Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Ekstraklasa przerasta Lechię

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Lechia Gdańsk przystępowała do sezonu jako zwycięzca I ligi, tymczasem na półmetku rozgrywek jest najsłabszym z beniaminków, a ryzyko spadku z ligi jest w ich przypadku bardzo realne. O przyczyny takiego stanu rzeczy i oczekiwania przed naszym sobotnim meczem zapytaliśmy Karolinę Jaskulską z redakcji serwisu Lechia.net.

Przed każdym naszym meczem na kibicowskim forum zakładamy temat, w którym dyskutujemy przed i po spotkaniu. W tym roku był jednak mecz, który doczekał się swojego osobnego wątku, a nie grał w nim GKS. Spróbujesz zgadnąć, o jaki mecz chodzi?
Skoro o to pytasz, to podejrzewam, że był to mecz z udziałem Lechii, który mógł wam pomóc w awansie. Musi więc chodzić o wygrane derby z Arką.

Zgadza się. W Katowicach śledziliśmy je z zapartym tchem. Jakie było wasze podejście do tamtych derbów? Piłkarsko sezon dla was był już skończony, bo awans zapewniliście sobie tydzień wcześniej w Krakowie.
W kontekście tamtego meczu z Arką należy wrócić do tego, co wydarzyło się dokładnie rok temu w jesiennych derbach w Gdyni, które Lechia przegrała 0:1 po rzucie karnym. Otoczka była specyficzna, bo spadł wtedy pierwszy śnieg, co dla niektórych zagranicznych piłkarzy, jak na przykład Australijczyk Louis D’Arrigo, było zupełnie nowym doświadczeniem. Derby zawsze wywołują dodatkową mobilizację, przede wszystkim wśród kibiców. Była więc chęć rewanżu, ponadto wiosną po raz pierwszy na nowym stadionie pojawili się goście z Gdyni. Wyprzedano wszystkie bilety, ponad 30 tysięcy, dlatego był to dla nas ważny mecz, którego stawką był prymat w Trójmieście. Mówiło się też o tym, aby dodatkowo pomieszać Arce szyki w walce o awans. Potwierdziły to wydarzenia na boisku, gdzie przez blisko 60 minut graliśmy w osłabieniu, a mimo to wygraliśmy. Była jeszcze sytuacja z potencjalnym karnym dla Arki w ostatniej minucie, gdzie jakimś cudem sędzia na VAR nie dopatrzył się faulu. Dzięki temu zapewniliśmy sobie wygranie ligi, dostaliśmy pamiątkowy puchar, a po meczu była spontaniczna feta na Starym Mieście, gdzie pod Neptunem świętowaliśmy razem z drużyną.

Ten sukces był dla Was zaskoczeniem? Przed sezonem chyba nikt nie stawiał was w gronie faworytów ligi, patrząc na zawirowania organizacyjne w waszym klubie.
Pamiętamy, co działo się na początku ubiegłego sezonu, gdzie w pierwszej kolejce Lechia pojechała do Głogowa, a trener Szymon Grabowski miał do dyspozycji 15 piłkarzy. Letnia przerwa między sezonami to był bardzo trudny okres, bo wciąż decydowały się sprawy związane ze zmianami właścicielskimi, odeszło też wielu piłkarzy. Panował chaos i niepewność, odwoływano sparingi i obóz przygotowawczy. Dopiero z czasem postawa drużyny dała nadzieję na pozytywne rozstrzygnięcie sezonu. Do drużyny dołączyli piłkarze wartościowi jak na warunki I ligi, tacy jak Rifet Kapić, Camilo Mena, Iwan Żelizko czy Maksym Chłań. Drużyna się zgrywała, szatnia stawała się jednością i mimo zawirowań organizacyjnych osiągaliśmy dobre wyniki. Po dobrze przepracowanej zimie świetnie rozpoczęliśmy rundę rewanżową, co dało podstawy do realnej wiary w awans. Ogromną rolę odegrał w tym wszystkim trener Szymon Grabowski i jego sztab. Bez niego nie byłoby awansu. Lechia wróciła tam, gdzie jej miejsce, bo trzeba pamiętać, że jest to klub z bogatą historią, który zapisał się na kartach polskiej piłki.

Do niedawna noszony na rękach trener Grabowski został kilka dni temu odsunięty od zespołu. Czy to on ponosi winę za słabe wyniki Lechii w Ekstraklasie?
Trener padł ofiarą własnego sukcesu. W trudnych warunkach osiągnął wynik, którego tak naprawdę się nie spodziewaliśmy. Przed obecnym sezonem obiecano mu poprawę sytuacji: do drużyny miał dołączyć napastnik i trzech obrońców, mówiło się np. o Arkadiuszu Pyrce z Piasta. Tymczasem przeprowadzono transfery, które moim zdaniem są niewypałami. Trener nie miał materiału, na którym mógłby pracować i osiągać dobre wyniki w Ekstraklasie. Padł ofiarą nie tylko swojego sukcesu, ale także lojalności, bo latem miał ofertę z Zagłębia Lubin, o czym donosiły Meczyki.pl. Został jednak w Gdańsku, bo wierzył, że jest tu w stanie robić wielkie rzeczy. I choć sam również popełniał błędy i nie wszystkie jego decyzje podobały się kibicom, to uczył się Ekstraklasy i zdobywał doświadczenie. Z powodu widzimisię prezesa został jednak odsunięty od prowadzenia drużyny.

Spodziewaliście się takiego ruchu zarządu?
Jeszcze miesiąc temu Paolo Urfer wydał komunikat, w którym informował o pełnym wsparciu dla trenera Grabowskiego, ale już w drugim zdaniu wytykał mu błędy i brak opieki trenerskiej nad zespołem. Czuło się, że może to być zapowiedź końca trenera Grabowskiego w Lechii, a zarząd szuka kogoś na jego miejsce. Dziś Paolo Urfer nie potrafi nawet zwolnić trenera, wydając kuriozalny komunikat o jego zawieszeniu (rozmawialiśmy przed oficjalnym ogłoszeniem rozwiązania kontraktu z trenerem – przyp. red). Wiadomo, że Szymon Grabowski nie poprowadzi już drużyny i nie pojawi się ani w szatni, ani na stadionie, chyba że w roli kibica, bo pracując tutaj mocno zżył się z naszym środowiskiem. Sama tego doświadczyłam, bo w dniu meczu z Pogonią obchodziłam swoje urodziny. Trener o tym wiedział i po meczu, mimo że przegranym, spotkał się ze mną, przyniósł prezent i przeprosił za porażkę. A 5 minut później został zwolniony…

Jak przebiegają poszukiwania nowego trenera?
Mówi się o trenerze zza granicy, bo nikt z polskich szkoleniowców nie chce wchodzić w tak niepewny projekt. Natomiast ktoś spoza środowiska może nie być świadomy tego, co dziś dzieje się w Lechii, podobnie jak David Badia, który był naszym trenerem wiosną 2023, kiedy spadliśmy z Ekstraklasy. Ponadto moment zwolnienia też wydaje się nieprzemyślany, bo można to było zrobić albo w przerwie na kadrę, albo po zakończeniu rundy, a nie po porażce z Pogonią. Mimo to uważam, że Szymon Grabowski prędzej czy później wróci do Ekstraklasy, za to nie mam pewności, czy zostanie w niej Lechia.

W sobotę na ławce trenerskiej usiądzie Kevin Blackwell. Jaką rolę ta postać odgrywa w Lechii?
Blackwell trafił do Lechii w październiku ubiegłego roku. Jest bardzo dobrym znajomym prezesa Urfera i został zatrudniony jako dyrektor techniczny, wzorem angielskiego modelu zarządzania. Miał być łącznikiem między prezesem a sztabem, przełożonym trenera, ale nie wchodzić w jego kompetencje. Rzeczywistość okazała się jednak inna, bo prowadził treningi, wygłaszał przemowy w szatni, a nawet w trakcie meczów schodził na ławkę i dawał wskazówki drużynie. Po awansie do Ekstraklasy wymienił połowę sztabu szkoleniowego, w ich miejsce sprowadzając ludzi z Anglii. Teraz po zwolnieniu Szymona Grabowskiego od razu wskoczył w jego buty. W meczu z GKS-em zasiądzie na ławce, mimo że nie ma ważnej licencji UEFA Pro. Dlatego dołączył do niego Radosław Bella, który tę licencję ma. Jednak to Blackwell będzie rządził, mimo że jest osobą nielubianą i nie cieszy się zaufaniem kibiców.

Trudno mówić o przemyślanej filozofii budowania drużyny w obliczu problemów organizacyjnych w Gdańsku. Czy zarząd ma pomysł na Lechię w Ekstraklasie?
Problemy finansowe w Lechii ciągną się od wielu lat i przyjście Paolo Urfera tego nie zmieniło. Prezes obiecywał złote góry, słyszeliśmy o sponsorze, mocnych transferach do Ekstraklasy, ale jak na razie na obietnicach się skończyło. Patrząc z perspektywy obecnego sezonu można oceniać, że awans to było osiągnięcie ponad stan, zarówno sportowo, jak i organizacyjnie. Dziś Ekstraklasa przerasta Lechię i mamy poczucie, że roczna banicja w I lidze niewiele zmieniła.

Pozycja Lechii w tabeli pokazuje, że transfery, które wystarczyły na zdominowanie I ligi to za mało na Ekstraklasę.
Nie ulega wątpliwości, że zimą musimy się solidnie wzmocnić na każdej pozycji. Obecny skład doskonale poradził sobie w I lidze, ale to za mało na poziom Ekstraklasy. Mogłabym wskazać 3-4 piłkarzy, którzy pasują poziomem do najwyższej ligi. Są to na pewno Kapić i młodzi skrzydłowi – Mena i Chłań, którzy mają wielki talent i odnaleźli się w tej lidze. Dla pozostałych Ekstraklasa to raczej za wysokie progi. Nie jest to jednak wyłącznie wina piłkarzy, bo gdyby mieli doświadczonych partnerów, którzy byliby dla nich wsparciem, to cały zespół funkcjonowałby lepiej. Dziś Lechia nie ma lidera, który mógłby być wzorem dla młodych piłkarzy. W styczniu dołączy do nas Michał Głogowski z Hutnika Kraków, który jest wiceliderem strzelców II ligi, nie spodziewam się jednak, że będzie on naszym zbawieniem. Jeśli nie będzie istotnych wzmocnień, przede wszystkim w obronie, to Lechia nie utrzyma się w lidze. Ponadto nie omijają nas kontuzje, bo na dłużej z gry wyłączeni są Bobcek i Mena, poważnych urazów doznali młodzieżowcy Marcel Bajko i Wojtek Madej, którzy brali udział w treningach pierwszej drużyny. Nie pomogły zmiany w sztabie medycznym dokonane latem przez Kevina Blackwella. Dość powiedzieć, że Kevin Paxton jako fizjoterapeuta pracuje zdalnie z Anglii, jednocześnie szukając nowej pracy na LinkedIn.

Gdy mówimy o kontuzjach, warto wrócić do ubiegłego sezonu, gdy uraz na długo wyeliminował lidera Lechii w tamtym okresie – Luisa Fernandeza. Dlaczego dziś nie ma go już w Gdańsku?
Transfer Fernandeza miał legitymizować projekt „Lechia Gdańsk w I lidze”. Jego przyjście z Wisły Kraków było zaskoczeniem dla całego środowiska piłkarskiego w Polsce. Był gwiazdą i od początku sezonu strzelał dużo goli. Niestety nabawił się kontuzji kolana i przeszedł operację. Wrócił w kwietniu, zagrał po kilka minut z Odrą i GKS-em w Katowicach, ale kontuzja się odnowiła i konieczny był drugi zabieg. Mimo, że nie grał, to zawsze był przy drużynie i jako kapitan był ważną postacią w szatni. Gdy wreszcie wrócił do zdrowia, prezes Urfer zdecydował o jego odsunięciu. Powód był oczywisty: piłkarz domagał się wypłaty zaległych pensji. Dlatego Fernandez zdecydował się rozwiązać kontrakt, a jego sprawa będzie rozpatrywana przez piłkarskie trybunały. Dziś na pewno przydałby się tej drużynie, bo dawał dużo jakości i doświadczenia.

Najnowsza historia ligowych pojedynków GieKSy z Lechią nie jest zbyt bogata. Masz szczególne wspomnienia tych meczów?
Kiedy Lechia regularnie rywalizowała z GieKSą, nie było mnie jeszcze na świecie. Pamiętam nasze mecze w sezonie 2007/2008, kiedy awansowaliśmy do Ekstraklasy i udało się was dwukrotnie pokonać. Najbardziej żywe są wspomnienia z ubiegłego sezonu, kiedy wygraliśmy w Gdańsku, a w Katowicach lepszy był GKS. Wszyscy doskonale pamiętamy nasz ostatni mecz przy Bukowej, gdzie Lechia przegrała po golu Arka Jędrycha w doliczonym czasie. Nie wykorzystaliśmy wtedy wielu okazji na gola, grając przecież z przewagą jednego zawodnika. Był to dla nas trudny moment, który zasiał trochę niepewności, ale mimo tej porażki nikt nie zwątpił w to, że możemy wrócić do Ekstraklasy.

Historię Lechii i GKS-u łączy Sławomir Wojciechowski – rodowity gdańszczanin, który swoje sukcesy święcił m.in. w Katowicach.
Uważam, że jest to jeden z najlepszych polskich piłkarzy lat 90. Odnosił sukcesy nie tylko w Polsce, ale i za granicą, kiedy niewielu piłkarzy wyjeżdżało, aby grać w europejskich ligach. Sławek był ważną postacią GKS-u i odniósł wiele sukcesów z tym klubem, ale miał też dobry czas w Lechii i zapisał się w naszej historii, zarówno jako piłkarz, jak i działacz. Jest to postać, która łączy oba kluby, będąc jednocześnie jedną z ważniejszych postaci polskiej piłki lat 90.

Zwycięstwo w Katowicach w sobotę jest dla Lechii obowiązkiem?
Mając 5 punktów straty do bezpiecznej pozycji w tabeli trzeba szukać punktów z każdym, niezależnie od poziomu przeciwnika. W sobotę jedziemy do Katowic, gdzie czeka nas mecz przy pełnych trybunach, prawdopodobnie wasz ostatni mecz na starym stadionie. Atmosfera będzie więc szczególna, tym bardziej jeśli chodzi o uhonorowanie śp. Jana Furtoka. Dla waszej społeczności będzie to więc ważne wydarzenie, a piłkarsko GieKSa też musi punktować, bo wasza przewaga nad strefą spadkową nie jest duża. Oba zespoły będą chciały wygrać, ale nie spodziewam się fajerwerków po Lechii. Nie liczę też na efekt „nowej miotły”. Zakładam remis, a w czarnym scenariuszu zwycięstwo waszej drużyny. Każdy to wie, że musimy punktować, ale w tym sezonie nie za bardzo nam to wychodzi.

Remis będzie waszym sukcesem?
Myślę, że tak. Punkt przywieziony z wyjazdu to zawsze jakiś dorobek, jednak Lechia już kilka takich remisów ma i nie poprawia to naszej sytuacji w tabeli. W Kielcach zremisowaliśmy 0:0 nie oddając celnego strzału na bramkę, były też lepsze mecze, jak remis 3:3 w Gliwicach. Remis w Katowicach zostanie przyjęty jako dobry wynik, bo w takim miejscu jest dziś nasz zespół, że o każdy punkt jest trudno. Każdy chciałby zwycięstwa, ale patrząc na obecną atmosferę w Gdańsku bardziej prawdopodobna jest wygrana gospodarzy.

Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Sercem postawię na remis bramkowy, bo tracimy dużo goli, więc musimy też strzelić. Na dziś stawiam na 2:2.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Wyjazdy kibiców GieKSy – jesień 2025

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Sezon 2024/2025 był naszym najlepszym w historii pod względem wyjazdów. W obecnym euforia grania w Ekstraklasie pomału opada, ale wyjazdowo dalej prezentujemy się dobrze. Zapraszamy do podsumowania naszych wojaży w rundzie jesiennej sezonu 2025/26.

Pierwszym naszym wyjazdem był Widzew, a w Łodzi byliśmy także w marcu tego samego roku. Na początku sierpnia pojechalismy w 853 GieKSiarzy, w tym 7 Banik Ostrava i 6 JKS Jarosław. Na tym meczu debiut zaliczyła flaga „Pozdrawiamy Nieobecnych GieKSiarzy – PNG PDW”.

Drugim wyjazdem, rozgrywanym w następnej kolejce po meczu w Łodzi, była Legia Warszawa. W niedzielny wieczór do stolicy wybrało się 734 Szaleńców z Bukowej, w tym 62 Górnik Zabrze i 3 JKS Jarosław.

Na koniec miesiąca rozegraliśmy w sobotni wieczór „Śląski klasyk”. W Zabrzu pojawilismy się w 4300 osób, tym 13 Banik Ostrava i 17 JKS Jarosław. Był to nasz najliczniejszy wyjazd w całej historii kibicowskiej GieKSy!

We wrześniu pojechaliśmy na mecz z Lechią, która była naszym ostatnim wyjazdem w poprzednim sezonie. Ostatecznie w piątek pojawiło się nas w Gdańsku 621, w tym 8 Banik Ostrava, 62 Górnik Zabrze 1 JKS Jarosław. Wśród naszego stałego oflagowania nie zabrakło płótna ŚP. Pisaka – w 23. rocznicę odejścia do Sektora Niebo.

Kolejnym wyjazdem, również w piątek, był Płock. Z Wisłą ostatni raz mierzyliśmy się w pierwszej lidze. Tym razem na wyjeździe obecnych było 582 GieKSiarzy, w tym 12 Banik Ostrava i 4 Górnik Zabrze.

Po dwóch piątkach z rzędu przyszedł… kolejny piątek na wyjeździe. Rywalem był Motor Lublin, z którym wzajemnie „odwiedzamy się” od trzeciego poziomu rozgrykowego. W sektorze gości pojawiło się 477 fanatyków, w tym 1 Banik Ostrava, 4 Górnik Zabrze i 2 JKS Jarosław. W drodzie powrotnej zrobiliśmy postój w Domostawie, gdzie znajduje się pomnik autorstwa śp. Andrzeja Pityńskiego „Rzeź Wołyńska”. Oddaliśmy w tym miejscu hołd pomordowanym Polakom, składając wieniec, odpalając race na tle naszej narodowej flagi oraz odśpiewując hymn Polski.

Kolejny wyjazd wypadł… we wtorek. Los skrzyżował nas z ŁKS w Pucharze Polski. Ostatni raz byliśmy na tym stadionie (zupełnie niepodobnym do obecnego) w 2010 roku, bo choć w sezonie 2011/2012, 2012/2013, 2018/2019, 2021/2022 i 2022/2023 graliśmy na wyjazdach z ŁKS, to za każdym razem „coś” przeszkadzało w obecności kibiców GieKSy (zakazy stadionowe, remonty stadionu itd.). Po 15 latach pojawiliśmy się w 507 osób, w tym 11 Banik Ostrava, 4 Górnik Zabrze i 1 JKS Jarosław.

I znowu piątek… Tym razem w Niecieczy, w której w ostatnich latach często bywaliśmy. Pojawiliśmy się w 427 osób, w tym 2 Górnik Zabrze i 2 JKS Jarosław. Tym samym zakończyliśmy maraton pięciu wyjazdów z rzędu w tygodniu roboczym.

Pod koniec listopada graliśmy z Jagiellonią w Białymstoku. Na niedzielną eskapadę zdecydowało się 1022 GieKSiarzy, w tym 6 Banik Ostrava i 22 Górnik Zabrze. Jest to nasz nowy rekord wyjazdowy na Jadze, niestety z racji stanu murawy mecz nie doszedł do skutku.

Ostatnim, a zarazem najbliższym, wyjazdem w rundzie jesiennej była Częstochowa. Na niedzielnym spotkaniu z Rakowem obecnych było 356 GieKSiarzy, w tym 2 Górnik Zabrze i 1 JKS Jarosław. Na meczu z naszej strony świecidełka i transparent „Wesołych świąt”.

W trakcie tego maratonu wyjazdowego nie zabrakło wsparcia dla naszych zgód oraz układowiczów.

GieKSiarze w liczbach: 53 (Warszawa), 65 (Wiedeń) oraz 32 (Celje) wspierali Banik w europejskich pucharach. W Ostrawie bylismy w 300 osób na meczu z Legią Warszawa. Na każdym meczu Banika, który nie kolidował z GieKSą, nasza reprezentacja regularnie wspierała Przyjaciół.

Reprezentantów GieKSy nie zabrakło również na wszystkich meczach kadry, w tym na wyjazdach z Litwą i Maltą, gdzie obecnych było nas odpowiednio 14 i 31.

Z aktywności patriotycznej to pojawiliśmy się na Marsz Niepodległości oraz standardowo pod kopalnią KWK Wujek, oddając hołd poległym Górnikom w dniu 44. rocznicy pacyfikacji, a obecny na oficjalnych uroczystościach Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Karol Nawrocki otrzymał od naszej delegacji szal antykomuna oraz zaproszenie na wiosenny mecz z Lechią Gdańsk.

Po świętach Bożego Narodzenia w Krynicy-Zdroju został rozegrany półfinał Pucharu Polski w hokeja na lodzie, a naszym rywalem było Zagłębie Sosnowiec. Na wyjazd wybrało się 317 GieKSiarzy, w tym 50 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Niestety zgodnie z tradycją nasi hokeiści przegrali. Zagłębie dostało większą trybunę za bramką i zawitało w 500 osób, ze wsparciem Slavii Praga, Sparty Brodnica, Czuwaju Przemyśl, MKS-u Radymno, Legii Warszawa, Beskidu Andrychów oraz Olimpii Elbląg. Można powiedzieć, że to nowy rekord – na meczu hokeja pojawiło się ponad… 10 ekip, w tym dwie czeskie bandy.

Do zobaczenia na szlaku GieKSiarze!

Część materiałów została zaczerpnięta ze strony www.GzG64.pl – najlepszej kroniki kibiców GieKSy.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Porażka po rzutach karnych

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GKS Katowice, po rzutach karnych, przegrał z Herning Blue Fox w meczu o brązowy medal Pucharu Kontynentalnego. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

 

Kontynuuj czytanie

Hokej

Misja Nottingham

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Już w czwartek nasi hokeiści rozpoczną rywalizację w Pucharze Kontynentalnym.

Obecna edycja nieco różni się od poprzednich, ponieważ zrezygnowano z drugiej rundy tych rozgrywek, rozszerzając zmagania finałowe. W finałowym turnieju rywalizować będzie sześć zespołów podzielonych na dwie grupy. Los sprawił, że naszymi rywalami będzie łotewska drużyna HK Mogo, a także gospodarze – Nottingham Panthers. Drugą grupę stanowią Duńczycy z Herning, francuskie Angers oraz Torpedo z dalekiego Kazachstanu. Każda z drużyn rozegra po trzy spotkania, dwa w grupie oraz „finałowe” o konkretne miejsce w zależności od wywalczonego miejsca w grupie.

My swoje zmagania rozpoczynamy w czwartek szesnastego stycznia, co ważne tym razem obyło się bez zamieszania z wizami czy pozwoleniami o pracę. W pełnym składzie przystąpimy do gry w drugim dniu turnieju. Wobec tego obie drużyny będą rozgrywać z nami swoje drugie mecze. O to, z jakim celem na Wyspy Brytyjskie wybrała się nasza drużyna, zapytaliśmy Patryka Wronkę: „Przyjeżdżamy po zwycięstwo – to jest nasz cel. Cieszymy się, że tutaj jesteśmy i jest to troszkę też odskocznia od codzienności od tej naszej ligi i fajne doświadczenie, które patrząc do przodu co nas czeka, przyniesie wiele dobrego.”

Na pierwszy ogień pójdą hokeiści HK Mogo. Drużyna, która swoje mecze rozgrywa w Rydze na co dzień występuje w rodzimej Optibet Hokeja Liga, a poprzednie dwa sezony zakończyła mistrzostwem. Obecnie jest liderem rozgrywek z punktem przewagi nad gościnnie grającym w tamtejszej lidze Kyiv Capitals. Sama pozycja w tabeli niczemu nie przesądza, bo pierwsze cztery zespoły dzielą raptem 4 punkty, a nasi rywali mają o mecz lub dwa więcej spotkań. Natomiast na duże uznanie zasługuje seria kolejnych wygranych spotkań, która rozpoczęła się 25 października. Łotysze przeszli suchą stopą przez kolejne czternaście spotkań, zaliczając przy tym trzy shot outy. Swoje zmagania w Pucharze Kontynentalnym rozpoczęli od poprzedniej rundy, która w połowie listopada rozegrana została we francuskim Angers. Mogo mimo rozpoczęcia turnieju porażką 4-6 w meczu z gospodarzami, finalnie awansowali dalej po wygranych z Cortiną 3-0 i węgierskim Gyergyoi 6-2. Liderem tego zespołu zdecydowanie jest Deivids Sarkanis, doświadczony hokeista zdobył w tym sezonie 36 pkt i góruje zdecydowanie zarówno w liczbie asyst (19) jak i goli (17). Kolejnymi znaczącymi graczami są: Kaspars Ziemins (28 pkt – 14G, 14A) oraz Janis Zemitis (27 pkt – 10G, 17A). Dostępu do bramki broni głównie Karlis Mezsargs (skuteczność 0.926% – 17 spotkań), a zastępuje go Rudolfs Lazdins (skuteczność 0.902- 7 spotkań) co ciekawe zespole występują tylko rodzimi zawodnicy.

Kolejnym naszym rywalem będą gospodarze – Pantery z Nottingham. Anglicy również zajmują pierwszą lokatę w Brytyjskiej Elite League. Poprzedni sezon zakończyli wyraźną porażką (0-4) w finale play-off z Belfast Giants. W tabeli obecnych rozgrywek również jest ciasno w czołówce tabeli i sytuacja będzie się wyjaśniać do końca rozgrywek. Historia poprzednich spotkań nie jest już taka okazała jak u bałtyckich rywali, bo jeszcze 10 stycznia przydarzyła się porażka z vice liderem z Belfastu (1-4). Tonu zespołowi nadają hokeiści zza oceanu, którzy zdobyli do tego pory po 31 pkt – Ross Armour (15G, 16A) i Tim Doherty (7G, 24A). Zawodników, którzy ciągną zespół do przodu jest więcej, bo ponad 20 pkt zdobyło ich łącznie sześciu. O zabezpieczenie tyłów dba Amerykańsko – kanadyjski duet bramkarzy Jason Grande (skuteczność 0.911% – 13 spotkań) i Kevin Carr (skuteczność 0.912% – 17 spotkań). Do Pucharu Kontynentalnego przystępują dopiero od trzeciej rundy, a w przeciwieństwie do pierwszego rywala katowiczan, Pantery to spora mieszanka hokeistów z Kanady i USA, a w zespole występują także Szwedzi, Węgier i oczywiście Brytyjczycy.

Zapytany o skalę trudności napastnik stwierdził: „Jeżeli chodzi o przeciwników, to ciężko stwierdzić kto będzie najtrudniejszym. Myślę, że będzie to wyrównany turniej, a o zwycięstwie będą decydowały małe rzeczy – tak zwane detale.”

Miejscem zmagań będzie Motorpoint Arena mieszcząca 10 000 widzów, z tym lodowiskiem dobre wspomnienia mają na pewno Bartosz Fraszko, Grzegorz Pasiut i Patryk Wronka, co też potwierdza ten ostatni: „To lodowisko już chyba na zawsze będzie miało same dobre skojarzenia, bo przecież awans do Elity tutaj robiliśmy jako reprezentacja, więc liczę, że dalej będzie dla nas szczęśliwe.” Życzyć należy, by równie dobre wspomnienia przywiozła reszta naszej drużyny niezależnie od narodowości. Natomiast wyżej wymienionemu tercetowi życzymy formy godnej legendy Robin Hooda – wszak to symbol tego miasta.

Kibicom, którzy wybierają się do Anglii, życzymy wyśmienitej zabawy i wielu okazji do świętowania!

15.01.2026 (czwartek, 20:00) GKS Katowice – HK Mogo
16.01.2026 (piątek, 20:00) Nottingham Panthers – GKS Katowice

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga