręcać coraz bardziej.
Cieszy to, że trener mówi, że nie chcą poprzestać na jednej rundzie. Cieszy to, że mówi, że lepiej grać co trzy dni, a nie co tydzień. Widać, że nie używa i nie chce używać żadnych wymówek, tylko po pierwsze – ciężko pracować, ale kurde – no nie da się nie odczuć, że jest podjarany, jak i my jesteśmy. GieKSa to przygoda, teraz kolorowa, choć przez wiele lat była szara, bura i ponura. Teraz jest pięknie.
Czekamy więc, co przyniosą następne dni, będziemy obserwować relacje z obozu, kolejne doniesienia o ewentualnie jeszcze jakichś wzmocnieniach, no i następne sparingi. Do pierwszego meczu pozostaje już niespełna miesiąc. Zleci. A 9 i 16 lipca zasiądziemy – kto wie może przed streamami – i będziemy z wypiekami na twarzy obserwować poczynania Słowaków z Chorwatami. I patrzeć na tych, którzy są… słabsi.
PS Myśleliście, że o czymś zapomniałem? Nie ma tak dobrze. Leo Messi to absolutny Bóg Futbolu. Wspomniany na początku felietonu panteon gwiazd to jedno. Ale osobny jest Leo. Przyjechać na Mundial, mając już na koncie tytuł Mistrza Świata i w wieku 39 lat strzelić pięć bramek w dwóch meczach? Do tego są to wszystkie bramki zespołu. To się wymyka ze wszystkiego. Leo naprawdę przekracza coraz to kolejne limity i zdrowy rozsądek. Teraz to można zastanawiać się, czy nie pobije niemożliwego do pobicia rekordu, czyli 13 bramek Just’a Fontaine’a w jednym turnieju. Droga do tego daleka, ale zrobił taki początek, że w ogóle można to rozpatrywać. Także do boju Leo. Vamos!
Piłka nożna
Gabriel Kobylak 2028
GKS Katowice zdecydował się na transfer definitywny Gabriela Kobylaka z Legii Waszawa. 24-letni bramkarz podpisał z nami umowę do końca czerwca 2028 roku. Kontrakt zawiera opcję przedłużenia o kolejny sezon.
Kobylak występował w podkarpackich drużynach młodzieżowych (Zgoda Zarszyn, Orzeł Bażanówka, Ekoball Sanok i Karpaty Krosno). W 2018 roku trafił do Legii, gdzie najpierw grał w rezerwach a następnie został wypożyczony do Puszczy Niepołomice (2020-22) oraz Radomiaka Radom (2022/23 i wiosna 2024). Po sezonie 2023/24 wrócił do Legii Warszawa, ale nie przebił się na stałe do pierwszej jedenastki. Ze stołeczną drużyną zdobył Puchar i SuperPuchar Polski.
W ostatnim sezonie wystąpił w 8 spotkaniach (6 w rezerwach Legii w III lidze, 1 w Lidze Konferencji i 1 w Pucharze Polski). Na poziomie Ekstraklasy ma rozegrane 47 spotkań, a na jej zapleczu – 50. Ma także skromne doświadczenie pucharowe – wystąpił w 6 meczach w Lidze Konferencji (w tym 1 w eliminacjach).
Życzymy powodzenia w naszych barwach!
Foto: GKSKatowice.eu
Felietony Piłka nożna
Dawid Kudła GKS!
Rzadko zdarza mi się pisać artykuł po odejściu piłkarza GKS Katowice, ale to jest sytuacja, która na to zasługuje. Po pięciu latach opuszcza GieKSę bowiem Dawid Kudła, postać, bez której GieKSa być może nie znalazłaby się w tym miejscu, w którym jest obecnie. Dawid na kilka lat opanował bramkę GKS i walnie przyczynił się do sukcesów naszej drużyny.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat było trochę bramkarzy, którzy notowali świetne momenty, ale ostatecznie zbyt długo miejsca z GieKSie nie zagrzali, względnie kończyli w mniejszej lub większej niesławie. Przypomina mi się Mateusz Kuchta, który przecież miał bardzo dobry okres, ale ostatecznie tyle go w GieKSie widzieliśmy. Był Łukasz Budziłek, który w Katowicach się wypromował i w nagrodę trafił do Legii, ale potem jego kariera to była jedynie równia pochyła. Był Mateusz Abramowicz, który bronił też czasem spektakularnie, ale potem wybrał się na „zasłużone wakacje” i tyle z tego wyszło. Nawet taki Krzysztof Baran, gdy GKS spadał do drugiej ligi był zawodnikiem, co do którego akurat najmniej było zastrzeżeń. I wielu, wielu innych, łącznie z wybierającymi się na wycieczki w pole Antoninem Buckiem czy Sebastianem Nowakiem. Nawet i Bartek Mrozek przecież w drugiej lidze grał w GieKSie, ale wiadomo, że potem poszedł się rozwijać i teraz jest pierwszym bramkarzem Mistrza Polski.
Nie miała GieKSa tego golkipera na lata. Aż w końcu pojawił się Dawid Kudła. Wydawało się bramkarz średni, ze średnich drużyn, grający wcześniej w Górniku czy Pogoni. Ciężko było zachwycać się tym transferem – ot po prostu przychodzi solidny bramkarz i tyle. Pobyt Dawida w Katowicach jednak pokazał, że zawsze i wszędzie można zbudować swoją legendę. Zawodnik wskoczył do bramki i ostatecznie rozegrał w naszych barwach 142 mecze.
Zaczął zaraz po awansie do pierwszej ligi i… nie był to mecz łatwy. GieKSa straciła dwubramkowe prowadzenie, a wyrównująca bramka dla Resovii padła w doliczonym czasie. Taki to był debiut. Kilka kolejek później już uczestniczył w rollercoasterze, gdy w meczu z Zagłębiem Sosnowiec obronił rzut karny, ale… sędzia nakazał powtórzyć jedenastkę i już skutecznie egzekwowali ją goście. Do przerwy GKS przegrywał 0:2, ale cały mecz wygrał 3:2. Były bardzo trudne momenty, gdy w trzech meczach Dawid puścił 11 goli albo GieKSa trzy mecze z rzędu u siebie przegrała. W omawianym sezonie GKS w pewnym momencie był bardzo zagrożony i pojechał na zawsze trudny teren do Olsztyna. W 69. minucie Dawid obronił strzał z jedenastki Patryka Mikity, przy czym to nie był karny z gatunku źle strzelonych – wręcz przeciwnie – Mikita uderzył bardzo dobrze, przy słupku, ale fenomenalnie wyciągnął się nasz bramkarz. Potem Filip Szymczak strzelił gola i GieKSa wygrała 1:0. Mało kto o tym pamięta, ale w przypadku porażki wtedy mogło być naprawdę gorąco. Nie był to też pierwszy obroniony karny w tamtym czasie, bo przecież dwa tygodnie wcześniej zawodnik zatrzymał Piątkowskiego z Polkowic.
Kolejny sezon był bez większej historii i to co można było zapamiętać to, że… zdarzyło się naszemu bramkarzowi puścić gola z połowy boiska, kiedy to fenomenalnym strzałem popisał się Radosław Gołębiowski. Ale ponadto nasz golkiper spisywał się solidnie.
Jednak to kolejne rozgrywki należały do naszego bramkarza. Dość powiedzieć, że w sezonie zakończonym awansem rozegrał od dechy do dechy wszystkie 34 spotkania. Zawodnik był ostoją naszej drużyny, ale na zawsze zapamiętamy mu przede wszystkim ten jeden kluczowy moment, który takim okazał się jednak dopiero po czasie. Okupująca środek tabeli GieKSa mierzyła się w meczu na śniegu z Arką Gdynia i przegrywała 0:1, gdy sędzia Piotr Urban podyktował dla gości rzut karny za faul na… Sebastianie Milewskim. Do piłki podszedł Hubert Adamczyk, ale jego intencje świetnie przeczytał Dawid Kudła i obronił ten strzał. GKS potem wyrównał i mecz zakończył się podziałem punktów.
Wydawało się, że fajnie, że GKS odwrócił częściowo losy spotkania, ale z racji wielkiej przewagi Arki nad GieKSą nikt specjalnie wielkiego znaczenia temu faktowi nie nadawał. Ot Arka utrzymała 12-punktową (!) przewagę zamiast powiększyć ją do oczek piętnastu.
Wiosna jednak pokazała, jak istotny był to moment. GieKSa przecież złapała niesłychaną serię i kolejka po kolejce, punkt po punkcie Gdynian goniła, choć wydawało się to nierealnym celem. I na kolejkę przed końcem Katowiczanie zbliżyli się na te trzy oczka. Co było dalej – wszyscy doskonale wiemy.
GieKSa musiała się wyżyłować i wskoczyć na wyżyny, żeby w ogóle móc tę stratę odrobić. Drugim warunkiem było to, żeby Arka na wiosnę punkty gubiła. I to też się działo, musiał zdarzyć się cud. Dziś wiemy, że matematyka jest nieubłagana. GKS dogonił Arkę na liczbę punktów – zrównując się z nią po ostatnim meczu, ale mając lepsze mecze bezpośrednie. Dawid obronionym karnym Adamczyka załatwił dwie sprawy – liczba punktów pozostała jakkolwiek teoretycznie możliwa do odrobienia, a po drugie – bilans meczów bezpośrednich również był nie na minus, tylko remisowy. Oczywiście GKS musiał w tamtym meczu swoje dołożyć i uczynił to Arkadiusz Jędrych pewnie egzekwując rzut karny.
Proforma dodajmy tylko, że i Michała Janotę Dawid ówczesnej wiosny zdeprymował i niespełniony talent polskiej piłki nie trafił w bramkę, a GieKSa wygrała w Sosnowcu 4:0.
W sezonie po awansie do ekstraklasy golkiper nie zwolnił tempa i… bramki. Również rozegrał komplet ligowych meczów, a ściągnięty Rafał Strączek musiał się zadowolić jedynie Pucharem Polski. Niejednokrotnie Dawid ratował nas z opresji i był pewnym punktem drużyny. Nawet takiego speca jak Mikael Ishak zdeprymował przy rzucie karnym na tyle, że poznański Benzema trafił w słupek.
W poprzednim sezonie był pierwszym bramkarzem do momentu problemów z urazami. Naciskał bardzo mocno wspomniany Strączek i gdy wskoczył do bramki z Wisłą Płock – już miejsca nie oddał. Dawid musiał się dość nagle pogodzić z rolą rezerwowego. Z powrotem pojawił się dopiero w półfinale Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, gdy Strączek pauzował za żółte kartki. Później były gracz Bordeaux mierzył się z kontuzją i to była szansa dla Dawida, który rozegrał jeszcze trzy mecze ligowe.
Dawid podczas całego swojego pobytu w GKS, a przede wszystkim patrząc na dwa ostatnie sezonu miał zwolenników swojego talentu i umiejętności, jak i przeciwników. Sam zaliczałem się do tych pierwszych. Patrząc bowiem na cały pierwszy sezon ekstraklasy, trudno było mi się dopatrzeć jakichś katastrofalnych błędów bramkarza, prowadzących do utraty bramek. Wiadomo, że GieKSa ich trochę traciła, ale sam Dawid nie miał jakiegoś swojego indywidualnego w tym udziału. Na pewno w kilku sytuacjach mógł się zachować lepiej, ale było więcej niż przyzwoicie. W zasadzie z obu tych sezonów jestem w stanie podać tylko jeden „wielbłąd” bramkarza, czyli gola, którego strzelił Kurminowski w Gdańsku. Poza tym brakarz spisywał się dobrze i pewnie, a nieraz przecież mocno chronił nasz zespół przed utratą bramek.
Nie ma co gadać, Dawid Kudła na stałe zapisał się w historii GieKSy i oprócz tego, że był pewnym punktem drużyny, był po prostu bardzo sympatycznym naszym piłkarzem. Kibice uhonorowali go dwukrotnie w naszym plebiscycie „Bukowe Sztole”, na najlepszego zawodnika GKS Katowice wedle przyznawanych przez sympatyków GKS not. Zawsze uśmiechnięty, wprowadzający dobrą atmosferę i po prostu lubiany.
Dziękujemy Dawid za wszystko, co zrobiłeś dla GieKSy – w odbudowie tego klubu, która trwa już od siedmiu lat, dołożyłeś nie cegiełkę, ale wielką cegłę – byłeś fundamentem tego zespołu. I nigdy Ci tego nie zapomnimy.
A obrona tego karnego Huberta Adamczyka pozostanie z nami na zawsze – bo to był punkt zwrotny w dziejach tego klubu.











Najnowsze komentarze