Dołącz do nas

Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Wielosekcyjny przegląd mediów: W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dwóch tygodni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Rozpoczęto głosowanie w plebiscycie Złote Buki 2024. Listę nominowanych znajdziecie na stronie: https://zlotebuki.gkskatowice.eu/

Piłkarki po powrocie do treningów rozegrały jeden test-mecz, z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 3:2 (2:1). Kolejny sparing zespół rozegra w najbliższą sobotę z Grotem SMS-em Łódź. Z klubem podpisała kontrakt reprezentantka Łotwy Sante Sanije Vuškāne. Drużyna męska wygrała turniej Spodek Super Cup i obecnie przebywa na zgrupowaniu w tureckiej Larze. Zespół rozegrał w Turcji trzy sparingi. W pierwszym z nich zremisowaliśmy z serbską ekstraklasową drużyną FK Železničar 1:1 (0:0). W kolejnych nasz zespół przegrał z węgierskim zespołem Nyíregyháza Spartacus 1:3 (0:3) i pokonał ukraińską drużynę Weres Równe 4:3 (2:1). Na piątek zaplanowano ostatni sparing podczas zgrupowania z bułgarskim Arda Kyrdżali. Więcej na temat zgrupowania i spotkań znajdziecie na oficjalnej stronie GieKSy. Zespół wróci do Polski w sobotę 25 stycznia. Z drużyną związał się umową Konrad Gruszkowski, a Jakub Arak przenosi się do Polonii Bytom.

Siatkarze rozegrali dwa spotkania: w pierwszym z nich pokonali Barkom Każany Lwów 3:0, w drugim przegrali z Asseco Resovią 0:3. Okazja na zdobycie punktów będzie już w sobotę 25 stycznia 0 20:30, na wyjeździe z Bogdanką LUK Lublin.

Hokeiści, przed turniejem w Cardiff, rozegrali trzy spotkania ligowe – wszystkie wygrane. W pierwszym z nich pokonali Podhale 9:0, następnie Zagłębie 4:1 oraz STS Sanok 6:1. Podczas turnieju finałowego Pucharu Kontynentalnego zespół doznał dwóch porażek: z Cardiff Devils 3:6 oraz z Brûleurs de Loups 2:3 (po rzutach karnych). Drużyna zdobyła brązowe medale. Najbliższe spotkanie ligowe zespół rozegra w piątek 24 stycznia o 18:00 z Unią Oświęcim, na wyjeździe.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Reprezentantka Łotwy w GKS-ie Katowice

W rundzie rewanżowej Orlen Ekstraligi w barwach GKS-u Katowice zobaczymy Łotyszkę Sante Sanije Vuškāne.

Dziewiętnastoletnia zawodniczka, która występuję na pozycji napastniczki, związała się kontraktem ważnym do końca sezonu 2026/2027.

Vuškāne występowała ostatnio w drużynie wicemistrza Łotwy, RFS Women, a w przeszłości reprezentowała barwy Iecava/DFS i FS Metta. Powoływana do młodzieżowych reprezentacji swojego kraju zawodniczka miniony sezon zakończyła jako liderka klasyfikacji strzelczyń, zdobywając 24 ligowe gole.

W 2004 roku 19-latka wystąpiła w czterech spotkaniach seniorskiej reprezentacji Łotwy.

bts.rekord.com.pl – Rekord Bielsko-Biała – GKS Katowice 2:3 (1:2)

Liderki ORLEN Ekstraligi sparingiem z „rekordzistkami” rozpoczęły krótkie zgrupowanie w Bielsku-Białej. GKS od początku próbował narzucić swoje tempo gry i próbował odebrać piłkę w strefie defensywnej bielszczanek. W 13. minucie Karolina Bednarz wyprowadziła idealny kontratak, który wykończyła Klaudia Maciążka. Z upływem czasu gospodynie zaczęły śmielej wyprowadzać ataki, czego ukoronowaniem była bramka Igi Witkowskiej (na zdjęciu), po „centrostrzale” z 31. minuty. Nie trzeba było długo czekać, aby Dominika Misztal ponownie wyprowadziła na prowadzenie katowiczanki po strzale z dystansu.

Początek drugiej połowy przebiegał podobnie, jak koniec pierwszej – dużo walki na boisku, atak pozycyjny GieKSy oraz czekanie na swoją szansę „biało-zielonych”. Okazja nadeszła w 60. minucie, kiedy Julia Gutowska prostopadłym podaniem uruchomiła Darię Długokęcką, która nie tylko idealnie wykorzystała swoją szybkość, ale również zdolność finalizacji, wygrywając pojedynek „sam na sam” z bramkarką. Mecz, jego rezultat, w 66. minucie zamknęła Kinga Kozak, wykańczając otrzymaną piłkę za plecy bloku defensywnego.

dziennikzachodni.pl – Ponad 9500 kibiców na Spodek Super Cup 2025. Takiej atmosfery w legendarnej hali dawno nie było. Na boisku wygrał GKS Katowice!

Kapitalny turniej w katowickim Spodku. Druga edycja Super Cup przyciągnęła komplet kibiców, którzy stworzyli znakomitą atmosferę i żywo reagowali na wydarzenia boiskowe.

9.512 kibiców zasiadło na trybunach w katowickiej legendarnej hali, by zobaczyć II Spodek Super Cup. Fani GKS Katowice, Górnika Zabrze, Banika Ostrawa, Spartaka Trnava, Wisłoki Dębica, ROW-u 1964 Rybnik, JKS Jarosław oraz Drużyny Gwiazd Superbet przeżyli duże emocje i mieli okazję, by zdobyć autografy i zrobić pamiątkowe zdjęcia z piłkarzami.

Chociaż przed Spodkiem zgromadziły się potężne siły policji to turniej był wydarzeniem przyjacielskim. Na widowni fani bawili się wspólnie, nie zabrakło też ryzykownej w takich warunkach pirotechniki, która wymusiła na organizatorach otwarcie drzwi i znaczące (choć chwilowe) obniżenie temperatury.

Większość szkoleniowców mocno odmłodziła składy drużyn, nie chcąc ryzykować kontuzji swoich gwiazd, ale nie wszystkich dało się powstrzymać. W Górniku zagrał między innymi Lukas Podolski, który nie oszczędzał się też w fanzonie spędzając czas z kibicami. Jedynym godnym konkurentem mistrza świata z 2014 roku w liczbie rozdanych autografów był… sędzia Szymon Marciniak, otaczany zwłaszcza przez najmłodszych wielbicieli futbolu. Warto dodać, ze w gronie arbitrów był także były prezes PZPN Michał Listkiewicz, czyli pierwszy Polak, który brał udział w finale mundialu.

Ze składem nie eksperymentowała Drużyna Gwiazd Superbet ze Sławomirem Peszką na czele.z Marcinem Wasilewskim, Adrianem Mierzejewskim, Piotrem Świerczewskim czy Pawłem Brożkiem, która jednak nie miała żadnych szans w starciu z aktualnymi ligowcami. Zdecydowanie najlepiej prezentował się za to Spartak Trnava, który po dwóch wysokich wygranych jako pierwszy zameldował się w półfinale. W ostatnim meczu grupowym Słowacy mogli stracić jednak pierwsze miejsce, bo przegrywali z Górnikiem już 1:3, ale doprowadzili do remisu na 10 sekund przed końcem „wyrzucając” zabrzan z finału, w którym czekał już GKS Katowice.

Humory zdecydowanie dopisywały wszystkim niezależnie od wyników. Jan Urban po inauguracyjnym remisie zabrzan z ROW-em zastanawiał się, jak wytłumaczy ten wynik dziennikarzom.

Elementem zabawy był też mecz dzieci z Akademii Górnika oraz GKS-u. Zabrzańska młodzież wygrała 5:0, a „profesjonalnej” fety zgotowanej im po spotkaniu przez Torcidę z pewnością nigdy nie zapomni.

W meczu o trzecie miejsce Górnik Zabrze pokonał Wisłokę Dębica, a w wielkim finale GKS Katowice okazał się lepszy od Spartaka Trnava (3:0). O tym, że gra o triumf była na serio świadczyły także czerwone kartki…

sportowefakty.wp.pl – Wrócił ze Słowacji do Polski. Pierwsze zimowe wzmocnienie GKS-u Katowice

Konrad Gruszkowski wraca do polskiej ligi. Zawodnik, który ostatnio występował na Słowacji, trafił do GKS-u Katowice, z którym związał się kontraktem do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia.

GKS Katowice dokonał pierwszego transferu w zimowym oknie. Mimo iż sytuacja beniaminka jest ustabilizowana (10. miejsce w PKO Ekstraklasie) i wydawać by się mogło, że wystarczy niczego nie popsuć, to w klubie cały czas pracują nad wzmocnieniami.

I pierwszym takowym został prawy obrońca Konrad Gruszkowski. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.

Gruszkowski w ostatnim czasie występował na Słowacji. Przez półtora roku reprezentował barwy FC DAC 1904 Dunajska Streda. Licznik jego meczów w tym klubie zatrzymał się na liczbie 31.

Pierwszą część obecnego sezonu stracił z powodu z kontuzji, ale pod koniec roku grał już regularnie.

Do GKS-u trafił na zasadzie transferu definitywnego. Kwota odstępnego nie została podana, ale katowiczanie nie musieli płacić zbyt dużo, ponieważ Gruszkowski miał ważny kontrakt jeszcze tylko przez pół roku.

23-latek najbardziej kojarzony jest z Wisły Kraków, w której w 2020 roku debiutował w Ekstraklasie. W sumie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce zaliczył 37 spotkań.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Outsider z trzecim zwycięstwem w sezonie

GKS Katowice odniósł trzecie zwycięstwo w sezonie. Zespół z Górnego Śląska w trzech setach pokonał Barkom Każany Lwów. Jednak mimo kompletu punktów sytuacja katowiczan w tabeli PlusLigi wciąż jest trudna – z dorobkiem dziewięciu punktów, zajmują ostatnie miejsce.

W mecz lepiej wszedł GKS, który po asie serwisowym Jewgienija Kisiliuka odskoczył na 6:3. Gospodarzy do walki próbował poderwać Ilia Kowalow, ale goście odpowiedzieli blokiem, a po akcjach Aymena Bouguerry odbudowali swoją przewagę (16:12). Barkom stać było jeszcze na jeden zryw. Przy zagrywce Marta Tammearu wrócił do gry, lecz seria jego błędów spowodowała, że to katowiczanie byli na fali (22:18). W końcówce dołożyli jeszcze blok, a między innymi po akcji ze środka Łukasza Usowicza triumfowali w premierowej odsłonie (25:20).

W drugim secie podopieczni Emila Siewiorka poszli za ciosem. Po akcjach Bartosza Gomułki i Bartłomieja Krulickiego zbudowali sobie solidną zaliczkę (6:3). Do walki lwowian poderwał jednak Wasyl Tupczij, a po błędach rywali gospodarze wrócili do gry (11:11). Dołożyli szczelny blok, a po dwóch asach serwisowych Tupczija sami przejęli inicjatywę na boisku (18:14). Przyjezdni odpowiedzieli blokiem, a po akcji Alexandra Bergera wrócili do gry (23:23). O losach seta zadecydowała batalia na przewagi, a w niej Berger przechylił szalę zwycięstwa na stronę katowiczan (26:24).

W trzeciej odsłonie przebudził się Barkom, który lepiej wytrzymał wymianę ciosów, a za sprawą udanych zagrań Tupczija wypracował sobie solidną nadwyżkę (9:5). GKS straty zaczął odrabiać przy zagrywce Joshuy Tuanigi, a po czapie Damiana Domagały katowiczanie wrócili do gry (11:11). Wymiana ciosów trwała w najlepsze, lecz po asie serwisowym Bergera szala zaczęła przechylać się na stronę gości (20:18). W końcówce ważne punkty blokiem zdobył Domagała, a błędy lwowian odebrały im resztki nadziei na przedłużenie spotkania. Ostatecznie po punktującej zagrywce Bouguerry GKS triumfował 25:21.

MVP: Bartosz Mariański

Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 0:3 (20:25, 24:26, 21:25)

Asseco Resovia wreszcie tak, jak powinna

Asseco Resovia Rzeszów weszła na odpowiedni kurs. PlusLiga tym razem nie zaskoczyła i rzeszowianie pewnie pokonali ostatni zespół w tabeli, GKS Katowice. W żadnym z trzech setów gospodarze nie dobrnęli do granicy 20 oczek, a MVP spotkania wybrano byłego gracza katowickiego zespołu, Lukasa Vasinę.

Chociaż na początku spotkania 4:2 prowadził GKS Katowice, to szybko mocna zagrywka rywali pozwoliła na remis (8:8). Przez chwilę gra była wyrównana, ale najpierw Gregor Ropret, a kilka chwil później Stephen Boyer swoimi seriami w polu zagrywki praktycznie ustawili premierową odsłonę. Obroną na drugą stronę kolejne oczko zdobył nawet Michał Potera (21:15). Nic już nie odmieniło losów tej partii i po bloku Dawida Wocha Resovia prowadziła 1:0.

Początek kolejnego seta był wyrównany, ale kontry ze skrzydeł Asseco Resovii szybko przyniosły im trzypunktową zaliczkę (9:6). Podopieczni Tuomasa Sammlvuo wygrywali przedłużone odsłony, skuteczny był między innymi Lukas Vasina (14:9). Rzeszowianie dokładali udane zagrania na siatce, a GKS nie miał czym na to odpowiedzieć. Punkt bezpośrednio zza linii 9. metra zdobył jeszcze Damian Domagała, ale najpierw Boyer, a potem Vasina domknęli drugą część meczu.

Od pierwszych piłek trzeciej partii gra była wyrównana, maksymalna różnica wynosiła dwa oczka (8:10). GKS grając środkiem, spisywał się bardzo dobrze. Jewgienij Kisiliuk był skuteczny (15:15), ale w połowie seta goście włączyli wyższy bieg. Bartosz Bednorz skończył kontrę, a Karol Kłos wykorzystał piłkę przechodzącą (19:15). Asseco Resovia na swoją stronę przechyliła jedną z najdłuższych akcji (23:16), na to GKS odpowiedział błędem, który doprowadził do piłki meczowej. Ostatni punkt w tym błyskawicznym pojedynku zdobył Lukas Vasina.

GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 0:3 (18:25, 18:25, 17:25)

 

HOKEJ

hokej.net – Surowy odwet za urwanie punktu. Shutout Kielera i dublet Magee

Hokeiści GKS-u Katowice efektownym festiwalem strzeleckim zrewanżowali się ekipie Podhala Nowy Targ za stracony w niedziele punkt. Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem spotkaniu 38. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali „Górali” 9:0. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Brandon Magee, dla którego były to pierwsze trafienia po powrocie do polskiej ligi.

Choć niedzielna konfrontacja obu zespołów zapowiadana była jako spotkania Dawida z Goliatem, to kibicom było dane kolejny raz przekonać się o tym, że w hokeju jak w mało którym sporcie należy spodziewać się niespodziewanego. Ambitnie walczący „Górale” zdołali wyrwać wicemistrzom Polski punkt, przegrywając dopiero po serii najazdów. Uwagę katowickich kibiców w dzisiejszym spotkaniu skupiał jednak debiutujący w barwach GieKSy- Adam Hornik. 16- latek to jeden z najbardziej obiecujących zawodników Akademii „Młoda GieKSa”. Napastnik swoją hokejową przygodę w akademii GKS-u rozpoczął w 2017 roku. Tym samym Hornik stanie się pierwszym wychowankiem Akademii „Młoda GieKSa”, który zadebiutuje w pierwszym zespole na najwyższym poziomie rozgrywkowym.

Niemalże od pierwszego wznowienia w postawie podopiecznych Jacka Płachty było widoczne mocne postanowienie poprawy. Inauguracyjne minuty spotkania okazały się okresem wytężonej pracy dla Alexa Horawskiego, który musiał uwijać się jak w ukropie, aby uchronić swój zespół przed utratą bramki. Niewiele do powiedzenia miał jednak 27-letni golkiper w 4. minucie, gdy Brandon Magee z największą precyzją pociągnął uderzenie po długim słupku, otwierając wynik spotkania. Choć chwilę po zdobyciu bramki na ławce kar zameldował się Dante Salituro, to w znikomym stopniu liczebne osłabienie gości wpłynęło na obraz gry. W 8. minucie katowiczanie kolejny raz zdołali zmaterializować swoją przewagę. Na wrzutkę z niebieskiej linii zdecydował się Johan Norberg. Ograniczoną możliwość oceny sytuacji miał wyraźnie zasłonięty Horawski i po chwili krążek zatrzepotał w siatce jego bramki. Sytuacji Podhala nie poprawiła nałożona na w 10. minucie kara dwóch minut na Jakuba Michalskiego. W liczebnej przewadze sporą aktywność przejawiał Grzegorz Pasiut. „Profesorowi” na drodze do szczęścia stanął jednak słupek a po chwili, z jego strzałem poradził sobie Horawski. Po odparciu szturmu, gospodarze zdołali pokusić się o wyprowadzenie swoich ataków, w których pierwsze skrzypce grał Filip Wielkiewicz. „Kojot” najpierw próbował w stylu laccrose zaskoczyć Kielera, a po chwili po jego strzale z backhandu krążek wybrzmiał na słupku.

Również początek drugiej tercji należał do GieKSy. W 25. minucie stoickim spokojem wykazał się Christian Mroczkowski, który otrzymując podanie od Santeriego Koponena, popatrzył w jaki sposób jest ustawiony jest Horawski a następnie precyzyjnym podaniem podwyższył prowadzenie. W kolejnych minutach temperatura na lodzie powędrowała w górę, gdy do gardeł skoczyli sobie Robert Mrugała i Johan Norberg. Wydarzenia z 26. minuty wiązały się dla „Górali” z koniecznością gry w osłabieniu, gdyż arbitrzy wycenili zachowanie Mrugały na podwójną kare mniejszą 2+2, a na Norberga nałożyli jedynie dwuminutowe wykluczenie. Po chwili niełatwa sytuacja Podhala skomplikowała się jeszcze mocniej, gdy do boksu kar dołączył Damian Tomasik. Z tych opresji „Górale” zdołali jednak wyjść obroną ręką, utrzymując wynik aż do 38. minuty, gdy autorem czwartej bramki został Grzegorz Pasiut, dobijając strzał Varttinena.

W końcowej fazie spotkania długie minuty spędzone we własnej tercji dały się we znaki zawodnikom Podhala, którym wyraźnie brakowało sił aby przeciwstawiać się kolejnym atakom GieKSy. W 52. minucie swoją drugą bramkę zdobył Brandon Magee, posyłając szybki strzał przy słupku. W kolejnych minutach wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Sygnał do ataku nadał Patryk Wronka, w 54. minucie wykorzystując grę w przewadze, a kolejne trafienia dołożyli Sokay, Varttinen oraz Kallionkieli.

Pewne zwycięstwo GieKSy. Dwa gole profesora Pasiuta

Bez większych problemów hokeiści GKS-u Katowice pokonali Zagłębie Sosnowiec 4:1 w 36. kolejce TAURON Hokej Ligi. Dwie bramki dla gospodarzy zdobył doświadczony Grzegorz Pasiut, który po profesorsku zachował się w klarownych sytuacjach przed bramką Patrika Spěšnego.

W pierwszych minutach meczu to hokeiści z Sosnowca wykazywali więcej animuszu w swoich poczynaniach i kilka razy zagrozili bramce Johna Murray, który nie dał się zaskoczyć.

Pierwszego gola zgromadzeni kibice zobaczyli w 14. minucie gdy Patryk Wronka zagrał przed bramkę to niepilnowanego Grzegorza Pasiuta, a ten bez problemów skierował gumę do bramki. Sędziowie analizowali jeszcze wideo, bo do pola bramkowego został wepchnięty Bartosz Fraszko, jednak szybko wskazali na środek. Dwie minuty później gospodarze zdobyli drugiego gola. Brandon Magee ruszył skrzydłem i uderzył z nadgarstka z okolicy bulika. Krążek powędrował w długi róg i zaskoczył Patrika Spěšnego.

Kontaktowego gola powinien zdobył Eric Kaczynski na początku drugiej odsłony, jednak nie wykorzystał sytuacji sam na sam uderzając w parkany „Jasia Murarza”. To się zemściło, gdyż w następnej akcji gola zdobył ponownie Grzegorz Pasiut. Doświadczony napastnik wykorzystał niefortunny wygrany bulik przez gospodarzy i znalazł się sam przed Spěšným. Jego precyzyjny strzał wylądował nad barkiem bramkarza i wylądował pod poprzeczką.

W trzeciej tercji wygraną przypieczętowali gospodarze. W 44. minucie Christian Mroczkowski dobił do pustej bramki strzał z niebieskiej Pontusa Englunda. Sosnowiczan było stać tylko na jednego gola, chociaż kilka razy niepokoili bramkę gospodarzy. Murray skapitulował dopiero po strzale Mirko Djumićia, który z bliska dobił strzał Jakuba Šaura.

Choć w przetasowanych formacjach, to bez problemów- GieKSa pokonuje STS

GKS Katowice choć musiał radzić sobie w dzisiejszym spotkaniu bez kilku kluczowych zawodników pokonał 6:1 Texom STS Sanok. Podopieczni Jacka Płachty zaprezentowali pełnie swojego potencjału ofensywnego, a ciężar zdobywania bramek rozłożył się pomiędzy sześciu zawodników.

W mocno przemeblowanych formacjach do dzisiejszego spotkania przystąpiła drużyna GKS-u Katowice. W składzie wicemistrzów Polski znalazło się bowiem jedynie czterech nominalnych obrońców. Wakaty w formacji defensywnej zmuszeni były wypełnić nominalni napastnicy: Mateusz Michalski oraz Stephen Anderson.

Już po 85 sekundach po raz pierwszy otworzyły się drzwiczki boksu kar, a w nim zasiadł Kacper Maciaś, który wykroczył poza przepisy atakując rywala kolanem. Okres gry w przewadze nie przyniósł sanoczanom jednak fajerwerków w ofensywie. Podopieczni Elmo Aittoli pomimo liczebnej przewagi na lodzie nie potrafili znaleźć sposobu aby zamknąć katowiczan we własnej tercji. Po wyrównaniu formacji hokeiści z Górnego Śląska zaczęli stopniowo podkręcać tempo rozgrywania krążka. W 7. minucie role się odwróciły i to goście zmuszeni byli bronić osłabienia. Katowiczanie dali swoim rywalom błyskawiczną lekcję rozgrywania przewagi i potrzebowali ledwie 21 sekund aby otworzyć wynik spotkania. Stephen Anderson posłał strzał, po którym krążek odbijając się od poprzeczki zatańczył na linii bramkowej. Bierność sanockiej defensywy wykorzystał Ben Sokay, który pierwszy dopadł do gumy i wbił ją do bramki. Wraz z upływem kolejnych minut wydarzenia skupiały się w tercji gości, których przed utratą bramki chronił Filip Świderski. Niewiele jednak miał do powiedzenia golkiper sanoczan w 13. minucie. Jean Dupuy swój rajd prawym skrzydłem wykończył strzałem po długim słupku- guma odbijając się jeszcze od słupka po raz drugi zatrzepotała w sanockiej bramce. W 17. minucie zawodnicy z Podkarpacia raz jeszcze musieli uciec się do wykroczenia poza przepisy, aby przerwać akcję GieKSy- tym razem boks kar odwiedził Marek Strzyżowski. W okresie gry w przewadze Pontus Englund zaprezentował katowickiej publiczności siłę swojego strzału- mocnym uderzeniem podwyższając prowadzenie swojego zespołu.

Niewiele zmienił się obraz gry w drugiej tercji. W 22. minucie Igor Smal wyprowadził krążek z własnej tercji, decydując się w końcowej fazie akcji zagrać krążek do Brandona Magee. Pozostawienie Kanadyjczyka bez opieki w okolicach koła bulikowego mogło dla sanoczan skończyć się tylko w jeden sposób- utratą czwartej bramki. W 27. minucie na swoją firmową wrzutkę spod niebieskiej linii zdecydował się Santeri Koponen. Lot krążka przeciął Patryk Wronka, czym kompletnie zmylił Filipa Świderskiego. W ostatnich sekundach odsłony kolejny ofensywny zryw zaprezentował Lauri Huhdanpää- będący zdecydowanie najmocniejszym ogniwem sanoczan. Zryw lewym skrzydłem Fin wykończył wrzutką na bramkę, a tam łopatkę swojego kija zdołał dołożyć Bartosz Florczak, uprzedzając interweniującego Michała Kielera umieścił krążek w bramce pomiędzy jego parkanami.

Wysokie prowadzenie gospodarzy w dużej mierze wpłynęło na obraz gry w trzeciej tercji. Jedynym akcentem bramkowym okazała się akcja z 52. minuty, kiedy to Bartosz Fraszko po podaniu Patryka Wronki zdobył szóstą bramkę dla katowiczan.

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice w finale Pucharu Kontynentalnego w Cardiff zagra bez czterech Kanadyjczyków

Od czwartku 16 stycznia do niedzieli 19 stycznia rozgrywany będzie w Cardiff finał Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski dziś o godz. 20.30 zmierzą się z gospodarzami turnieju Cardiff Devils, a w sobotę o godz. 19 zagrają z Bruleurs de Loups. Z francuskim klubem katowiczanie rywalizowali w turnieju półfinałowym przegrywając z nimi w listopadzie w Danii 2:4.

Dobra wiadomość jest taka, że podopieczni trenera Jacka Płachty na pewno uplasują się w stolicy Walii na podium, bo w tegorocznej edycji Pucharu Kontynentalnego wystąpią tylko trzy drużyny, gdyż z przyjazdu zrezygnował kazachski Arłan Kokczetaw. Dużo gorsza jest ta, że GKS poleciał do Cardiff zaledwie w 18-osobowym składzie, w którym znalazło się dwóch bramkarzy.

Wszystko dlatego, że trójka katowickich młodzieżowców – Maksymilian Dawid oraz Jakub i Jonasz Hofmanowie – w tym tygodniu uczestniczy w mistrzostwach świata do lat 20 dywizji 1B w Tallinnie. Z kolei z przyczyn proceduralnych związanych z długotrwałą procedurą przyznawania kart pobytu w Strefie Schengen, do Cardiff nie mogli udać się Kanadyjczycy Travis Verveda, Stephen Anderson, Brandon Magee i Dante Salituro. Po prostu gdyby wyjechali poza Strefę Schengen to nie mogliby wrócić do Polski na końcówkę obecnego sezonu Tauron Hokej Ligi. Przez to katowiczanie będą zmuszeni grać w obu meczach z silnymi rywalami na trzy piątki.

Na szczęście tego problemu nie mają ich rodacy grający dłużej w naszym kraju, czyli Ben Sokay i Jean Dupuy oraz dwaj inni zawodnicy urodzeniu za oceanem – Amerykanin John Murray, który ożenił się z Polką i mający polskie korzenie Kanadyjczyk Christian Mroczkowski. Obaj mają bowiem polskie obywatelstwo.

– Żałujemy, że w Cardiff nie będziemy mogli zagrać w najsilniejszym składzie. Klub dochował wszelkiej staranności przy wszystkich procedurach, które rozpoczęły się już wiele miesię-cy temu. Nie mamy jednak wpły-wu na terminy ich rozpatrywania. Jestem jednak głęboko przekonany, że grupę zawodników udającą się do Cardiff stać na osiągnięcie bardzo dobrych wyników – powiedział Krzysztof Nowak, prezes GKS.

Katowiczanie po raz trzeci zagrają w finale PK. W 2019 roku w Belfaście zajęli trzecie miejsce, a w poprzednim sezonie w Cardiff czwarte. Na tegoroczny turniej do stolicy Walii wybiera się spora grupa kibiców GieKSy.

hokej.net – Nie igraj z diabłami! GieKSa przegrywa na inaugurację. Decydująca druga tercja

Hokeiści GKS-u Katowice na inaugurację zmagań w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego musieli uznać wyższość ekipy Cardiff Devils. Walijczycy będąc wyraźnie lepszą drużyną, pokonali wicemistrzów Polski 6:3. Decydująca dla losów spotkania okazała się druga tercja, w której rywale aż pięciokrotnie zdołali pokonać Johna Murraya.

Jedynie trzy pełne formacje miał dzisiejszego wieczoru do dyspozycji trener Jacek Płachta. Tak wąska kadra katowiczan jak doskonale wiemy wymuszona została względami pozasportowymi. Nutką optymizmu dla katowickich kibiców okazał się powrót do meczowej kadry Mateusza Bepierszcza, którego charakter i wola walki w tak wymagających spotkaniach mogą okazać się na wagę złota.

Od pierwszego wznowienia, które padło łupem Joeya Martina, było jasne z jak wymagającym rywalem przyjdzie mierzyć się wicemistrzom Polski. Walijczycy bez ogródek przeszli do szturmowania katowickiej tercji. Już pierwsze sekundy okazały się okresem wzmożonej pracy dla Johna Murraya. Reprezentant Polski wszedł w spotkanie pewnymi interwencjami, ratując swój zespół z opresji. Północnoamerykański styl gry rywala wydatnie wdał się we znaki hokeistom GieKSy. Przekonał się o tym nawet uchodzący za jednego z większych twardzieli na taflach THL Pontus Englund, który zaliczył efektowny kontakt z bandą po interwencji przeciwnika. Okazją do złapania oddechu była kara nałożona na Joshna MacDonalda. Walijczycy zaprezentowali się jednak bardzo solidnie podczas gry w osłabieniu, nie pozwalając przegrać się katowiczanom. W 15. minucie role się odwróciły i miejsce w boksie kar zajął Pontus Englund. Hokeiści z Cardiff zaprezentowali swój potencjał ofensywny, imponując szybkim rozegraniem krążka. Devils w kolejnych minutach dali się poznać jako drużyna, która potrafi błyskawicznie przeorganizować się z obrony do ataku- wielokrotnie zmuszając Johna Murraya do wzbicia się na wyżyny umiejętności bramkarskich.

Drugą tercję polski zespół rozpoczął w liczebnej przewadze, bowiem u schyłku pierwszej odsłony wykluczony został Josh Batch. Po wyrównaniu formacji katowiczanie zdołali utrzymać się w tercji rywala. Koronkowe rozegranie krążka wypracowało świetną pozycję strzelecką dla Jeana Dupuy, który pokonując Maca Carrutha otworzył wynik spotkania. Niestety podopieczni Jacka Płachty nie zdołali długo utrzymać prowadzenia. W 24. minucie GieKSa próbowała zainicjować atak wyprowadzając długie podanie z własnej tercji. Przejęty przez rywala krążek błyskawicznie wrócił do katowickiej „zony”. Z próbą Joeya Martina zdołał sobie poradzić sobie Murray, jednak wobec dobitki MacDonalda był już kompletnie bezradny. Gdy wydawało się, że gra będzie toczyć się w stylu „cios za cios” defensywa GieKSy wyciągnęła dłoń do rywala, tracąc krążek w okolicach własnej bramki. Błąd rozegrania pomiędzy Koponenem a Varttinenem wykorzystał Duggan, który przejętą gumę podał do Reida Duke’a- a ten wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 33. minucie Mateusz Michalski w swoim charakterystycznym stylu objeżdżając bramkę próbował zaskoczyć Carrutha. Niestety nie udała mu się ta sztuka, a po chwili próbując odzyskać utracony krążek, faulował rywala. Grający w przewadze Devils dali popis rozegrania na jeden kontakt-imponującą akcję na bramkę zamienił Brett Perlini. 28 sekund później katowiczan wypunktował Zach O’Brein, stając się autorem czwartej bramki. Tercję, o której wicemistrzowie Polski z pewnością chcieliby jak najszybciej zapomnieć bramkowym akcentem zakończył Cole Sanford,. Kanadyjczyk pomimo asysty katowickich obrońców, zdołał skierować krążek do bramki.

Choć po dwóch tercjach wynik był mocno niekorzystny dla katowickiego zespołu, to hokeiści wicemistrzów Polski wyszli na trzecią odsłonę ze świadomością, że każda zdobyta bądź stracona bramka może wpływać na końcową klasyfikację w przypadku konieczności stworzenia tzw. małej tabeli. Mocny początek ze strony GieKSy nie dał jednak upragnionej bramki. Drogę do siatki udało się znaleźć dopiero w okresie gry w przewadze w 50. minucie. Z lewego skrzydła mocnym strzałem z nadgarstka popisał się Bartosz Fraszko. Tym samym w 54. minucie odpłacili się rywale, gdy boks kar odwiedził Jean Dupuy. Kanadyjczyk wyprowadził groźną akcję, po której mógł pokonać Carrutha, w wykończeniu akcji zabrakło napastnikowi niestety zimnej krwi, co więcej swój rajd wykończył zagraniem wysoko uniesionym kijem, a Walijczycy kolejny raz efektywnie rozegrali swój power-play. Ambitnie i do końca walczący hokeiści z Katowic zdołali odpowiedzieć tylko jednym trafieniem. Podanie Patryka Wronki w 56. minucie do siatki skierował Bartosz Fraszko, uprzedzając interweniującego Carrutha i zdobywając swoją drugą bramkę.

W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”. Bramkarskie show Pintariča i Murraya

GKS Katowice zanotował drugą porażkę w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski po serii karnych ulegli 2:3 Brûleurs de Loups de Grenoble. Karnego na wagę zwycięstwa wykorzystał Aurélien Dair. Pierwszoplanowe role rozegrali jednak obaj golkiperzy- ozdobą spotkania były interwencje Matija Pintariča i Johna Murraya.

Przegrana w inauguracyjnym spotkaniu sprawiła, że jeżeli hokeiści GKS-u Katowice wciąż marzą o zdobyciu medalu z kruszcu cenniejszego niż brąz, to muszą zrewanżować się ekipie Brûleurs de Loups de Grenoble za listopadową porażkę w Aalborgu. Wówczas katem GieKSy okazał się Alexandre Mallet, który dwukrotnie wpisując się na listę strzelców poprowadził swój zespół do zwycięstwa 4:2.

Początek spotkania miał zgoła odmienny przebieg niż czwartkowa rywalizacja przeciwko Cardiff Devils. Wicemistrzowie Polski dłużej utrzymywali się w posiadaniu krążka i nie musieli mierzyć się z tak agresywnym forecheckiem ze strony rywala. Niestety w 7. minucie podopieczni Pera Hånberga udowodnili, że przeciwnik posiadający w swoim szeregach tak wielu klasowych graczy jest w stanie błyskawicznie wyprowadzić bramkową akcję. Nicolas Deschamps pomimo asysty Santeriego Koponena zdołał pokonać z krążkiem całą tercję, wykańczając swoją akcję strzałem. Choć z jego próbą poradził sobie John Murray, to wobec dobitki Adela Koudriego był już kompletnie bezradny. Zdobyta bramka sprawiła, że „Wilki” poczuły się znacznie pewniej, przejmując inicjatywę. W kolejnych minutach wiodącymi postaciami okazali się bramkarze. Świetne interwencje zarówno Matija Pintariča i Johna Murraya sprawiły, że żadna ze stron pomimo naprawdę dobrych okazji ku temu nie zdołała zdobyć bramek.

Pierwsze minuty drugiej tercji należały do podopiecznych Jacka Płachty, którzy wyraźnie szukali sposobności do wyrównania stanu rywalizacji. Sztuka ta udała się w 27. minucie. Ben Sokay wygrywając bulik zagrał gumę za plecy do Santeriego Koponena, który atomowym strzałem zdołał w końcu znaleźć sposób na broniącego jak w transie Pintariča. Już chwilę później katowiczanie mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Akcji sam na sam nie zdołał jednak wykorzystać Patryk Wronka. Po oddaniu strzału katowicki napastnik był faulowany jeszcze przez rywala, w związku z czym GieKSa stanęła przed możliwością gry w przewadze. Ta układała się w naprawdę przyjemny dla oka sposób, jednak nie przyniosła drugiej bramki polskiemu zespołowi. W 31. minucie do boksu kar został oddelegowany Valentin Grossetete. Tym razem wicemistrzowie Polski rozgrywając przewagę postawili na efektywność. Po mocnym strzale Pontusa Englunda, Pintarić nie zdołał zamrozić gumy, którą do bramki dobił Grzegorz Pasiut.

Obie ekipy kreowały sobie kolejne dogodne sytuacje do zdobycia bramek- na wyżyny swoich umiejętności wchodzili jednak golkiperzy. Z pewnością w szeregu GieKSy pozostanie spory niedosyt po niewykorzystaniu aż 4 minuty przewagi, gdy karę 2+2 za trafienie w twarz wysoko uniesionym kijem otrzymał Boivin. W 55. minucie za swoje przewinienie wykluczony z gry został Santeri Koponen. Podopieczni Pera Hånberga błyskawicznie zdołali wykorzystać swoją przewagę. Pod bramką Johna Murraya doszło do gęstej kotłowaniny. W ostrej naparzance o krążek najprzytomniej zachował się Matias Bachelet, który skierował gumę do siatki. Okoliczności bramki sprawiły, że sędziowie długo analizowali, czy została ona zdobyta w prawidłowy sposób. Ostatecznie podtrzymali jednak decyzję o uznaniu trafienia. Schyłek trzeciej tercji upłynął na okresie gry w przewadze GKS-u Katowice. Ekipa „Wilków” zdołała się wybronić z gry w osłabieniu, wobec czego czekała nas dogrywka.

W 62. minucie spotkanie powinien skończyć Nicolas Deschamps, jednak jego strzał w niewyobrażalny sposób został zatrzymany na kiju Johna Murraya, bądź rzucającego się na krążek Pontusa Englunda. W 63. minucie pomimo protestów miejsce w boksie kar zmuszony był zająć Damien Fleury. Zespół Jacka Płachty nie znalazł jednak pomysłu jak przewagę 4/3 zamienić na bramkę. Remis utrzymał się aż do 65. minuty, w związku z czym o losach spotkania rozstrzygać musiały karne. Serię najazdów świetnie otworzył Ben Sokay, pewnie wykorzystując swoją próbę. Francuzi odpowiedzieli dopiero w czwartej serii, gdy Johna Murraya wymanewrował Damien Fleury. O zwycięstwie „Wilków” rozstrzygnął Aurelien Diar w siódmej serii.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga