Piłka nożna
Noty i opisy po Podbeskidziu
Trochę musieliśmy ochłonąć po pierwszym meczu GKS Katowice w nowym sezonie. Katowiczanie – w zupełnie nowym zestawieniu – zaprezentowali się bardzo słabo i bez wyrazu. Jedynie początek spotkania dawała nadzieję, ale im dalej w las, tym było gorzej – zarówno w defensywie, jak i ofensywie. Większość zagrała absolutnie przeciętnie, natomiast kilku zawodników beznadziejnie i przez to nie udało się osiągnąć choćby remisu.
Mariusz Pawełek – 7
Najlepszy z piłkarzy GKS. Dwie setki wybronione w ciągu kilku minut. Przy bramce bez większych szans. Na minus niedokładne wybicia, które najczęściej padały łupem rywali. Trochę ryzykowna gra z piłką przy nodze. Ale za czyste kwestie bramkarskie – plus.
Wojciech Lisowski – 5,5
Umiarkowanie przyzwoity debiut. Wielkich błędów nie popełniał, próbował się podłączać do ofensywy, jednak bez efektu. Po stałych fragmentach dwa razy był bliski „czegoś”, ale brakowało pary i precyzji. Ale dobrze się ustawia. Na szerszą ocenę musimy poczekać.
Rafał Remisz – 5
Średnio. Dostawał trochę piłek za plecy, w sytuacjach sam na sam rywali, być może mógł coś zdziałać, ale to nie on był głównym winowajcą tych sytuacji.
Mateusz Kamiński – 5,5
Normalny występ stopera. Bez większych błędów, ale też bez jakiegoś spektakularnego czyszczenia. Nieźle.
Simon Kupec – 2
Fatalny debiut. Zawodnik kompletnie nie radził sobie na swojej stronie, dawał się ogrywać, nie trzymał pozycji, gdy szła prostopadła piłka w jego rejonie, to zostawał 20 metrów za rywalem – tak było w dwóch sytuacjach sam na sam. Dośrodkowanie, po którym padł gol, też padło z jego strony. W drugiej połowie trochę się ogarnął w defensywie, ale z przodu grał bardzo bojaźliwie i podawał do najbliższego.
Wojciech Słomka – 5
Musi trochę popracować nad głową, bo w pierwszej połowie miał kilka wejść w pole karne, ale brakowało kropki nad i, co prawdopodobnie wiązało się z podjęciem decyzji. Czas już brać bardziej sprawy w swoje ręce (nogi) i rządzić na boisku. Koniec futbolowego dzieciństwa.
Bartłomiej Poczobut – 5
Niezbyt dobry mecz. Zawodnik czasami wdaje się w niepotrzebne pojedynki, gdzie ryzykuje utratę piłki. Na szczęście ma w wielu sytuacjach tę umiejętność „dziubnięcia” w ostatniej chwili, by ostatecznie ją wygarnąć, ale wczorajszy mecz zupełnie nie przekonał. Na tle lepszych zawodników Bartłomiej może mieć problemy z taką dyspozycją.
Damian Michalik – 4,5
Absolutnie przeciętny. Sporo przy piłce, coś tam próbował, ale to było takie zupełnie bez wyrazu. Jakiś tam niecelny strzał się zdarzył, panu Bogu w okno. Czekamy na więcej.
Adrian Łyszczarz – 4,5
Od początku aktywny, starał się, walczył. Ale efektu z tego nie mieliśmy żadnego. Podobnie jak Michalik – na razie przeciętność.
Adrian Błąd – 2
Ten zawodnik miał ciągnąć nasz zespół do zwycięstwa, a zagrał beznadziejnie, kompletnie beznadziejnie. Wielość dośrodkowań porażała, jeszcze bardziej ich wykonanie – piłka lądowała zawsze na głowie przeciwnika, na aucie bramkowym lub bocznym. Wydawałoby się, że Adrian potrafi dobrze dośrodkować, ale w tym meczu temu absolutnie zaprzeczył. Zepsuł wszystkie stałe fragmenty gry. Fatalny błąd w przyjmowaniu piłki po crossie od Piesia (piłka wyleciała na aut).
Dalibor Volas – 2
Kolejny beznadziejny występ. To nie było tak, że Dalibor był odcięty od gry. Jak najbardziej w niej uczestniczył, tylko był fatalny technicznie, źle przyjmował i odgrywał. Nie było z jego strony zagrożenia.
Grzegorz Piesio (grał od 46. minuty) – 4,5
Niezłe wejście w drugą połowę, ale potem było już gorzej. Jeszcze pamiętamy świetne podanie długie do Błąda, którego pomocnik nie przejął. Potem Piesio zaliczył głupią stratę jeszcze na własnej połowie, po której poszła kontra. I generalnie już nie więcej nie dał zespołowi. Przeciętnie łamane na dość słabo.
Daniel Rumin (grał od 61. minuty) – niesklas.
Niezły aktywny początek po wejściu na boisko. Piłkarsko zbyt wiele nie pokazał, ale podoba się ambicja tego zawodnika. Być może to on powinien wyjść w pierwszym składzie na ŁKS, a nie Volas.
Kacper Tabiś (grał od 68. minuty) – niesklas.
Wszedł i trochę podostrzył. Przydarzyło się kilka błędów, ale zawodnik ambitny.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


KaTe
22 lipca 2018 at 19:01
Faktycznie Kupec, Błąd i Volas byli fatalni. Lisowski w pierwszej połowie też dwa razy dał się okiwać w prosty sposób (wysocy zawodnicy na boku obrony często mają z tym problem). Po zobaczeniu Kupca chyba zatęskniliśmy do Mąki… Volas lepszy jest we własnym polu karnym, niż po drugiej stronie boiska (gdy już tam doczłapie).
Minie jeszcze sporo czasu nim ta kapela zatrybi, a przecież jeszcze nie zobaczyliśmy Kurowskiego, Andrzejczaka i Bonisławskiego. No i kolejnych dwóch potencjalnych nowych. Mam nadzieję, że to nie będą „Dziadzia” Wawrzyniak i „Złota ręka” Rafał Siemaszko (któremu ponoć Gieksa oferuje 100.000 zł. za podpis pod dwuletnim kontraktem.
mattjaw93
22 lipca 2018 at 19:04
Mistrzu nie wiem skąd masz te info ale chodzi o Artura Siemaszko z Lubina
Kibic
22 lipca 2018 at 19:16
Wielu tu narzekało na Pawełka że emeryt itp. a już w sparingach było widać że to solidny bramkarz. Więc wcale bym z Siemaszki czy Wawrzyniaka nie przekreślał chociaż nie sam mam obawy co do ich formy. Jakiś solidny napastnik by się przydał.
Mecza
22 lipca 2018 at 20:05
Może zmieńmy tą formułę oceniania? Po co każdego dołować albo głaskać, niech będzie rubryka najgorszy piłkarz meczu. Do tego ankieta dla kibiców i głosowanie do godziny 24 w niedzielę.W poniedziałek rano ogłoszenie wyników, idąc na trening pacjent wie że musi się poprawić a inni trenować mocniej aby nie zaistnieć w tej rubryce. Dlaczego każdy dobry grajek u nas staje się bardzo słaby? Gdybym widział Błąda pierwszy raz to bym pomyślał że może jakiś debiut wychowanka 15 letniego. Jak można być tak słabym? Może marketing mu zaszkodził i jazda w samochodzie, jeszcze w tamtej rundzie.
abel
22 lipca 2018 at 21:56
fcqafc
Robson
22 lipca 2018 at 22:31
Trudno się nie zgodzić z ocenami dla mnie też Pawełek bez wątpienia najlepszy nasz zawodnik na boisku brawo za chęci dla Rumina i Tabisia, Volas największe dno jak zawsze i jeszcze Kupec który nas ośmieszał.
Jacek
23 lipca 2018 at 08:19
Remisz nie 5 a 2, reszta ocen prawidłowa wg mnie
KaTe
23 lipca 2018 at 10:42
Jeszcze raz odnośnie Siemaszki. Gdyby chodziło o Artura, to było by wszystko ok. Ale niestety, najbardziej konkretne są informacje z Wybrzeża – a one mówią o Rafale Siemaszko. Vide: trojmiasto.wyborcza.pl/…/7,35617,23694201,rafal-siemaszko-kuszony-przez-gks-katowice
Mecza
23 lipca 2018 at 11:34
Duże pieniądze na stole za 31 letniego piłkarza, chyba by kogoś pogieło.Wolałbym aby Rumin biegał po boisku. Siemaszko nas nie zbawi.
kosa
23 lipca 2018 at 15:30
Nie ma mowy o Rafale. W grze jest Artur.
Irishman
23 lipca 2018 at 17:39
Trudno się nie zgodzić Shellu, największa odpowiedzialność spoczywała na barkach tych najbardziej doświadczonych, a jednocześnie już zaaklimatyzowanych na Bukowej, którzy powinni ciągnąć tą grę czyli Volasa i Błada. Tymczasem oni zawiedli najbardziej.
Tak samo jak Kupec w I połowie. Aczkolwiek nie wiem czy części odpowiedzialności za te błędy w obronie nie należałoby przypisać także Remiszowi, który grał na lewym stoperze. Paszulewicz bardzo opieprzał także Słomke więc może i on nie wypełnił jakichś przedmeczowych ustaleń i stąd ta potężna dziura z naszej lewej strony?
abel
23 lipca 2018 at 21:52
niestety ale wuefista wyniku oczekiwanego nie zrobi. uleganie presji kibicow i wymiana 3/4 skladu to glupota. popadanie ze skrajnosci w skrajnosc. sami zobaczycie ze wiekszosc tych zawodnikow bedzie grala w tych druzynach z powodzeniem. bedziecie dociekac czemu u nas tak nie bylo. odpowiedz jest prosta bo u nas nie ma cierpliwosci i miarodajnej oceny sytuacji. Brzeczka wywalono choc wizualnie bylo co ogladac. Prawda sukcesu nie bylo ale kazdy glupiec golym okiem widzial ze to ma sens. Co zrobil gks pogonil trenera bo kibice go mieli dosc. potem byl mandrysz ktory mial byc zbawca. Generalnie kibice chcieli wprowadzic polityke zamordyzmu tyle tylko ze sie pomylili i mandrysz nie byl 100 procentowym zamordysta. Czasami w kryzysie prezentowal sie jak skrzywdzony chlopiec. jak mu juz zaczelo cos isc to go wywalono. kolejny sukces zarzadu. Dajej to juz zbawca paszulewicz ktory zrobil transfery i mial dluga przerwe zimowa i co i gowno. Prawda jest taka ze jak wtedy nie dal rady to i teraz nie da i to sie potwierdzi. Kolejna sprawa to powielanie tego samego bledu co trener to nowy zaciag. bez refleksji chce to ma zeby nie gadal a efekt ciagle taki sam. jezeli komus sie wydaje ze zamordyzmem osiaga sie sukces to niech trafi na menago w pracy ktory go bedzie tak traktowal wtedy pogadamy. Nie tedy droga. pilkarz nie decyduje o transferach. ktos go chial to jest. ktos kontrakt podpisal. I tu jest glowny problem. Zero skautingu a pan bartnik ma takie rozeznanie rynku jak moja tesciowa. kazdy trener zrobi z nim co zechce. no i rok w rok to samo. Czy to przypadek. Nie to nie jest przypadek tylko brak kompetencji po stronie zarzadzajacych klubem. Zreszta oni nie chca zarzadzac tylko zapewniac kase i ciepla wode. Inna sprawa jest ze tego tez nie zapewniaja bo to daje miasto i zadna ich zasluga. No i kurwidolek kreci sie dalej
kosa
23 lipca 2018 at 23:19
@abel Brzęczek sam odszedł, nikt go nie wywalił.
Irishman
24 lipca 2018 at 07:35
Dajcie spokój z tym, ze za Brzęczka było co oglądać, bo mnie zaraz coś trafi!!! Przyjemność z oglądania naszej gry to mieli przeciwnicy, gdy raz za razem przegrywaliśmy wygrane mecze!
Co byłoby gdyby Mandrysz zimą został i spełniono by jego życzenia co do transferów tego się już nie dowiemy, więc nie ma co rozkminiać.
I bez przesady, że przyszedł Paszulewicz i porobił transfery, bo pozyskaliśmy tylko Poczobuta (strzał w 10) i Volasa (odwrotnie).
Poza tym @abel bądź konsekwentny. Jesli twierdzisz, że za mało czasu dostał Brzęczek i Mandrysz, to daj go też Paszulewiczowi.
Mecza
24 lipca 2018 at 07:57
@Irishman, coś mi się wydaje że Poczobut przyszedł tak szybko że Paszulewicz nie miał z tym transferem nic wspólnego, bardziej Mandrysz.
Irishman
24 lipca 2018 at 11:06
@Mecza, chyba się mylisz. Nawet chyba gdzieś o tym było pisane, że Paszulewicz bardzo go chciał ale nie chce mi się szukać.
Natomiast od początku dziwił mnie transfer Volasa, bo nie był przygotowywany kondycyjnie przez Paszulewicza, miał zaległości, chyba nie za bardzo pasuje do jego koncepcji gry trenera, a pewnie kontrakt ma wysoki.
Mecza
24 lipca 2018 at 11:14
Masz rację, 11 stycznia na 90minut podane że Paszul trenerem a info o Poczobucie z 26.01.