Siatkówka
Siatkarska krótka przesunięta – [15] – Kto nas wyciągnie z tego kryzysu?
STATYSTYKI MECZOWE GKS-u
Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z AZS-em Olsztyn trwał 120 minut, z czego I set 22 min. – II set 24 min. – III set 23 min. – IV set 29 min. – V set 22 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 25: zagrywka 14, atak 9, siatka 1, inne 1.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 34: zagrywka 22, atak 8, siatka 0, inne 4.
Ilość zdobytych punktów – GKS 80: Witczak 24, Kohut 17, Quiroga 16, Pietraszko 9, Kapelus 8, Komenda 3, Kalembka 2, Butryn 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 27: Witczak 7, Kohut 6, Quiroga 6, Pietraszko 4, Komenda 2, Butryn 1, Kapelus 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 53: Witczak 17, Kohut 11, Quiroga 10, Kapelus 7, Pietraszko 5, Kalembka 2, Komenda 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 33: Witczak 14, Kohut 13, Pietraszko 6, Quiroga 2, Butryn 1, Kapelus 1, Komenda -1, Kalembka -1, Mariański -1, Sobański -1.
Ilość zagrywek – GKS 106: Komenda 24, Quiroga 18, Witczak 17, Kalembka 12, Pietraszko 12, Kohut 10, Kapelus 9, Krulicki 2, Sobański 2.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 22: Quiroga 6, Komenda 3, Pietraszko 3, Kohut 3, Witczak 2, Kapelus 2, Kalembka 2, Sobański 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 3: Quiroga 2, Pietraszko 1.
Ilość przyjęć – GKS 94: Quiroga 39, Kapelus 27, Mariański 24, Komenda 1, Pietraszko 1, Kohut 1, Sobański 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 3: Komenda 1, Kapelus 1, Mariański 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 55%: Pietraszko 100%, Kohut 100%, Sobański 100%, Quiroga 59%, Kapelus 52%, Mariański 50%, Komenda 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 21%: Pietraszko 100%, Quiroga 28%, Kapelus 19%, Mariański 13%, Komenda 0%, Kohut 0%, Sobański 0%.
Ilość ataków – GKS 134: Witczak 50, Quiroga 30, Kapelus 21, Kohut 17, Pietraszko 9, Kalembka 5, Komenda 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 8: Quiroga 3, Witczak 2, Kapelus 1, Kalembka 1, Kohut 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 14: Witczak 6, Quiroga 5, Kapelus 3.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 68: Witczak 24, Quiroga 14, Kohut 13, Kapelus 7, Pietraszko 7, Kalembka 2, Komenda 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 51%: Pietraszko 78%, Kohut 76%, Komenda 50%, Witczak 48%, Quiroga 47%, Kalembka 40%, Kapelus 33%.
Ilość bloków punktowych – GKS 9: Kohut 4, Komenda 2, Butryn 1, Kapelus 1, Pietraszko 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 0:
W pierwszym secie wyrównana gra trwała tylko do stanu 9:8 dla olsztynian. Potem dość szybko rywale odskoczyli z wynikiem na 15:11, by powiększyć go jeszcze (20:14) i spokojnie utrzymać do samego końca. Mimo wszystko liczby tego seta są dość zbliżone. Skuteczność w ataku GKS miał na poziomie 50% przy 45% AZS-u – w punktach wygraliśmy 13;10. W asach i blokach przegraliśmy 1:4, czyli łącznie w zdobytych punktach po własnych akcjach wyszło na remis. Jak łatwo się domyślić, to resztę zrobiły błędy własne – GieKSa miała ich aż 11 przy 6 olsztynian. Przyjęcie było lepsze po naszej stronie – dokładne na poziomie 75% do 50%, a perfekcyjne na poziomie 30% do 19%. Najlepiej punktowali Witczak (6 oczek) i Quiroga (4 oczka), obaj przy 67% skuteczności.
Druga partia od początku praktycznie pod naszą kontrolą, gospodarze prowadzili tylko raz, przy stanie 2:1. A tak od naszego prowadzenia 2:5, trwała zacięta rywalizacja aż do samej końcówki (18:20). W niej zagraliśmy w końcu tak jak nas na to stać, oddając przeciwnikom już tylko jeden punkt! Skuteczność w ataku GKS miał znów 50% przy 48% AZS-u – wynikowo wyszło 13:12 dla naszego zespołu. W asach i blokach też minimalnie lepsi, bo 5:4. Błędy własne – GieKSa miała zaledwie 3 po zagrywce (szkoda, że tak rzadko), przy 7 gospodarzy. W przyjęciu tym razem lepsi nasi rywale – dokładne na poziomie 24% do 48%, a perfekcyjne na poziomie 18% do 33%. Tym razem punktowanie rozbiło się głównie na trzech graczy, bo do Witczaka (5 oczek) i Quirogi (4 oczka) dołączył Kohut (5 punktów).
Trzeci set to kalka pierwszego. Wyrównana gra do momentu 6:6, a potem szybki odjazd gospodarzy (11:6) i tej straty nie udało się już zmniejszyć, a co dopiero odrobić, stąd pewna wygrana olsztynian. Skuteczność w ataku GKS miał 52% przy 57% AZS-u – w punktach wyszło 13:16. Mieliśmy jednego bloka punktowego (w wykonaniu Pietraszki) i to wszystko co pokazały obie ekipy w asach i blokach. Błędy własne – GieKSa miała 9 przy 6 olsztynian. Przyjęcie znów lepsze po naszej stronie – dokładne na poziomie 70% do 67%, a perfekcyjne na poziomie 20% do 13%. Najwięcej oczek zdobyli znów Witczak i Quiroga po 5.
Czwarta partia była od początku bardzo wyrównana, żadna ze stron nie potrafiła odskoczyć na więcej niż dwa punkty przewagi. Zaczęło od 2:0 dla olsztynian, potem było 2:4, by znów AZS był na prowadzeniu od 6:5 do 12:11, następnie to GKS był z przodu 13:15. I od tego momentu nasi siatkarze odskoczyli na troszkę większą przewagę 14:17, by nagle po bardzo dobrym fragmencie gry prowadzić już 16:21! Niepotrzebnie nasi gracze poczuli się chyba zbyt pewnie i pozwolili się dogonić (21:22) doprowadzając do niepotrzebnej nerwówki. Sama końcówka została dobrze rozegrana oraz wytrzymana mentalnie co pozwoliło powalczyć w piątym secie. Skuteczność w ataku – GKS 53% przy 38% AZS-u – punktowo wyliczono 18:12. W asach i blokach minimalnie lepsi rywale 3:4. Błędy własne – GieKSa miała 7 przy tylko 4 olsztynian. Przyjęcie lepsze u przeciwników – dokładne na poziomie 52% do 56%, a perfekcyjne na poziomie 22% do 39%. W tym secie Witczaka (7 oczek) wsparli obaj środkowi – Kohut 6 i Pietraszko 4 punkty. Zabrakło tym razem skuteczności Quirodze (zaledwie 1 punkt przy 17% skuteczności).
Tie-break został przegrany na własne życzenie. Zaczęło się bardzo nieciekawie, bo od prowadzenia AZS-u 3:0 oraz 5:1 i wydawało się, że jest już „pozamiatane”. Na szczęście nasza drużyna szybko wzięła się w garść i przy dobrej grze wyszła nawet na prowadzenie 6:7. Potem znów olsztynianie byli o krok bliżej wygranej (10:9) i wtedy nasi siatkarze zdobyli trzy punkty z rzędu (10:12). No nie można wypuścić wygranej mając trzy oczka do zamknięcia spotkania. Po time oucie to AZS zrewanżował się trzema punktami pod rząd (13:12) i chwilę potem musieliśmy już bronić piłki meczowej. Udało się jeszcze odwrócić sytuację i wyjść na prowadzenie 14:15, ale kolejne trzy punkty z rzędu dla AZS-u zakończyły ten mecz. Wielka szkoda tak wypuszczonej szansy z rąk. Skuteczność w ataku – GKS 48% przy 44% AZS-u – w punktach wyszło 11:8. W asach i blokach przegraliśmy 2:5. Resztę załatwiły błędy własne – GieKSa miała ich tylko 4, ale AZS jeszcze mniej bo 2. Przyjęcie lepsze u rywali – dokładne na poziomie 50% do 64%, a perfekcyjne na poziomie 14% do 14%. Punktowanie rozłożyło się na całą drużynę, ale zabrakło skuteczności głównie atakującego, czyli Witczaka.
Ogólnie zagraliśmy dobrze w wygranych setach oraz w tie-breaku, choć oczywiście szkoda tej niewykorzystanej szansy na wygranie tego spotkania. Przegrane partie to był niestety obraz z poprzednich meczów. Progres więc był widoczny, ale sam fakt siódmej porażki z rzędu przysparza zimny pot na czole kibiców. Skuteczność w ataku GKS miał na poziomie 51% przy 46% AZS-u – w punktach podliczono 68:58, a więc ze sporą przewagą na naszą korzyść. W asach serwisowych był remis po 3, za to przegraliśmy w blokach punktowych, bo 9:14. Łączna punktacja po skończeniu własnych akcji wyniosła 80:75 dla GKS-u. Błędy własne – GieKSa miała aż 34 przy 25 olsztynian. I znów zepsute aż 22 zagrywki, czyli prawie jeden set oddany rywalom za darmo, no tak się nie da wygrywać meczów! Przyjęcie obie ekipy miały na podobnym poziomie – dokładne na poziomie 55% do 56%, a perfekcyjne na poziomie 21% do 25%. Najskuteczniejszym graczem naszej drużyny był Dominik Witczak (24 oczka przy 48% skuteczności). To był bez wątpienia najlepszy występ naszego kapitana w całej rundzie, szkoda tylko, że zabrakło jego skuteczności w tie-breaku. Bardzo dobry występ zaliczył również nasz środkowy Emanuel Kohut – 17 punktów przy 76% skuteczności to bardzo dobry wynik. Solidnie na swoim poziomie zagrał Gonzalo Quiroga (16 oczek przy 47% skuteczności).
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 15 meczach (55 setów)
Bilans meczów łącznie – 6:9 – Bilans punktów – 18:27 – Bilans setów – 24:31 – Bilans małych punktów – 1207:1248
Bilans meczów „u siebie” – 2:5 – Bilans punktów – 6:15 – Bilans setów – 8:15 – Bilans małych punktów – 490:538
Bilans meczów „na wyjeździe” – 4:4 – Bilans punktów – 12:12 – Bilans setów 16:16 – Bilans małych punktów – 717:710
Rozegrane mecze – 15: Komenda, Butryn, Kapelus, Kohut, Quiroga, 14: Witczak, Pietraszko, Mariański, 12: Stelmach, Sobański, 11: Fijałek, 10: Krulicki, 9: Kalembka, 7: Stańczak,
Rozegrane sety – 55: Quiroga, 53: Komenda, 51: Butryn, Kohut, 47: Mariański, 45: Kapelus, 43: Pietraszko, 31: Witczak, 29: Sobański, 27: Fijałek, 21: Stańczak, 20: Krulicki, 19: Stelmach, 18: Kalembka,
Widzów na meczach GKS-u – „u siebie” / „na wyjeździe” – 10880:12580
Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u trwały 1375 minut, z czego I set 352 min. – II set 388 min. – III set 377 min. – IV set 216 min. – V set 42 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 360: zagrywka 210, atak 110, siatka 14, inne 26.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 383: zagrywka 250, atak 92, siatka 14, inne 27.
Ilość zdobytych punktów – GKS 847: Butryn 198, Quiroga 170, Kapelus 108, Kohut 106, Pietraszko 84, Witczak 52, Komenda 39, Sobański 38, Krulicki 23, Kalembka 20, Stelmach 5, Fijałek 4.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 294: Butryn 76, Quiroga 53, Kapelus 33, Kohut 31, Komenda 28, Pietraszko 27, Witczak 16, Sobański 12, Krulicki 9, Stelmach 4, Kalembka 3, Fijałek 2.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 553: Butryn 122, Quiroga 117, Kapelus 75, Kohut 75, Pietraszko 57, Witczak 36, Sobański 26, Kalembka 17, Krulicki 14, Komenda 11, Fijałek 2, Stelmach 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 315: Butryn 93, Quiroga 72, Kohut 60, Pietraszko 36, Kapelus 33, Witczak 21, Krulicki 13, Kalembka 4, Stelmach 4, Komenda 2, Sobański 1, Fijałek -2, Stańczak -4, Mariański -18.
Ilość zagrywek – GKS 1210: Quiroga 209, Butryn 179, Komenda 172, Kohut 145, Pietraszko 138, Kapelus 130, Witczak 61, Sobański 55, Kalembka 47, Krulicki 44, Fijałek 26, Stelmach 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 250: Butryn 39, Pietraszko 39, Kohut 38, Komenda 33, Quiroga 31, Kapelus 26, Kalembka 11, Sobański 10, Witczak 9, Krulicki 8, Fijałek 5, Stelmach 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 70: Butryn 16, Quiroga 16, Pietraszko 9, Komenda 8, Witczak 6, Kohut 5, Kapelus 4, Krulicki 3, Fijałek 2, Stelmach 1.
Ilość przyjęć – GKS 1035: Quiroga 378, Kapelus 253, Mariański 216, Sobański 96, Stańczak 54, Kohut 9, Stelmach 6, Pietraszko 6, Kalembka 5, Krulicki 5, Komenda 3, Butryn 2, Fijałek 1, Witczak 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 77: Quiroga 22, Mariański 18, Kapelus 16, Sobański 11, Stańczak 4, Krulicki 2, Fijałek 1, Pietraszko 1, Kalembka 1, Komenda 1,
Przyjęcie negatywne – GKS 218: Quiroga 71, Kapelus 58, Mariański 37, Sobański 34, Stańczak 10, Pietraszko 2, Stelmach 2, Komenda 1, Kalembka 1, Kohut 1, Krulicki 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 276: Quiroga 101, Mariański 69, Kapelus 61, Sobański 23, Stańczak 12, Kohut 2, Stelmach 2, Pietraszko 2, Krulicki 1, Witczak 1, Kalembka 1, Butryn 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 27%: Witczak 100%, Butryn 50%, Stelmach 33%, Pietraszko 33%, Mariański 32%, Quiroga 27%, Kapelus 24%, Sobański 24%, Kohut 22%, Stańczak 22%, Krulicki 20%, Kalembka 20%, Komenda 0%, Fijałek 0%,
Ilość ataków – GKS 1433: Butryn 367, Quiroga 345, Kapelus 232, Kohut 134, Witczak 104, Sobański 86, Pietraszko 86, Kalembka 28, Krulicki 26, Komenda 20, Stelmach 3, Fijałek 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 92: Butryn 33, Quiroga 25, Witczak 10, Kapelus 9, Sobański 8, Pietraszko 2, Kohut 2, Kalembka 2, Komenda 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 113: Butryn 33, Kapelus 24, Quiroga 20, Witczak 12, Sobański 8, Pietraszko 6, Kohut 6, Komenda 2, Kalembka 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 668: Butryn 169, Quiroga 146, Kapelus 96, Kohut 83, Pietraszko 55, Witczak 43, Sobański 32, Kalembka 17, Krulicki 12, Komenda 10, Stelmach 3, Fijałek 2.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 47%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Pietraszko 64%, Kohut 62%, Kalembka 61%, Komenda 50%, Krulicki 46%, Butryn 46%, Quiroga 42%, Kapelus 41%, Witczak 41%, Sobański 37%,
Ilość bloków punktowych – GKS 109: Komenda 21, Pietraszko 20, Kohut 18, Butryn 13, Krulicki 8, Quiroga 8, Kapelus 8, Sobański 6, Witczak 3, Kalembka 3, Stelmach 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 14: Kohut 3, Butryn 3, Quiroga 2, Pietraszko 2, Sobański 1, Kapelus 1, Kalembka 1, Komenda 1.
MVP – GKS 6: Komenda 2, Butryn 2, Quiroga 1, Mariański 1.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze