Dołącz do nas

Piłka nożna

Warszawski gwiazdozbiór

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Chyba wszyscy, którzy interesują się ekstraklasą znają tych zawodników. Legia jako eksportowa drużyna, rozegrała (podobnie jak Jagiellonia) dodatkową „rundę” w tym sezonie, grając w Lidze Konferencji, a Wojskowi jeszcze przeszli kilka szczebli Pucharu Polski. Poniżej ciekawostki dotyczące karier zawodników, których jutro zobaczymy na Nowej Bukowej. Nie opisaliśmy Bartosza Kapustki, gdyż ten zawodnik na pewno nie zagra, a założeniem tego cyklu jest przedstawienie piłkarzy, których na własne oczy będziemy mogli oglądać.

Kacper Tobiasz (85E, 0 goli) w Legii jest od sezonu 2018/19. W pierwszych latach jednak grywał w pierwszym zespole sporadycznie, raz był nawet wypożyczony do Stomilu Olsztyn, w barwach którego rozegrał nawet mecz przeciw GKS – przegrany przez Stomil u siebie 0:1. W poprzednich dwóch sezonach był podstawowym bramkarzem wojskowych, jednak w tym przez wiele kolejek musiał musiał ustąpić miejsca, czy to Gabrielowi Kobylakowi czy Vladanowi Kovacevićowi.

Właśnie Vladan Kovacević (89E, 0 goli) spektakularnie wrócił do polskiej ligi i spektakularnie… zawalał bramki. Bośniak zanim trafił do Polski, dwukrotnie był mistrzem i zdobywcą Pucharu Bośni i Hercegowiny. Furory w pucharach jego zespół nie zrobił, odpadając w przedbiegach, m.in. dwukrotnie z Celtikiem. W Rakowie bramkarz zdobył Mistrzostwo Polski. Grał też w kampaniach Rakowa w pucharach, m.in. w szalonym dwumeczu z Rubinem Kazań, gdzie zatrzymał samego Kwiczę Kwaratskelię. W poprzednim sezonie grał w Lidze Europy przeciw Atalancie czy Sportingowi. Portugalczykom bramkarz się spodobał, więc ściągnęli go do siebie, ale tam Vladan odgrywał marginalną rolę, rozgrywając zaledwie sześć meczów ligowych, ale zwycięstwo z FC Porto na koncie ma.

Gabriel Kobylak (53E, 1 gol) w tym sezonie zagrał w czterech meczach Ligi Konferencji: z Dinamem Mińsk, Omonią Nikozja, Lugano i Djurgardens. Wcześniej piłkarz grał w Puszczy (także przeciw GKS) oraz Radomiaku, gdzie zasłynął strzeleniem gola a la bramkarz Kolumbii w meczu… z Puszczą na stadionie Cracovii.

Artur Jędrzejczyk (306E, 9 goli) ostatnio rozegrał – na Stamford Bridge – 400. mecz w barwach Legii Warszawa i jest legendą klubu z Łazienkowskiej oraz najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii klubu. Zanim na dobre jednak pojawił się w składzie Legii (bo wcześniej miał epizod) mogliśmy oglądać tego zawodnika przeciw GieKSie w barwach GKS Jastrzębie i Dolcanu Ząbki. W Legii zdobył sześć tytułów Mistrza Polski i sześć Pucharów Polski. W pucharach grał przeciw takim zespołom jak PSV, Sporting, Rangers, Dinamo Zagrzeb, Leicester, Napoli, Aston Villa, Betis czy Chelsea. Ale to nie wszystko, bo w barwach Krasnodaru, dla którego rozegrał niemal setkę meczów, mierzył się z Lille, Evertonem, Wolfsburgiem, BVB, Niceą czy Schalke 04. W reprezentacji Polski debiutował w 2010 roku przeciw Ekwadorowi i rozegrał 41 meczów, strzelając 3 bramki. Był podstawowym piłkarzem kadry Adama Nawałki na Euro 2016 rozgrywając komplet minut w ekipie, która doszła co ćwierćfinału. Na Mundialu 2018 w Rosji rozegrał tylko trzeci mecz grupowy – z Japonią, a na ostatnich MŚ w Katarze – 18 minut w spotkaniu z Argentyną.

Steve Kapuadi (90E, 5 goli) nie miał okazji poważnej piłce wystąpić w swoim rodzinnym kraju we Francji. Także w Belgii nie występował w pierwszych składach swoich klubów. Dopiero w Trencinie zaczął grać w dorosłej piłce, a potem trafił do Wisły Płock, gdzie spędził sezon. Od dwóch sezonów w Legii Warszawa.

Radovan Pankov (58E, 4 gole) to formalnie Mistrz Świata U-20 w 2015 roku, choć na turnieju nie zagrał ani minuty. Zawodnik jest 4-krotnym Mistrzem Serbii i 3-krotnym zdobywcą krajowego pucharu, sukcesy te odnosząc w Crvenie Zveździe Belgrad. Grał w dwóch finałach tych rozgrywek przeciw Partizanowi. Na belgradzkiej Marakanie zagrał nawet jeden mecz w Lidze Mistrzów, ale jego zespół sromotnie przegrał z Bayernem 0:6, a Serb mógł przyglądać się czterem trafieniom Roberta Lewandowskiego. W Lidze Europy grał m.in. przeciw Sampdorii, Hoffenheim, AC Milan czy Sproting Bradze. Grał też krótko w Uralu Jekaterynburg i AEK Larnaka, z którą formalnie zdobył Puchar Cypru.

Ruben Vinagre (45E, 1 gol) to Mistrz Europu U-17 i U-19 z Portugalią. Zawodnik do seniorskiej piłki startował w Wolverhampton, gdzie rozegrał 37 meczów w Premiership i potrafił wygrać z Manchesterem United, Chelsea czy dwukrotnie z Manchesterem City, a w FA Cup eliminował Liverpool mając na koncie asystę. Z Familicao i Sportingu grał w La Liga Portugal. Zaliczył też kilkanaście meczów w Serie A w barwach Hellas Verona. W Lidze Mistrzów rozegrał po dwa mecze w barwach Olympiakosu (przeciw OM i Porto) oraz Sporitngu (przeciw Ajaxowi i Besiktasowi).

Warto zwrócić uwagę na Jana Ziółkowskiego (26E, 1 gol), wychowanka Wichru Kobyłka. Potem był w juniorach warszawskiej Polonii, w zeszłym sezonie zagrał w Legii symbolicznie, a ostatnio szturmem wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Jeśli Jan utrzyma swoją dyspozycję i sodówka mu do głowy nie uderzy – będzie reprezentantem Polski.

W Uralu co ciekawe grał też przez trzy sezony Rafał Augustyniak (129E, 15 goli). Dla rosyjskiego klubu rozegrał 87 spotkań i strzelił 9 goli, m.in. Spartakowi Moskwa. Pondato sporo zmieniał kubów. Grał w Pogoni Siedlce, Widzewie, Jagiellonii, Wigrach czy Miedzi. W barwach łodzian strzelił na Bukowej bramkę w pierwszej kolejce sezonu 2014/15, ale to GieKSa za sprawą Grzegorza Goncerza i gola w doliczonym czasie z karnego wygrała tamten mecz. Pomocnik ma na koncie Puchar Polski z Legią. Zaliczył też jeden mecz w reprezentacji Polski – i to nie byle jaki, bo na Wembley z Anglią w 2021 roku.

Wahan Biczachczjan (104E, 15 goli) w tym sezonie przeszedł z Pogoni do Legii, ale w barwach Portowców zdążył poznać smak porażki na Bukowej. To 42-krotny reprezentant Armenii i strzelec 5 bramek dla swojej kadry, mając na koncie trafienia m.in przeciw Szwecji, Czarnogórze czy Szkocji. Jest zdobywcą Pucharu Armenii z Szirakiem Gjumri, strzelając gola w finale z Pjunikiem Erewań. Ponadto rozegrał 84 spotkania w słowackiej Żilinie. Również ma na koncie sporo występów w kwalifikacjach do europejskich pucharów.

Kacper Chodyna (162E, 25 goli) swoją dobrą postawą przez kilka sezonów w Zagłębiu Lubin wypracował sobie transfer do Legii. Wychowanek Iny Inśko występował też wcześniej w rezerwach Lecha i w Bytovii Bytów.

Claude Goncalves (26E, 0 goli) do Legii przybył z Łudogorca, z którym trzy razy zdobył Mistrzostwo Bułgarii oraz raz krajowy puchar. W barwach bułgarskiego klubu grał w pucharach m.in. przeciw Ajaxowi czy Betisowi. W Gil Vicente i Tondeli rozegrał ponad sto meczów w portugalskiej ekstraklasie. W barwach Ajaccio grał w Ligue 1, a zarówno w korsykańskim klubie, jak i Troyes – w Ligue 2.

Juergen Elitim (43E, 1 gol) to Kolumbijczyk z hiszpańskim paszportem. Grał w niższych ligach Hiszpanii – z Marbellą, Racingiem Santander, Ponferradią i Deportivo La Coruna w drugiej i trzeciej lidze.

Paweł Wszołek (228E, 39 goli) w ekstraklasie zaczynał dawno temu w Polonii Warszawa, gdzie rozegrał 4 sezony. Potem wyjechał za granicę, gdzie występował w Sampdorii, Hellas Verona i Queens Park Rangers. Jedyną bramkę w Serie A strzelił przeciw Napoli, a zaliczył w lidze pół setki występów, ale za to w meczu z Interem w Pucharze Włoch dostał czerwoną kartkę. W Championship było już ich ponad sto i tu już trafiał przeciw Wolves, Ipswich, Leeds, Fulham czy Aston Villi. Z Legią dwukrotny Mistrz Polski. W reprezentacji 14 meczów i 2 gole.

Patryk Kun (180E, 7 goli) trochę klubów zwiedził. Wywalczył historyczny awans z Rowojem Katowice na zaplecze ekstraklasy. Ponadto grał w Stomilu, Arce czy Rakowie, dla którego w meczu z GKS w pierwszej lidze zdobył bramkę. W Rakowie był podstawowym zawodnikiem drużyny, która dwukrotnie sięgnęła po Puchar Polski i zdobyła Mistrzostwo Polski. Również eliminował popularnego Kvaradonę, który wówczas występował w Rubinie Kazań.

Dla Luquinhasa (117E, 16 goli) to już drugi pobyt w Legii. Zawodnik jest wypożyczony z Fortalezy. W pierwszym pobycie dwukrotnie zdobył z Wojskowymi tytuł Mistrza Polski. Z Legii przeszedł do New York Red Bulls, a w MLS rozegrał 56 meczów i strzelił 8 goli. W meczu z Toronto potrafił ustrzelić dublet, z Colorado zaliczyć trzy asysty. W zespole grał z dobrze nam znanym z pierwszoligowych boisk (Wigry) Patrykiem Klimalą. W Desportivo Aves grał w ekstraklasie Potrugalii.

Ryoya Morishita (57E, 9 goli) to zdobywca Pucharu Ligi Japońskiej z Nagoya Grampus Eight. W J-Leauge rozegrał 120 meczów i strzelił 8 bramek. W azjatyckiej Lidze Mistrzów wystąpił 7 razy. Grał w klubie z Jakubem Świerczokiem. Rozegrał też dwa mecze w reprezentacji Japonii, towarzyskie z Salwadorem i Tajlandią.

Maxi Oyedele (16E, 0 goli) startuje do wielkiej piłki, ale swoje pierwsze kroki stawiał w Anglii. Występował w młodzieżowych drużynach Manchesteru United. Zadebiutował już w reprezentacji Polski – grał przeciw Portugalii i Chorwacji w ostatniej Lidze Narodów.

Marc Gual (113E, 37 goli) zagrał trzy razy w hiszpańskiej młodzieżówce, ale to było dawno. Zanim przyszedł do Polski występował w drugiej lidze hiszpańskiej, gdzie rozegrał 145 meczów i strzelił 31 goli w barwach Sevilli Atletico, Espanyolu B czy Realu Madryt Castilla. Potrafił ustrzelić hat-tricka przeciw Realowi Valladolid i Cordobie czy dublet przeciw Elche i Getafe. Trafiał także do siatki takich ekip jak Mallorca, Real Saragossa, Barcelona B czy Deportivo. W Pucharze Króla grał przeciw Villareal. W Jagiellonii z 15 golami został królem strzelców.

Tomas Pekhart (129E, 49 goli) to m.in. wicemistrz świata u-20 w 2007 roku, grał przez kilka minut w finale z Argentyną – wówczas . W dorosłej reprezentacji rozegrał 26 meczów i strzelił 2 gole. Grał w grupie na Euro 2012 przeciw Grecji i Polsce, a taże w 1/4 finału z Portugalią. Na Euro 2020 zagrał 15 minut przeciw Anglii. OStatnie mecze w kadrze rozegrał w listopadzie 2022. Piłkarz zwiedził sporo klubów. W Bundeslidze w barwach Norynbergi i Ingolstad rozegrał 89 meczów i strzelił 14 goli, m.in. Borusii Dortmund czy Bayerowi Leverkusen. Zagrał kilka meczów w Championship jako zawodnik Southampton. Jeszcze w Sparcie PRaga zaliczył… minutę przeciw Liverpoolowi. Był Mistrzem Czech (Slavia), Izraela (Hapoel Beer Sheva) i Polski (Legia). Z AEK Ateny i Legią zdobywał krajowy puchar. W sezonie 2020/21 został królem strzelców naszej ekstraklasay zdobywając 22 bramki w 25 meczach.

Ilja Szkurin (80E, 26 goli) – Białorusin był królem strzelców w rodzimej lidze w barwach Energetik-BGU Mińsk. W barwach Dynama Kijów zagrał dwa mecze w Lidze Mistrzów – przeciw Benfice i Bayernowi. W CSKA Moskwa natomiast dwukrotnie wybiegł na boisko w Lidze Europy – przeciw Feyenoordowi i Dinamu Zagrzeb. Występował także m.in. w izraelskim Maccabi Petach Tikva. Zaliczył dwa występy w Rakowie Częstochowa.

Trener Goncalo Feio to niezwykle barwna postać. Szkoleniowiec w Legii pracował już dekadę temu jako asystent Heinninga Berga, a potem Stanisława Czerczesowa. Potem pracował z młodzieżą w Wiśle Kraków oraz był asystentem Kiko Ramireza, z którym był w sztabie potem również w greckim Xanthi. W Rakowie Częstochowa był asystentem Marka Papuszuna. Samodzielnie prowadził Motor Lublin, z którym awansował do pierwszej ligi. W poprzednim sezonie rywalizował z GieKSą w Lublinie i na Bukowej, gdzie przegrał 0:2.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga