Felietony Piłka nożna
Post scriptum: Euro-wsiowe standardy prasowe
Za sobą mamy intensywny czas, związany z trzema meczami – w Warszawie, Skierniewicach i u siebie z Koroną. Ze względu na liczbę spotkań i zatrzęsienie newsów na naszej stronie, post scriptum – zbiorcze – ukazuje się dopiero teraz – na spokojnie, kiedy kolejny mecz gramy dopiero w sobotę. Zapraszamy na kilka słów okołomeczowych podsumowań, dzięki którym zobaczycie trochę kulis naszej pracy. Niektóre kwestie mogą się wydać… zaskakujące.
1. Dla mnie ten wyjazd rozpoczął się już w czwartek i do niedzieli przebywałem w Warszawie. Nie będę się w tym miejscu rozpisywał szczegółowo, gdyż w planach mam zrobienie reportażu z tegoż wyjazdu – wzorem tego majowego, który mogliście (i możecie) czytać TUTAJ. W obecnym artykule skupię się stricte na meczu.
2. Ograniczę się tylko do tego, że tak naprawdę pierwszy raz w życiu mogłem pozwiedzać Warszawę na spokojnie. Byłem w kilku ciekawych miejscach, o których napiszę wkrótce. Oczywiście będą też GieKSiarskie i piłkarskie odniesienia.
3. Po obfitym posiłku około 18.00 udałem się spod zamku na Starym Mieście na stadion. Już od pewnej odległości od obiektu były stoiska z szalikami i pamiątkami. Trochę na wzór meczów reprezentacji Polski.
4. Dobrze, że wiedziałem, gdzie odebrać akredytację i potem, gdzie udać się do wejścia na stadion. Bo gdyby nie to, późniejsze kiepskie wrażenie mogłoby być jeszcze gorsze.
5. Tak więc udałem się do recepcji klubowej. Wejściówka na mnie już czekała. No właśnie – wejściówka, bilet, nie wiem jak to nazwać. Praktycznie na wszystkich stadionach jest to taka prostokątna plakietka z napisem „prasa”, czasem zalaminowana. Tutaj był to taki bilecik, pewnie podobny do zwykłych biletów dla kibiców. Był podany też sektor, rząd i miejsce. Nie spotkałem się jeszcze z tym.
6. Udałem się do wejścia, przeszukano mnie – oczywiście pobieżnie – na polskie stadiony można wnieść i czołg, jeśli dobrze się go schowa. Poprosiłem o skierowanie mnie na sektor prasowy. Jak to zazwyczaj bywa – ochroniarze kompletnie nie wiedzieli gdzie mam iść.
7. Głowiłem się, poszedłem do jednych drzwi, potem kazali mi iść gdzie indziej. W końcu dotarłem do odpowiedniego wejścia i tutaj już droga na sektor prasowy choć długa, była dość intuicyjna. Przy samym wejściu do tej strefy był pierwszy catering.
8. Potem znalazłem się już w strefie okołokonferencyjnej. I tutaj było iście europejsko. Sala konferencyjna, z podestem dla kamer, czysta, schludna, po prostu bardzo ładna. Obok sala z krzesłami i stołami, żeby nie trzeba było robić materiałów na kolanie. W lobby catering, którego nie powstydziłyby się loże VIP na wielu stadionach. Fikuśne kanapki, małe hamburgerki i mini pizze, ogrzewane cały czas, żeby były ciepłe, soki z kraników, napoje, w bemarach typowo obiadowe dania. Do tego kanapa, stoliki. Ogólnie – rewelacja i świetna prezencja.
9. Potem schodami (jest też winda) udałem się na najwyższe piętro, gdzieś tam mijając Michała Żewłakowa, który miał komentować ten mecz w Canal+. Gdy wyszedłem na sektor prasowy, szukałem swojego rzędu i miejsca. Żałowałem, że nie mam go tutaj, gdzie się znalazłem, bo warunki do pracy były bardzo dobre. A potem żałowałem jeszcze bardziej…
10. Przeszedłem przez jakąś furtkę i ku mojemu zdziwieniu, nadal byłem na sektorze prasowym. Ale tu już było inaczej. Odnalazłem swoje miejsce i usiadłem. Miejsce bez stolika, bo stoliki były co kilka siedzisk. Więc zająłem takie, gdzie ten blat był.
11. Stolik przesuwany pionowo. Ale bez żadnej blokady. Czyli coś takiego, że mogę go ustawić przed sobą tak, żeby położyć laptopa, ale gdy nacisnę mocniej, oprę się przypadkowo o blat, to po prostu się on zsunie do dołu i będzie niezła lipa.
12. Zszedłem więc rząd niżej, gdzie już stoliki (również co kilka miejsc) były z blokadą. Tyle, że tutaj gdy tak blokada działała, stoliki były pochyłe. Przekleństwo niektórych stadionów. Czyli nie możesz za bardzo postawić sobie picia, bo ci się wylewa. Mnie podczas meczu spadła z tego stolika komórka i myszka. Absurdalne rozwiązanie, które jak widać, jest także na Legii.
13. Czekałem na resztę ekipy. Mecz z Legią opracowywaliśmy w czteroosobowym składzie. Ja i Patryk na prasie, Magda i Kazik na foto. Byłem na swoim miejscu chwilę przed dziewiętnastą, więc sporo czasu pozostawało jeszcze do meczu.
14. Niestety to, co działo się z resztą ekipy było lekko skandaliczne. Najpierw Kazik dawał znać, że miał problem z wejściem, bo nie było jego akredytacji. Podobno ktoś już odebrał nasze wejściówki (sic!). Na szczęście dodrukowano mu ją, choć i z tym były problemy, bo drukarka przez chwilę odmówiła posłuszeństwa.
15. Kazik wyszedł z auta wcześniej, by robić efektowne ujęcia dronem (zapraszamy do galerii). Patryk i Magda… szukali miejsca parkingowego i to był jakiś horror. Nie wpuszczano ich na żaden parking w pobliżu stadionu, kluczyli między blokami, osiedlami i nigdzie nie mogli przystanąć. Pisali mi to właśnie wtedy, kiedy się pojawiłem na prasie, czyli półtorej godziny przed meczem.
16. Minęła prawie godzina, gdy Patryk pojawił się na prasówce. Ostatecznie zaparkował półtora kilometra od stadionu, więc można sobie wyobrazić, jak duże jest opóźnienie związane z szukaniem miejsca, a potem jeszcze tyraniem z tobołami na stadion.
17. Ktoś powie – mogliście wyjechać wcześniej. Przypomnę jednak, że nie robimy tego w ramach pracy, tylko ciułamy czas wolny, żeby na tę GieKSę pojechać. Zazwyczaj chcielibyśmy być na stadionie 1,5h przed meczem i czasem się to udaje. Tutaj ekipa była w pobliżu obiektu w tym czasie. Nie przewidzieliśmy jednak takiego dramatu z zaparkowaniem. Następnym razem będziemy musieli inaczej to rozwiązać.
18. Sektor prasowy miał jeszcze kilka mankamentów. Nie wiem, z czego, ale wrażenie zapylenia było dość spore. Myślę, że czasem warto by było przeczyścić przynajmniej blaty tych chybotliwych czy krzywych stolików.
19. Największym problemem jednak było to, że ostatecznie wyszło, że dostaliśmy miejsca chyba dla jakiegoś medialnego plebsu. Niby na schemacie stadionu rzeczywiście były to miejsca prasowe. Jednak kuriozalne jest to, że żeby dojść do tego miejsca musiałem trzy razy okazać „akredytację” i dwa razy pokazać dowód osobisty, a okazało się, że od drugiej strony nie ma żadnego oddzielenia między tymi stanowiskami, a zwykłym sektorem kibiców. Jeden ochroniarz, który tam stał też tego kompletnie nie pilnował.
20. Efekt był taki, że za naszymi plecami zleźli się kibice Legii i normalnie sobie usiedli mogąc nam wlepiać te swoje warszawskie gały w monitor.
21. Przyznam, że takiej słomy z butów nie widziałem już dawno. W głowie się nie mieści jaki to jest zmanierowany element. Jakkolwiek staram się zdecydowanie unikać uprzedzeń, klubowych, regionalnych itd., to tutaj naprawdę trudno nie było myśleć w głowie w kategoriach „warszafki”.
22. Jeszcze przed meczem zaczęli swoje wywody. Pogarda jaką kierowali w stronę kibiców GieKSy, teksty typu „róbcie zdjęcia, róbcie, bo nieprędko znów do stolicy przyjedziecie”, oczywiście zdania o „brudnych pazurach” też musiały się znaleźć. Jakkolwiek wzajemne pozdrowienia kibiców, szowinizm i antagonizmy międzyklubowe są czymś normalnym i też związanym z psychologią tłumu, to tutaj mieliśmy po prostu wyraz indywidualnego prostactwa na najwyższym poziomie.
23. Nie szczędzili oni także swojego prymitywizmu w kontekście piłkarzy Legii, którzy rozgrywali kapitalne spotkanie i najlepszy mecz w sezonie. Nawet przy stanie 3:1 czy 4:1 rzucali tekstami „patrz, ale ten Gual biega, jak jakiś konik ze łbem” czy drwiąco wypowiadali się o Morishicie. Aż człowiek się cieszy, że od kilku lat mogą się obejść smakiem, jeśli chodzi o mistrzostwo. I w tym sezonie będzie podobnie.
24. Przed meczem była efektowna, kapitalna gra świateł i muzyki. Naprawdę robiło to wrażenie. Dodatkowo w tym schemacie nastąpiła prezentacja składów, z postaciami na boisku, które przy danym nazwisku był rozświetlane. A całość została zakończona uhonorowaniem Lucjana Brychczego, czyli prawdziwej legendy warszawskiego klubu, choć człowieka ze Śląska.
25. Kibice obu drużyn nie szczędzili sobie uprzejmości w trakcie meczu, ale też prowadzili dobry doping dla swoich drużyn. Z czasem trwania meczu bardziej mogli być zadowoleni ci z Żylety, ale sektor gości niezrażony traconymi kolejnymi bramkami, ciągle trzymał znakomity poziom.
26. Mieliśmy swoją chwilę euforii, kiedy Adam Zrelak dał prowadzenie naszej drużynie. Tym samym osobiście trochę zrehabilitował się za niewykorzystany rzut karny przy Łazienkowskiej w barwach Warty Poznań. Tyle, że wtedy Warta wygrała, a teraz GKS przegrał. Pewnie z chęcią by się zamienił.
27. A Rafał Augustyniak strzelił swoją drugą bramkę przeciw GieKSie. Poprzednio niemal 10 lat temu na Bukowej w barwach Widzewa Łódź.
28. GieKSa wróciła na stadion przy Łazienkowskiej po 19 latach. Poprzednio, gdy zespół spadał z ekstraklasy, obiekt Legii był jeszcze w dawnym wydaniu. Na kolejną próbę musimy poczekać przynajmniej rok.
29. Po spotkaniu przemieściliśmy się do sali konferencyjnej. Konferencja prasowa, jak od lat, była oddzielna dla jednego i drugiego trenera. Najpierw wypowiedział się Rafał Górak, a potem na salę wkroczył Goncalo Feio…
30. Trudno nie było odnieść wrażenia, że trener Legii jest przeszczęśliwy z wygranej i postawy swojego zespołu. Potem w skrótach widzieliśmy, jak przytulał się czule ze szkoleniowcem GieKSy. Z Goncalo stał się taki dobrotliwy, miły wujek, co jest w kontraście do niektórych innych odsłon szkoleniowca.
31. No więc trener wszedł na salę konferencyjną i zaczął się witać z każdym, a osób było chyba ze trzydzieści. Z bliższymi mu osobami, czyli pewnie pracownikami medialnymi Legii, to bardziej zbił piątkę, dziewczynom podającym mikrofon dał buziaka, z nami normalne podał rękę (mnie w zasadzie raczej same palce), a naszej fotografce Magdzie rzucił tekstem „fajne zdjęcia”.
32. Sama konferencja była dość dziwna, bo w całej tej swojej radości, ekspresja trenera była taka… zamulona. Ale zaczął wymieniać członków sztabów medycznych, fizjoterapeutów, dietetyków itd., jako tych, którzy mają wkład w to, że w trzy dni Legia może zagrać dwa tak dobre mecze, przede wszystkim pod kątem fizycznym.
33. I choć było to totalnie nużące, to… trudno nie przyznać trenerowi racji. Przygotowanie fizyczne, motoryczne i regeneracja jest na bardzo wysokim poziomie i z tylko jedną zmianą w składzie w porównaniu do Backi Topoli, Legia zagrała z GieKSą kapitalne zawody.
34. Konferencja się skończyła, dziennikarze się zwinęli, a my… zostaliśmy na sali konferencyjnej. Ewakuowała się z czasem obsługa, ochroniarze (tacy w garniturach) i była lekka sugestia, żebyśmy też sobie poszli. Wyrażona w słowach „my już idziemy” przez jedną panią. „Dobrze, my zostajemy” – odpowiedzieliśmy. I zostaliśmy sami totalnie w tej przestrzeni medialnej. Jeszcze przez około godzinę robiliśmy dla Was materiały, konferencję, galerie z meczów. Przy okazji coś tam sobie podjedliśmy.
35. Koło północy zebraliśmy się do wyjścia. Czekała nas długa droga do samochodu. Pokonaliśmy ją złorzecząc na warunki, w których przyszło nam pracować. Ale to nie jest tak, że były one wyłącznie złe. Trzeba podzielić je na dwie kategorie – przestrzeń medialna, sala konferencyjna itd. – na piątkę z plusem. Sektor prasowy – pała z wykrzyknikiem. Aha, no i przy wyjściu zobaczyliśmy krzesło Legii, które wyglądało niczym postać z „Krzyku”… Idealne na godzinę duchów.
36. W Katowicach byliśmy po godzinie trzeciej. Za nieco ponad dwie doby mieliśmy się spotkać znów, by udać się na kolejne wyjazdowe spotkanie.
—-
37. Do Skierniewic wyruszyliśmy w środę o 15. Godziny szczytu, aglomeracja, więc łatwo nie było. Nawigacja nie pokazywała nam w żadnym stopniu wyjazdu z Katowic na krajową jedynkę, tylko prowadziła nas na Chorzów, a potem by na wysokości Bytomi zjechać na A1 i tędy ruszać w średnio-odległą podróż.
38. Przed Legią nastąpiła zmiana czasu. To spowodowało, że już w trakcie drogi nastały egipskie ciemności. W sumie to się rzadko zdarza, żeby już jadąc na mecz było ciemno. Naprawdę trzeba późno grać i musi być niesprzyjająca pora roku.
39. Na stacji spotkaliśmy naszych kibiców Wojtka i kompanów, sytuacja była o tyle dziwna, że dosłownie przed chwilą padł jakiś żarcik o lokalnym klubie i zaczepia nas jakiś byk – myśleliśmy, że to będzie niemiła rozmowa na temat tego niewinnego gagu 😉 Pozdrawiamy Was!
40. Na stadion dojechaliśmy godzinę przed meczem. Odbiór akredytacji poszedł sprawnie, ale szok – drugi raz w ciągu kilku dni dostaliśmy świstek, który bardziej był biletem niż akredytacją. Z rzędem i numerem.
41 Wejście przebiegło bezproblemowo, choć nietypowe było to, że trzeba było zeskanować kod z biletu, żeby przejść przez jeże. Nie było osobnego wejścia dla mediów. Wkrótce byliśmy na trybunie.
42. Miejsc dla prasy nie uświadczysz. Znaczy może na balkonie, w pobliżu vipów coś było. Tutaj po prostu trzeba było zająć wskazane miejsce na trybunie. Położyć laptopa na kolanach i jeszcze oszczędzać baterię, bo o gniazdku można było tylko pomarzyć. Cóż, nowy stadion, ładny, ale nie zadbano o wszystko. Tak więc jak na Legii mieliśmy kibiców nad sobą, to tutaj byli rząd pod nami.
43. Dla porównania jednak powiedzmy, że oprócz jednego frustrata (chyba pijanego), który obrażał nasz klub, pozostali kibice Unii zachowywali się najnormalniej w świecie, wspierając swoją drużynę.
44. Dziwne były jupitery, skarżyła się na nie nasza fotografka – i my mieliśmy wrażenie, że świeci nam prosto w oczy. Mariusz, który czasem nas wozi na wyjazdy stwierdził, że to z powodu niskich masztów i rzeczywiście coś w tym może być.
45. Jakie to było spotkanie, każdy widział. Jeden, wielki, totalny dramat i jedna z największych kompromitacji w historii klubu. Jako drużyna z ekstraklasy przegraliśmy z ekipą z czwartego poziomu rozgrywkowego. Jeśli w dawnej historii GKS nie przydarzyło się nic takiego, to być może był to w tym kontekście nawet najgorszy mecz w historii.
46. Kibice od 40. minuty trzy razy wpadli w euforię – najpierw po czerwonej kartce Repki, a potem po golach Szmyda i Sabiłły. Dwubramkowe prowadzenie Unii spowodowało, że nastroje w Skierniewicach były znakomite.
47. Druga część spotkania nie przyniosła zmiany obrazu gry. GieKSa biła głową w mur, co prawda strzeliła gola, ale więcej okazji miała Unia. Skończyło się na 2:1, a stadion Unii odleciał – drużyna dokonała historycznego sukcesu awansując do 1/8 finału Pucharu Polski.
48. Po spotkaniu udaliśmy się do sali konferencyjnej. Podobnie jak na Legii, była ona ładna i schludna, pachnąca nowością. Przy stołach po bokach sali można było popracować i… podładować niemal już rozładowanego laptopa.
49. Podobnie jak po meczu z Motorem, tak i teraz trenera Kamila Sochę (200. mecz w barwach Unii) przywitały brawa miejscowych dziennikarzy. Szkoleniowiec nie ukrywał swojego szczęścia i trudno mu się dziwić.
50. Gwiazdą Unii jest rzecznik i jednocześnie spiker, trzeba przyznać, że jako taki trochę modniś, robi show i wprowadza nieco kolorytu. Niektórych może to nawet irytować, ale w sumie… czemu nie mieć swojego stylu?
51. Popracowaliśmy na sali jeszcze kilkadziesiąt minut i zebraliśmy się. Gdy powiedzieliśmy „do widzenia” obecnym na sali jeszcze dwóm osobom, pani z RMF-u nam przyjacielsko odpowiedziała „paaaaaaa”. No to też jeszcze raz się pożegnaliśmy „paaaaaaa”.
52. Droga do domu przebiegła szybko i sprawnie. Zniesmaczeni totalnie tym żenującym występem, ale już z myślami o kolejnym meczu domowym i następnym wyjeździe zameldowaliśmy się w Katowicach około pierwszej.
—-
53. Jeszcze kilka punktów poniedziałkowego spotkania. W tym sezonie graliśmy w ten dzień tygodnia dopiero po raz drugi. Za pierwszym razem zremisowaliśmy w Gliwicach z Piastem i mieliśmy dużo lepsze nastroje.
54. Lukas Klemenz strzelił trzeciego w historii gola dla GieKSy. Za pierwszym razem trafiał w sezonie 2017/18 przeciw Stomilowi i Podbeskidziu. Teraz zdobył pierwszego gola na poziomie ekstraklasy.
55. GieKSa zanotowała drugi mecz w tym sezonie i drugi z rzędu, w którym prowadziła, a ostatecznie przegrała. Dodatkowo w dwóch meczach, w których zespół obejmował prowadzenie, zakończyły się one remisem (Piast i Widzew).
56. W odwrotną stronę już nie jest tak różowo. Katowiczanie nie wygrali ani jednego meczu, w którym przegrywali. Dwukrotnie udało się ostatecznie zakończyć takie spotkaniem remisem (również Piast i Widzew).
57. To był przedostatni mecz na Bukowej. Łza się w oku zakręci podczas meczu z Lechią…
58. Arkadiusz Jędrych dostał tablicę pamiątkową z okazji 200 meczów w GieKSie. Lukas Klemenz po golu dał sygnał, że spodziewa się potomka. Gratulujemy!
59. Teraz już tylko Cracovia!
Hokej
Kompromitacja w Sosnowcu
W ramach zaległego meczu z 35. kolejki Tauron Hokej Ligi zmierzyliśmy się na wyjeździe z drużyną ECB Zagłębie Sosnowiec. Tak jak w piątkowym meczu również i dziś musieliśmy przełknąć gorycz porażki.
Początek należał do gospdarzy, którzy w pierwszych minutach sprawdzili dyspozycję Kielera. Nasz bramkarz skapitulował w 4. minucie po strzale z bliskiej odległości Chmielewskiego. Kolejne minuty nie przyniosły wiele emocji. W połowie tercji precyzyjnym uderzeniem pod poprzeczkę do wyrównania doprowadził Monto. Tuż po wznowieniu gry po przerwie reklamowej wyszliśmy z dwójkową akcją Bepierszcz-Pasiut, jednak strzał naszego kapitana bez problemu obronił Halonen. Sosnowiczanie spokojnie czekali na swoje okazje i dwie z nich zamienili na kolejne trafienia. Najpierw strzałem w okienko gola zdobył Alanen, a niespełna trzy minuty później Sozanski ze stoickim spokojem „położył” Kielera i z bliskiej odległości umieścił krążek w bramce.
W drugiej tercji obie drużyny grały kilkukrotnie w liczebnych przewagach, których nie potrafiły zamienić na gola. W 22. minucie Fraszko strzelił nad poprzeczką. Po drugiej stronie aktywny był Jokinen, ale jego uderzenia obronił Kieler. W 32. minucie strzał Dupuya z bliskiej odległości obronił Halonen. Pod koniec tercji mocniej zaatakowali Katowiczanie, którzy mimo gry w pełnych składach, zamnknęli miejscowych we własnej tercji. Niestety nie udało nam się tej przewagi zamienić na gola, a co więcej na 44 sekundy przed syreną kończącą drugą tercję Sosnowiczanie wyprowadzili kontrę 2 na 1, którą na gola zamienił Chmielewski.
W trzeciej tercji niewiele się działo w tym spotkaniu. W 46. minucie grający w osłabieniu gospodarze zdobyli szóstą bramkę, a jej autorem był Hamalainen, który wykorzystał sytuację sam na sam z Kielerem. Cztery minuty później drugą bramkę dla GieKSy zdobył Monto. W 58. minucie meczu Biłas w sytuacji sam na sam pokonał naszego bramkarza i tym samym ustalił wynik meczu.
ECB Zagłębie Sosnowiec – GKS Katowice 6:2 (3:1, 1:0, 2:1)
1:0 Aron Chmielewski (Miike Roine) 6:27
1:1 Joona Monta (Bartosz Fraszko, Travis Verveda) 10:01, 5/4
2:1 Jere-Matias Alanen (Joni Piiponen) 13:59
3:1 Matthew Sozanski (Vaino Sirkia, Sebastian Brynkus) 16:52
4:1 Aron Chmielewski (Adrian Gromadzki, Matthew Sozanski) 39:16
5:1 Aleksi Hamalainen (Vaino Sirkia) 45:09
5:2 Joona Monto 49:16
6:2 Karol Biłas (Eric Kaczyński, Adrian Gromadzki) 57:02
ECB Zagłębie Sosnowiec: Halonen (Miarka) – Sozanski, Ciura, Jokinen, Hamalainen, Piiponen – Naróg, Wanacki, Chmielewski, Roine, Gromadzki – Biłas, Bjorkung, Sirkia, Alanen, Brynkus – Krawczyk, Kotlorz, Bernacki, Kaczyński, Sołtys.
GKS Katowice: Kieler (Eliasson) – Runesson, Lundegard, Bepierszcz, Pasiut, Fraszko – Varttinen, Verveda, Dupuy, Anderson, Wronka – Chodor, Hoffman, McNulty, Monto, Hofman Jonasz – Maciaś, Hornik, Michalski, Dawid, Koivusaari.
Piłka nożna Wywiady
Witek: Każdy może zostać mistrzem
W poniedziałkowe popołudnie w GieKSa Fanstore odbyło się spotkanie przedstawicieli mediów z trenerem, Rafałem Górakiem, kapitanem Arkadiuszem Jędrychem oraz prezesem Sławomirem Witkiem. W nowym punkcie porozmawialiśmy z prezesem katowickiego klubu o jego funkcjonowaniu, a także o ostatnich miesiącach we wszystkich sekcjach i oczekiwaniach na nadchodzącą rundę wiosenną Ekstraklasy.
Jakie są oczekiwania na wiosnę? Kibicom po ostatnich latach wzrosły apetyty i niektórzy oceniają krytycznie minioną rundę, choć różnice punktowe w lidze są minimalne.
Sławomir Witek: Jestem umysłem ścisłym – dla mnie nie miejsce jest najważniejsze, tylko liczba punktów. Dlatego patrzę nie pesymistycznie, a optymistycznie na wiosenną rundę. Mecze i rozgrywki będą bardzo ciekawe, bo każdy może zostać mistrzem i każdy może spaść. My liczymy, przy naszym potencjale, świetnej pracy trenera i sztabu oraz spełnieniu wszystkich warunków założonych przed tą rundą na to, że zostaniemy w Ekstraklasie, a może jeszcze sprawimy kibicom miłą niespodziankę.
We wszystkich sekcjach GieKSa jest w czołówce albo w walce wokół niej. Jeśli mimo tego słychać negatywne opinie, to chyba dobrze świadczy o klubie?
Też byśmy chcieli zdobywać tylko mistrzostwa, ale z drugiej strony sport byłby wtedy nudny, musi być dawka emocji. Oczywiście się cieszę, że walczymy o najwyższe miejsca w kilku sekcjach: piłkarze, piłkarki, hokeiści, siatkarze, a także bilardziści i szachiści – to jest naszym celem. Mamy stworzyć warunki do tego, żeby sportowcy mogli osiągać swoje sufity i to właśnie robimy. Jesteśmy klubem stabilnym, z dobrą infrastrukturą, płynnością finansową, nie narzekamy na nic, co mogłoby przeszkadzać w procesie treningowym i szkoleniowym. Mając takie warunki i osoby w sztabach dobierające zawodników pod sukces, możemy być w miarę pewni dobrych miejsc.
Jesteśmy faktycznie nudnym klubem, jeśli chodzi o zakulisowe informacje prasowe.
Ja też myślę, że tak jest (śmiech). Zawsze powtarzam, że jeśli miałem pod sobą różnego rodzaju podwładnych, którzy byli dyrektorami różnych placówek, najbardziej cieszyłem się z tych, od których nie docierały żadne złe informacje. Taki sam przykład daje GieKSa. Jeśli nie ma o czym pisać w tym kontekście, to nie ma skandali, czyli jest dobrze.
Klub miejski ma ograniczony budżet, a głośno jest chociażby wokół Bartosza Nowaka. Trzeba jakoś decyzje podejmować, to duże wyzwanie dla prezesa?
Cieszę się, że w tych czasach większościowym właścicielem jest miasto, bo odczuwamy jego wyraźną opiekę i stabilizację. Ta stabilizacja pomaga w rozmowach ze sponsorami, a także są rozmowy o znalezieniu w przyszłości udziałowca. Lepszą sytuacją dla nas jest, jeśli możemy poddać się każdemu audytowi i wykazać, że nie mamy żadnych zaległości i jesteśmy stabilni finansowo. Sponsorzy wtedy wykazują większą chęć przyjścia do klubu niż w momencie, gdy przyszłość nie jest tak pewna.
Czy spodziewał się pan, że Bartosz Nowak zostanie ligowcem roku?
Bardzo na to liczyłem, znam Bartka – to jest Pan Piłkarz. Nawet rywalizując z takimi nazwiskami jak Grosicki, zasługiwał na wyróżnienie. Odrzucając emocje, powiedziałbym, że absolutnie Bartek zapracował sobie na tę nagrodę.
Wielosekcyjność klubu dokłada dużo pracy w okienku zimowym? Rozmawialiśmy z przedstawicielem Superbetu i dla sponsorów jest to atrakcyjne. Jak to wygląda z perspektywy prezesa klubu?
Oj, tak (śmiech). Nie mam kompletnie czasu na urlop. W tej przerwie, gdy koledzy prezesi z jednosekcyjnych klubów odpoczywają i biorą urlopy, to u mnie się toczą rozgrywki w hokeju czy siatkówce i ta przerwa na obozy piłkarzy i piłkarek wcale nie oznaczała dla mnie tego, że odpocznę.
Jest pan zadowolony z lokalizacji nowego sklepu?
Jak to w handlu – zawsze jest jakieś ryzyko, i to ryzyko podjąłem. Mając doświadczenie z prowadzenia własnej działalności gospodarczej, wiedziałem, że jeżeli nie podejmiemy ryzyka, to nigdy się nie dowiemy, czy się uda. Oczywiście wszystko zostało przemyślane – od metrażu po miejsce. Rozmawialiśmy z Galerią Katowicką na temat warunków, na jakich zostanie postawiony nasz sklep. Jak dotąd jestem zadowolony, ale to jest oczywiście dopiero początek i cały czas to analizujemy. Otwieraliśmy sklep na Mikołaja i grudzień był rewelacyjny. Teraz badamy okres przejściowy do czasu rozpoczęcia rundy, a potem zobaczymy jak wyjdzie pełna runda. Na pewno jest lepiej niż w dawnej lokalizacji, mimo większych kosztów.
Czy na starej Bukowej i Arenie Katowice będą stałe punkty sprzedażowe, czy będą otwierane tylko na okazje spotkań?
Jeśli będzie taka potrzeba, to na Nowej Bukowej jesteśmy przygotowani na taką możliwość. Mamy dwa ładnie obrandowane kontenery, kto był na stadionie, ten widział. Są nowoczesne, z założonym ogrzewaniem, oświetleniem i internetem. Mogą one służyć jako sklep stacjonarny, jeśli tylko będzie takie zapotrzebowanie. Chcemy otwierać ten sklep nie tylko na mecze, ale także na wszystkie eventy. Jeśli uznamy, że jest sens otwierania tych sklepów na co dzień, to tak będzie. Natomiast na starej Bukowej na razie nie planujemy sklepu stacjonarnego.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: wyrwano nam dwa trzonowce
Trudno w to uwierzyć patrząc na termometry i śledząc prognozę pogody, ale w piątek punktualnie o 18:00 zacznie się wiosna. Wiosna w Ekstraklasie. Pierwszym jej akcentem będzie gwizdek na KGHM Zagłębie Arenie, gdzie naprzeciw siebie staną górnicze ekipy z Lubina i Katowic. Czy pogoda może spłatać figla i pokrzyżować nam plany? Sprawdził to dla nas Michał Szczygieł, autor felietonów w serwisie zaglebiak.com, którego zapytaliśmy także o formę Miedziowych na progu rundy, personalne zawirowania i starych znajomych, którzy znów spotkają się w Lubinie.
Ilekroć miałem okazję rozmawiać z sympatykami Zagłębia przez naszymi meczami, najczęściej wyczuwałem obawy, niepewność, a nawet pesymizm. Tak było wiosną, gdy Zagłębie walczyło o każdy punkt potrzebny do utrzymania, tak też było jesienią, gdy wielu ekspertów wskazywało na Miedziowych jako głównego kandydata do spadku. Rzeczywistość okazała się inna i dziś bliżej wam do czołówki niż czerwonej strefy. Jakie emocje towarzyszą ci na kilka dni przed inauguracją rundy?
W Lubinie zawsze jest dynamicznie, ale ja – chyba z racji wieku – wysiadłem już z tej kolejki, która pędzi po sinusoidzie emocji i nie daję się porwać nastrojom, że gdy jest dobrze, to za chwilę będziemy mistrzami świata, a jak robi się gorzej, to najlepiej wszystko zaorać. Piłka nożna, szczególnie w wydaniu ekstraklasowym, to taka dyscyplina sportu, w której należy utrzymywać pewną dozę dystansu i nie inaczej jest u nas. Owszem, przed sezonem miałem pewne obawy, ale w rozmowach z osobami blisko klubu dało się wyczuć pewien spokój, dlatego nie byłem aż tak przestraszony jak niektórzy. Było sporo zmian i spodziewałem się Zagłębia w innym wydaniu niż za Włodarskiego czy Fornalika. Rzeczywistość to potwierdziła – wiedziałem, że w tej drużynie jest jakość i jeżeli wszystko się dobrze poukłada, to nie będzie taki diabeł straszny. Mimo to patrząc w tabelę nie popadam w hurraoptymizm, podobnie jak nie załamywałem się w poprzednim sezonie, gdy ostro walczyliśmy o utrzymanie.
Niewielu znajdzie się takich, którzy typowaliby Zagłębie jako kandydata do europejskich pucharów, a tak dzisiaj wygląda wasza sytuacja. Jest w tym więcej wyników ponad stan czy konsekwentnej pracy, która dała takie, a nie inne owoce?
Wszystkiego po trochu. Patrząc przez pryzmat suchych statystyk wyniki są ponad stan, bo nie uważam, abyśmy byli dziś piątą siłą ligi. Z drugiej strony biorąc pod uwagę zestawienie bezpośrednich pojedynków, to w pokonanym polu zostawiliśmy praktycznie całą czołówkę: Lecha, Raków, Górnika czy Legię, także Jagiellonia nie potrafiła nas złamać. Dlatego nie mamy się czego wstydzić, jeśli chodzi o jesień. Punkty pogubiliśmy gdzie indziej, choćby w Katowicach. Dziś trudno jednoznacznie ocenić siłę tej drużyny, która jeśli ma dobry dzień, to postawi się każdemu, ale może też niespodziewanie dostać w łeb.
W ostatnim czasie Zagłębie trenduje w mediach sportowych za sprawą transferowej sagi Leonardo Rochy – jednej z najjaśniejszych postaci rundy jesiennej w Lubinie. Jak sobie wyobrażasz tę drużynę bez Portugalczyka?
Nie byłbym jeszcze tak kategoryczny w ocenie sytuacji z Rochą. Widzę, co pisze się w mediach, ale pewne sprawy mogą się jeszcze niespodziewanie zmienić. Nie ulega wątpliwości, że jego transfer był gamechangerem i wniósł on do naszej drużyny sporo jakości. Z marszu wszedł do pierwszego składu i od razu było widać, że jest to zawodnik, wokół którego można układać resztę zespołu. Jego prawdziwą wartość, a przede wszystkim wartość drużyny będzie można realnie ocenić, jeśli Leonardo faktycznie wiosną u nas nie zagra. Paradoksalnie może się okazać, że forma Rochy przełożyła się na skok jakościowy całego zespołu. Będzie szkoda, jeśli go zabraknie, ale nie ma ludzi niezastąpionych i mam nadzieję, że nawet w innym składzie osobowym Zagłębie będzie w stanie grać dobrze w piłkę.
Zawirowania wokół tego transferu mają podłoże czysto finansowe, czy też główną rolę odgrywają kwestie formalne, o których dużo się mówi w kontekście zarządzania Zagłębiem?
Raków wyciągnął asa z rękawa w postaci skrócenia wypożyczenia i wiem, że robiono wiele, aby Rocha został w Lubinie. Pewnego pułapu możemy jednak nie przeskoczyć. Sam proces zarządzania Zagłębiem jest dużo bardziej skomplikowany niż się wydaje i mówił o tym Michał Żewłakow, który przychodząc tutaj kilka lat temu w roli dyrektora sportowego inaczej wyobrażał sobie swoją pracę. Moim zdaniem trudności z transferem Rochy miały podłoże czysto finansowe – nie tyle o kwotę odstępnego, którą pewnie jakoś byśmy przełknęli, lecz całościową wysokość kontraktu. Domyślam się, że plan na to wypożyczenie zakładał wyłożenie większych środków latem, natomiast Raków wykorzystał zapisy umowy i trzeba było reagować już teraz. Klubowi działacze wciąż szukają sposobu na zatrzymanie Rochy w Lubinie, zobaczymy co przyniosą najbliższe dni.
Na liście transferów wychodzących znalazł się też Mateusz Wdowiak, który zamienił Lubin na Katowice. Jak oceniasz jego pobyt w Zagłębiu i czy ten transfer będzie dla nas wzmocnieniem?
Pobyt Wdowiaka w Lubinie miał dwa oblicza. Kiedy trafił do nas z Rakowa, był wartością dodaną i swoją postawą wnosił wiele pozytywnej energii do całego zespołu. Aby pokazać pełnię swoich możliwości, musiał być jednak w pełni zdrowy i w rytmie meczowym. Jego drugą twarz zobaczyliśmy pod koniec poprzedniej rundy, kiedy wracał po urazach i stracił miejsce w podstawowym składzie. Wydaje mi się, że stracił też w oczach trenera, bo było po nim widać brak tego rytmu. Leszek Ojrzyński jest typem szkoleniowca, który jeśli zaufa zawodnikom, to ich się trzyma, a dokonuje tylko niezbędnych zmian. Gdy Mateusz wypadł na dłużej, jego pozycja w hierarchii spadła i ciężko mu było ją odbudować. Dlatego poszukał dla siebie nowego otwarcia i jeśli wróci do dyspozycji, którą miał u nas na początku i poczuje wsparcie sztabu oraz drużyny, to nie będziecie żałować, że do was dołączył.
Przygotowań do rundy nie ułatwiają wam też kontuzje – niedawno pojawiła się informacja o urazach Marcela Reguły i Cypriana Popielca. Jak duża to dla was strata?
Cyprian Popielec to prospekt – wielki talent, po którym wiele sobie obiecujemy. Mówiło się o nim dużo w kontekście zainteresowania ze strony Jagiellonii, ale to wciąż młody chłopak, który potrzebuje czasu, aby wskoczyć na pułap ekstraklasowy. Jest plan na to, aby go z tą Ekstraklasą coraz mocniej oswajać, natomiast nie jest to temat na dzisiaj. Dlatego ta strata nie jest aż tak duża, bo dziś nie jest jeszcze zawodnikiem pierwszego wyboru. Inaczej wygląda sytuacja Marcela Reguły. Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale moim zdaniem brak Reguły może być większą stratą niż brak Rochy.
Reguła dał się nam we znaki w jesiennym meczu w Katowicach, zdobywając pierwszego gola. Można stawiać go w gronie największych ekstraklasowych talentów?
Już dziś Marcel budzi zainteresowanie ze strony największych europejskich marek. Z drugiej strony skauci najlepszych klubów obserwują setki młodych chłopaków w całej Europie, nie zmienia to jednak faktu, że nazwisko Reguła jest wpisane w kajety wielu z nich. Na szczęście najbliższe otoczenie Marcela mądrze podchodzi do rozwoju jego kariery. Wiadomo, że jeśli ktoś rzuci na stół miliony euro, to nikt nie przejdzie obok takiej oferty obojętnie. Natomiast zapytania i oferty na niższe kwoty raczej wylądują w koszu. Marcel pokazał, że jest w stanie grać na wysokim poziomie – nie przesadzę, jeśli powiem, że europejskim. Ma w sobie coś wyjątkowego i jest w tym uroczo bezczelny, czym kupuje sympatię kibiców. Jeśli zdrowie mu dopisze i będzie słuchał mądrych doradców, to jeszcze o nim usłyszymy, nawet w kontekście reprezentacji.
Na przeciwległym biegunie, jeśli chodzi o metrykę, znajdziemy w waszej kadrze starego znajomego. Czy Arek Woźniak będzie musiał łatać kadrowe dziury w ataku Zagłębia po odejściu Rochy i kontuzji Reguły?
Rola Arka w Zagłębiu wykracza daleko poza boisko i sprowadzanie jej do kwestii stricte piłkarskich byłoby dużym uproszczeniem. Znam go osobiście i nieraz rozmawialiśmy – mało jest takich piłkarzy, którzy niezależnie ile otrzymają ciosów, to za każdym razem się podnoszą i zawsze są gotowi walczyć. Doskonale o tym wiecie, że Arek serducho ma i pomaga drużynie, jak tylko potrafi. Jeśli trener będzie go potrzebował, to wyjdzie na boisko i da z siebie wszystko, ale jego rola w szatni jest dużo szersza: motywuje i dba o młodszych piłkarzy, często pewnie goni ich do pracy, ucząc przywiązania do Zagłębia. Wiem, że Arek myśli już o nowej roli, jaką po karierze chciałby pełnić w klubie i do tego się przygotowuje. Taki piłkarz jest w szatni nie do przecenienia. Od powrotu do Lubina wciąż czeka na swoją bramkę w Ekstraklasie i mam nadzieję, że będzie mu to dane, bo chciałbym jeszcze raz zobaczyć jego radość. Gdzie, jak nie w domu?
Przy całym szacunku i sympatii dla Woźniaka mam nadzieję, że nie wydarzy się to w piątek. Nieco inaczej potoczyły się losy innego waszego wychowanka, który zdaje się znalazł w Katowicach drugi dom. Czy Adrian Błąd jest jeszcze miedziowy, czy już bardziej trójkolorowy?
Odbijając piłeczkę, mam nadzieję, że Adrian też nie błyśnie zanadto w piątek. A mówiąc serio, można się w wielu miejscach czuć jak w domu, ale dom jest tylko jeden. Wiem, że po tylu latach jest już jednym z was i na pewno czuje się dobrze w Katowicach, mimo to w głębi serca na pewno pozostanie miedziowy. W okresie gry w GieKSie zapracował na szacunek i myślę, że działa to w obie strony. Pojedynek z Zagłębiem może być dla niego jednym z trudniejszych pod względem emocji, natomiast nie po raz pierwszy stanie naprzeciw nas w innych barwach. Sentymentów więc nie będzie, a zdarzało się, że wychowanek grający w innym klubie strzelał nam gole. Oby Adrian nie musiał hamować radości z gola w piątek w Lubinie.
Leszek Ojrzyński to nadal trener-strażak czy już bardziej budowniczy?
Runda jesienna pokazała, że łatka strażaka przestała pasować do Leszka Ojrzyńskiego. W poprzednim sezonie miał tylko kilka kolejek, by odkręcić drużynę, więc z miejsca odpalił tryb „wojna” i uratował klub przed spadkiem. To, co sprawdziło się w tamtym momencie, w nowym sezonie uległo widocznej zmianie. Patrząc na to, jak i kim Ojrzyński gra, można dojść do wniosku, że wykorzystał szansę, jaką dostał w Lubinie, aby pokazać, że jego warsztat to coś więcej niż przezwyciężanie kryzysów. Trener nie bał się stawiać na młodych, jak choćby Regułę, który wszedł do Ekstraklasy z drzwiami, futryną i kawałkiem ściany, a do składu wskoczyli też Kocaba, Kolan czy Orlikowski. Runda jesienna pokazała, że trener ma do zaoferowania dużo więcej: pod jego wodzą potrafiliśmy grać fantastyczne mecze, o czym mogliście się przekonać na własnej skórze. I nawet jeśli jego misja w Lubinie prędzej czy później się zakończy, to moim zdaniem nie zabraknie chętnych, aby skorzystać z jego usług w innym klubie.
Jesienią podzieliliśmy się punktami w Katowicach, a z przebiegu meczu to raczej my mogliśmy być bardziej zadowoleni. Jak wspominasz ten pojedynek?
Miałem okazję być na tym meczu i po pierwszej połowie nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Tak grające Zagłębie zaskoczyło nawet mnie, a byłem przekonany, że potrafimy sporo. Podsumowując rundę jesienną miałem okazję porozmawiać z Rafałem Mazurem, trenerem przygotowania motorycznego, który stwierdził, że był to nasz najbardziej energetyczny mecz w rundzie. Mimo że warunki były ciężkie, spotkanie mogło się podobać także postronnym obserwatorom. Do dziś próbuję zrozumieć, co się stało z naszą drużyną w przerwie. Za pewne błędy się płaci, a Leszek Ojrzyński miał ogromne pretensje do zespołu za postawę w drugiej połowie, bo nie można wypuszczać z rąk zwycięstwa w takich okolicznościach. Jest to jeden z tych meczów, w których strata punktów boli najbardziej – mając dziś dwa oczka więcej bylibyśmy na podium. Taka jest jednak piłka i podobne sytuacje będą się czasem zdarzać. Mimo wszystko gdybyśmy w piątek zobaczyli równie intensywny i emocjonujący mecz, to raczej nikt nie miałby nic przeciwko.
Są na to szanse? Jak Twoim zdaniem zaprezentuje się Zagłębie zarówno w naszym meczu, jak i w całej rundzie?
Nasza postawa w tej rundzie stoi pod dużym znakiem zapytania, bo cały plan przygotowań był w jakimś stopniu układany pod kątem pozostania Leonardo Rochy w Lubinie, więc obecna sytuacja z pewnością pokrzyżowała sztabowi szyki. W piątek spodziewam się meczu zachowawczego z naszej strony, szczególnie że ze składu wypadł też Marcel. Tym samym w porównaniu do jesieni wyrwano nam dwa trzonowce, co w każdej drużynie nie pozostałoby bez konsekwencji. Trener Ojrzyński na pewno podejdzie do tego pojedynku ostrożniej niż w Katowicach, ale z drugiej strony raczej nie pozwoli na to, aby drużyna się cofnęła i tylko czekała, co zrobi GKS. A jak będzie wyglądała reszta rundy? Nie potrafię odpowiedzieć, bo wiele jeszcze może się zmienić w tym okienku. W gabinetach, nawet w tej chwili wiele się dzieje (już po naszej rozmowie Zagłębie ogłosiło transfer Sebastiana Kowalczyka – przyp. red.), ponadto mam nadzieję, że szybko do gry wróci Marcel Reguła. Co więcej, jest kilku zawodników obecnej kadry, którzy wiosną muszą udowodnić swoją przydatność. Mam tu na myśli przede wszystkim Kubę Sypka i Kajetana Szmyta – obaj muszą dać z siebie więcej. Do gry wraca też Damian Dąbrowski – jest to Zagłębiak, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników, który odpowiada za tempo gry, więc powinien dać więcej spokoju w rozegraniu. Trudno też będzie zagrać całą rundę samym Kossídisem, dlatego spodziewam się transferu przynajmniej jednego napastnika. Nawet jeśli zabraknie Rochy, ale nowy napastnik wkomponuje się w zespół równie szybko co Leonardo, to nadal będziemy groźni dla każdego.
Skoro już bawimy się w przewidywania, to coraz głośniej mówi się o kolejnym ataku zimy i nadciągających siarczystych mrozach. Czy istnieje jakiekolwiek ryzyko, że powtórzy się sytuacja z Białegostoku i w piątek zaliczymy pusty przelot do Lubina? A jeśli zagramy bez przeszkód, to jakim wynikiem zakończy się nasz mecz?
Z racji moich zainteresowań jestem na bieżąco z prognozami pogody. Moim zdaniem nie ma żadnego zagrożenia dla rozegrania naszego meczu – może się pojawić lekki mróz, ale w granicach 1-2 stopni. Zapowiadana fala ochłodzenia nie zdąży do nas dotrzeć do piątku, gorzej ma być w okolicach niedzieli. Tutaj więc nie będzie żadnych niespodzianek. Natomiast co do wyniku chciałbym, abyśmy nie przegrali. To będzie dla nas trudny mecz i dobrze, że zaczynamy rok u siebie. Serce chciałoby wygranej, natomiast rozum dyktuje remis po ciekawym meczu, który wleje w serca kibiców w Lubinie nieco otuchy, że nie jesteśmy skazani na pożarcie w tej rundzie. Tabela jest płaska i jeśli któryś zespół złapie serię zwycięstw, zyska spokój w tabeli. Natomiast kilka porażek może dorzucić dodatkowy ciężar na barki drużyn walczących o utrzymanie. Moim zdaniem GKS to nie jest zespół, który powinien na dłużej zaplątać się w walkę o bezpieczne lokaty, natomiast wszystko rozstrzygnie się na boisku.























Najnowsze komentarze