Felietony Piłka nożna
Post scriptum: Euro-wsiowe standardy prasowe
Za sobą mamy intensywny czas, związany z trzema meczami – w Warszawie, Skierniewicach i u siebie z Koroną. Ze względu na liczbę spotkań i zatrzęsienie newsów na naszej stronie, post scriptum – zbiorcze – ukazuje się dopiero teraz – na spokojnie, kiedy kolejny mecz gramy dopiero w sobotę. Zapraszamy na kilka słów okołomeczowych podsumowań, dzięki którym zobaczycie trochę kulis naszej pracy. Niektóre kwestie mogą się wydać… zaskakujące.
1. Dla mnie ten wyjazd rozpoczął się już w czwartek i do niedzieli przebywałem w Warszawie. Nie będę się w tym miejscu rozpisywał szczegółowo, gdyż w planach mam zrobienie reportażu z tegoż wyjazdu – wzorem tego majowego, który mogliście (i możecie) czytać TUTAJ. W obecnym artykule skupię się stricte na meczu.
2. Ograniczę się tylko do tego, że tak naprawdę pierwszy raz w życiu mogłem pozwiedzać Warszawę na spokojnie. Byłem w kilku ciekawych miejscach, o których napiszę wkrótce. Oczywiście będą też GieKSiarskie i piłkarskie odniesienia.
3. Po obfitym posiłku około 18.00 udałem się spod zamku na Starym Mieście na stadion. Już od pewnej odległości od obiektu były stoiska z szalikami i pamiątkami. Trochę na wzór meczów reprezentacji Polski.
4. Dobrze, że wiedziałem, gdzie odebrać akredytację i potem, gdzie udać się do wejścia na stadion. Bo gdyby nie to, późniejsze kiepskie wrażenie mogłoby być jeszcze gorsze.
5. Tak więc udałem się do recepcji klubowej. Wejściówka na mnie już czekała. No właśnie – wejściówka, bilet, nie wiem jak to nazwać. Praktycznie na wszystkich stadionach jest to taka prostokątna plakietka z napisem „prasa”, czasem zalaminowana. Tutaj był to taki bilecik, pewnie podobny do zwykłych biletów dla kibiców. Był podany też sektor, rząd i miejsce. Nie spotkałem się jeszcze z tym.
6. Udałem się do wejścia, przeszukano mnie – oczywiście pobieżnie – na polskie stadiony można wnieść i czołg, jeśli dobrze się go schowa. Poprosiłem o skierowanie mnie na sektor prasowy. Jak to zazwyczaj bywa – ochroniarze kompletnie nie wiedzieli gdzie mam iść.
7. Głowiłem się, poszedłem do jednych drzwi, potem kazali mi iść gdzie indziej. W końcu dotarłem do odpowiedniego wejścia i tutaj już droga na sektor prasowy choć długa, była dość intuicyjna. Przy samym wejściu do tej strefy był pierwszy catering.
8. Potem znalazłem się już w strefie okołokonferencyjnej. I tutaj było iście europejsko. Sala konferencyjna, z podestem dla kamer, czysta, schludna, po prostu bardzo ładna. Obok sala z krzesłami i stołami, żeby nie trzeba było robić materiałów na kolanie. W lobby catering, którego nie powstydziłyby się loże VIP na wielu stadionach. Fikuśne kanapki, małe hamburgerki i mini pizze, ogrzewane cały czas, żeby były ciepłe, soki z kraników, napoje, w bemarach typowo obiadowe dania. Do tego kanapa, stoliki. Ogólnie – rewelacja i świetna prezencja.
9. Potem schodami (jest też winda) udałem się na najwyższe piętro, gdzieś tam mijając Michała Żewłakowa, który miał komentować ten mecz w Canal+. Gdy wyszedłem na sektor prasowy, szukałem swojego rzędu i miejsca. Żałowałem, że nie mam go tutaj, gdzie się znalazłem, bo warunki do pracy były bardzo dobre. A potem żałowałem jeszcze bardziej…
10. Przeszedłem przez jakąś furtkę i ku mojemu zdziwieniu, nadal byłem na sektorze prasowym. Ale tu już było inaczej. Odnalazłem swoje miejsce i usiadłem. Miejsce bez stolika, bo stoliki były co kilka siedzisk. Więc zająłem takie, gdzie ten blat był.
11. Stolik przesuwany pionowo. Ale bez żadnej blokady. Czyli coś takiego, że mogę go ustawić przed sobą tak, żeby położyć laptopa, ale gdy nacisnę mocniej, oprę się przypadkowo o blat, to po prostu się on zsunie do dołu i będzie niezła lipa.
12. Zszedłem więc rząd niżej, gdzie już stoliki (również co kilka miejsc) były z blokadą. Tyle, że tutaj gdy tak blokada działała, stoliki były pochyłe. Przekleństwo niektórych stadionów. Czyli nie możesz za bardzo postawić sobie picia, bo ci się wylewa. Mnie podczas meczu spadła z tego stolika komórka i myszka. Absurdalne rozwiązanie, które jak widać, jest także na Legii.
13. Czekałem na resztę ekipy. Mecz z Legią opracowywaliśmy w czteroosobowym składzie. Ja i Patryk na prasie, Magda i Kazik na foto. Byłem na swoim miejscu chwilę przed dziewiętnastą, więc sporo czasu pozostawało jeszcze do meczu.
14. Niestety to, co działo się z resztą ekipy było lekko skandaliczne. Najpierw Kazik dawał znać, że miał problem z wejściem, bo nie było jego akredytacji. Podobno ktoś już odebrał nasze wejściówki (sic!). Na szczęście dodrukowano mu ją, choć i z tym były problemy, bo drukarka przez chwilę odmówiła posłuszeństwa.
15. Kazik wyszedł z auta wcześniej, by robić efektowne ujęcia dronem (zapraszamy do galerii). Patryk i Magda… szukali miejsca parkingowego i to był jakiś horror. Nie wpuszczano ich na żaden parking w pobliżu stadionu, kluczyli między blokami, osiedlami i nigdzie nie mogli przystanąć. Pisali mi to właśnie wtedy, kiedy się pojawiłem na prasie, czyli półtorej godziny przed meczem.
16. Minęła prawie godzina, gdy Patryk pojawił się na prasówce. Ostatecznie zaparkował półtora kilometra od stadionu, więc można sobie wyobrazić, jak duże jest opóźnienie związane z szukaniem miejsca, a potem jeszcze tyraniem z tobołami na stadion.
17. Ktoś powie – mogliście wyjechać wcześniej. Przypomnę jednak, że nie robimy tego w ramach pracy, tylko ciułamy czas wolny, żeby na tę GieKSę pojechać. Zazwyczaj chcielibyśmy być na stadionie 1,5h przed meczem i czasem się to udaje. Tutaj ekipa była w pobliżu obiektu w tym czasie. Nie przewidzieliśmy jednak takiego dramatu z zaparkowaniem. Następnym razem będziemy musieli inaczej to rozwiązać.
18. Sektor prasowy miał jeszcze kilka mankamentów. Nie wiem, z czego, ale wrażenie zapylenia było dość spore. Myślę, że czasem warto by było przeczyścić przynajmniej blaty tych chybotliwych czy krzywych stolików.
19. Największym problemem jednak było to, że ostatecznie wyszło, że dostaliśmy miejsca chyba dla jakiegoś medialnego plebsu. Niby na schemacie stadionu rzeczywiście były to miejsca prasowe. Jednak kuriozalne jest to, że żeby dojść do tego miejsca musiałem trzy razy okazać „akredytację” i dwa razy pokazać dowód osobisty, a okazało się, że od drugiej strony nie ma żadnego oddzielenia między tymi stanowiskami, a zwykłym sektorem kibiców. Jeden ochroniarz, który tam stał też tego kompletnie nie pilnował.
20. Efekt był taki, że za naszymi plecami zleźli się kibice Legii i normalnie sobie usiedli mogąc nam wlepiać te swoje warszawskie gały w monitor.
21. Przyznam, że takiej słomy z butów nie widziałem już dawno. W głowie się nie mieści jaki to jest zmanierowany element. Jakkolwiek staram się zdecydowanie unikać uprzedzeń, klubowych, regionalnych itd., to tutaj naprawdę trudno nie było myśleć w głowie w kategoriach „warszafki”.
22. Jeszcze przed meczem zaczęli swoje wywody. Pogarda jaką kierowali w stronę kibiców GieKSy, teksty typu „róbcie zdjęcia, róbcie, bo nieprędko znów do stolicy przyjedziecie”, oczywiście zdania o „brudnych pazurach” też musiały się znaleźć. Jakkolwiek wzajemne pozdrowienia kibiców, szowinizm i antagonizmy międzyklubowe są czymś normalnym i też związanym z psychologią tłumu, to tutaj mieliśmy po prostu wyraz indywidualnego prostactwa na najwyższym poziomie.
23. Nie szczędzili oni także swojego prymitywizmu w kontekście piłkarzy Legii, którzy rozgrywali kapitalne spotkanie i najlepszy mecz w sezonie. Nawet przy stanie 3:1 czy 4:1 rzucali tekstami „patrz, ale ten Gual biega, jak jakiś konik ze łbem” czy drwiąco wypowiadali się o Morishicie. Aż człowiek się cieszy, że od kilku lat mogą się obejść smakiem, jeśli chodzi o mistrzostwo. I w tym sezonie będzie podobnie.
24. Przed meczem była efektowna, kapitalna gra świateł i muzyki. Naprawdę robiło to wrażenie. Dodatkowo w tym schemacie nastąpiła prezentacja składów, z postaciami na boisku, które przy danym nazwisku był rozświetlane. A całość została zakończona uhonorowaniem Lucjana Brychczego, czyli prawdziwej legendy warszawskiego klubu, choć człowieka ze Śląska.
25. Kibice obu drużyn nie szczędzili sobie uprzejmości w trakcie meczu, ale też prowadzili dobry doping dla swoich drużyn. Z czasem trwania meczu bardziej mogli być zadowoleni ci z Żylety, ale sektor gości niezrażony traconymi kolejnymi bramkami, ciągle trzymał znakomity poziom.
26. Mieliśmy swoją chwilę euforii, kiedy Adam Zrelak dał prowadzenie naszej drużynie. Tym samym osobiście trochę zrehabilitował się za niewykorzystany rzut karny przy Łazienkowskiej w barwach Warty Poznań. Tyle, że wtedy Warta wygrała, a teraz GKS przegrał. Pewnie z chęcią by się zamienił.
27. A Rafał Augustyniak strzelił swoją drugą bramkę przeciw GieKSie. Poprzednio niemal 10 lat temu na Bukowej w barwach Widzewa Łódź.
28. GieKSa wróciła na stadion przy Łazienkowskiej po 19 latach. Poprzednio, gdy zespół spadał z ekstraklasy, obiekt Legii był jeszcze w dawnym wydaniu. Na kolejną próbę musimy poczekać przynajmniej rok.
29. Po spotkaniu przemieściliśmy się do sali konferencyjnej. Konferencja prasowa, jak od lat, była oddzielna dla jednego i drugiego trenera. Najpierw wypowiedział się Rafał Górak, a potem na salę wkroczył Goncalo Feio…
30. Trudno nie było odnieść wrażenia, że trener Legii jest przeszczęśliwy z wygranej i postawy swojego zespołu. Potem w skrótach widzieliśmy, jak przytulał się czule ze szkoleniowcem GieKSy. Z Goncalo stał się taki dobrotliwy, miły wujek, co jest w kontraście do niektórych innych odsłon szkoleniowca.
31. No więc trener wszedł na salę konferencyjną i zaczął się witać z każdym, a osób było chyba ze trzydzieści. Z bliższymi mu osobami, czyli pewnie pracownikami medialnymi Legii, to bardziej zbił piątkę, dziewczynom podającym mikrofon dał buziaka, z nami normalne podał rękę (mnie w zasadzie raczej same palce), a naszej fotografce Magdzie rzucił tekstem „fajne zdjęcia”.
32. Sama konferencja była dość dziwna, bo w całej tej swojej radości, ekspresja trenera była taka… zamulona. Ale zaczął wymieniać członków sztabów medycznych, fizjoterapeutów, dietetyków itd., jako tych, którzy mają wkład w to, że w trzy dni Legia może zagrać dwa tak dobre mecze, przede wszystkim pod kątem fizycznym.
33. I choć było to totalnie nużące, to… trudno nie przyznać trenerowi racji. Przygotowanie fizyczne, motoryczne i regeneracja jest na bardzo wysokim poziomie i z tylko jedną zmianą w składzie w porównaniu do Backi Topoli, Legia zagrała z GieKSą kapitalne zawody.
34. Konferencja się skończyła, dziennikarze się zwinęli, a my… zostaliśmy na sali konferencyjnej. Ewakuowała się z czasem obsługa, ochroniarze (tacy w garniturach) i była lekka sugestia, żebyśmy też sobie poszli. Wyrażona w słowach „my już idziemy” przez jedną panią. „Dobrze, my zostajemy” – odpowiedzieliśmy. I zostaliśmy sami totalnie w tej przestrzeni medialnej. Jeszcze przez około godzinę robiliśmy dla Was materiały, konferencję, galerie z meczów. Przy okazji coś tam sobie podjedliśmy.
35. Koło północy zebraliśmy się do wyjścia. Czekała nas długa droga do samochodu. Pokonaliśmy ją złorzecząc na warunki, w których przyszło nam pracować. Ale to nie jest tak, że były one wyłącznie złe. Trzeba podzielić je na dwie kategorie – przestrzeń medialna, sala konferencyjna itd. – na piątkę z plusem. Sektor prasowy – pała z wykrzyknikiem. Aha, no i przy wyjściu zobaczyliśmy krzesło Legii, które wyglądało niczym postać z „Krzyku”… Idealne na godzinę duchów.
36. W Katowicach byliśmy po godzinie trzeciej. Za nieco ponad dwie doby mieliśmy się spotkać znów, by udać się na kolejne wyjazdowe spotkanie.
—-
37. Do Skierniewic wyruszyliśmy w środę o 15. Godziny szczytu, aglomeracja, więc łatwo nie było. Nawigacja nie pokazywała nam w żadnym stopniu wyjazdu z Katowic na krajową jedynkę, tylko prowadziła nas na Chorzów, a potem by na wysokości Bytomi zjechać na A1 i tędy ruszać w średnio-odległą podróż.
38. Przed Legią nastąpiła zmiana czasu. To spowodowało, że już w trakcie drogi nastały egipskie ciemności. W sumie to się rzadko zdarza, żeby już jadąc na mecz było ciemno. Naprawdę trzeba późno grać i musi być niesprzyjająca pora roku.
39. Na stacji spotkaliśmy naszych kibiców Wojtka i kompanów, sytuacja była o tyle dziwna, że dosłownie przed chwilą padł jakiś żarcik o lokalnym klubie i zaczepia nas jakiś byk – myśleliśmy, że to będzie niemiła rozmowa na temat tego niewinnego gagu 😉 Pozdrawiamy Was!
40. Na stadion dojechaliśmy godzinę przed meczem. Odbiór akredytacji poszedł sprawnie, ale szok – drugi raz w ciągu kilku dni dostaliśmy świstek, który bardziej był biletem niż akredytacją. Z rzędem i numerem.
41 Wejście przebiegło bezproblemowo, choć nietypowe było to, że trzeba było zeskanować kod z biletu, żeby przejść przez jeże. Nie było osobnego wejścia dla mediów. Wkrótce byliśmy na trybunie.
42. Miejsc dla prasy nie uświadczysz. Znaczy może na balkonie, w pobliżu vipów coś było. Tutaj po prostu trzeba było zająć wskazane miejsce na trybunie. Położyć laptopa na kolanach i jeszcze oszczędzać baterię, bo o gniazdku można było tylko pomarzyć. Cóż, nowy stadion, ładny, ale nie zadbano o wszystko. Tak więc jak na Legii mieliśmy kibiców nad sobą, to tutaj byli rząd pod nami.
43. Dla porównania jednak powiedzmy, że oprócz jednego frustrata (chyba pijanego), który obrażał nasz klub, pozostali kibice Unii zachowywali się najnormalniej w świecie, wspierając swoją drużynę.
44. Dziwne były jupitery, skarżyła się na nie nasza fotografka – i my mieliśmy wrażenie, że świeci nam prosto w oczy. Mariusz, który czasem nas wozi na wyjazdy stwierdził, że to z powodu niskich masztów i rzeczywiście coś w tym może być.
45. Jakie to było spotkanie, każdy widział. Jeden, wielki, totalny dramat i jedna z największych kompromitacji w historii klubu. Jako drużyna z ekstraklasy przegraliśmy z ekipą z czwartego poziomu rozgrywkowego. Jeśli w dawnej historii GKS nie przydarzyło się nic takiego, to być może był to w tym kontekście nawet najgorszy mecz w historii.
46. Kibice od 40. minuty trzy razy wpadli w euforię – najpierw po czerwonej kartce Repki, a potem po golach Szmyda i Sabiłły. Dwubramkowe prowadzenie Unii spowodowało, że nastroje w Skierniewicach były znakomite.
47. Druga część spotkania nie przyniosła zmiany obrazu gry. GieKSa biła głową w mur, co prawda strzeliła gola, ale więcej okazji miała Unia. Skończyło się na 2:1, a stadion Unii odleciał – drużyna dokonała historycznego sukcesu awansując do 1/8 finału Pucharu Polski.
48. Po spotkaniu udaliśmy się do sali konferencyjnej. Podobnie jak na Legii, była ona ładna i schludna, pachnąca nowością. Przy stołach po bokach sali można było popracować i… podładować niemal już rozładowanego laptopa.
49. Podobnie jak po meczu z Motorem, tak i teraz trenera Kamila Sochę (200. mecz w barwach Unii) przywitały brawa miejscowych dziennikarzy. Szkoleniowiec nie ukrywał swojego szczęścia i trudno mu się dziwić.
50. Gwiazdą Unii jest rzecznik i jednocześnie spiker, trzeba przyznać, że jako taki trochę modniś, robi show i wprowadza nieco kolorytu. Niektórych może to nawet irytować, ale w sumie… czemu nie mieć swojego stylu?
51. Popracowaliśmy na sali jeszcze kilkadziesiąt minut i zebraliśmy się. Gdy powiedzieliśmy „do widzenia” obecnym na sali jeszcze dwóm osobom, pani z RMF-u nam przyjacielsko odpowiedziała „paaaaaaa”. No to też jeszcze raz się pożegnaliśmy „paaaaaaa”.
52. Droga do domu przebiegła szybko i sprawnie. Zniesmaczeni totalnie tym żenującym występem, ale już z myślami o kolejnym meczu domowym i następnym wyjeździe zameldowaliśmy się w Katowicach około pierwszej.
—-
53. Jeszcze kilka punktów poniedziałkowego spotkania. W tym sezonie graliśmy w ten dzień tygodnia dopiero po raz drugi. Za pierwszym razem zremisowaliśmy w Gliwicach z Piastem i mieliśmy dużo lepsze nastroje.
54. Lukas Klemenz strzelił trzeciego w historii gola dla GieKSy. Za pierwszym razem trafiał w sezonie 2017/18 przeciw Stomilowi i Podbeskidziu. Teraz zdobył pierwszego gola na poziomie ekstraklasy.
55. GieKSa zanotowała drugi mecz w tym sezonie i drugi z rzędu, w którym prowadziła, a ostatecznie przegrała. Dodatkowo w dwóch meczach, w których zespół obejmował prowadzenie, zakończyły się one remisem (Piast i Widzew).
56. W odwrotną stronę już nie jest tak różowo. Katowiczanie nie wygrali ani jednego meczu, w którym przegrywali. Dwukrotnie udało się ostatecznie zakończyć takie spotkaniem remisem (również Piast i Widzew).
57. To był przedostatni mecz na Bukowej. Łza się w oku zakręci podczas meczu z Lechią…
58. Arkadiusz Jędrych dostał tablicę pamiątkową z okazji 200 meczów w GieKSie. Lukas Klemenz po golu dał sygnał, że spodziewa się potomka. Gratulujemy!
59. Teraz już tylko Cracovia!
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.























Najnowsze komentarze