Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta – [12] – Czwarta porażka z rzędu GKS-u

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Jastrzębskim trwał 97 minut, z czego I set 25 min. – II set 25 min. – III set 22 min. – IV set 25 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 25: zagrywka 17, atak 7, siatka 0, inne 1.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 29: zagrywka 14, atak 9, siatka 1, inne 5.

Ilość zdobytych punktów – GKS 61: Butryn 17, Quiroga 15, Sobański 9, Krulicki 6, Kohut 5, Witczak 4, Fijałek 3, Pietraszko 2.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 21: Butryn 5, Quiroga 5, Krulicki 3, Sobański 3, Fijałek 2, Kohut 2, Witczak 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 40: Butryn 12, Quiroga 10, Sobański 6, Krulicki 3, Witczak 3, Kohut 3, Pietraszko 2, Fijałek 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 28: Butryn 8, Quiroga 8, Krulicki 4, Witczak 4, Kohut 3, Sobański 3, Pietraszko 1, Fijałek 1, Kapelus -1, Mariański -1, Komenda -2.

Ilość zagrywek – GKS 87: Quiroga 20, Krulicki 12, Fijałek 12, Kohut 11, Sobański 10, Butryn 10, Pietraszko 4, Kapelus 3, Witczak 3, Komenda 2.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 14: Butryn 3, Krulicki 2, Fijałek 2, Kohut 2, Quiroga 2, Sobański 1, Komenda 1, Pietraszko 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 9: Quiroga 3, Butryn 2, Fijałek 2, Kohut 1, Witczak 1.

Ilość przyjęć – GKS 76: Sobański 28, Quiroga 27, Mariański 16, Kapelus 3, Kohut 1, Krulicki 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 6: Sobański 4, Mariański 1, Quiroga 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 43%: Krulicki 100%, Kohut 100%, Quiroga 52%, Mariański 44%, Kapelus 33%, Sobański 32%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 14%: Kapelus 33%, Quiroga 22%, Sobański 14%, Kohut 0%, Mariański 0%, Krulicki 0%.

Ilość ataków – GKS 103: Butryn 32, Quiroga 26, Sobański 19, Krulicki 6, Witczak 5, Kapelus 5, Kohut 5, Pietraszko 3, Fijałek 1, Komenda 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 9: Quiroga 4, Butryn 2, Komenda 1, Kapelus 1, Sobański 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 4: Butryn 4.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 42: Butryn 14, Quiroga 10, Sobański 7, Witczak 3, Kohut 3, Krulicki 2, Pietraszko 2, Fijałek 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 41%: Fijałek 100%, Pietraszko 67%, Kohut 60%, Witczak 60%, Butryn 44%, Quiroga 38%, Sobański 37%, Krulicki 33%, Komenda 0%, Kapelus 0%.

Ilość bloków punktowych – GKS 10: Krulicki 4, Sobański 2, Quiroga 2, Butryn 1, Kohut 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 1: Butryn 1.

 

Pierwszy set zaczął się dla GKS-u bardzo źle, bo od prowadzenia 4:1 gospodarzy. Jastrzębski utrzymywał przewagę do stanu 10:9 i od tego momentu nasza gra „zaskoczyła”, GieKSa grała tak jak w pierwszej części tej rundy. Liczby pokazują to dobitnie, że byliśmy lepsi od jastrzębian w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła i gdyby nie nadmiar własnych błędów to wygrana byłaby jeszcze wyższa. Skuteczność w ataku – GKS miał 58% przy 39% Jastrzębskiego – w punktach wyszło 15:9. W asach i blokach wygraliśmy 5:1. Niestety w błędach własnych było słabo – GKS miał aż 9 przy tylko 5 gospodarzy. Przyjęcie również na naszą korzyść – dokładne na poziomie 53% do 29%, a perfekcyjne na poziomie 18% do 5%. Królem punktowania okazał się Butryn, zdobywca 9 oczek, przy 73% skuteczności!

Początek drugiej partii bardzo wyrównany, ze zmieniającym się prowadzeniem, do stanu po 7. Niestety potem mieliśmy przestój w grze i spore problemy ze skończeniem własnych ataków. Jastrzębianie po osiągnięciu prowadzenia 10:7, szybko powiększyli tę przewagę na 15:9 i już do końca tej partii, kontrolowali jej przebieg. GieKSa próbowała gonić wynik, ale oprócz dojścia na trzy oczka straty (19:16 i 23:20), nic więcej nie udało ugrać. Skuteczność w ataku spadła u nas mocno – GKS miał 37% przy 48% Jastrzębskiego – punktowo wyszło 10:16. W asach i blokach odrobiliśmy część start, wygrywając w tych elementach 6:2. Błędy własne znów było ich za dużo – GKS miał 7 przy 4 gospodarzy. Przyjęcie bardzo wyrównane – dokładne na poziomie 43% do 44%, a perfekcyjne na poziomie 14% do 13%. W punktowaniu trzymał nas tym razem Quiroga, który zdobył 7 oczek, przy 45% skuteczności.

 

W trzecim secie po krótkim wyrównanym początku, jastrzębianie osiągnęli dwu-trzypunktowe prowadzenie i starali się je utrzymywać. Taki stan rzeczy utrzymywał się do wyniku 16:15 dla JW i wtedy słabszy okres gry GieKSy szybko wykorzystali gospodarze (19:15) i po tym fragmencie nie byliśmy już wstanie się podnieść. Skuteczność w ataku wciąż szwankowała – GKS miał 43% przy 73% Jastrzębskiego – w punktach znów wyszły spore straty 10:16. W asach i blokach tym razem remisowo, po 4. Błędy własne też na remis, po 5. Przyjęcie lepsze po naszej stronie, ale kompletnie nie przełożyło się to na korzystny wynik – dokładne na poziomie 43% do 35%, a perfekcyjne na poziomie 10% do 6%. Punktowanie rozłożyło się tym razem na całą drużynę.

Czwarta partia to było popis Olivy na zagrywce. Przy stanie 5:4 dla gospodarzy, Kubańczyk tak mocno i precyzyjnie serwował, że mieliśmy ogromne problemy z podbiciem piłki. Ta seria doprowadziła do wyniku 11:4 i wydawało się, że jest już „posprzątane”. Jastrzębianie praktycznie kontrolowali już tylko przebieg tej partii i tak było do stanu 21:16. Wtedy na chwilę przebudzili się katowiczanie i doprowadzili do wyniku 23:21. Tam w międzyczasie zmarnowaliśmy 2-3 kontry, które powinny przynieść nam punkty. Niestety tak się nie stało i w samej końcówce gospodarze opanowali sytuację i wygrali i tego seta. Skuteczność w ataku wciąż była bardzo słaba – GKS miał 26% przy 54% Jastrzębskiego – w punktach podliczono 7:14. W asach i blokach nasza minimalna wygrana 4:3. Błędy własne – GKS miał 8 przy 11 gospodarzy. Przyjęcie tym razem lepsze u rywali – dokładne na poziomie 35% do 42%, a perfekcyjne na poziomie 18% do 21%. Zabrakło gracza, który wziąłby na siebie ciężar zdobywania punktów.

 

Ogólnie na mały plusik w końcu wygrany jakiś set. Niestety pozostałe trzy sety wpisują się w nieciekawy obraz gry naszego zespołu z ostatnich kilku meczów. Co prawda nie był to już tak jednostronny mecz jak ZAKSĄ, czy w większości spotkania z Wartą, ale i tak wciąż nie możemy wrócić do dyspozycji z pierwszej części tej rundy. Pozostały jeszcze trzy spotkania do rozegrania do końca roku, a my lecimy na łeb, na szyję, w dół tabeli. Szkoda… Całą praktycznie grę robili jastrzębianom Kampa, Muzaj i Oliva (bo środkowi tym razem nie byli specjalnym zagrożeniem) i to niestety wystarczyło na nasz zespół.
Skuteczność w ataku w tym meczu była lepsza po stronie gospodarzy – GKS miał 41% przy 53% Jastrzębskiego – w punktach wyszło 42:55. W asach serwisowych 9:6 i w blokach punktowych 10:4 na naszą korzyść i to na pewno jakiś pozytyw z tego spotkania. Łącznie punktacja po skończeniu własnych akcji wyniosła 61:65. Niestety nie potrafiliśmy ograniczyć błędów własnych – GKS miał 29 przy 25 gospodarzy. W przyjęciu byliśmy lepsi, choć z przebiegi gry na parkiecie nie było to specjalnie widoczne – dokładne na poziomie 43% do 37%, a perfekcyjne na poziomie 14% do 11%. Zdobyte punkty Butryna (17) i Quirogi (15), liczbowo nie wyglądają jakoś źle, ale obaj dobre momenty przeplatali słabszymi. Środkowi robili co mogli, ale przy słabszym przyjęciu Fijałek nie mógł zbyt często korzystać z ich usług. Za całokształt w tym spotkaniu ciężko kogoś wyróżnić w naszym zespole.

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 12 meczach (43 sety)

Bilans meczów łącznie – 6:6 – Bilans punktów – 17:19 – Bilans setów – 21:22 – Bilans małych punktów – 957:969
Bilans meczów „u siebie” – 2:3 – Bilans punktów – 6:9 – Bilans setów – 7:9 – Bilans małych punktów – 345:368
Bilans meczów „na wyjeździe” – 4:3 – Bilans punktów – 11:10 – Bilans setów 14:13 – Bilans małych punktów – 612:601

Rozegrane mecze – 12: Komenda, Butryn, Kapelus, Kohut, Quiroga, 11: Witczak, Pietraszko, Mariański, 10: Stelmach, Fijałek, 9: Sobański, 8: Krulicki, 6:Kalembka, 5: Stańczak,

Rozegrane sety – 43: Quiroga, 42: Butryn, 41: Komenda, 39: Kohut, 38: Kapelus, 35: Mariański, 34: Pietraszko, 25: Fijałek, 23: Witczak, 20: Sobański, 18: Krulicki, 17: Stelmach, 16: Stańczak, 10: Kalembka,

Widzów na meczach GKS-u – „u siebie” / „na wyjeździe” – 7950:10780

Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u trwały 1085 minut, z czego I set 287 min. – II set 307 min. – III set 309 min. – IV set 162 min. – V set 20 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 301: zagrywka 178, atak 88, siatka 12, inne 23.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 293: zagrywka 197, atak 68, siatka 9, inne 19.

Ilość zdobytych punktów – GKS 656: Butryn 158, Quiroga 132, Kapelus 97, Kohut 73, Pietraszko 71, Komenda 34, Witczak 27, Sobański 27, Krulicki 23, Kalembka 7, Fijałek 4, Stelmach 3.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 233: Butryn 61, Quiroga 41, Kapelus 31, Komenda 26, Pietraszko 22, Kohut 21, Sobański 10, Krulicki 9, Witczak 8, Fijałek 2, Stelmach 2.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 423: Butryn 97, Quiroga 91, Kapelus 66, Kohut 52, Pietraszko 49, Witczak 19, Sobański 17, Krulicki 14, Komenda 8, Kalembka 7, Fijałek 2, Stelmach 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 240: Butryn 75, Quiroga 59, Kohut 39, Kapelus 31, Pietraszko 31, Krulicki 13, Witczak 7, Komenda 3, Stelmach 2, Kalembka -1, Fijałek -2, Sobański -2, Stańczak -4, Mariański -11.

Ilość zagrywek – GKS 957: Quiroga 165, Butryn 156, Komenda 129, Kohut 118, Kapelus 117, Pietraszko 112, Witczak 40, Krulicki 40, Sobański 31, Fijałek 25, Kalembka 20, Stelmach 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 197: Pietraszko 32, Kohut 30, Butryn 30, Komenda 28, Kapelus 24, Quiroga 21, Krulicki 8, Sobański 7, Witczak 6, Kalembka 5, Fijałek 5, Stelmach 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 61: Butryn 13, Quiroga 13, Komenda 8, Pietraszko 7, Witczak 5, Kohut 5, Kapelus 4, Krulicki 3, Fijałek 2, Stelmach 1.

Ilość przyjęć – GKS 791: Quiroga 278, Kapelus 225, Mariański 128, Sobański 76, Stańczak 54, Kohut 7, Kalembka 5, Pietraszko 4, Stelmach 4, Krulicki 4, Komenda 2, Butryn 2, Fijałek 1, Witczak 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 64: Quiroga 20, Kapelus 15, Mariański 11, Sobański 9, Stańczak 4, Krulicki 2, Fijałek 1, Pietraszko 1, Kalembka 1.
Przyjęcie negatywne – GKS 174: Quiroga 54, Kapelus 52, Sobański 27, Mariański 24, Stańczak 10, Pietraszko 2, Stelmach 2, Komenda 1, Kalembka 1, Kohut 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 210: Quiroga 72, Kapelus 56, Mariański 43, Sobański 19, Stańczak 12, Kohut 2, Krulicki 1, Pietraszko 1, Stelmach 1, Witczak 1, Kalembka 1, Butryn 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 27%: Witczak 100%, Butryn 50%, Mariański 34%, Kohut 29%, Quiroga 26%, Krulicki 25%, Sobański 25%, Pietraszko 25%, Stelmach 25%, Kapelus 25%, Stańczak 22%, Kalembka 20%, Komenda 0%, Fijałek 0%,

Ilość ataków – GKS 1107: Butryn 295, Quiroga 269, Kapelus 203, Kohut 96, Pietraszko 72, Sobański 63, Witczak 54, Krulicki 25, Komenda 16, Kalembka 10, Stelmach 2, Fijałek 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 68: Butryn 27, Quiroga 17, Witczak 8, Kapelus 7, Sobański 5, Pietraszko 2, Kohut 1, Komenda 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 87: Butryn 26, Kapelus 20, Quiroga 15, Sobański 8, Witczak 6, Pietraszko 5, Kohut 3, Komenda 2, Kalembka 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 511: Butryn 137, Quiroga 112, Kapelus 87, Kohut 57, Pietraszko 46, Sobański 23, Witczak 19, Krulicki 12, Komenda 7, Kalembka 7, Stelmach 2, Fijałek 2.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 46%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Kalembka 70%, Pietraszko 64%, Kohut 59%, Krulicki 48%, Butryn 46%, Komenda 44%, Kapelus 43%, Quiroga 42%, Sobański 37%, Witczak 35%,

Ilość bloków punktowych – GKS 84: Komenda 19, Pietraszko 18, Kohut 11, Butryn 8, Krulicki 8, Quiroga 7, Kapelus 6, Sobański 4, Witczak 3.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 9: Quiroga 2, Pietraszko 2, Butryn 2, Kohut 1, Kapelus 1, Kalembka 1.
MVP – GKS 6: Komenda 2, Butryn 2, Quiroga 1, Mariański 1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga