Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dwóch tygodni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Rozpoczęto głosowanie w plebiscycie Złote Buki 2024. Listę nominowanych znajdziecie na stronie: https://zlotebuki.gkskatowice.eu/
Piłkarki po powrocie do treningów rozegrały jeden test-mecz, z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 3:2 (2:1). Kolejny sparing zespół rozegra w najbliższą sobotę z Grotem SMS-em Łódź. Z klubem podpisała kontrakt reprezentantka Łotwy Sante Sanije Vuškāne. Drużyna męska wygrała turniej Spodek Super Cup i obecnie przebywa na zgrupowaniu w tureckiej Larze. Zespół rozegrał w Turcji trzy sparingi. W pierwszym z nich zremisowaliśmy z serbską ekstraklasową drużyną FK Železničar 1:1 (0:0). W kolejnych nasz zespół przegrał z węgierskim zespołem Nyíregyháza Spartacus 1:3 (0:3) i pokonał ukraińską drużynę Weres Równe 4:3 (2:1). Na piątek zaplanowano ostatni sparing podczas zgrupowania z bułgarskim Arda Kyrdżali. Więcej na temat zgrupowania i spotkań znajdziecie na oficjalnej stronie GieKSy. Zespół wróci do Polski w sobotę 25 stycznia. Z drużyną związał się umową Konrad Gruszkowski, a Jakub Arak przenosi się do Polonii Bytom.
Siatkarze rozegrali dwa spotkania: w pierwszym z nich pokonali Barkom Każany Lwów 3:0, w drugim przegrali z Asseco Resovią 0:3. Okazja na zdobycie punktów będzie już w sobotę 25 stycznia 0 20:30, na wyjeździe z Bogdanką LUK Lublin.
Hokeiści, przed turniejem w Cardiff, rozegrali trzy spotkania ligowe – wszystkie wygrane. W pierwszym z nich pokonali Podhale 9:0, następnie Zagłębie 4:1 oraz STS Sanok 6:1. Podczas turnieju finałowego Pucharu Kontynentalnego zespół doznał dwóch porażek: z Cardiff Devils 3:6 oraz z Brûleurs de Loups 2:3 (po rzutach karnych). Drużyna zdobyła brązowe medale. Najbliższe spotkanie ligowe zespół rozegra w piątek 24 stycznia o 18:00 z Unią Oświęcim, na wyjeździe.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Reprezentantka Łotwy w GKS-ie Katowice
W rundzie rewanżowej Orlen Ekstraligi w barwach GKS-u Katowice zobaczymy Łotyszkę Sante Sanije Vuškāne.
Dziewiętnastoletnia zawodniczka, która występuję na pozycji napastniczki, związała się kontraktem ważnym do końca sezonu 2026/2027.
Vuškāne występowała ostatnio w drużynie wicemistrza Łotwy, RFS Women, a w przeszłości reprezentowała barwy Iecava/DFS i FS Metta. Powoływana do młodzieżowych reprezentacji swojego kraju zawodniczka miniony sezon zakończyła jako liderka klasyfikacji strzelczyń, zdobywając 24 ligowe gole.
W 2004 roku 19-latka wystąpiła w czterech spotkaniach seniorskiej reprezentacji Łotwy.
bts.rekord.com.pl – Rekord Bielsko-Biała – GKS Katowice 2:3 (1:2)
Liderki ORLEN Ekstraligi sparingiem z „rekordzistkami” rozpoczęły krótkie zgrupowanie w Bielsku-Białej. GKS od początku próbował narzucić swoje tempo gry i próbował odebrać piłkę w strefie defensywnej bielszczanek. W 13. minucie Karolina Bednarz wyprowadziła idealny kontratak, który wykończyła Klaudia Maciążka. Z upływem czasu gospodynie zaczęły śmielej wyprowadzać ataki, czego ukoronowaniem była bramka Igi Witkowskiej (na zdjęciu), po „centrostrzale” z 31. minuty. Nie trzeba było długo czekać, aby Dominika Misztal ponownie wyprowadziła na prowadzenie katowiczanki po strzale z dystansu.
Początek drugiej połowy przebiegał podobnie, jak koniec pierwszej – dużo walki na boisku, atak pozycyjny GieKSy oraz czekanie na swoją szansę „biało-zielonych”. Okazja nadeszła w 60. minucie, kiedy Julia Gutowska prostopadłym podaniem uruchomiła Darię Długokęcką, która nie tylko idealnie wykorzystała swoją szybkość, ale również zdolność finalizacji, wygrywając pojedynek „sam na sam” z bramkarką. Mecz, jego rezultat, w 66. minucie zamknęła Kinga Kozak, wykańczając otrzymaną piłkę za plecy bloku defensywnego.
dziennikzachodni.pl – Ponad 9500 kibiców na Spodek Super Cup 2025. Takiej atmosfery w legendarnej hali dawno nie było. Na boisku wygrał GKS Katowice!
Kapitalny turniej w katowickim Spodku. Druga edycja Super Cup przyciągnęła komplet kibiców, którzy stworzyli znakomitą atmosferę i żywo reagowali na wydarzenia boiskowe.
9.512 kibiców zasiadło na trybunach w katowickiej legendarnej hali, by zobaczyć II Spodek Super Cup. Fani GKS Katowice, Górnika Zabrze, Banika Ostrawa, Spartaka Trnava, Wisłoki Dębica, ROW-u 1964 Rybnik, JKS Jarosław oraz Drużyny Gwiazd Superbet przeżyli duże emocje i mieli okazję, by zdobyć autografy i zrobić pamiątkowe zdjęcia z piłkarzami.
Chociaż przed Spodkiem zgromadziły się potężne siły policji to turniej był wydarzeniem przyjacielskim. Na widowni fani bawili się wspólnie, nie zabrakło też ryzykownej w takich warunkach pirotechniki, która wymusiła na organizatorach otwarcie drzwi i znaczące (choć chwilowe) obniżenie temperatury.
Większość szkoleniowców mocno odmłodziła składy drużyn, nie chcąc ryzykować kontuzji swoich gwiazd, ale nie wszystkich dało się powstrzymać. W Górniku zagrał między innymi Lukas Podolski, który nie oszczędzał się też w fanzonie spędzając czas z kibicami. Jedynym godnym konkurentem mistrza świata z 2014 roku w liczbie rozdanych autografów był… sędzia Szymon Marciniak, otaczany zwłaszcza przez najmłodszych wielbicieli futbolu. Warto dodać, ze w gronie arbitrów był także były prezes PZPN Michał Listkiewicz, czyli pierwszy Polak, który brał udział w finale mundialu.
Ze składem nie eksperymentowała Drużyna Gwiazd Superbet ze Sławomirem Peszką na czele.z Marcinem Wasilewskim, Adrianem Mierzejewskim, Piotrem Świerczewskim czy Pawłem Brożkiem, która jednak nie miała żadnych szans w starciu z aktualnymi ligowcami. Zdecydowanie najlepiej prezentował się za to Spartak Trnava, który po dwóch wysokich wygranych jako pierwszy zameldował się w półfinale. W ostatnim meczu grupowym Słowacy mogli stracić jednak pierwsze miejsce, bo przegrywali z Górnikiem już 1:3, ale doprowadzili do remisu na 10 sekund przed końcem „wyrzucając” zabrzan z finału, w którym czekał już GKS Katowice.
Humory zdecydowanie dopisywały wszystkim niezależnie od wyników. Jan Urban po inauguracyjnym remisie zabrzan z ROW-em zastanawiał się, jak wytłumaczy ten wynik dziennikarzom.
Elementem zabawy był też mecz dzieci z Akademii Górnika oraz GKS-u. Zabrzańska młodzież wygrała 5:0, a „profesjonalnej” fety zgotowanej im po spotkaniu przez Torcidę z pewnością nigdy nie zapomni.
W meczu o trzecie miejsce Górnik Zabrze pokonał Wisłokę Dębica, a w wielkim finale GKS Katowice okazał się lepszy od Spartaka Trnava (3:0). O tym, że gra o triumf była na serio świadczyły także czerwone kartki…
sportowefakty.wp.pl – Wrócił ze Słowacji do Polski. Pierwsze zimowe wzmocnienie GKS-u Katowice
Konrad Gruszkowski wraca do polskiej ligi. Zawodnik, który ostatnio występował na Słowacji, trafił do GKS-u Katowice, z którym związał się kontraktem do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia.
GKS Katowice dokonał pierwszego transferu w zimowym oknie. Mimo iż sytuacja beniaminka jest ustabilizowana (10. miejsce w PKO Ekstraklasie) i wydawać by się mogło, że wystarczy niczego nie popsuć, to w klubie cały czas pracują nad wzmocnieniami.
I pierwszym takowym został prawy obrońca Konrad Gruszkowski. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.
Gruszkowski w ostatnim czasie występował na Słowacji. Przez półtora roku reprezentował barwy FC DAC 1904 Dunajska Streda. Licznik jego meczów w tym klubie zatrzymał się na liczbie 31.
Pierwszą część obecnego sezonu stracił z powodu z kontuzji, ale pod koniec roku grał już regularnie.
Do GKS-u trafił na zasadzie transferu definitywnego. Kwota odstępnego nie została podana, ale katowiczanie nie musieli płacić zbyt dużo, ponieważ Gruszkowski miał ważny kontrakt jeszcze tylko przez pół roku.
23-latek najbardziej kojarzony jest z Wisły Kraków, w której w 2020 roku debiutował w Ekstraklasie. W sumie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce zaliczył 37 spotkań.
SIATKÓWKA
siatka.org – Outsider z trzecim zwycięstwem w sezonie
GKS Katowice odniósł trzecie zwycięstwo w sezonie. Zespół z Górnego Śląska w trzech setach pokonał Barkom Każany Lwów. Jednak mimo kompletu punktów sytuacja katowiczan w tabeli PlusLigi wciąż jest trudna – z dorobkiem dziewięciu punktów, zajmują ostatnie miejsce.
W mecz lepiej wszedł GKS, który po asie serwisowym Jewgienija Kisiliuka odskoczył na 6:3. Gospodarzy do walki próbował poderwać Ilia Kowalow, ale goście odpowiedzieli blokiem, a po akcjach Aymena Bouguerry odbudowali swoją przewagę (16:12). Barkom stać było jeszcze na jeden zryw. Przy zagrywce Marta Tammearu wrócił do gry, lecz seria jego błędów spowodowała, że to katowiczanie byli na fali (22:18). W końcówce dołożyli jeszcze blok, a między innymi po akcji ze środka Łukasza Usowicza triumfowali w premierowej odsłonie (25:20).
W drugim secie podopieczni Emila Siewiorka poszli za ciosem. Po akcjach Bartosza Gomułki i Bartłomieja Krulickiego zbudowali sobie solidną zaliczkę (6:3). Do walki lwowian poderwał jednak Wasyl Tupczij, a po błędach rywali gospodarze wrócili do gry (11:11). Dołożyli szczelny blok, a po dwóch asach serwisowych Tupczija sami przejęli inicjatywę na boisku (18:14). Przyjezdni odpowiedzieli blokiem, a po akcji Alexandra Bergera wrócili do gry (23:23). O losach seta zadecydowała batalia na przewagi, a w niej Berger przechylił szalę zwycięstwa na stronę katowiczan (26:24).
W trzeciej odsłonie przebudził się Barkom, który lepiej wytrzymał wymianę ciosów, a za sprawą udanych zagrań Tupczija wypracował sobie solidną nadwyżkę (9:5). GKS straty zaczął odrabiać przy zagrywce Joshuy Tuanigi, a po czapie Damiana Domagały katowiczanie wrócili do gry (11:11). Wymiana ciosów trwała w najlepsze, lecz po asie serwisowym Bergera szala zaczęła przechylać się na stronę gości (20:18). W końcówce ważne punkty blokiem zdobył Domagała, a błędy lwowian odebrały im resztki nadziei na przedłużenie spotkania. Ostatecznie po punktującej zagrywce Bouguerry GKS triumfował 25:21.
MVP: Bartosz Mariański
Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 0:3 (20:25, 24:26, 21:25)
Asseco Resovia wreszcie tak, jak powinna
Asseco Resovia Rzeszów weszła na odpowiedni kurs. PlusLiga tym razem nie zaskoczyła i rzeszowianie pewnie pokonali ostatni zespół w tabeli, GKS Katowice. W żadnym z trzech setów gospodarze nie dobrnęli do granicy 20 oczek, a MVP spotkania wybrano byłego gracza katowickiego zespołu, Lukasa Vasinę.
Chociaż na początku spotkania 4:2 prowadził GKS Katowice, to szybko mocna zagrywka rywali pozwoliła na remis (8:8). Przez chwilę gra była wyrównana, ale najpierw Gregor Ropret, a kilka chwil później Stephen Boyer swoimi seriami w polu zagrywki praktycznie ustawili premierową odsłonę. Obroną na drugą stronę kolejne oczko zdobył nawet Michał Potera (21:15). Nic już nie odmieniło losów tej partii i po bloku Dawida Wocha Resovia prowadziła 1:0.
Początek kolejnego seta był wyrównany, ale kontry ze skrzydeł Asseco Resovii szybko przyniosły im trzypunktową zaliczkę (9:6). Podopieczni Tuomasa Sammlvuo wygrywali przedłużone odsłony, skuteczny był między innymi Lukas Vasina (14:9). Rzeszowianie dokładali udane zagrania na siatce, a GKS nie miał czym na to odpowiedzieć. Punkt bezpośrednio zza linii 9. metra zdobył jeszcze Damian Domagała, ale najpierw Boyer, a potem Vasina domknęli drugą część meczu.
Od pierwszych piłek trzeciej partii gra była wyrównana, maksymalna różnica wynosiła dwa oczka (8:10). GKS grając środkiem, spisywał się bardzo dobrze. Jewgienij Kisiliuk był skuteczny (15:15), ale w połowie seta goście włączyli wyższy bieg. Bartosz Bednorz skończył kontrę, a Karol Kłos wykorzystał piłkę przechodzącą (19:15). Asseco Resovia na swoją stronę przechyliła jedną z najdłuższych akcji (23:16), na to GKS odpowiedział błędem, który doprowadził do piłki meczowej. Ostatni punkt w tym błyskawicznym pojedynku zdobył Lukas Vasina.
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 0:3 (18:25, 18:25, 17:25)
HOKEJ
hokej.net – Surowy odwet za urwanie punktu. Shutout Kielera i dublet Magee
Hokeiści GKS-u Katowice efektownym festiwalem strzeleckim zrewanżowali się ekipie Podhala Nowy Targ za stracony w niedziele punkt. Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem spotkaniu 38. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali „Górali” 9:0. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Brandon Magee, dla którego były to pierwsze trafienia po powrocie do polskiej ligi.
Choć niedzielna konfrontacja obu zespołów zapowiadana była jako spotkania Dawida z Goliatem, to kibicom było dane kolejny raz przekonać się o tym, że w hokeju jak w mało którym sporcie należy spodziewać się niespodziewanego. Ambitnie walczący „Górale” zdołali wyrwać wicemistrzom Polski punkt, przegrywając dopiero po serii najazdów. Uwagę katowickich kibiców w dzisiejszym spotkaniu skupiał jednak debiutujący w barwach GieKSy- Adam Hornik. 16- latek to jeden z najbardziej obiecujących zawodników Akademii „Młoda GieKSa”. Napastnik swoją hokejową przygodę w akademii GKS-u rozpoczął w 2017 roku. Tym samym Hornik stanie się pierwszym wychowankiem Akademii „Młoda GieKSa”, który zadebiutuje w pierwszym zespole na najwyższym poziomie rozgrywkowym.
Niemalże od pierwszego wznowienia w postawie podopiecznych Jacka Płachty było widoczne mocne postanowienie poprawy. Inauguracyjne minuty spotkania okazały się okresem wytężonej pracy dla Alexa Horawskiego, który musiał uwijać się jak w ukropie, aby uchronić swój zespół przed utratą bramki. Niewiele do powiedzenia miał jednak 27-letni golkiper w 4. minucie, gdy Brandon Magee z największą precyzją pociągnął uderzenie po długim słupku, otwierając wynik spotkania. Choć chwilę po zdobyciu bramki na ławce kar zameldował się Dante Salituro, to w znikomym stopniu liczebne osłabienie gości wpłynęło na obraz gry. W 8. minucie katowiczanie kolejny raz zdołali zmaterializować swoją przewagę. Na wrzutkę z niebieskiej linii zdecydował się Johan Norberg. Ograniczoną możliwość oceny sytuacji miał wyraźnie zasłonięty Horawski i po chwili krążek zatrzepotał w siatce jego bramki. Sytuacji Podhala nie poprawiła nałożona na w 10. minucie kara dwóch minut na Jakuba Michalskiego. W liczebnej przewadze sporą aktywność przejawiał Grzegorz Pasiut. „Profesorowi” na drodze do szczęścia stanął jednak słupek a po chwili, z jego strzałem poradził sobie Horawski. Po odparciu szturmu, gospodarze zdołali pokusić się o wyprowadzenie swoich ataków, w których pierwsze skrzypce grał Filip Wielkiewicz. „Kojot” najpierw próbował w stylu laccrose zaskoczyć Kielera, a po chwili po jego strzale z backhandu krążek wybrzmiał na słupku.
Również początek drugiej tercji należał do GieKSy. W 25. minucie stoickim spokojem wykazał się Christian Mroczkowski, który otrzymując podanie od Santeriego Koponena, popatrzył w jaki sposób jest ustawiony jest Horawski a następnie precyzyjnym podaniem podwyższył prowadzenie. W kolejnych minutach temperatura na lodzie powędrowała w górę, gdy do gardeł skoczyli sobie Robert Mrugała i Johan Norberg. Wydarzenia z 26. minuty wiązały się dla „Górali” z koniecznością gry w osłabieniu, gdyż arbitrzy wycenili zachowanie Mrugały na podwójną kare mniejszą 2+2, a na Norberga nałożyli jedynie dwuminutowe wykluczenie. Po chwili niełatwa sytuacja Podhala skomplikowała się jeszcze mocniej, gdy do boksu kar dołączył Damian Tomasik. Z tych opresji „Górale” zdołali jednak wyjść obroną ręką, utrzymując wynik aż do 38. minuty, gdy autorem czwartej bramki został Grzegorz Pasiut, dobijając strzał Varttinena.
W końcowej fazie spotkania długie minuty spędzone we własnej tercji dały się we znaki zawodnikom Podhala, którym wyraźnie brakowało sił aby przeciwstawiać się kolejnym atakom GieKSy. W 52. minucie swoją drugą bramkę zdobył Brandon Magee, posyłając szybki strzał przy słupku. W kolejnych minutach wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Sygnał do ataku nadał Patryk Wronka, w 54. minucie wykorzystując grę w przewadze, a kolejne trafienia dołożyli Sokay, Varttinen oraz Kallionkieli.
Pewne zwycięstwo GieKSy. Dwa gole profesora Pasiuta
Bez większych problemów hokeiści GKS-u Katowice pokonali Zagłębie Sosnowiec 4:1 w 36. kolejce TAURON Hokej Ligi. Dwie bramki dla gospodarzy zdobył doświadczony Grzegorz Pasiut, który po profesorsku zachował się w klarownych sytuacjach przed bramką Patrika Spěšnego.
W pierwszych minutach meczu to hokeiści z Sosnowca wykazywali więcej animuszu w swoich poczynaniach i kilka razy zagrozili bramce Johna Murray, który nie dał się zaskoczyć.
Pierwszego gola zgromadzeni kibice zobaczyli w 14. minucie gdy Patryk Wronka zagrał przed bramkę to niepilnowanego Grzegorza Pasiuta, a ten bez problemów skierował gumę do bramki. Sędziowie analizowali jeszcze wideo, bo do pola bramkowego został wepchnięty Bartosz Fraszko, jednak szybko wskazali na środek. Dwie minuty później gospodarze zdobyli drugiego gola. Brandon Magee ruszył skrzydłem i uderzył z nadgarstka z okolicy bulika. Krążek powędrował w długi róg i zaskoczył Patrika Spěšnego.
Kontaktowego gola powinien zdobył Eric Kaczynski na początku drugiej odsłony, jednak nie wykorzystał sytuacji sam na sam uderzając w parkany „Jasia Murarza”. To się zemściło, gdyż w następnej akcji gola zdobył ponownie Grzegorz Pasiut. Doświadczony napastnik wykorzystał niefortunny wygrany bulik przez gospodarzy i znalazł się sam przed Spěšným. Jego precyzyjny strzał wylądował nad barkiem bramkarza i wylądował pod poprzeczką.
W trzeciej tercji wygraną przypieczętowali gospodarze. W 44. minucie Christian Mroczkowski dobił do pustej bramki strzał z niebieskiej Pontusa Englunda. Sosnowiczan było stać tylko na jednego gola, chociaż kilka razy niepokoili bramkę gospodarzy. Murray skapitulował dopiero po strzale Mirko Djumićia, który z bliska dobił strzał Jakuba Šaura.
Choć w przetasowanych formacjach, to bez problemów- GieKSa pokonuje STS
GKS Katowice choć musiał radzić sobie w dzisiejszym spotkaniu bez kilku kluczowych zawodników pokonał 6:1 Texom STS Sanok. Podopieczni Jacka Płachty zaprezentowali pełnie swojego potencjału ofensywnego, a ciężar zdobywania bramek rozłożył się pomiędzy sześciu zawodników.
W mocno przemeblowanych formacjach do dzisiejszego spotkania przystąpiła drużyna GKS-u Katowice. W składzie wicemistrzów Polski znalazło się bowiem jedynie czterech nominalnych obrońców. Wakaty w formacji defensywnej zmuszeni były wypełnić nominalni napastnicy: Mateusz Michalski oraz Stephen Anderson.
Już po 85 sekundach po raz pierwszy otworzyły się drzwiczki boksu kar, a w nim zasiadł Kacper Maciaś, który wykroczył poza przepisy atakując rywala kolanem. Okres gry w przewadze nie przyniósł sanoczanom jednak fajerwerków w ofensywie. Podopieczni Elmo Aittoli pomimo liczebnej przewagi na lodzie nie potrafili znaleźć sposobu aby zamknąć katowiczan we własnej tercji. Po wyrównaniu formacji hokeiści z Górnego Śląska zaczęli stopniowo podkręcać tempo rozgrywania krążka. W 7. minucie role się odwróciły i to goście zmuszeni byli bronić osłabienia. Katowiczanie dali swoim rywalom błyskawiczną lekcję rozgrywania przewagi i potrzebowali ledwie 21 sekund aby otworzyć wynik spotkania. Stephen Anderson posłał strzał, po którym krążek odbijając się od poprzeczki zatańczył na linii bramkowej. Bierność sanockiej defensywy wykorzystał Ben Sokay, który pierwszy dopadł do gumy i wbił ją do bramki. Wraz z upływem kolejnych minut wydarzenia skupiały się w tercji gości, których przed utratą bramki chronił Filip Świderski. Niewiele jednak miał do powiedzenia golkiper sanoczan w 13. minucie. Jean Dupuy swój rajd prawym skrzydłem wykończył strzałem po długim słupku- guma odbijając się jeszcze od słupka po raz drugi zatrzepotała w sanockiej bramce. W 17. minucie zawodnicy z Podkarpacia raz jeszcze musieli uciec się do wykroczenia poza przepisy, aby przerwać akcję GieKSy- tym razem boks kar odwiedził Marek Strzyżowski. W okresie gry w przewadze Pontus Englund zaprezentował katowickiej publiczności siłę swojego strzału- mocnym uderzeniem podwyższając prowadzenie swojego zespołu.
Niewiele zmienił się obraz gry w drugiej tercji. W 22. minucie Igor Smal wyprowadził krążek z własnej tercji, decydując się w końcowej fazie akcji zagrać krążek do Brandona Magee. Pozostawienie Kanadyjczyka bez opieki w okolicach koła bulikowego mogło dla sanoczan skończyć się tylko w jeden sposób- utratą czwartej bramki. W 27. minucie na swoją firmową wrzutkę spod niebieskiej linii zdecydował się Santeri Koponen. Lot krążka przeciął Patryk Wronka, czym kompletnie zmylił Filipa Świderskiego. W ostatnich sekundach odsłony kolejny ofensywny zryw zaprezentował Lauri Huhdanpää- będący zdecydowanie najmocniejszym ogniwem sanoczan. Zryw lewym skrzydłem Fin wykończył wrzutką na bramkę, a tam łopatkę swojego kija zdołał dołożyć Bartosz Florczak, uprzedzając interweniującego Michała Kielera umieścił krążek w bramce pomiędzy jego parkanami.
Wysokie prowadzenie gospodarzy w dużej mierze wpłynęło na obraz gry w trzeciej tercji. Jedynym akcentem bramkowym okazała się akcja z 52. minuty, kiedy to Bartosz Fraszko po podaniu Patryka Wronki zdobył szóstą bramkę dla katowiczan.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice w finale Pucharu Kontynentalnego w Cardiff zagra bez czterech Kanadyjczyków
Od czwartku 16 stycznia do niedzieli 19 stycznia rozgrywany będzie w Cardiff finał Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski dziś o godz. 20.30 zmierzą się z gospodarzami turnieju Cardiff Devils, a w sobotę o godz. 19 zagrają z Bruleurs de Loups. Z francuskim klubem katowiczanie rywalizowali w turnieju półfinałowym przegrywając z nimi w listopadzie w Danii 2:4.
Dobra wiadomość jest taka, że podopieczni trenera Jacka Płachty na pewno uplasują się w stolicy Walii na podium, bo w tegorocznej edycji Pucharu Kontynentalnego wystąpią tylko trzy drużyny, gdyż z przyjazdu zrezygnował kazachski Arłan Kokczetaw. Dużo gorsza jest ta, że GKS poleciał do Cardiff zaledwie w 18-osobowym składzie, w którym znalazło się dwóch bramkarzy.
Wszystko dlatego, że trójka katowickich młodzieżowców – Maksymilian Dawid oraz Jakub i Jonasz Hofmanowie – w tym tygodniu uczestniczy w mistrzostwach świata do lat 20 dywizji 1B w Tallinnie. Z kolei z przyczyn proceduralnych związanych z długotrwałą procedurą przyznawania kart pobytu w Strefie Schengen, do Cardiff nie mogli udać się Kanadyjczycy Travis Verveda, Stephen Anderson, Brandon Magee i Dante Salituro. Po prostu gdyby wyjechali poza Strefę Schengen to nie mogliby wrócić do Polski na końcówkę obecnego sezonu Tauron Hokej Ligi. Przez to katowiczanie będą zmuszeni grać w obu meczach z silnymi rywalami na trzy piątki.
Na szczęście tego problemu nie mają ich rodacy grający dłużej w naszym kraju, czyli Ben Sokay i Jean Dupuy oraz dwaj inni zawodnicy urodzeniu za oceanem – Amerykanin John Murray, który ożenił się z Polką i mający polskie korzenie Kanadyjczyk Christian Mroczkowski. Obaj mają bowiem polskie obywatelstwo.
– Żałujemy, że w Cardiff nie będziemy mogli zagrać w najsilniejszym składzie. Klub dochował wszelkiej staranności przy wszystkich procedurach, które rozpoczęły się już wiele miesię-cy temu. Nie mamy jednak wpły-wu na terminy ich rozpatrywania. Jestem jednak głęboko przekonany, że grupę zawodników udającą się do Cardiff stać na osiągnięcie bardzo dobrych wyników – powiedział Krzysztof Nowak, prezes GKS.
Katowiczanie po raz trzeci zagrają w finale PK. W 2019 roku w Belfaście zajęli trzecie miejsce, a w poprzednim sezonie w Cardiff czwarte. Na tegoroczny turniej do stolicy Walii wybiera się spora grupa kibiców GieKSy.
hokej.net – Nie igraj z diabłami! GieKSa przegrywa na inaugurację. Decydująca druga tercja
Hokeiści GKS-u Katowice na inaugurację zmagań w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego musieli uznać wyższość ekipy Cardiff Devils. Walijczycy będąc wyraźnie lepszą drużyną, pokonali wicemistrzów Polski 6:3. Decydująca dla losów spotkania okazała się druga tercja, w której rywale aż pięciokrotnie zdołali pokonać Johna Murraya.
Jedynie trzy pełne formacje miał dzisiejszego wieczoru do dyspozycji trener Jacek Płachta. Tak wąska kadra katowiczan jak doskonale wiemy wymuszona została względami pozasportowymi. Nutką optymizmu dla katowickich kibiców okazał się powrót do meczowej kadry Mateusza Bepierszcza, którego charakter i wola walki w tak wymagających spotkaniach mogą okazać się na wagę złota.
Od pierwszego wznowienia, które padło łupem Joeya Martina, było jasne z jak wymagającym rywalem przyjdzie mierzyć się wicemistrzom Polski. Walijczycy bez ogródek przeszli do szturmowania katowickiej tercji. Już pierwsze sekundy okazały się okresem wzmożonej pracy dla Johna Murraya. Reprezentant Polski wszedł w spotkanie pewnymi interwencjami, ratując swój zespół z opresji. Północnoamerykański styl gry rywala wydatnie wdał się we znaki hokeistom GieKSy. Przekonał się o tym nawet uchodzący za jednego z większych twardzieli na taflach THL Pontus Englund, który zaliczył efektowny kontakt z bandą po interwencji przeciwnika. Okazją do złapania oddechu była kara nałożona na Joshna MacDonalda. Walijczycy zaprezentowali się jednak bardzo solidnie podczas gry w osłabieniu, nie pozwalając przegrać się katowiczanom. W 15. minucie role się odwróciły i miejsce w boksie kar zajął Pontus Englund. Hokeiści z Cardiff zaprezentowali swój potencjał ofensywny, imponując szybkim rozegraniem krążka. Devils w kolejnych minutach dali się poznać jako drużyna, która potrafi błyskawicznie przeorganizować się z obrony do ataku- wielokrotnie zmuszając Johna Murraya do wzbicia się na wyżyny umiejętności bramkarskich.
Drugą tercję polski zespół rozpoczął w liczebnej przewadze, bowiem u schyłku pierwszej odsłony wykluczony został Josh Batch. Po wyrównaniu formacji katowiczanie zdołali utrzymać się w tercji rywala. Koronkowe rozegranie krążka wypracowało świetną pozycję strzelecką dla Jeana Dupuy, który pokonując Maca Carrutha otworzył wynik spotkania. Niestety podopieczni Jacka Płachty nie zdołali długo utrzymać prowadzenia. W 24. minucie GieKSa próbowała zainicjować atak wyprowadzając długie podanie z własnej tercji. Przejęty przez rywala krążek błyskawicznie wrócił do katowickiej „zony”. Z próbą Joeya Martina zdołał sobie poradzić sobie Murray, jednak wobec dobitki MacDonalda był już kompletnie bezradny. Gdy wydawało się, że gra będzie toczyć się w stylu „cios za cios” defensywa GieKSy wyciągnęła dłoń do rywala, tracąc krążek w okolicach własnej bramki. Błąd rozegrania pomiędzy Koponenem a Varttinenem wykorzystał Duggan, który przejętą gumę podał do Reida Duke’a- a ten wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 33. minucie Mateusz Michalski w swoim charakterystycznym stylu objeżdżając bramkę próbował zaskoczyć Carrutha. Niestety nie udała mu się ta sztuka, a po chwili próbując odzyskać utracony krążek, faulował rywala. Grający w przewadze Devils dali popis rozegrania na jeden kontakt-imponującą akcję na bramkę zamienił Brett Perlini. 28 sekund później katowiczan wypunktował Zach O’Brein, stając się autorem czwartej bramki. Tercję, o której wicemistrzowie Polski z pewnością chcieliby jak najszybciej zapomnieć bramkowym akcentem zakończył Cole Sanford,. Kanadyjczyk pomimo asysty katowickich obrońców, zdołał skierować krążek do bramki.
Choć po dwóch tercjach wynik był mocno niekorzystny dla katowickiego zespołu, to hokeiści wicemistrzów Polski wyszli na trzecią odsłonę ze świadomością, że każda zdobyta bądź stracona bramka może wpływać na końcową klasyfikację w przypadku konieczności stworzenia tzw. małej tabeli. Mocny początek ze strony GieKSy nie dał jednak upragnionej bramki. Drogę do siatki udało się znaleźć dopiero w okresie gry w przewadze w 50. minucie. Z lewego skrzydła mocnym strzałem z nadgarstka popisał się Bartosz Fraszko. Tym samym w 54. minucie odpłacili się rywale, gdy boks kar odwiedził Jean Dupuy. Kanadyjczyk wyprowadził groźną akcję, po której mógł pokonać Carrutha, w wykończeniu akcji zabrakło napastnikowi niestety zimnej krwi, co więcej swój rajd wykończył zagraniem wysoko uniesionym kijem, a Walijczycy kolejny raz efektywnie rozegrali swój power-play. Ambitnie i do końca walczący hokeiści z Katowic zdołali odpowiedzieć tylko jednym trafieniem. Podanie Patryka Wronki w 56. minucie do siatki skierował Bartosz Fraszko, uprzedzając interweniującego Carrutha i zdobywając swoją drugą bramkę.
W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”. Bramkarskie show Pintariča i Murraya
GKS Katowice zanotował drugą porażkę w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski po serii karnych ulegli 2:3 Brûleurs de Loups de Grenoble. Karnego na wagę zwycięstwa wykorzystał Aurélien Dair. Pierwszoplanowe role rozegrali jednak obaj golkiperzy- ozdobą spotkania były interwencje Matija Pintariča i Johna Murraya.
Przegrana w inauguracyjnym spotkaniu sprawiła, że jeżeli hokeiści GKS-u Katowice wciąż marzą o zdobyciu medalu z kruszcu cenniejszego niż brąz, to muszą zrewanżować się ekipie Brûleurs de Loups de Grenoble za listopadową porażkę w Aalborgu. Wówczas katem GieKSy okazał się Alexandre Mallet, który dwukrotnie wpisując się na listę strzelców poprowadził swój zespół do zwycięstwa 4:2.
Początek spotkania miał zgoła odmienny przebieg niż czwartkowa rywalizacja przeciwko Cardiff Devils. Wicemistrzowie Polski dłużej utrzymywali się w posiadaniu krążka i nie musieli mierzyć się z tak agresywnym forecheckiem ze strony rywala. Niestety w 7. minucie podopieczni Pera Hånberga udowodnili, że przeciwnik posiadający w swoim szeregach tak wielu klasowych graczy jest w stanie błyskawicznie wyprowadzić bramkową akcję. Nicolas Deschamps pomimo asysty Santeriego Koponena zdołał pokonać z krążkiem całą tercję, wykańczając swoją akcję strzałem. Choć z jego próbą poradził sobie John Murray, to wobec dobitki Adela Koudriego był już kompletnie bezradny. Zdobyta bramka sprawiła, że „Wilki” poczuły się znacznie pewniej, przejmując inicjatywę. W kolejnych minutach wiodącymi postaciami okazali się bramkarze. Świetne interwencje zarówno Matija Pintariča i Johna Murraya sprawiły, że żadna ze stron pomimo naprawdę dobrych okazji ku temu nie zdołała zdobyć bramek.
Pierwsze minuty drugiej tercji należały do podopiecznych Jacka Płachty, którzy wyraźnie szukali sposobności do wyrównania stanu rywalizacji. Sztuka ta udała się w 27. minucie. Ben Sokay wygrywając bulik zagrał gumę za plecy do Santeriego Koponena, który atomowym strzałem zdołał w końcu znaleźć sposób na broniącego jak w transie Pintariča. Już chwilę później katowiczanie mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Akcji sam na sam nie zdołał jednak wykorzystać Patryk Wronka. Po oddaniu strzału katowicki napastnik był faulowany jeszcze przez rywala, w związku z czym GieKSa stanęła przed możliwością gry w przewadze. Ta układała się w naprawdę przyjemny dla oka sposób, jednak nie przyniosła drugiej bramki polskiemu zespołowi. W 31. minucie do boksu kar został oddelegowany Valentin Grossetete. Tym razem wicemistrzowie Polski rozgrywając przewagę postawili na efektywność. Po mocnym strzale Pontusa Englunda, Pintarić nie zdołał zamrozić gumy, którą do bramki dobił Grzegorz Pasiut.
Obie ekipy kreowały sobie kolejne dogodne sytuacje do zdobycia bramek- na wyżyny swoich umiejętności wchodzili jednak golkiperzy. Z pewnością w szeregu GieKSy pozostanie spory niedosyt po niewykorzystaniu aż 4 minuty przewagi, gdy karę 2+2 za trafienie w twarz wysoko uniesionym kijem otrzymał Boivin. W 55. minucie za swoje przewinienie wykluczony z gry został Santeri Koponen. Podopieczni Pera Hånberga błyskawicznie zdołali wykorzystać swoją przewagę. Pod bramką Johna Murraya doszło do gęstej kotłowaniny. W ostrej naparzance o krążek najprzytomniej zachował się Matias Bachelet, który skierował gumę do siatki. Okoliczności bramki sprawiły, że sędziowie długo analizowali, czy została ona zdobyta w prawidłowy sposób. Ostatecznie podtrzymali jednak decyzję o uznaniu trafienia. Schyłek trzeciej tercji upłynął na okresie gry w przewadze GKS-u Katowice. Ekipa „Wilków” zdołała się wybronić z gry w osłabieniu, wobec czego czekała nas dogrywka.
W 62. minucie spotkanie powinien skończyć Nicolas Deschamps, jednak jego strzał w niewyobrażalny sposób został zatrzymany na kiju Johna Murraya, bądź rzucającego się na krążek Pontusa Englunda. W 63. minucie pomimo protestów miejsce w boksie kar zmuszony był zająć Damien Fleury. Zespół Jacka Płachty nie znalazł jednak pomysłu jak przewagę 4/3 zamienić na bramkę. Remis utrzymał się aż do 65. minuty, w związku z czym o losach spotkania rozstrzygać musiały karne. Serię najazdów świetnie otworzył Ben Sokay, pewnie wykorzystując swoją próbę. Francuzi odpowiedzieli dopiero w czwartej serii, gdy Johna Murraya wymanewrował Damien Fleury. O zwycięstwie „Wilków” rozstrzygnął Aurelien Diar w siódmej serii.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: brutalne zderzenie z rzeczywistością
W ostatnim czasie sportowe media prześcigają się w doniesieniach o sytuacji przy Piłsudskiego w Łodzi, a ta jest nie do pozazdroszczenia. Strata do bezpiecznej strefy w lidze nie maleje, a trzeba grać jeszcze w Pucharze Polski. Dlatego przed meczem z GieKSą będzie „ANI słowa o Widzewie” – o nastrojach w czerwonej części Łodzi opowiada Ania Kalisz z widzewskiego podkastu o takim tytule.
Nie jesteś pierwszą kobietą, z którą miałem przyjemność rozmawiać w ramach tego cyklu, bo szlaki przecierała Karolina Jaskulska z Lechia.net, natomiast nie da się ukryć, że wśród pasjonatów futbolu stanowicie raczej mniejszość. Jak ci się chodzi w szpilkach po piłkarskiej murawie?
Różnie z tym bywało, bo myślę, że dla widzewskiej społeczności było to pewne zaskoczenie. Z początku zdarzały się negatywne reakcje – za co ja się w ogóle wzięłam, a czasem odsyłano mnie do przysłowiowych „garów”. W miarę coraz dłuższej obecności na tym widzewskim rynku medialnym, ludzie chyba mi zaufali i grupa widzów z czasem się powiększała. Spotykam ich na stadionie – ludzie zaczepiają, podchodzą i to jest fajne. Trzeba było czasu, aby zbudować bazę tych, którzy będą chcieli mnie słuchać czy oglądać, ale to się udało i bardzo się z tego cieszę.
Stosunkowo niedawno GieKSa i Widzew potykały się w lidze. Co się u was działo przez te kilka tygodni?
Działo się dużo, ale takie już jest to nasze widzewskie piekiełko – zawsze dużo się dzieje. Sporo krytyki wylało się na nas po porażce w Katowicach, nawet ze strony legend Widzewa, jak choćby Tomasza Łapińskiego, który podkreślał jednak, że robi to z troski o to, co się dzieje w klubie po transferach, wydanych milionach i w perspektywie ogromnych oczekiwań, które się samoistnie nakręcały w przerwie zimowej. Tymczasem nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością – najpierw z panem Siemieńcem, potem z panem Górakiem i od tego momentu zaczęły się nam szerzej otwierać oczy, czy te transfery rzeczywiście przełożą się na wynik. Potem przyszło zwycięstwo w Płocku po dosyć dobrej grze i nadzieja wróciła. Ale przyjechała Cracovia, na której tle nie wyglądaliśmy najlepiej, a ostatni mecz z Pogonią to już totalny paździerz. Czuć więc rozczarowanie i obawy o przyszłość, patrząc na sytuację w tabeli. Mimo to liczę, że to utrzymanie uda nam się spokojnie zapewnić, ponadto z dużymi nadziejami patrzę na Puchar Polski.
Oglądałem twój podkast po naszym ligowym meczu. Niektórzy widzowie zalecali ci zdjąć różowe okulary, przez które patrzysz na Widzew. Tymczasem sądząc po twoich wpisach po meczu z Pogonią wydaje się, że pokłady optymizmu powoli się wyczerpują, a czara goryczy się przelewa.
Przelała się po wczorajszym meczu. Zawsze staram się trzymać narracji albo neutralnej, albo optymistycznej, żeby tonować nastroje. Inne widzewskie media płoną, kibice zawsze są żądni krwi i głodni sukcesu. Dlatego zazwyczaj próbuję nie nakręcać dodatkowo tej spirali. Do tego jednak są potrzebne argumenty sportowe, ale meczem z Pogonią trener Jovićević ostatecznie zrzucił mi z nosa różowe okulary i jeszcze je podeptał. W tej chwili Widzew w żaden sposób nie broni się sportowo.
Wracając do naszego meczu, jakie nastroje panowały w Łodzi po porażce z rywalem w walce o utrzymanie?
Ciężko było to przełknąć. Wasz skład jest oparty na Polakach, zbudowany przez polskiego trenera, który jeszcze niedawno był na tym szczeblu postacią zupełnie anonimową, tymczasem udało mu się zebrać grupę ludzi, którym się chce. Przedłużenie kontraktu przez Bartka Nowaka to też sygnał dający do myślenia, że choć nie ma u was nie wiadomo jakich pieniędzy, to ten chłopak wkłada całe swoje serce w to, co robi i dziś jest wiodącą postacią waszej drużyny. Dlatego ciężko było się z tym pogodzić, że drużyna, która jest budowana na zdecydowanie niższym pułapie budżetowym strzela nam gola i odziera nas ze złudzeń, a te miliony niekoniecznie muszą wieść prym na murawie, bo liczy się zaangażowanie, walka, charakter i tożsamość drużyny. Zawód był ogromny. Na początku liczyłam, że porażka z GKS-em Katowice była wypadkiem przy pracy, ale kolejne spotkania, pomijając zwycięstwo z Wisłą Płock, pokazały, że nie transfery, a treningi budują zespół. Czas, o którym ciągle mówimy, wciąż jest nam potrzebny, ale zamiast robić progres, w moim przekonaniu z meczu na mecz jest coraz gorzej.
Niedawno Robert Dobrzycki stwierdził w jednym z wywiadów, że nie zaprząta sobie głowy walką o utrzymanie. Jak odbierasz te słowa?
Słuchając pana Dobrzyckiego miałam przeświadczenie, że wprowadza on spokojną narrację, nie narzuca dodatkowej presji, a do wielu tematów podchodzi bardziej jak kibic, bo nie jest tajemnicą, że ma to widzewskie serce. Natomiast w momencie, kiedy w tabeli świecimy się na czerwono, mówienie o tym, że w klubie nikt o spadku nie myśli, sprawia wrażenie bagatelizowania problemu. Nie wiem, czy to tylko narracja do mediów, a wewnątrz jest inaczej, bo po prostu nie wierzę w to, żeby ta obawa nie zaglądała w oczy panu Dobrzyckiemu. Dla niego sezon w pierwszej lidze raczej nie byłby biznesową katastrofą, ale wizerunkowo spadek odbiłby się bardzo negatywnie. Sama staram się nie dopuszczać myśli, że Widzew spadnie, ale trzeba przedsięwziąć pewne kroki, aby temu scenariuszowi zapobiec.
W tej sytuacji może nie warto zawracać sobie głowy Pucharem…
Kiedy pali się w ligowej tabeli, to sama nie jestem pewna, na czym się w tym momencie najbardziej skupiamy. Jesienią była taka narracja, że w tym sezonie Puchar albo śmierć, bo utrzymanie na pewno będzie. Natomiast w momencie, gdy widmo spadku coraz mocniej zagląda nam w oczy, to nie mam przekonania, z jakim nastawieniem wyjdziemy we wtorek na boisko w Katowicach. Z drugiej strony każdy mecz jest ważny i choćby wizerunkowo Puchar Polski pozwoliłby nieco zmazać plamę. Ktoś napisał na „X”, że w przyszłym sezonie Widzew będzie jeździł na przemian do Dortmundu, Siedlec, Monako, Rzeszowa i tak dalej. Więc gdyby to zależało ode mnie, podeszłabym do meczu w Katowicach bez kalkulacji – to tylko jedno spotkanie, w którym pozycja w tabeli nie ma znaczenia. Liczy się dyspozycja dnia i nastawienie. Piłkarze powinni motywować się nawzajem, aby na boisku było widać walkę i odpowiednie tempo. Tego oczekuję od naszej drużyny.
W wywiadzie dla Maćka Winczewskiego Robert Dobrzycki podkreślał rangę Pucharu Polski dla Widzewa. Jest to oficjalna narracja klubu?
Do soboty, do godziny 14.45 na pewno tak, natomiast mam wrażenie, że w ciągu tego weekendu wiele się zmieniło. Raz, że przegraliśmy z Pogonią, dwa, że wygrywają nasi rywale, więc ani nie zyskujemy punktów, ani nie utrzymujemy dystansu do rywali. Więc o ile jesienią można było mówić, że Puchar musi być, tak teraz myślę, że chyba jednak to utrzymanie jest priorytetem.
W tej samej rozmowie Dobrzycki podkreślał dobre stosunki z trenerem Jovićeviciem i zapewniał o zaufaniu do niego. To jednak było miesiąc temu. Czy we wtorek szkoleniowiec gra o swoją posadę?
Nietrudno złapać dobry flow z trenerem Jovićeviciem, bo jest człowiekiem energicznym, uśmiechniętym i zawsze zadowolonym z siebie. Ale jeżeli twój pracownik tylko się cieszy z roboty, którą wykonuje, a jej wyników nie widać, to trzeba w końcu zareagować. Myślę, że jeśli we wtorek faktycznie przegramy, to trener z posady poleci. Coraz mniej czasu do końca ligi i jeśli wyniki się nie poprawią, to ta pozytywna energia zamieni się w końcu w negatywną.
Po naszym meczu ligowym szerokim echem odbiła się wypowiedź Lukasa Klemenza o charakterze naszej i waszej drużyny. Przyznam, że sam trochę zadrżałem, czy Lukas aby nie przesadził z pewnością siebie, zwłaszcza w kontekście Pucharu. A jak ty odebrałaś tę wypowiedź?
Nie da się ukryć, że te słowa mnie zabolały, bo były poniekąd zgodne z prawdą. Jak wcześniej wspominałam, drużyna zbudowana na Polakach i zdecydowanie mniejszym budżetem utarła nosa milionerom. Co do samego Klemenza, to sama byłam zaskoczona, że jako obrońca ma już pięć goli, w tym tego strzelonego Widzewowi. Mam tylko nadzieję, że jego słowa brzydko się zestarzeją, mimo że na tamten moment były zgodne z prawdą.
A propos stałych fragmentów gry, byliśmy zdziwieni, gdy na Nowej Bukowej wykonywał je Sebastian Bergier, zamiast je wykańczać. Czy jest to stały element waszej taktyki?
Dla nas też było zaskoczeniem, że nasz jedyny napastnik idzie wykonywać stałe fragmenty. Myślę, że trener dostał za to po głowie, bo bardziej przypominało to łapanie się brzytwy przez tonącego. Dla mnie jest to niedopuszczalne, żeby jedyna dziewiątka wykonywała rzut rożny, zwłaszcza, że zagrożenia z tego nie było żadnego. Dlatego na pewno do tego nie wrócimy, bo od dostarczania piłki są inni zawodnicy, choć dziś sama się zastanawiam, którzy.
Maciek Winczewski zebrał trochę szydery wewnątrz naszego środowiska za określenie Sebastiana mianem „Bergier King”. Czy ten napastnik aż tak kupił trybuny przy Piłsudskiego?
Myślę, że chyba jeszcze nie. Stoją za nim zdobywane bramki i to, że jest Polakiem, bo zawsze to lepiej, jeśli Polacy biją się o tytuł króla strzelców Ekstraklasy. Natomiast dziś trudno go stawiać w gronie idoli, jakim był choćby łączący nasze kluby Marek Koniarek. Daleka droga do tego, ale niech na to pracuje i udowadnia kolejnymi golami. Najbliższa okazja we wtorek – jeśli strzeli hattricka i da nam zwycięstwo, to niech będzie Bergier King.
Biorąc pod uwagę wszystkie wasze bolączki, z jakim nastawieniem Widzew wyjdzie we wtorek na boisko? Chęć potwierdzenia swojego potencjału przełoży się na dominację od pierwszej minuty?
Sama na to liczę – myślę, że tutaj piłkarze po prostu muszą, bo jeżeli nie daj Boże powinęłaby się noga w lidze, to ten puchar choć w części zmaże plamę. I przede wszystkim muszą pokazać, że są drużyną. Przecież ci piłkarze mają nie byle jakie CV, grali na najwyższym europejskim poziomie, dlatego tutaj muszą pokazać jakość, o której tyle się mówi. Trzeba to wszystko złożyć do kupy i pokazać, że mogą. A jeżeli trener rzeczywiście gra o posadę, to raczej zachowawczo piłkarzy nie ustawi. W defensywie prezentujemy się raczej solidnie, za to leży ofensywa. I jeżeli tutaj uda się odblokować głowy i choćby Bukari dorzuci coś od siebie, to jest szansa na korzystny rezultat. Najgorszy scenariusz to dogrywka i karne, po których byśmy odpadli, bo w sobotę czeka nas kolejny trudny mecz z Lechem Poznań.
W tym roku przypada 40. rocznica zdobycia przez GKS pierwszego trofeum, a był to Puchar Polski, który rok wcześniej przegraliśmy w finale z Widzewem. Nadarza się więc okazja, by w maju powtórzyć wyczyn ekipy, której przewodzili Furtok i Koniarek. Jednak aby się to udało, najpierw musimy pokonać Widzew. Ty z pewnością masz inne oczekiwania – jaki wynik typujesz?
Chciałabym, aby wygrał Widzew bez dogrywki, a w tej chwili do głowy przychodzi mi wynik 3:1. Oby się sprawdziło.


Najnowsze komentarze