Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Quo vadis, GKS-ie?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Mistrzynie Polski w piłce nożnej rozegrały szóste ligowe spotkanie w którym pokonały Rekord Bielsko-Biała 1:0 (1:0). Kolejne spotkanie drużyna rozegra w Krakowie z AZS-em UJ. Mecz rozpocznie się o godzinie 13:00, w niedzielę, piętnastego października. Piłkarki przewodzą w ligowej tabeli bez straty punktu. Piłkarze w ubiegłym tygodniu rozegrali spotkanie ligowe z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza, w którym padł remis 0:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra w Łęcznej z Górnikiem, w niedzielę dwudziestego drugiego października, początek meczu zaplanowano na godzinę 18:00. Media zastanawiają się nad przyczyną fatalnej postawy naszej drużyny.

Siatkarze przygotowują się do startu rozgrywek PlusLigi, w ubiegłym tygodniu zespół rozegrał dwa sparingi ze Skrą Bełchatów. W pierwszym z nich drużyna przegrała 1:3, w drugim wygrała w tym samym stosunku. Na sobotę zaplanowano sparing z Czarnymi Radom, za niecałe dwa tygodnie zostaną rozegrane pierwsze spotkania PlusLigi w sezonie 2023/24.

W ubiegłym tygodniu zespół hokeja na lodzie rozegrał dwa domowe spotkania, we wtorek z GKS-em Tychy oraz w piątek z Podhalem. W obu spotkaniach wygrała GieKSa, odpowiednio 3:1 i 6:3. W tym tygodniu drużyna rozegra dwa mecze : w piątek z GKS-em Tychy (na wyjeździe) i w niedzielę z Unią Oświęcim (w Satelicie, początek meczu o 17:00).  Nasz zespół przewodzi w ligowej tabeli, do tej pory nie zaznał goryczy porażki.

 

PIŁKA NOŻNA

bts.rekord.com.pl – GKS Katowice – Rekord Bielsko-Biała 1:0 (1:0)

Punkty zostały przy Bukowej.

To jasne, że „rekordzistki” nie były faworytkami w starciu z aktualnymi mistrzyniami kraju, zespołem który przewodzi w tabeli bez straty punktu. Chyba podświadomie, wiedząc o rozlicznych przewagach katowiczanek, „rekordzistki” oddały gospodyniom meczu wiele, zbyt wiele terenu. Rzecz jednak w tym, ze ofensywa zawodniczek Karoliny Koch nie porywała tempem, czy pomysłowością. W defensywie bielszczanki dobrze rozczytywały zamiary GKS-u w ataku. Gorzej było przy stałych fragmentach wykonywanych przez piłkarki ze stolicy Górnego Śląska. Po jednym z rzutów z głębi pola biało-zielone zgubiły krycie, zostawiając sporo swobody Marlenie Hajduk. Pierwszy strzał defensorki GKS-u Jessica Ludwiczak zdołała sparować, gdy jednak piłka wróciła pod nogi katowiczanki, ta zrobiła z niej właściwy użytek.

W ostatnich sześciu, siedmiu minutach pierwszej odsłony podopieczne Mateusza Żebrowskiego zaatakowały nieco śmielej, przedostając się w okolice pola karnego rywalek dość prostymi środkami. Z kilku niezłych okazji strzeleckich najbliżej trafienia była Agnieszka Glinka. Po rozegraniu futbolówki przez Maję Szafran z Nicole Jendrzejczyk zawodniczka Rekordu przeniosła piłkę nad poprzeczką z ok. 10-u metrów od bramki.

Sympatycy biało-zielonych zasadnie mogli liczyć na kontynuację dobrej gry zespołu gości po wyjściu z szatni. Te zamierzenia, plany trzeba było szybko skorygować, gdy w 48. minucie, po drugiej żółtej kartce, plac gry opuściła Martyna Cygan.

Zaskakująco, katowiczanki wcale nie skorzystały na grze w liczebnej przewadze. „Rekordzistki” rozumnie, bez nerwów i dzielnie broniły się z dala od własnej bramki, a gdy była potrzeba ze skuteczną interwencją w sukurs przychodziła J. Ludwiczak. Co więcej, nie sposób było się oprzeć wrażeniu, że w równowadze, w pełnym składzie, ekipa z Cygańskiego Lasu mogłaby pokusić się o sprawienie niespodzianki.

 

igol.pl – Quo vadis, GKS-ie?

GKS zremisował bezbramkowo z Termaliką i leci na łeb na szyję w ligowej tabeli. To szósty mecz katowiczan bez zwycięstwa.

„Mamy kryzys, kryzys, kryzys” – brzmiał Mezo w jednym ze swoich hitów. Podobne słowa moglibyśmy obecnie usłyszeć przy Bukowej w Katowicach. GKS nie wygrał sześciu kolejnych spotkań z rzędu. Jest źle.

Na początku września pisaliśmy o GKS-ie Katowice jako drużynie, która prezentuje najładniejszy futbol w Fortuna 1 Lidze. Podopieczni Rafała Góraka po sześciu kolejkach mieli na swoim koncie 13 punktów i okupowali pozycję wicelidera rozgrywek. Ponadto GKS Katowice strzelał sporo goli, dominował rywali i grał solidnie w defensywie. Pisaliśmy wówczas, że ważnym jest by „GieKSa” nie popadła w huraoptymizm. I mieliśmy rację.

Od tego momentu katowiczanie nie wygrali żadnego meczu w lidze, doznali kilka kompromitujących porażek, zdążyli odpaść z Pucharu Polski a styl prysł niczym czar. O posadzie Rafała Góraka głośno rozprawiało się już w zeszłym sezonie. Trudno się dziwić, bowiem GKS prezentował się naprawdę kiepsko, a styl nie powalał. Wydawało się, że 50-letni szkoleniowiec dobił ze swoim zespołem do ściany i o progres będzie trudno. W mediach społecznościowych zaczęły się pojawiać wówczas informacje, że „GieKSa” rozgląda się za nowym trenerem. Plotki najczęściej mówiły o Danielu Myśliwcu – niespełna pół roku później trafił on jednak na ławkę ekstraklasowego Widzewa Łódź.

A w przypadku GKS-u wszystko zmienił derbowy mecz z Ruchem. Katowiczanie wreszcie zagrali ładnie dla oka i odnieśli korzystny rezultat. Możemy przypuszczać, że właśnie wtedy nowy prezes Górniczego Klubu Sportowego, Krzysztof Nowak, zdecydował się dać jeszcze jedną szansę Górakowi.

I w sumie jeszcze miesiąc temu myśleliśmy, że była to dobra decyzja. I zdajemy sobie sprawę, że może jeszcze za wcześnie na wydawanie wyroków, ale „GieKSa” od około pięciu spotkań prezentuje się bardzo źle. To za mało by zwalniać Rafała Góraka, choć część kibiców zaczyna tracić cierpliwość. Złe wyniki to jedno. GKS jednak znowu wygląda podobnie, jak w zeszłym sezonie. Gra bez polotu, popełnia głupie błędy, a trener regularnie myli się z doborem personalnym na poszczególne spotkania (ale do tego za chwilę wrócimy).

Największą plamą ostatnich tygodni w GKS-ie są porażki z Lechią Gdańsk i Górnikiem Zabrze. To były dwa spotkania rozgrywane po sobie. W Gdańsku podopieczni Rafała Góraka stracili bramkę już w dziewiątej minucie. Szybko odpowiedzieli, ale kabaret zaczął się dopiero w drugiej połowie. Dosłownie chwilę po gwizdku za głupi faul z boiska wyleciał Shun Sibata – druga żółta kartka. Luis Fernandez po chwili ukąsił GKS po raz drugi. A nim się obejrzeliśmy, goście grali w jeszcze większym osłabieniu liczebnym. Czerwoną kartkę dostał Jędrych. Reszta spotkania to już istna dominacja Lechii, której trudno się dziwić. Katowiczanie zostali odesłani do domu z bagażem pięciu straconych bramek. W ubiegłym sezonie podobnym wynikiem „GieKSa” przegrała z ŁKS-em. A więc zaczęła się z tego robić pewna nieprzyjemna seria.

W środku tygodnia ekipa z Bukowej miała okazję się odbić, i to przed własną publicznością. Rywalem był przedstawiciel PKO Ekstraklasy, Górnik Zabrze. Mecz przyjaźni w ramach Pucharu Polski. GKS Katowice wyszedł na to spotkanie dość odważnie, ale zapał stracił już mniej więcej po upływie kwadransa. Zabrzanie skrupulatnie punktowali błędy rywala. Skończyło się na czwórce.

Dziewięć goli straconych w dwóch kolejnych spotkaniach? Delikatnie mówiąc, nie wygląda to dobrze…Naprawdę delikatnie.

Zastanówmy się teraz przez moment – co się stało? Dlaczego GKS z najładniej grającej drużyny w 1.lidze wpadł w takie bagno? Na pewno swoją rolę w tym kryzysie odgrywają absencje. Po meczu z Podbeskidziem na dłużej wypadł Bartosz Jaroszek. Możliwości „GieKSy”, jeśli chodzi o zawodników mogących grać w linii defensywnej, są dość ograniczone. Górak musiał zatem spojrzeć w kierunku Grzegorza Janiszewskiego. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie jest to najpewniejszy człowiek w grze obronnej, a przynajmniej dotychczas nie był. Ponadto ostatnie dwa mecze przez kartkę opuścił kapitan Arkadiusz Jędrych. Z Odrą Opole nie zagrał natomiast Antoni Kozubal. A po jednym spotkaniu zdążyli już opuścić Mateusz Mak i Shun Shibata.

Problemy kadrowe jednak nie są odpowiedzią na wszystkie pytania kibiców. Rafał Górak zaczął ostatnio się mylić i zdaje się nie wyciągać odpowiednich wniosków. Pewne błędy zdarzały się już wcześniej, jak na przykład posłanie od pierwszej minuty Jakuba Araka na spotkanie z Motorem w Lublinie. Z meczu na mecz niestety jest ich jednak coraz więcej. Pierwszy? Cofnięcie Oskara Repki do trójki w obronie. Można zrozumieć, że GKS nie ma alternatyw na tej pozycji, ale Repka zanotował świetny sierpień, był nawet nominowany do tytułu zawodnika miesiąca w lidze. A w defensywie 24-latek wygląda zdecydowanie gorzej, popełnia błędy i to wychodzi już cyklicznie. Co prawda dziś z Termaliką nie zagrał źle. Właściwie tylko raz dał się ograć w fikuśny sposób. Pięć ostatnich spotkań było jednak słabych. Można zauważyć, że na tej pozycji wszelkie atuty Repki zostają wytrącone.

Po drugie, Bartosz Baranowicz był najlepszym zawodnikiem „GieKSy” w meczu z Odrą. I co robi Rafał Górak? Wysyła młodego zawodnika na ławkę i uparcie stawia na Rafała Figla. 32-latek ostatnimi czasy nie wnosi jednak nic do gry zespołu. Ba, jest jego słabym punktem. Krytykować można także zmiany przeprowadzane przez Góraka już w trakcie meczu. Są one niemalże identyczne w każdym meczu i nie pomagają drużynie. GKS nie może opierać swojej gry o dobry rezultat na Jakubie Araku czy Mateuszu Marcu.

Teraz czas na przerwę reprezentacyjną. Nie spodziewalibyśmy się jakiejś drastycznej rewolucji przy Bukowej w jej trakcie. Ale czy Rafał Górak wyciągnie wnioski?

Chcielibyśmy w to wierzyć…

 

sportdziennik.com – Błyskawiczny zjazd GieKSy

Jak szybko można przejść ze stanu euforii do stanu przygnębienia? Jak się okazuje, może się to stać w ciągu kilkudziesięciu dni.

Tyle wystarczyło piłkarzom GKS-u Katowice, żeby z marzeń o potencjalnym awansie, kibice zespołu zaczęli zastanawiać się, jak mogli zostać tak oszukani. Jeszcze w sierpniu, na samym początku rozgrywek, o katowickiej drużynie pisało się w samych superlatywach. Mocni ofensywnie, szczelni w obronie, zaskakujący defensywę rywala – to określenia, które pasowały do katowiczan. Tymczasem teraz jest zupełnie na odwrót. Są nieskuteczni, popełniają proste błędy, tracą bramki.

Po pierwszych sześciu spotkaniach ligowych nad GKS-em wszyscy się rozpływali. Jak słusznie zauważył niedawno na naszych łamach Marek Koniarek, został wtedy (nieco ponad miesiąc temu) napompowany balonik z naklejonym napisem „awans”. Po ostatniej wygranej w lidze (26 sierpnia) trener GKS-u Rafał Górak dziękował swojemu zespołowi za zaangażowanie. – Wigor, ogromna ikra, chęć wygrania w tym zespole jest bardzo widoczna i jest to nasz bardzo duży atut – mówił po wygranym 3:0 spotkaniu z Resovią szkoleniowiec. Od tego momentu w GieKSie następował powolny, ale widoczny, objawiający się w wynikach, spadek formy.

Jeszcze po pierwszych meczach września można było mieć wrażenie, że GKS gra dobrze. Że stara się. Że ma pomysł na to, w jaki sposób zdobyć bramkę, ale często brakuje skuteczności. Taki głosy słyszalne były przede wszystkim po remisie w Bielsku-Białej. Później przyszła porażka z Zagłębiem, po której trener GKS-u mógł właściwie tylko wzruszyć ramionami.

– Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że niekiedy drużyna, która ma zdecydowaną przewagę w meczu, spotkania nie wygrywa – stwierdził po rywalizacji z sosnowiczanami Rafał Górak. Było to w połowie września i rzeczywiście zespół z Katowic powinien ten mecz wygrać. Jednak nie zwyciężył, a o to przecież chodzi w piłce nożnej. Żeby za wszelką cenę odnieść sukces, bo to wynik zostaje w pamięci, a nie wrażenia artystyczne i piękne akcje, które bramek nie przynoszą.

Podobnie można było łudzić się, że GKS jeszcze nie jest w kryzysie, gdy przegrał 1:5 z Lechią Gdańsk. Choć wynik wydaje się drastyczny, okoliczności porażki były specyficzne. GieKSa musiała kończyć mecz w 9-osobowym składzie po czerwonych kartkach dla Shuna Shibaty i Arkadiusza Jędrycha. Według szkoleniowca przynajmniej jedna z tych kartek była niezasłużona.

Wtedy swoją złość można było wyładować na arbitrze, choć sprawa czerwonych kartek zdecydowanie nie była zero-jedynkowa. Mimo wszystko, tak jak zostało wspomniane wcześniej, w świat idzie wynik. Nie da się całej winy za przegraną zrzucić na sędziego, a przede wszystkim nie warto się na tym skupiać, gdy w trzecim meczu z rzędu traci się punkty.

Później przyszedł moment na mecz w Pucharze Polski. Do Katowic przyjechał Górnik Zabrze i niespodzianki nie było. Nie warto też zbytnio skupiać się na tym spotkaniu, bo zabrzański zespół skrzętnie wykorzystał swoje doświadczenie i pokazał, na czym polega różnica między ekstraklasą a jej zapleczem. Jednak kolejny pojedynek, ten z minionego weekendu, przeciwko Odrze Opole, przelał czarę goryczy.

Był to najgorszy mecz GKS-u w tym sezonie. I nie da się nawet znaleźć dobrego wytłumaczenia, dlaczego katowiczanie w ogóle przegrali. Porażka była zasłużona, bo zespół Rafała Góraka praktycznie przez 90 minut nie stworzył żadnego zagrożenia pod bramką rywala.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Przed PL: kolejny sezon GKS-u w ligowej szarówce?

GKS Katowice przystąpi do ósmego sezonu PlusLigi od momentu powrotu do siatkarskiej elity. Drużyna ze Śląska w minionych rozgrywkach zajęła 11. miejsce i w nadchodzących rozgrywkach celem minimum będzie znalezienie się w najlepszej dziesiątce. “GieKSę” może być jednak stać na więcej, chociaż aspiracje diametralnej zmianie nie uległy.

Dla katowickiego GKS-u nadchodzący sezon będzie już ósmym z rzędu od momentu powrotu na siatkarskie salony w rozgrywkach 2016/2017. Od tamtego momentu drużyna ze stolicy województwa śląskiego trzykrotnie kończyła rozgrywki w najlepszej ósemce. Z najlepszym tego skutkiem w roku 2020, kiedy to klub z Katowic uplasował się na szóstym miejscu. Z pewnością GKS Katowice chciałby znaleźć się w pierwszej ósemce, ale konkurencja będzie jak co roku – olbrzymia. Nie ulega jednak wątpliwości, że w Katowicach będą chcieli poprawić wynik z ubiegłych zmagań.

Jedne z najważniejszych ogniw GKS-u Katowice zdecydowały się pozostać w klubie na nadchodzący sezon. Po raz kolejny szkoleniowcem będzie Grzegorz Słaby, przed którym czwarty sezon w PlusLidze w roli I trenera. W klubie zostało w sumie siedmiu zawodników z poprzedniej odsłony zmagań.

W zespole nadal występował będzie lider – Jakub Jarosz. Zabezpieczona została pozycja libero, wszak Dawid Ogórek oraz Bartosz Mariański podjęli decyzję o kontynuowaniu współpracy. Barwy GKS-u reprezentować będzie także dwóch przyjmujących: Wiktor Mielczarek oraz Jakub Szymański. O sile ataku będzie stanowił także Damian Domagała, a na środku siatki pojawi się po raz kolejny Sebastian Adamczyk.

Do katowickiego GKS-u zawitało łącznie siedmiu nowych zawodników. Po roku przerwy do polskiej ligi wraca Łukasz Kozub, który miniony sezon spędził we francuskim Stade Poitevin Poitiers. Wraz z nim na rozegraniu ujrzymy Piotra Fenoszyna, który zadebiutuje w najwyższej klasie rozgrywkowej. Władze klubu ze stolicy województwa śląskiego miały jeszcze spore luki na pozycji środkowego i przyjmującego, stąd też na środku ujrzymy: Bartłomieja Krulickiego, Łukasza Usowicza oraz Macieja Woza. Ostatnia dwójka również stawiać będzie swoje pierwsze kroki w PlusLidze. Natomiast linię przyjęcia wzmocnią obyty Marcin Waliński wraz z reprezentantem Czech, Lukasem Vasiną.

Niekwestionowanym liderem katowickiej „GieKSy” bez wątpienia będzie Jakub Jarosz. Dla atakującego nadchodzący sezon będzie już piątym z rzędu w barwach katowickiego klubu. 36-latek jest ulubieńcem miejscowych kibiców. W poprzednim sezonie zdobył łącznie 330 punktów. Jest on bardzo doświadczonym zawodnikiem, a za potwierdzenie niech służą także punktacje z trzech poprzednich sezonów: 427, 371, 292.

Większym dorobkiem punktowym z poprzednich rozgrywek może się jednak pochwalić Jakub Szymański, który zanotował 360 oczek. Najprawdopodobniej to właśnie ten siatkarz będzie pierwszym wyborem trenera Grzegorza Słabego w kontekście linii przyjęcia.

Katowiczanie cykl meczów towarzyskich rozpoczęli od konfrontacji z beniaminkiem. Po czterech setach lepszy okazał się Exact Systems Norwid Częstochowa, który wygrał 3:1. GKS nie musiał długo czekać na pierwsze zwycięstwo, ponieważ już dzień później pewnie rozprawił się z Asseco Resovią Rzeszów, triumfując 4:0. Następnie doszło do dwumeczu z Projektem Warszawa. Za pierwszym razem 3:1 wygrała drużyna ze stolicy, zaś za drugim katowiczanie 2:1.

Formacja ze Śląska rywalizowała także w turnieju towarzyskim w Lubinie. Rozpoczęła go dobrze, bo od wygranej 3:0 z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. W finale zmagań nie udało się jednak zrewanżować Norwidowi, gdyż ten pokonał GKS 2:1.

Jedenastą drużynę ubiegłej edycji PlusLigi czeka jeszcze dwumecz z PGE PGiEK Skrą Bełchatów w dniach 6-7 października, a także z Eneą Czarnymi Radom 12 i 13 października.

“GieKSa” w końcówce minionego sezonu rozegrała dwumecz ze Skrą Bełchatów. Katowiczanie wygrali tę rywalizację i tym samym zakończyli zmagania na jedenastym miejscu. Bezsprzecznie celem numer jeden na zbliżające się rozgrywki będzie regularne punktowanie i zakończenie ich w pierwszej dziesiątce. GKS Katowice to jednak zespół, który lubi sprawiać niespodzianki i nie można go wcale skreślać z ewentualnej walki o fazę play-off. Podopieczni trenera Słabego mogą być jednym z kandydatów do gry w ćwierćfinale mistrzostw Polski, chociaż na ten moment trzeba na to patrzeć z chłodną głową.

Katowiczanie sezon zainaugurują przed własną publicznością meczem z Treflem Gdańsk 21 października, w sobotę. Cztery dni później Ślązacy wybiorą się do Warszawy, by zmierzyć się z miejscowym Projektem (25 października, środa).

 

GKS podzielił się wygranymi w sparingach z PGE Skrą

Siatkarze GKS-u Katowice oraz PGE GIEK Skry Bełchatów rozegrali dwa mecze sparingowe. W pierwszym podopieczni Andrei Gardiniego wygrali 3:1, ale drugi w czterech setach na swoją korzyść rozstrzygnęła drużyna z Górnego Śląska. Bełchatowianie zaczęli mecz od prowadzenia 5:0. Szybko interweniował Grzegorz Słaby. GKS starał się wrócić do gry, ale PGE Skra kontrolowała wynik. Skutecznie na siatce prezentowali się Dawid Konarski i Bartłomiej Lipiński, a gospodarze nie znaleźli sposobu na ich powstrzymanie. W końcówce sami popełniali błędy, a ta część meczu padła łupem gości (25:16).

W drugim secie walka toczyła się cios za cios, ale as serwisowy Jakuba Szymańskiego dał nadzieję gospodarzom na wyjście na prowadzenie. Po akcji Marcina Walińskiego wciąż wynik oscylował wokół remisu (13:13). Dopiero kilka skutecznych zagrań spowodowało, że szala zaczęła przechylać się na stronę bełchatowian. Na zagrywce odpowiedzieli jednak Damian Domagała i Sebastian Adamczyk, a GKS doprowadził do wyrównanej końcówki. W niej blok przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę (25:23).

Trzecia odsłona zaczęła się od walki punkt za punkt, ale przestój podopiecznych Grzegorza Słabego sprawił, że znaleźli się w defensywie (10:7). Rywale coraz lepiej prezentowali się na siatce. Skutecznie grali w ataku, a kiedy dołożyli blok, dyktowali warunki gry (19:12). W końcówce katowiczanom przytrafiło się kilka błędów, a Przemysław Kupka przypieczętował wygraną PGE Skry (25:17).

W czwartym secie poszła ona za ciosem, po akcji Bartłomieja Lemańskiego odskakując na 10:6. Dzięki zagrywce GKS zbliżył się na 12:13, ale na więcej nie było go stać. To bełchatowianie wygrywali przedłużone akcje, konsekwentnie krocząc do zwycięstwa. Asa serwisowego dołożył jeszcze Lemański, a goście nie oddali już zwycięstwa. Po błędzie Szymańskiego triumfowali 25:20.

GKS Katowice – PGE GIEK Skra Bełchatów 1:3 (16:25, 25:23, 17:25, 20:25)

[…] W drugi mecz lepiej weszli bełchatowianie, którzy objęli prowadzenie 6:3. Dokładali szczelne bloki, a GKS wydawał się być bezradny. Sygnał do walki dał mu Łukasz Usowicz, a po kilku zagraniach zbliżył się do rywali na 15:18. Wówczas PGE Skra wzmocniła serwis, poprawiła skuteczność na skrzydłach, dzięki czemu kontrolowała wynik. Po czapie na Marcinie Walińskim triumfowała w premierowej odsłonie (25:20).

W drugim secie przez dłuższy moment obie drużyny szły łeb w łeb, ale w ataku rozkręcali się Jakub Jarosz i Jakub Szymański, dzięki czemu do głosu zaczęli dochodzić gospodarze. Po zbiciach ze środka Usowicza wygrywali już 17:13, ale przyjezdni nie odpuszczali. Przy zagrywce Lemańskiego doprowadzili do remisu, ale końcówka należała do GKS-u, a dokładniej do Jarosza, który przechylił szalę zwycięstwa na jego stronę (25:23).

W trzeciej partii za ciosem poszli katowiczanie (4:1). Do dobrej gry na skrzydłach na środku dołączył się Usowicz, a bełchatowianie mieli coraz większe problemy ze sforsowaniem bloku rywali (11:6). PGE Skra nie potrafiła odnaleźć dobrego rytmu gry. Po kontrze Bartłomieja Krulickiego przegrywała już 10:17. W końcówce kilka razy nadziała się jeszcze na blok rywali, którzy triumfowali w tej części spotkania 25:16.

Po zbiciu Kupki w czwartego seta lepiej weszli przyjezdni (4:1). Z przewagi nie cieszyli się jednak długo, bo GKS szybko wrócił do gry. Wymiana ciosów trwała w najlepsze, ale po asie serwisowym Piotra Fenoszyna to katowiczanie zaczęli dochodzić do głosu (17:14). Zagrywką poprawił Wiktor Mielczarek, a gospodarze byli coraz bliżej zwycięstwa. W końcówce na środku pokazali się jeszcze Krulicki i Sebastian Adamczyk, a GKS zwyciężył 25:21.

GKS Katowice – PGE GIEK Skra Bełchatów 3:1 (20:25, 25:23, 25:16. 25:21)

 

HOKEJ

hokej.net – Mistrz lepszy od wicemistrza. GieKSa wciąż zwycięska

GKS Katowice pozostał jedyną niepokonaną drużyną w TAURON Hokej Lidze! Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem meczu 20. kolejki pokonali na własnym lodzie GKS Tychy 3:1.

Początek spotkania przebiegał na wzajemnym sprawdzaniu swojej dyspozycji przez obie strony widowiska. Żadna z drużyn nie parła do ataków, skupiając się na odpowiedzialnym rozegraniu krążka.

Przygotowanie do spotkania Tomáša Fučíka sprawdził Aleski Varttinen dobrymi próbami z nadgarstka.

Mecz przebiegał w nieco szarpanym rytmie, dlatego też nie obserwowaliśmy długiego posiadania krążka. W pierwszej odsłonie każda z drużyn otrzymała możliwość gry w przewadze. W tym elemencie lepiej prezentował się zespół Jacka Płachty. Głównie za sprawą swojej drugiej formacji, która nie pierwszy raz poświadczyła o swojej sile w tym elemencie hokejowego rzemiosła. W miarę upływu czasu, więcej wydarzeń obserwowaliśmy pod bramką gości. Przed świetną okazją do otwarcia wyniku stanął Grzegorz Pasiut, jednak jego indywidualną akcję zakończył Fučík, wyłuskując gumę z kija „Profesora”.

Ataki tyszan starał się napędzać Alan Łyszczarczyk, jednak John Murray do spółki ze swoimi obrońcami nie dał się zaskoczyć przebojowemu napastnikowi.

Mistrzowie Polski wychodząc na drugą tercję dali jasno do zrozumienia, że nie chcą pozostawiać wydarzeń na lodzie przypadkowi. Zdołali zamknąć gości w ich własnej tercji, wygrywając pojedynki na bandach oraz lepiej czytając krążek.

Tyszanie wyprowadzając swoje ataki, próbowali uderzać spod niebieskiej linii. Dobrym, soczystym uderzeniem popisał się Olli Kaskinen, jednak krążek John Murray zdołał odbić krążek do boku. Do coraz bardziej klarownych sytuacji dochodzili gospodarze, jednak brakowało przysłowiowej „kropki nad i” w postaci wykończenia akcji. W 37. minucie do ofensywnej akcji podłączył się Ryan Cook i pewnym strzałem z pełnego zamachu pokonał Tomáša Fučíka.

Najwięcej emocji dostarczyła kibicom trzecia odsłona. Czeski golkiper z powodu kontuzji nie wyjechał już na trzecią odsłonę, a jego miejsce zajął Kamil Lewartowski. Pierwsze sekundy okazały się chrztem bojowym dla 25-latka, bowiem gospodarze rozpoczęli tercję od przeprowadzenia szturmu na jego bramkę. Ponownie to mistrzowie Polski kontrolowali puls spotkania. Kiedy drużyna Jacka Płachty odpuszczała intensywność ataków, spotkanie zdecydowanie przygaszało. W przeciągu pierwszych minut gotowość Lewartowskiego sprawdzał Fraszko a także po odważnej indywidualnej akcji Eric Kaczyński.

W 46. minucie najpierw wykluczony został Jakub Wanacki, a trzy sekundy później do odsiadywania kary oddelegowano Barłomieja Jeziorskiego. W okresie gry w formacjach czteroosobowych próbującego napędzić kolejny atak gospodarzy Grzegorza Pasiuta naciskał Illa Korenczuk. Ambitna praca 28-letniego Ukraińca pozwoliła mu na przejęcie krążka, a następnie pokonanie Johna Murraya. Goście pomimo ciężkich momentów zdołali wrócić do rywalizacji. Zdobyta bramka przez tyszan podkręciła temperaturę spotkania.

Zaostrzająca się sytuacja na lodzie skutkowała większą ilością wykluczeń. W momencie gdy swoją kare odsiadywał jeszcze Aleksi Varttinen, obustronne wykluczenia zostały nałożone na Monto oraz Jeziorskiego, którzy zafundowali sobie nieco bezpośredniości pod bramką Murraya. Mistrzowie Polski zdołali jednak w trójkę obronić dostęp do własnej bramki. Po co nie zdołali sięgnąć podopieczni Andrieja Sidorienki sami, zostało wyszarpane przez GieKSęw końcowych minutach spotkania.

Shigeki Hitosato przyspieszył rozegranie z Ollim Iisakką. Efektem ich pracy było przeniesienie gry na drugą stronę tafli. Tam krążek trafił na kij Santeri Koponena. Przed Finem ukazała się pustabramka, której nie zdążysz zasłonić przesuwający się za akcją Lewartowski. Z tego miejsca i w takiej sytuacji 26-letni obrońca nie raczy pudłować i w 59. minucie GieKSa znów wyszła na prowadzenie. Na ostatnie sekundy z bramki został wycofany Kamil Lewartowski. Tyszanie nie zdołali jednak wykreować swojej szansy, tracąc krążek. Swoją powinność wykonał niezawodny w takich momentach Bartosz Fraszko zdobywając trzecią bramkę i stawiając pieczęć pod dziewiątym zwycięstwem GKS-u Katowice!

 

GieKSa na dychę!

GKS Katowice pokonał PZU Podhale Nowy Targ 6:3 i odniósł dziesiąte ligowe zwycięstwo w tym sezonie! Aby zachować status niepokonanych drużyna Jacka Płachty musiała odrabiać po raz pierwszy w tegorocznych rozgrywkach dwubramkową stratę. Przełomowe dla przebiegu spotkania okazały się wydarzenia z przełomu drugiej oraz trzeciej tercji.

Pierwsze fragmenty spotkania należały do GKS-u Katowice. Mistrzowie Polski na dobre zameldowali się w tercji Podhala. Kevina Lindskouga w ciągu pierwszych minut sprawdzili uderzeniem z prawego bulika Sam Marklundoraz Maciej Kruczek, który zafundował szwedzkiemu golkiperowi atomowe uderzenie spod niebieskiej linii. W 6. minucie na ławkę kar został oddelegowany Sam Marklund, a chwilę później krążek przed bramką dogrywał Michael Cichy, guma rykoszetem trafia na kij Phila Kissa, który zdołał umieścić ją w bramce Johna Murraya. Sytuacja podlegała jeszcze analizie wideo, w związku z ruszeniem bramki. Ostatecznie sędziowie wskazali jednak na środek tafli, uznając bramkę dla Podhala. W miarę upływu czasu katowiczanie dochodzili do coraz dogodniejszych sytuacji bramkowych, jednak nie byli w stanie pokusić się o skuteczne wykończenie. Impas mistrzów Polski trwał aż do 19. minuty, kiedy to bardzo aktywny w dzisiejszym spotkaniu Hampus Olsson dopiął swego i pokonał Kevina Lindskouga.

Drużyna Podhala rozpoczęła drugą tercję od niemal półtora minutowej gry w osłabieniu. Pomimo sporej pracy GKS-u pod bramką Lindskouga, gościom udało wybronić się osłabienie. Po wyrównaniu formacji na lodzie, grę prowadzili mistrzowie Polski. Podhale bardzo dobrze pracowało w obronie, radząc sobie z obroną kolejnego osłabienia. W 31. minucie „Szarotki” wyprowadziły atak w tercję GKS-u. Jakub Worwa wypatrzył pozostawionego bez opieki Łukasza Kamińskiego, który pewnym uderzeniem zmusił do kapitulacji Johna Murraya. W 33. minucie w odstępie siedmiu sekund sędziowie wykluczyli najpierw Aleksi Varttinena, a później Patryka Wronkę. Okres gry czterech na czterech należał do GKS-u, który skrzętnie skorzystał z większej przestrzeni na lodzie w wypracowywaniu sobie kolejnych okazji. W 37. minucie Podhale postanowiło obronić się poprzez wyprowadzenie kolejnego ciosu. Dobrze prowadzona kontra została sfinalizowana przez Michaela Cichego. GieKSa po raz pierwszy w tym sezonie została zmuszona do odrobienia dwóch bramek. Wrzeć zaczęło w ostatnich dwóch minutach drugiej tercji. Wszystko rozpoczęło się od odsiadywania kary przez Szczechurę. Olli Iisakka najszybciej zareagował na odbity przez Lindskouga krążek i stał się autorem kontaktowej bramki dla gospodarzy. Jeśli w tym momencie, ktoś był już myślami przy przerwie, to szybko został sprowadzony na do wydarzeń na lodzie. Na 56 sekund przed końcem drugiej odsłony na ławce kar zasiadł Adrian Słowakiewicz. Katowiczanie przeprowadzili szturm na bramkę Podhala. Niezwykłą determinacją wykazał się Santeri Koponen, uderzył z okolic prawego bulika, a następnie pojechał dalej na bramkę Lindskouga, znajdując się po chwili w wyborowej pozycji strzeleckiej. Na sekundę przed końcową syreną Fin zdążył umieścić krążek w bramce, wyrównując rywalizację rzutem na taśmę.

Jak mocno zakończyliśmy drugą tercję, tak równie intensywnie rozpoczęła się trzecia odsłona. 35 sekund po pierwszym wznowieniu GieKSa wyszła na prowadzenie, za sprawą przytomnie pracującego pod bramką Shigeki Hitosato. Nikt nie zamierzał kalkulować i odpuszczać walki w dzisiejszym pojedynku, czego efektem były kolejne wykluczenia. „Szarotki” przez pół minuty zmuszone były grać w podwójnym osłabieniu, a następnie kolejne 30 sekund „czterech na pięciu”. Konia z rzędem temu, kto doliczył się ile razy zmuszony interweniować był Lindskoug. Chociaż Szwed gimnastykował się jak mógł, to nie zdołał uchronić swojej drużyny przed stratą bramki. W 53. swoje drugie trafienie zanotował Hampus Olsson. W ostatnich minutach po drużynie z Nowego Targu ewidentnie było widać trudy gry w obronie. W 59. minucie goście próbowali jeszcze wrócić do gry, poprzez wycofanie z bramki Kevina Lindskouga. Ryzykowny manewr nie pozwolił na zdobycie bramki, co więcej katem „Szarotek” stał się Hampus Olsson, pieczętując zwycięstwo katowiczan.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: damy radę nawet bez prądu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W niedzielne popołudnie GKS Katowice wybiegnie na boisko w Radomiu, gdzie uskrzydleni czwartkowym zwycięstwem gospodarze będą chcieli podtrzymać zwycięską passę. O nadziejach związanych zarówno z najbliższym meczem, jak i dalszą częścią sezonu, najmocniejszych punktach „Zielonych”, trenerze Feio i pozasportowych „przygodach” w meczach z Arką i Koroną porozmawialiśmy z Bartłomiejem Jędrzejczakiem z futbolowarebelia.com i podgolebnikiem.pl

W ostatnich dniach my emocjonowaliśmy się Pucharem Polski. Radomiak już jakiś czas temu pożegnał się z tymi rozgrywkami, mimo to jak oceniasz rozstrzygnięcia, do których doszło na boisku i w czasie losowania półfinałów?
Radomiak odpadł z Pucharu już w pierwszej rundzie, z tego powodu szybko przestałem się interesować tymi rozgrywkami. Dla was półfinał to na pewno duża rzecz. Wylosowano ciekawe pary, bo Zawisza będzie się mierzył z Górnikiem, a wy zagracie małe derby województwa w Częstochowie. Dla niezaangażowanych kibiców ciekawostką jest obecność na tym etapie 3-ligowca, choć tutaj Górnik jest zdecydowanym faworytem. Z kolei GKS jest niewygodnym rywalem dla Rakowa, więc ta rywalizacja będzie ciekawsza. Gdybym miał typować, to postawiłbym na śląski finał Górnika z GKS-em.

Wracając jednak do Ekstraklasy, w tym sezonie można powiedzieć, że nie ma środka tabeli – albo bijesz się o puchary, albo „walczysz o spadek”. W której grupie jest dziś Radomiak?
Przed każdym sezonem naszym podstawowym celem jest jak najszybsze zapewnienie sobie utrzymania. Znamy swoje miejsce w szeregu i wiemy, że nie jesteśmy ligowym krezusem pod względem finansów. Apetyt rośnie jednak w miarę jedzenia – jeśli w miarę regularnie punktujesz, to w pewnym momencie pojawia się chęć gry o coś więcej. Z drugiej strony liga się wyrównała i na przestrzeni 2-3 spotkań położenie zespołu może się radykalnie zmienić – będąc w czołówce nagle można zamieszać się w grę o utrzymanie. To utrzymanie Radomiaka jest więc celem minimum, a wszystko ponad będzie dodatkowym bonusem. Patrząc na ambicje włodarzy klubu i trenera Feio, a także indywidualną jakość sportową zawodników, mam nadzieję na szybkie utrzymanie, a wykorzystując sytuację w lidze możemy się zakręcić w okolicach strefy pucharowej. To jest takie ciche marzenie – moje, ale i pewnie każdego sympatyka Zielonych.

W ostatnim czasie w Radomiu tych punktów jednak brakowało, bo przez cztery kolejki nie potrafiliście wygrać. Przełamanie nastąpiło po nadrobieniu zaległości z Arką. Gdybyśmy tylko na jej tle mieli oceniać potencjał naszych zespołów, to w niedzielę bylibyście zdecydowanym faworytem.
W czwartek zadecydował bardzo dobry początek – prowadzenie 2:0 po ośmiu minutach ustawiło przebieg meczu pod dyktando Radomiaka. Z kolei Arka kreowała więcej po przerwie i w pewnym momencie wydawało się, że może wrócić do meczu, jednak dobra postawa Filipa Majchrowicza, który zrehabilitował się za błędy w poprzednich meczach, pozwoliła nam utrzymać, a następnie podwyższyć prowadzenie. Arka zdobyła wprawdzie bramkę kontaktową, a w pewnym momencie potrójna interwencja naszego bramkarza do spółki z Jankiem Grzesikiem uchroniła nas od straty drugiego gola. Gdyby ten padł, to moim zdaniem Radomiak by nie wygrał. Na szczęście dla nas gol Romário Baró z rzutu wolnego ostatecznie rozstrzygnął mecz na naszą korzyść.

Jesienią przed meczem z GieKSą do pełni formy wracał Capita Capemba – lider zespołu, strzelec jednego z goli w ostatnim meczu z Arką. W niedzielę zabraknie go z innego powodu: na ostatniej prostej jest jego transfer za ocean. Jaki będzie Radomiak bez niego?
Capita jest dla Radomiaka bardzo ważną postacią i jakość całego zespołu z nim w składzie idzie zdecydowanie do góry. Trzeba jednak mieć świadomość, że jego odejście było planowane od dłuższego czasu, więc nie jesteśmy tym ruchem zaskoczeni. Elves Baldé i Salifou Soumah to jego naturalni następcy, choć tego pierwszego w niedzielę zabraknie z powodu zawieszenia po wydarzeniach po meczu z Koroną Kielce. Szkoda, bo dał się wam już poznać jesienią zdobywając pierwszego gola. O Soumahu wiemy niewiele – dołączył do nas już po starcie rundy i czekamy, co pokaże na boisku. Wracając jednak do Capity uważam, że Ekstraklasa sporo traci na odejściu takich zawodników jak on. Mimo że liga rośnie, powstają piękne stadiony i coraz lepiej prezentujemy się w pucharach, to jeszcze nie jesteśmy w stanie konkurować z silniejszymi klubami o wyróżniających się zawodników. Oglądać Capitę na boisku było czystą przyjemnością, ale mam nadzieję, że uda się sprawnie i bezboleśnie zapełnić lukę po nim.

Wspomniałeś o meczu z Koroną zakończonym skandalem, który przełożył się m.in. na karę Baldé, ale i zawieszenie Gonçalo Feio na pięć meczów. Jak twoimi oczami wyglądały tamte wydarzenia?
Wiele negatywnych okoliczności nałożyło się na siebie przy okazji tego nieszczęsnego meczu z Koroną. Po pierwsze, błąd Filipa Majchrowicza przy rozegraniu piłki dał bramkę gościom, kolejny błąd przy stałym fragmencie gry i drugie trafienie. Z kolei Radomiak mimo mnóstwa sytuacji nie był w stanie zdobyć gola – albo zawodziła skuteczność, albo na wysokości zadania stawał Dziekoński. Słaba postawa sportowa Radomiaka przełożyła się na frustrację, zarówno na murawie, jak i na trybunach. Doszło do skandalicznych incydentów, które nie mają prawa dziać się na żadnym stadionie. Atmosfera była nerwowa, bo wiemy jakie stosunki panują między kibicami Korony i Radomiaka. Temperaturę dodatkowo podniosła decyzja Komisji Ligi o niewpuszczeniu kibiców gości. Atmosfera od początku była nerwowa, a porażka na własnym stadionie nie ostudziła emocji. Nie ulega jednak wątpliwości, że nigdy nie powinno dochodzić do wydarzeń, których świadkami byliśmy po meczu, a które zaowocowały surowymi karami.

A jak trener radzi sobie na „pracy zdalnej”?
Kara dla Gonçalo Feio jest surowa przede wszystkim ze względu jego przeszłość i łatkę, jaką mu przyklejono. On z tym mocno walczy, starając się przekonać wszystkich, że się zmienił. Osobiście nie znałem go wcześniej, natomiast gdyby nie doniesienia medialne, znając go teraz nigdy bym nie powiedział, że jest osobą konfliktową. Na co dzień jest otwartym i serdecznym gościem. W meczu z Koroną rzucił w stronę sędziów uwagę w stylu „zapłacili wam”, którą Komisja Ligi uznała za oskarżenia korupcyjne i surowo go ukarała. Tymczasem w tej samej kolejce trener Wisły Mariusz Misiura stwierdził, że wszystko jest ustawione pod Legię i Widzew, a nie spotkała go za to żadna kara. Trener Feio radzi sobie dobrze, bo w czasie meczów jest stale na łączach z asystentem Emanuelem Ribeiro. W Niecieczy miałem okazję siedzieć na trybunach obok niego i mimo że nic nie rozumiałem, bo panowie rozmawiali po portugalsku, to byłem pod wrażeniem, bo Gonçalo Feio mówił praktycznie bez przerwy i miałem odczucie, że słucham nie trenera, ale komentatora sportowego. W meczu z GKS-em jeszcze nie będzie go na ławce, ale jak sam podkreśla, perspektywa trybun też jest ciekawa i patrzy na mecz nieco inaczej niż z poziomu murawy.

Radomiak jest jedną z ekip, która zdecydowanie lepiej prezentuje się u siebie niż na wyjeździe. Co takiego jest przy Struga 63, co aż tak wam pomaga?
Kiedy w 2023 roku oddano do użytku nowy stadion Radomiaka, wówczas składający się z dwóch trybun, nie był naszym szczególnym atutem. Natomiast w tym sezonie, kiedy od listopada funkcjonują już cztery trybuny i po wielu latach oczekiwań wreszcie pojawiają się kibice gości, to atmosfera jest zupełnie inna. Doping jest fantastyczny – bywałem na wielu stadionach Ekstraklasy i w porównaniu do innych nie mamy się czego wstydzić. To na pewno motywuje piłkarzy i wpływa na ich dyspozycję. W tym sezonie tylko Jagiellonia i niestety Korona wygrały przy Struga. Zazwyczaj jednak jesteśmy bardzo mocni u siebie – wystarczy przypomnieć zwycięstwa 4:0 z Górnikiem, 5:1 z Pogonią, 3:0 z Cracovią i ostatnie 3:1 z Arką. Nikt nie ma łatwo w Radomiu i w niedzielę musicie się liczyć z ciężką przeprawą.

Od początku rundy wiele się mówi o kiepskim stanie murawy na większości stadionów Ekstraklasy. Jak będzie u was?
W porównaniu z czwartkowym meczem z Arką nie spodziewam się, aby stan murawy diametralnie się polepszył. Jest to problem wielu klubów, choć wiem, że wy możecie się pochwalić świetnie przygotowaną nawierzchnią i podobnie jest w Gliwicach. Gdzie indziej widać jednak trudy ciężkiej zimy – w Radomiu też nie jest idealnie, ale mogło być gorzej. W krótkim odstępie czasu gramy u siebie trzy mecze ligowe, a za chwilę będziemy gościć kadrę U-21 podczas meczu z Armenią. Nie wiem jak murawa to przetrzyma, ale mam nadzieję że z biegiem czasu będzie coraz lepiej. Nie można odmówić osobom zaangażowanym w utrzymanie boiska, że robią wszystko, co w ich mocy, aby w obecnych warunkach jak najlepiej przygotować boisko do gry. Radomiak jest zespołem technicznym, który lubi mieć piłkę przy nodze, więc boisko dobrej jakości jest naszym sprzymierzeńcem.

Kto będzie w niedzielę najlepszym piłkarzem z Radomia i dlaczego Bartek Nowak?
Bartek to piłkarz o olbrzymiej jakości piłkarskiej, mózg i serce GKS-u. Trener Górak powtarzał w wywiadach, że Nowak świetnie rozumie jego pomysł na grę i pomaga innym piłkarzom w realizowaniu go na boisku. Oby jak najwięcej zawodników, którzy do tego stopnia wyróżniają się na tle całej ligi. Bartek jest przecież Radomianinem, więc ten mecz może być dla niego inny niż wszystkie, bo przyjeżdża w rodzinne strony. Mimo to mam cichą nadzieję, że w niedzielę najlepszy piłkarz z Radomia zagra jednak w zielonej koszulce.

W ubiegłym sezonie to właśnie Radomiak witał nas w Ekstraklasie, jeszcze na starej Bukowej. Nie było to najmilsze powitanie.
Do tej pory nie miałem okazji zobaczyć waszego nowego stadionu, ale cieszę się, że tuż po waszym awansie mogłem zobaczyć mecz z wysokości trybun starego obiektu. Dość szybko na prowadzenie wyprowadził nas Rocha, dwukrotnie pokonując Kudłę i byłem wręcz zdumiony, jak duża jest różnica klas między naszymi zespołami. GKS zderzył się z Radomiakiem, który sezon wcześniej utrzymał się rzutem na taśmę, więc nie spodziewałem się takiej przewagi. W drugiej połowie obraz gry się zmienił, a Mateusz Marzec zdobył nawet gola po ładnym woleju i koniec końców GKS był bliski, aby tego meczu nie przegrać.

Jak oceniasz zmianę w postawie GKS-u, która od tamtego meczu zaszła na przestrzeni kolejnego 1,5 roku?
GKS był początkowo postrzegany jako typowy beniaminek, który jednak z pozycji underdoga punktował nadspodziewanie dobrze. Nie nazwałbym was czarnym koniem, ale przez cały sezon z powodzeniem utrzymywaliście się blisko środka tabeli. Podobnie radził sobie Motor, ale GKS był dla mnie większym zaskoczeniem. Pamiętam też nasz mecz rewanżowy, ostatni w 2024 roku, zakończony remisem 1:1 i to Radomiak musiał gonić wynik. Trener Górak mówił wtedy, że przyjmuje ówczesny dorobek GieKSy z całym dobrodziejstwem inwentarza. Z zadowoleniem śledziłem wasze dalsze losy, bo GKS to duża firma i dobrze, że zadomowiła się w Ekstraklasie. Początek nowego sezonu GKS miał jednak trudny i pamiętam, jak przed naszym meczem analizowałem tabelę. Pojedynek z Radomiakiem był dla was kluczowy i uważałem, że jeśli nie odbijecie się na nas, to mocno zakopiecie się w dolnych rejonach tabeli. Na szczęście dla was udało się odbić, zresztą po świetnym meczu. Macie dobrze skomponowany zespół: Rafał Strączek wygryzł ze składu Dawida Kudłę i radzi sobie bardzo dobre, solidna obrona na czele z Arkadiuszem Jędrychem, wspomniany wcześniej Nowak i – jak się z czasem okazało – jest też życie po Sebastianie Bergierze. W naszym ostatnim meczu z dobrej strony pokazał się też Marcin Wasielewski.

To właśnie on, do spółki z Nowakiem, przesądził o ostatecznym zwycięstwie z Radomiakiem przy Nowej Bukowej. Pamiętam ten pojedynek jako mecz pięknych goli i jeszcze lepszych parad bramkarzy. A jak ty wspominasz tamto spotkanie?
Mecz był rozgrywany w ramach Superpiątku jako świetna reklama Ekstraklasy. Z drugiej strony, oprócz pięknych goli były też kontrowersje, m.in. decyzja o nieuznaniu trzeciego gola Radomiaka. Jeśli dobrze pamiętam, w Lidze+ Ekstra uznano ją za błędną. Nasze mecze zwykle obfitują w gole, więc nie obraziłbym się, gdyby podobnie było w niedzielę. Radomiak u siebie jest drużyną usposobioną ofensywnie, więc w starciu z GKS-em, który jest uskrzydlony ostatnimi dobrymi wynikami, nie powinno być nudy i jestem przekonany, że w niedzielę przy Struga będzie się działo.

Którego z zawodników Radomiaka powinniśmy się obawiać najbardziej?
GKS musi uważać na Janka Grzesika i Rafała Wolskiego. Mam też nadzieję, że bardzo ładna bramka Romário Baró w meczu z Arką doda mu więcej pewności siebie. Jest też Vasco Lopes, który potrafi wypracować przewagę dryblingiem. Silnym punktem zespołu są grający z przodu Maurides i Abdoul Tapsoba. Nie będzie Capity, ale siłą Radomiaka jest to, że zespół wygląda coraz lepiej jako drużyna. Jeżeli mamy swój dzień, to jesteśmy groźni dla każdego w Ekstraklasie.

Jak twoim zdaniem będzie przebiegał niedzielny mecz i jakim wynikiem się zakończy?
Radomiak grający u siebie nie cofa się i nie czeka na kontry. Spodziewam się, że od początku ruszymy do ataku niesieni żywiołowym dopingiem. GKS być może zaczeka na to, co zaproponują gospodarze, natomiast w tej lidze trudno jest cokolwiek przewidzieć – jedna niespodziewana sytuacja może całkowicie wywrócić plan na mecz. Oczekuję dobrego widowiska i wielu goli, bo naprzeciw siebie stają bardzo dobre piłkarsko drużyny. Nigdy nie byłem dobry w typowanie wyników, ale biorąc pod uwagę formę Radomiaka u siebie stawiam na 2:1 dla gospodarzy.

Z rozbawieniem obserwowałem twitterowe zaczepki na oficjalnych kontach Radomiaka i Arki, nawiązujące do niedawnej awarii oświetlenia w Radomiu. W niedzielę prądu nie zabraknie?
To wstydliwa sytuacja dla Radomiaka, który jednak nie do końca miał na nią wpływ. Odbiór był jednak taki, a nie inny. Żałowaliśmy, że mecz z Arką nie odbył się w pierwotnym terminie, a szczególnie szkoda było kibiców z Gdyni, którzy na darmo przejechali przez pół Polski. Kolejne mecze w Radomiu przebiegły już jednak bez przeszkód i podobnie będzie w niedzielę. Ale dobrze, że gramy w miarę wcześnie, więc w razie czego damy sobie radę nawet bez prądu.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: To nasz bardzo szczęśliwy dzień

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Na pomeczowej konferencji pojawili się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i John Carver. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

John Carver (trener Lechii Gdańsk):
Ten mecz miał dwie połowy. Mam na myśli różnicę, między połowami, bo w pierwszej połowie byliśmy w dobrej formie i stworzyliśmy 1-2 klarowne sytuacje, ale druga połowa była skrajnie przeciwna. Mecz wygrała drużyna lepsza i jest to trudne do zaakceptowania. Musieliśmy dokonać kilku zmian w naszym zespole, szczególnie w przerwie dokonaliśmy zmiany Rodina, jedynego doświadczonego zawodnika w naszej obronie, który dostał w żebra i miał problemy z oddychaniem. Jak się traci takiego zawodnika, to ma to duży wpływ na nasz zespół. W mojej opinii graliśmy za bardzo bezpiecznie w ataku, bez ryzyka, bez prób zagrania w pole karne. Gratulujemy trenerowi GKS-u, lepsza drużyna wygrała. Musimy się podnieść, bo mamy dziewięć meczów do końca.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Zdawaliśmy sobie sprawę z siły przeciwnika, bo startowali z dyskomfortem minus pięciu punktów. Wyobrażam sobie tę trudność, jednocześnie kapitalnie Lechia z tego wyszła. Strzelili do dzisiaj 49 bramek, więc wiedzieliśmy, że musimy się mieć na baczności. Oczywiście można dywagować na temat składu, ale przecież jedna i druga strona była w jakiś sposób nie tyle osłabiona, ale jednak absencje po jednej i po drugiej stronie były.

Widzieliśmy więc mecz, w której rywal próbował w pierwszej połowie nas zepchnąć – trochę przy wrzutach z autu za nisko się ustawialiśmy. W związku z tym, było parę niebezpiecznych prób rywali zza pola karnego, staraliśmy to skorygować w przerwie, żeby stanąć wyżej i kiedy przeciwnik nie rzuca z autu długiej piłki, nie możemy być tak nisko w polu karnym – zneutralizowaliśmy to i dzięki temu się to trochę oddaliło.

Zawodnicy wykonali kupę mrówczej pracy. Nie dość, że orali, to wykonywali zadania taktyczne, że jestem zadowolony. A mieliśmy przecież trochę przebudowanych rzeczy – cała linia obrony była wywrócona do góry nogami. Każdy zdał egzamin na piątkę. I to mnie bardzo cieszy, że jesteśmy gotowi na to, że w perspektywie natłoku meczów, kapela, którą mamy jest szeroka i mocna. To jest klucz, by budować trening i atmosferę, a zawodnicy się też sami dobrze nakręcają. Każdy z nich czuje ważność tego momentu. Zdobyliśmy strasznie ważne punkty, u siebie, na zero z tyłu z Lechią. To są rzeczy, które budują. I to tyle o meczu, bo już w głowie mam to, co będzie się działo we wtorek.

W wielosekcyjnej GieKSie dużo się dzieje, mocno czekamy na półfinały i Jackowi Płachcie będziemy bardzo mocno trzymać kciuki w rywalizacji z Unią Oświęcim. Mam nadzieję, że kolejne finały przed nami. Dziewczyny również grają w Pucharze Polski – wygrały w Warszawie, a dzisiaj w Krakowie – gratuluję trenerce, gratuluję dziewczynom. Mam ogromną frajdę, że pracuję w tym wielosekcyjnym klubie i naprawdę trzymam za wszystkich kciuki. To jest dzisiaj nasz bardzo szczęśliwy dzień.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga