Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Ekstraklasa przerasta Lechię
Lechia Gdańsk przystępowała do sezonu jako zwycięzca I ligi, tymczasem na półmetku rozgrywek jest najsłabszym z beniaminków, a ryzyko spadku z ligi jest w ich przypadku bardzo realne. O przyczyny takiego stanu rzeczy i oczekiwania przed naszym sobotnim meczem zapytaliśmy Karolinę Jaskulską z redakcji serwisu Lechia.net.
Przed każdym naszym meczem na kibicowskim forum zakładamy temat, w którym dyskutujemy przed i po spotkaniu. W tym roku był jednak mecz, który doczekał się swojego osobnego wątku, a nie grał w nim GKS. Spróbujesz zgadnąć, o jaki mecz chodzi?
Skoro o to pytasz, to podejrzewam, że był to mecz z udziałem Lechii, który mógł wam pomóc w awansie. Musi więc chodzić o wygrane derby z Arką.
Zgadza się. W Katowicach śledziliśmy je z zapartym tchem. Jakie było wasze podejście do tamtych derbów? Piłkarsko sezon dla was był już skończony, bo awans zapewniliście sobie tydzień wcześniej w Krakowie.
W kontekście tamtego meczu z Arką należy wrócić do tego, co wydarzyło się dokładnie rok temu w jesiennych derbach w Gdyni, które Lechia przegrała 0:1 po rzucie karnym. Otoczka była specyficzna, bo spadł wtedy pierwszy śnieg, co dla niektórych zagranicznych piłkarzy, jak na przykład Australijczyk Louis D’Arrigo, było zupełnie nowym doświadczeniem. Derby zawsze wywołują dodatkową mobilizację, przede wszystkim wśród kibiców. Była więc chęć rewanżu, ponadto wiosną po raz pierwszy na nowym stadionie pojawili się goście z Gdyni. Wyprzedano wszystkie bilety, ponad 30 tysięcy, dlatego był to dla nas ważny mecz, którego stawką był prymat w Trójmieście. Mówiło się też o tym, aby dodatkowo pomieszać Arce szyki w walce o awans. Potwierdziły to wydarzenia na boisku, gdzie przez blisko 60 minut graliśmy w osłabieniu, a mimo to wygraliśmy. Była jeszcze sytuacja z potencjalnym karnym dla Arki w ostatniej minucie, gdzie jakimś cudem sędzia na VAR nie dopatrzył się faulu. Dzięki temu zapewniliśmy sobie wygranie ligi, dostaliśmy pamiątkowy puchar, a po meczu była spontaniczna feta na Starym Mieście, gdzie pod Neptunem świętowaliśmy razem z drużyną.
Ten sukces był dla Was zaskoczeniem? Przed sezonem chyba nikt nie stawiał was w gronie faworytów ligi, patrząc na zawirowania organizacyjne w waszym klubie.
Pamiętamy, co działo się na początku ubiegłego sezonu, gdzie w pierwszej kolejce Lechia pojechała do Głogowa, a trener Szymon Grabowski miał do dyspozycji 15 piłkarzy. Letnia przerwa między sezonami to był bardzo trudny okres, bo wciąż decydowały się sprawy związane ze zmianami właścicielskimi, odeszło też wielu piłkarzy. Panował chaos i niepewność, odwoływano sparingi i obóz przygotowawczy. Dopiero z czasem postawa drużyny dała nadzieję na pozytywne rozstrzygnięcie sezonu. Do drużyny dołączyli piłkarze wartościowi jak na warunki I ligi, tacy jak Rifet Kapić, Camilo Mena, Iwan Żelizko czy Maksym Chłań. Drużyna się zgrywała, szatnia stawała się jednością i mimo zawirowań organizacyjnych osiągaliśmy dobre wyniki. Po dobrze przepracowanej zimie świetnie rozpoczęliśmy rundę rewanżową, co dało podstawy do realnej wiary w awans. Ogromną rolę odegrał w tym wszystkim trener Szymon Grabowski i jego sztab. Bez niego nie byłoby awansu. Lechia wróciła tam, gdzie jej miejsce, bo trzeba pamiętać, że jest to klub z bogatą historią, który zapisał się na kartach polskiej piłki.
Do niedawna noszony na rękach trener Grabowski został kilka dni temu odsunięty od zespołu. Czy to on ponosi winę za słabe wyniki Lechii w Ekstraklasie?
Trener padł ofiarą własnego sukcesu. W trudnych warunkach osiągnął wynik, którego tak naprawdę się nie spodziewaliśmy. Przed obecnym sezonem obiecano mu poprawę sytuacji: do drużyny miał dołączyć napastnik i trzech obrońców, mówiło się np. o Arkadiuszu Pyrce z Piasta. Tymczasem przeprowadzono transfery, które moim zdaniem są niewypałami. Trener nie miał materiału, na którym mógłby pracować i osiągać dobre wyniki w Ekstraklasie. Padł ofiarą nie tylko swojego sukcesu, ale także lojalności, bo latem miał ofertę z Zagłębia Lubin, o czym donosiły Meczyki.pl. Został jednak w Gdańsku, bo wierzył, że jest tu w stanie robić wielkie rzeczy. I choć sam również popełniał błędy i nie wszystkie jego decyzje podobały się kibicom, to uczył się Ekstraklasy i zdobywał doświadczenie. Z powodu widzimisię prezesa został jednak odsunięty od prowadzenia drużyny.
Spodziewaliście się takiego ruchu zarządu?
Jeszcze miesiąc temu Paolo Urfer wydał komunikat, w którym informował o pełnym wsparciu dla trenera Grabowskiego, ale już w drugim zdaniu wytykał mu błędy i brak opieki trenerskiej nad zespołem. Czuło się, że może to być zapowiedź końca trenera Grabowskiego w Lechii, a zarząd szuka kogoś na jego miejsce. Dziś Paolo Urfer nie potrafi nawet zwolnić trenera, wydając kuriozalny komunikat o jego zawieszeniu (rozmawialiśmy przed oficjalnym ogłoszeniem rozwiązania kontraktu z trenerem – przyp. red). Wiadomo, że Szymon Grabowski nie poprowadzi już drużyny i nie pojawi się ani w szatni, ani na stadionie, chyba że w roli kibica, bo pracując tutaj mocno zżył się z naszym środowiskiem. Sama tego doświadczyłam, bo w dniu meczu z Pogonią obchodziłam swoje urodziny. Trener o tym wiedział i po meczu, mimo że przegranym, spotkał się ze mną, przyniósł prezent i przeprosił za porażkę. A 5 minut później został zwolniony…
Jak przebiegają poszukiwania nowego trenera?
Mówi się o trenerze zza granicy, bo nikt z polskich szkoleniowców nie chce wchodzić w tak niepewny projekt. Natomiast ktoś spoza środowiska może nie być świadomy tego, co dziś dzieje się w Lechii, podobnie jak David Badia, który był naszym trenerem wiosną 2023, kiedy spadliśmy z Ekstraklasy. Ponadto moment zwolnienia też wydaje się nieprzemyślany, bo można to było zrobić albo w przerwie na kadrę, albo po zakończeniu rundy, a nie po porażce z Pogonią. Mimo to uważam, że Szymon Grabowski prędzej czy później wróci do Ekstraklasy, za to nie mam pewności, czy zostanie w niej Lechia.
W sobotę na ławce trenerskiej usiądzie Kevin Blackwell. Jaką rolę ta postać odgrywa w Lechii?
Blackwell trafił do Lechii w październiku ubiegłego roku. Jest bardzo dobrym znajomym prezesa Urfera i został zatrudniony jako dyrektor techniczny, wzorem angielskiego modelu zarządzania. Miał być łącznikiem między prezesem a sztabem, przełożonym trenera, ale nie wchodzić w jego kompetencje. Rzeczywistość okazała się jednak inna, bo prowadził treningi, wygłaszał przemowy w szatni, a nawet w trakcie meczów schodził na ławkę i dawał wskazówki drużynie. Po awansie do Ekstraklasy wymienił połowę sztabu szkoleniowego, w ich miejsce sprowadzając ludzi z Anglii. Teraz po zwolnieniu Szymona Grabowskiego od razu wskoczył w jego buty. W meczu z GKS-em zasiądzie na ławce, mimo że nie ma ważnej licencji UEFA Pro. Dlatego dołączył do niego Radosław Bella, który tę licencję ma. Jednak to Blackwell będzie rządził, mimo że jest osobą nielubianą i nie cieszy się zaufaniem kibiców.
Trudno mówić o przemyślanej filozofii budowania drużyny w obliczu problemów organizacyjnych w Gdańsku. Czy zarząd ma pomysł na Lechię w Ekstraklasie?
Problemy finansowe w Lechii ciągną się od wielu lat i przyjście Paolo Urfera tego nie zmieniło. Prezes obiecywał złote góry, słyszeliśmy o sponsorze, mocnych transferach do Ekstraklasy, ale jak na razie na obietnicach się skończyło. Patrząc z perspektywy obecnego sezonu można oceniać, że awans to było osiągnięcie ponad stan, zarówno sportowo, jak i organizacyjnie. Dziś Ekstraklasa przerasta Lechię i mamy poczucie, że roczna banicja w I lidze niewiele zmieniła.
Pozycja Lechii w tabeli pokazuje, że transfery, które wystarczyły na zdominowanie I ligi to za mało na Ekstraklasę.
Nie ulega wątpliwości, że zimą musimy się solidnie wzmocnić na każdej pozycji. Obecny skład doskonale poradził sobie w I lidze, ale to za mało na poziom Ekstraklasy. Mogłabym wskazać 3-4 piłkarzy, którzy pasują poziomem do najwyższej ligi. Są to na pewno Kapić i młodzi skrzydłowi – Mena i Chłań, którzy mają wielki talent i odnaleźli się w tej lidze. Dla pozostałych Ekstraklasa to raczej za wysokie progi. Nie jest to jednak wyłącznie wina piłkarzy, bo gdyby mieli doświadczonych partnerów, którzy byliby dla nich wsparciem, to cały zespół funkcjonowałby lepiej. Dziś Lechia nie ma lidera, który mógłby być wzorem dla młodych piłkarzy. W styczniu dołączy do nas Michał Głogowski z Hutnika Kraków, który jest wiceliderem strzelców II ligi, nie spodziewam się jednak, że będzie on naszym zbawieniem. Jeśli nie będzie istotnych wzmocnień, przede wszystkim w obronie, to Lechia nie utrzyma się w lidze. Ponadto nie omijają nas kontuzje, bo na dłużej z gry wyłączeni są Bobcek i Mena, poważnych urazów doznali młodzieżowcy Marcel Bajko i Wojtek Madej, którzy brali udział w treningach pierwszej drużyny. Nie pomogły zmiany w sztabie medycznym dokonane latem przez Kevina Blackwella. Dość powiedzieć, że Kevin Paxton jako fizjoterapeuta pracuje zdalnie z Anglii, jednocześnie szukając nowej pracy na LinkedIn.
Gdy mówimy o kontuzjach, warto wrócić do ubiegłego sezonu, gdy uraz na długo wyeliminował lidera Lechii w tamtym okresie – Luisa Fernandeza. Dlaczego dziś nie ma go już w Gdańsku?
Transfer Fernandeza miał legitymizować projekt „Lechia Gdańsk w I lidze”. Jego przyjście z Wisły Kraków było zaskoczeniem dla całego środowiska piłkarskiego w Polsce. Był gwiazdą i od początku sezonu strzelał dużo goli. Niestety nabawił się kontuzji kolana i przeszedł operację. Wrócił w kwietniu, zagrał po kilka minut z Odrą i GKS-em w Katowicach, ale kontuzja się odnowiła i konieczny był drugi zabieg. Mimo, że nie grał, to zawsze był przy drużynie i jako kapitan był ważną postacią w szatni. Gdy wreszcie wrócił do zdrowia, prezes Urfer zdecydował o jego odsunięciu. Powód był oczywisty: piłkarz domagał się wypłaty zaległych pensji. Dlatego Fernandez zdecydował się rozwiązać kontrakt, a jego sprawa będzie rozpatrywana przez piłkarskie trybunały. Dziś na pewno przydałby się tej drużynie, bo dawał dużo jakości i doświadczenia.
Najnowsza historia ligowych pojedynków GieKSy z Lechią nie jest zbyt bogata. Masz szczególne wspomnienia tych meczów?
Kiedy Lechia regularnie rywalizowała z GieKSą, nie było mnie jeszcze na świecie. Pamiętam nasze mecze w sezonie 2007/2008, kiedy awansowaliśmy do Ekstraklasy i udało się was dwukrotnie pokonać. Najbardziej żywe są wspomnienia z ubiegłego sezonu, kiedy wygraliśmy w Gdańsku, a w Katowicach lepszy był GKS. Wszyscy doskonale pamiętamy nasz ostatni mecz przy Bukowej, gdzie Lechia przegrała po golu Arka Jędrycha w doliczonym czasie. Nie wykorzystaliśmy wtedy wielu okazji na gola, grając przecież z przewagą jednego zawodnika. Był to dla nas trudny moment, który zasiał trochę niepewności, ale mimo tej porażki nikt nie zwątpił w to, że możemy wrócić do Ekstraklasy.
Historię Lechii i GKS-u łączy Sławomir Wojciechowski – rodowity gdańszczanin, który swoje sukcesy święcił m.in. w Katowicach.
Uważam, że jest to jeden z najlepszych polskich piłkarzy lat 90. Odnosił sukcesy nie tylko w Polsce, ale i za granicą, kiedy niewielu piłkarzy wyjeżdżało, aby grać w europejskich ligach. Sławek był ważną postacią GKS-u i odniósł wiele sukcesów z tym klubem, ale miał też dobry czas w Lechii i zapisał się w naszej historii, zarówno jako piłkarz, jak i działacz. Jest to postać, która łączy oba kluby, będąc jednocześnie jedną z ważniejszych postaci polskiej piłki lat 90.
Zwycięstwo w Katowicach w sobotę jest dla Lechii obowiązkiem?
Mając 5 punktów straty do bezpiecznej pozycji w tabeli trzeba szukać punktów z każdym, niezależnie od poziomu przeciwnika. W sobotę jedziemy do Katowic, gdzie czeka nas mecz przy pełnych trybunach, prawdopodobnie wasz ostatni mecz na starym stadionie. Atmosfera będzie więc szczególna, tym bardziej jeśli chodzi o uhonorowanie śp. Jana Furtoka. Dla waszej społeczności będzie to więc ważne wydarzenie, a piłkarsko GieKSa też musi punktować, bo wasza przewaga nad strefą spadkową nie jest duża. Oba zespoły będą chciały wygrać, ale nie spodziewam się fajerwerków po Lechii. Nie liczę też na efekt „nowej miotły”. Zakładam remis, a w czarnym scenariuszu zwycięstwo waszej drużyny. Każdy to wie, że musimy punktować, ale w tym sezonie nie za bardzo nam to wychodzi.
Remis będzie waszym sukcesem?
Myślę, że tak. Punkt przywieziony z wyjazdu to zawsze jakiś dorobek, jednak Lechia już kilka takich remisów ma i nie poprawia to naszej sytuacji w tabeli. W Kielcach zremisowaliśmy 0:0 nie oddając celnego strzału na bramkę, były też lepsze mecze, jak remis 3:3 w Gliwicach. Remis w Katowicach zostanie przyjęty jako dobry wynik, bo w takim miejscu jest dziś nasz zespół, że o każdy punkt jest trudno. Każdy chciałby zwycięstwa, ale patrząc na obecną atmosferę w Gdańsku bardziej prawdopodobna jest wygrana gospodarzy.
Pokusisz się o wytypowanie wyniku?
Sercem postawię na remis bramkowy, bo tracimy dużo goli, więc musimy też strzelić. Na dziś stawiam na 2:2.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze