Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dwóch tygodni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Rozpoczęto głosowanie w plebiscycie Złote Buki 2024. Listę nominowanych znajdziecie na stronie: https://zlotebuki.gkskatowice.eu/
Piłkarki po powrocie do treningów rozegrały jeden test-mecz, z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 3:2 (2:1). Kolejny sparing zespół rozegra w najbliższą sobotę z Grotem SMS-em Łódź. Z klubem podpisała kontrakt reprezentantka Łotwy Sante Sanije Vuškāne. Drużyna męska wygrała turniej Spodek Super Cup i obecnie przebywa na zgrupowaniu w tureckiej Larze. Zespół rozegrał w Turcji trzy sparingi. W pierwszym z nich zremisowaliśmy z serbską ekstraklasową drużyną FK Železničar 1:1 (0:0). W kolejnych nasz zespół przegrał z węgierskim zespołem Nyíregyháza Spartacus 1:3 (0:3) i pokonał ukraińską drużynę Weres Równe 4:3 (2:1). Na piątek zaplanowano ostatni sparing podczas zgrupowania z bułgarskim Arda Kyrdżali. Więcej na temat zgrupowania i spotkań znajdziecie na oficjalnej stronie GieKSy. Zespół wróci do Polski w sobotę 25 stycznia. Z drużyną związał się umową Konrad Gruszkowski, a Jakub Arak przenosi się do Polonii Bytom.
Siatkarze rozegrali dwa spotkania: w pierwszym z nich pokonali Barkom Każany Lwów 3:0, w drugim przegrali z Asseco Resovią 0:3. Okazja na zdobycie punktów będzie już w sobotę 25 stycznia 0 20:30, na wyjeździe z Bogdanką LUK Lublin.
Hokeiści, przed turniejem w Cardiff, rozegrali trzy spotkania ligowe – wszystkie wygrane. W pierwszym z nich pokonali Podhale 9:0, następnie Zagłębie 4:1 oraz STS Sanok 6:1. Podczas turnieju finałowego Pucharu Kontynentalnego zespół doznał dwóch porażek: z Cardiff Devils 3:6 oraz z Brûleurs de Loups 2:3 (po rzutach karnych). Drużyna zdobyła brązowe medale. Najbliższe spotkanie ligowe zespół rozegra w piątek 24 stycznia o 18:00 z Unią Oświęcim, na wyjeździe.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Reprezentantka Łotwy w GKS-ie Katowice
W rundzie rewanżowej Orlen Ekstraligi w barwach GKS-u Katowice zobaczymy Łotyszkę Sante Sanije Vuškāne.
Dziewiętnastoletnia zawodniczka, która występuję na pozycji napastniczki, związała się kontraktem ważnym do końca sezonu 2026/2027.
Vuškāne występowała ostatnio w drużynie wicemistrza Łotwy, RFS Women, a w przeszłości reprezentowała barwy Iecava/DFS i FS Metta. Powoływana do młodzieżowych reprezentacji swojego kraju zawodniczka miniony sezon zakończyła jako liderka klasyfikacji strzelczyń, zdobywając 24 ligowe gole.
W 2004 roku 19-latka wystąpiła w czterech spotkaniach seniorskiej reprezentacji Łotwy.
bts.rekord.com.pl – Rekord Bielsko-Biała – GKS Katowice 2:3 (1:2)
Liderki ORLEN Ekstraligi sparingiem z „rekordzistkami” rozpoczęły krótkie zgrupowanie w Bielsku-Białej. GKS od początku próbował narzucić swoje tempo gry i próbował odebrać piłkę w strefie defensywnej bielszczanek. W 13. minucie Karolina Bednarz wyprowadziła idealny kontratak, który wykończyła Klaudia Maciążka. Z upływem czasu gospodynie zaczęły śmielej wyprowadzać ataki, czego ukoronowaniem była bramka Igi Witkowskiej (na zdjęciu), po „centrostrzale” z 31. minuty. Nie trzeba było długo czekać, aby Dominika Misztal ponownie wyprowadziła na prowadzenie katowiczanki po strzale z dystansu.
Początek drugiej połowy przebiegał podobnie, jak koniec pierwszej – dużo walki na boisku, atak pozycyjny GieKSy oraz czekanie na swoją szansę „biało-zielonych”. Okazja nadeszła w 60. minucie, kiedy Julia Gutowska prostopadłym podaniem uruchomiła Darię Długokęcką, która nie tylko idealnie wykorzystała swoją szybkość, ale również zdolność finalizacji, wygrywając pojedynek „sam na sam” z bramkarką. Mecz, jego rezultat, w 66. minucie zamknęła Kinga Kozak, wykańczając otrzymaną piłkę za plecy bloku defensywnego.
dziennikzachodni.pl – Ponad 9500 kibiców na Spodek Super Cup 2025. Takiej atmosfery w legendarnej hali dawno nie było. Na boisku wygrał GKS Katowice!
Kapitalny turniej w katowickim Spodku. Druga edycja Super Cup przyciągnęła komplet kibiców, którzy stworzyli znakomitą atmosferę i żywo reagowali na wydarzenia boiskowe.
9.512 kibiców zasiadło na trybunach w katowickiej legendarnej hali, by zobaczyć II Spodek Super Cup. Fani GKS Katowice, Górnika Zabrze, Banika Ostrawa, Spartaka Trnava, Wisłoki Dębica, ROW-u 1964 Rybnik, JKS Jarosław oraz Drużyny Gwiazd Superbet przeżyli duże emocje i mieli okazję, by zdobyć autografy i zrobić pamiątkowe zdjęcia z piłkarzami.
Chociaż przed Spodkiem zgromadziły się potężne siły policji to turniej był wydarzeniem przyjacielskim. Na widowni fani bawili się wspólnie, nie zabrakło też ryzykownej w takich warunkach pirotechniki, która wymusiła na organizatorach otwarcie drzwi i znaczące (choć chwilowe) obniżenie temperatury.
Większość szkoleniowców mocno odmłodziła składy drużyn, nie chcąc ryzykować kontuzji swoich gwiazd, ale nie wszystkich dało się powstrzymać. W Górniku zagrał między innymi Lukas Podolski, który nie oszczędzał się też w fanzonie spędzając czas z kibicami. Jedynym godnym konkurentem mistrza świata z 2014 roku w liczbie rozdanych autografów był… sędzia Szymon Marciniak, otaczany zwłaszcza przez najmłodszych wielbicieli futbolu. Warto dodać, ze w gronie arbitrów był także były prezes PZPN Michał Listkiewicz, czyli pierwszy Polak, który brał udział w finale mundialu.
Ze składem nie eksperymentowała Drużyna Gwiazd Superbet ze Sławomirem Peszką na czele.z Marcinem Wasilewskim, Adrianem Mierzejewskim, Piotrem Świerczewskim czy Pawłem Brożkiem, która jednak nie miała żadnych szans w starciu z aktualnymi ligowcami. Zdecydowanie najlepiej prezentował się za to Spartak Trnava, który po dwóch wysokich wygranych jako pierwszy zameldował się w półfinale. W ostatnim meczu grupowym Słowacy mogli stracić jednak pierwsze miejsce, bo przegrywali z Górnikiem już 1:3, ale doprowadzili do remisu na 10 sekund przed końcem „wyrzucając” zabrzan z finału, w którym czekał już GKS Katowice.
Humory zdecydowanie dopisywały wszystkim niezależnie od wyników. Jan Urban po inauguracyjnym remisie zabrzan z ROW-em zastanawiał się, jak wytłumaczy ten wynik dziennikarzom.
Elementem zabawy był też mecz dzieci z Akademii Górnika oraz GKS-u. Zabrzańska młodzież wygrała 5:0, a „profesjonalnej” fety zgotowanej im po spotkaniu przez Torcidę z pewnością nigdy nie zapomni.
W meczu o trzecie miejsce Górnik Zabrze pokonał Wisłokę Dębica, a w wielkim finale GKS Katowice okazał się lepszy od Spartaka Trnava (3:0). O tym, że gra o triumf była na serio świadczyły także czerwone kartki…
sportowefakty.wp.pl – Wrócił ze Słowacji do Polski. Pierwsze zimowe wzmocnienie GKS-u Katowice
Konrad Gruszkowski wraca do polskiej ligi. Zawodnik, który ostatnio występował na Słowacji, trafił do GKS-u Katowice, z którym związał się kontraktem do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia.
GKS Katowice dokonał pierwszego transferu w zimowym oknie. Mimo iż sytuacja beniaminka jest ustabilizowana (10. miejsce w PKO Ekstraklasie) i wydawać by się mogło, że wystarczy niczego nie popsuć, to w klubie cały czas pracują nad wzmocnieniami.
I pierwszym takowym został prawy obrońca Konrad Gruszkowski. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.
Gruszkowski w ostatnim czasie występował na Słowacji. Przez półtora roku reprezentował barwy FC DAC 1904 Dunajska Streda. Licznik jego meczów w tym klubie zatrzymał się na liczbie 31.
Pierwszą część obecnego sezonu stracił z powodu z kontuzji, ale pod koniec roku grał już regularnie.
Do GKS-u trafił na zasadzie transferu definitywnego. Kwota odstępnego nie została podana, ale katowiczanie nie musieli płacić zbyt dużo, ponieważ Gruszkowski miał ważny kontrakt jeszcze tylko przez pół roku.
23-latek najbardziej kojarzony jest z Wisły Kraków, w której w 2020 roku debiutował w Ekstraklasie. W sumie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce zaliczył 37 spotkań.
SIATKÓWKA
siatka.org – Outsider z trzecim zwycięstwem w sezonie
GKS Katowice odniósł trzecie zwycięstwo w sezonie. Zespół z Górnego Śląska w trzech setach pokonał Barkom Każany Lwów. Jednak mimo kompletu punktów sytuacja katowiczan w tabeli PlusLigi wciąż jest trudna – z dorobkiem dziewięciu punktów, zajmują ostatnie miejsce.
W mecz lepiej wszedł GKS, który po asie serwisowym Jewgienija Kisiliuka odskoczył na 6:3. Gospodarzy do walki próbował poderwać Ilia Kowalow, ale goście odpowiedzieli blokiem, a po akcjach Aymena Bouguerry odbudowali swoją przewagę (16:12). Barkom stać było jeszcze na jeden zryw. Przy zagrywce Marta Tammearu wrócił do gry, lecz seria jego błędów spowodowała, że to katowiczanie byli na fali (22:18). W końcówce dołożyli jeszcze blok, a między innymi po akcji ze środka Łukasza Usowicza triumfowali w premierowej odsłonie (25:20).
W drugim secie podopieczni Emila Siewiorka poszli za ciosem. Po akcjach Bartosza Gomułki i Bartłomieja Krulickiego zbudowali sobie solidną zaliczkę (6:3). Do walki lwowian poderwał jednak Wasyl Tupczij, a po błędach rywali gospodarze wrócili do gry (11:11). Dołożyli szczelny blok, a po dwóch asach serwisowych Tupczija sami przejęli inicjatywę na boisku (18:14). Przyjezdni odpowiedzieli blokiem, a po akcji Alexandra Bergera wrócili do gry (23:23). O losach seta zadecydowała batalia na przewagi, a w niej Berger przechylił szalę zwycięstwa na stronę katowiczan (26:24).
W trzeciej odsłonie przebudził się Barkom, który lepiej wytrzymał wymianę ciosów, a za sprawą udanych zagrań Tupczija wypracował sobie solidną nadwyżkę (9:5). GKS straty zaczął odrabiać przy zagrywce Joshuy Tuanigi, a po czapie Damiana Domagały katowiczanie wrócili do gry (11:11). Wymiana ciosów trwała w najlepsze, lecz po asie serwisowym Bergera szala zaczęła przechylać się na stronę gości (20:18). W końcówce ważne punkty blokiem zdobył Domagała, a błędy lwowian odebrały im resztki nadziei na przedłużenie spotkania. Ostatecznie po punktującej zagrywce Bouguerry GKS triumfował 25:21.
MVP: Bartosz Mariański
Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 0:3 (20:25, 24:26, 21:25)
Asseco Resovia wreszcie tak, jak powinna
Asseco Resovia Rzeszów weszła na odpowiedni kurs. PlusLiga tym razem nie zaskoczyła i rzeszowianie pewnie pokonali ostatni zespół w tabeli, GKS Katowice. W żadnym z trzech setów gospodarze nie dobrnęli do granicy 20 oczek, a MVP spotkania wybrano byłego gracza katowickiego zespołu, Lukasa Vasinę.
Chociaż na początku spotkania 4:2 prowadził GKS Katowice, to szybko mocna zagrywka rywali pozwoliła na remis (8:8). Przez chwilę gra była wyrównana, ale najpierw Gregor Ropret, a kilka chwil później Stephen Boyer swoimi seriami w polu zagrywki praktycznie ustawili premierową odsłonę. Obroną na drugą stronę kolejne oczko zdobył nawet Michał Potera (21:15). Nic już nie odmieniło losów tej partii i po bloku Dawida Wocha Resovia prowadziła 1:0.
Początek kolejnego seta był wyrównany, ale kontry ze skrzydeł Asseco Resovii szybko przyniosły im trzypunktową zaliczkę (9:6). Podopieczni Tuomasa Sammlvuo wygrywali przedłużone odsłony, skuteczny był między innymi Lukas Vasina (14:9). Rzeszowianie dokładali udane zagrania na siatce, a GKS nie miał czym na to odpowiedzieć. Punkt bezpośrednio zza linii 9. metra zdobył jeszcze Damian Domagała, ale najpierw Boyer, a potem Vasina domknęli drugą część meczu.
Od pierwszych piłek trzeciej partii gra była wyrównana, maksymalna różnica wynosiła dwa oczka (8:10). GKS grając środkiem, spisywał się bardzo dobrze. Jewgienij Kisiliuk był skuteczny (15:15), ale w połowie seta goście włączyli wyższy bieg. Bartosz Bednorz skończył kontrę, a Karol Kłos wykorzystał piłkę przechodzącą (19:15). Asseco Resovia na swoją stronę przechyliła jedną z najdłuższych akcji (23:16), na to GKS odpowiedział błędem, który doprowadził do piłki meczowej. Ostatni punkt w tym błyskawicznym pojedynku zdobył Lukas Vasina.
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 0:3 (18:25, 18:25, 17:25)
HOKEJ
hokej.net – Surowy odwet za urwanie punktu. Shutout Kielera i dublet Magee
Hokeiści GKS-u Katowice efektownym festiwalem strzeleckim zrewanżowali się ekipie Podhala Nowy Targ za stracony w niedziele punkt. Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem spotkaniu 38. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali „Górali” 9:0. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Brandon Magee, dla którego były to pierwsze trafienia po powrocie do polskiej ligi.
Choć niedzielna konfrontacja obu zespołów zapowiadana była jako spotkania Dawida z Goliatem, to kibicom było dane kolejny raz przekonać się o tym, że w hokeju jak w mało którym sporcie należy spodziewać się niespodziewanego. Ambitnie walczący „Górale” zdołali wyrwać wicemistrzom Polski punkt, przegrywając dopiero po serii najazdów. Uwagę katowickich kibiców w dzisiejszym spotkaniu skupiał jednak debiutujący w barwach GieKSy- Adam Hornik. 16- latek to jeden z najbardziej obiecujących zawodników Akademii „Młoda GieKSa”. Napastnik swoją hokejową przygodę w akademii GKS-u rozpoczął w 2017 roku. Tym samym Hornik stanie się pierwszym wychowankiem Akademii „Młoda GieKSa”, który zadebiutuje w pierwszym zespole na najwyższym poziomie rozgrywkowym.
Niemalże od pierwszego wznowienia w postawie podopiecznych Jacka Płachty było widoczne mocne postanowienie poprawy. Inauguracyjne minuty spotkania okazały się okresem wytężonej pracy dla Alexa Horawskiego, który musiał uwijać się jak w ukropie, aby uchronić swój zespół przed utratą bramki. Niewiele do powiedzenia miał jednak 27-letni golkiper w 4. minucie, gdy Brandon Magee z największą precyzją pociągnął uderzenie po długim słupku, otwierając wynik spotkania. Choć chwilę po zdobyciu bramki na ławce kar zameldował się Dante Salituro, to w znikomym stopniu liczebne osłabienie gości wpłynęło na obraz gry. W 8. minucie katowiczanie kolejny raz zdołali zmaterializować swoją przewagę. Na wrzutkę z niebieskiej linii zdecydował się Johan Norberg. Ograniczoną możliwość oceny sytuacji miał wyraźnie zasłonięty Horawski i po chwili krążek zatrzepotał w siatce jego bramki. Sytuacji Podhala nie poprawiła nałożona na w 10. minucie kara dwóch minut na Jakuba Michalskiego. W liczebnej przewadze sporą aktywność przejawiał Grzegorz Pasiut. „Profesorowi” na drodze do szczęścia stanął jednak słupek a po chwili, z jego strzałem poradził sobie Horawski. Po odparciu szturmu, gospodarze zdołali pokusić się o wyprowadzenie swoich ataków, w których pierwsze skrzypce grał Filip Wielkiewicz. „Kojot” najpierw próbował w stylu laccrose zaskoczyć Kielera, a po chwili po jego strzale z backhandu krążek wybrzmiał na słupku.
Również początek drugiej tercji należał do GieKSy. W 25. minucie stoickim spokojem wykazał się Christian Mroczkowski, który otrzymując podanie od Santeriego Koponena, popatrzył w jaki sposób jest ustawiony jest Horawski a następnie precyzyjnym podaniem podwyższył prowadzenie. W kolejnych minutach temperatura na lodzie powędrowała w górę, gdy do gardeł skoczyli sobie Robert Mrugała i Johan Norberg. Wydarzenia z 26. minuty wiązały się dla „Górali” z koniecznością gry w osłabieniu, gdyż arbitrzy wycenili zachowanie Mrugały na podwójną kare mniejszą 2+2, a na Norberga nałożyli jedynie dwuminutowe wykluczenie. Po chwili niełatwa sytuacja Podhala skomplikowała się jeszcze mocniej, gdy do boksu kar dołączył Damian Tomasik. Z tych opresji „Górale” zdołali jednak wyjść obroną ręką, utrzymując wynik aż do 38. minuty, gdy autorem czwartej bramki został Grzegorz Pasiut, dobijając strzał Varttinena.
W końcowej fazie spotkania długie minuty spędzone we własnej tercji dały się we znaki zawodnikom Podhala, którym wyraźnie brakowało sił aby przeciwstawiać się kolejnym atakom GieKSy. W 52. minucie swoją drugą bramkę zdobył Brandon Magee, posyłając szybki strzał przy słupku. W kolejnych minutach wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Sygnał do ataku nadał Patryk Wronka, w 54. minucie wykorzystując grę w przewadze, a kolejne trafienia dołożyli Sokay, Varttinen oraz Kallionkieli.
Pewne zwycięstwo GieKSy. Dwa gole profesora Pasiuta
Bez większych problemów hokeiści GKS-u Katowice pokonali Zagłębie Sosnowiec 4:1 w 36. kolejce TAURON Hokej Ligi. Dwie bramki dla gospodarzy zdobył doświadczony Grzegorz Pasiut, który po profesorsku zachował się w klarownych sytuacjach przed bramką Patrika Spěšnego.
W pierwszych minutach meczu to hokeiści z Sosnowca wykazywali więcej animuszu w swoich poczynaniach i kilka razy zagrozili bramce Johna Murray, który nie dał się zaskoczyć.
Pierwszego gola zgromadzeni kibice zobaczyli w 14. minucie gdy Patryk Wronka zagrał przed bramkę to niepilnowanego Grzegorza Pasiuta, a ten bez problemów skierował gumę do bramki. Sędziowie analizowali jeszcze wideo, bo do pola bramkowego został wepchnięty Bartosz Fraszko, jednak szybko wskazali na środek. Dwie minuty później gospodarze zdobyli drugiego gola. Brandon Magee ruszył skrzydłem i uderzył z nadgarstka z okolicy bulika. Krążek powędrował w długi róg i zaskoczył Patrika Spěšnego.
Kontaktowego gola powinien zdobył Eric Kaczynski na początku drugiej odsłony, jednak nie wykorzystał sytuacji sam na sam uderzając w parkany „Jasia Murarza”. To się zemściło, gdyż w następnej akcji gola zdobył ponownie Grzegorz Pasiut. Doświadczony napastnik wykorzystał niefortunny wygrany bulik przez gospodarzy i znalazł się sam przed Spěšným. Jego precyzyjny strzał wylądował nad barkiem bramkarza i wylądował pod poprzeczką.
W trzeciej tercji wygraną przypieczętowali gospodarze. W 44. minucie Christian Mroczkowski dobił do pustej bramki strzał z niebieskiej Pontusa Englunda. Sosnowiczan było stać tylko na jednego gola, chociaż kilka razy niepokoili bramkę gospodarzy. Murray skapitulował dopiero po strzale Mirko Djumićia, który z bliska dobił strzał Jakuba Šaura.
Choć w przetasowanych formacjach, to bez problemów- GieKSa pokonuje STS
GKS Katowice choć musiał radzić sobie w dzisiejszym spotkaniu bez kilku kluczowych zawodników pokonał 6:1 Texom STS Sanok. Podopieczni Jacka Płachty zaprezentowali pełnie swojego potencjału ofensywnego, a ciężar zdobywania bramek rozłożył się pomiędzy sześciu zawodników.
W mocno przemeblowanych formacjach do dzisiejszego spotkania przystąpiła drużyna GKS-u Katowice. W składzie wicemistrzów Polski znalazło się bowiem jedynie czterech nominalnych obrońców. Wakaty w formacji defensywnej zmuszeni były wypełnić nominalni napastnicy: Mateusz Michalski oraz Stephen Anderson.
Już po 85 sekundach po raz pierwszy otworzyły się drzwiczki boksu kar, a w nim zasiadł Kacper Maciaś, który wykroczył poza przepisy atakując rywala kolanem. Okres gry w przewadze nie przyniósł sanoczanom jednak fajerwerków w ofensywie. Podopieczni Elmo Aittoli pomimo liczebnej przewagi na lodzie nie potrafili znaleźć sposobu aby zamknąć katowiczan we własnej tercji. Po wyrównaniu formacji hokeiści z Górnego Śląska zaczęli stopniowo podkręcać tempo rozgrywania krążka. W 7. minucie role się odwróciły i to goście zmuszeni byli bronić osłabienia. Katowiczanie dali swoim rywalom błyskawiczną lekcję rozgrywania przewagi i potrzebowali ledwie 21 sekund aby otworzyć wynik spotkania. Stephen Anderson posłał strzał, po którym krążek odbijając się od poprzeczki zatańczył na linii bramkowej. Bierność sanockiej defensywy wykorzystał Ben Sokay, który pierwszy dopadł do gumy i wbił ją do bramki. Wraz z upływem kolejnych minut wydarzenia skupiały się w tercji gości, których przed utratą bramki chronił Filip Świderski. Niewiele jednak miał do powiedzenia golkiper sanoczan w 13. minucie. Jean Dupuy swój rajd prawym skrzydłem wykończył strzałem po długim słupku- guma odbijając się jeszcze od słupka po raz drugi zatrzepotała w sanockiej bramce. W 17. minucie zawodnicy z Podkarpacia raz jeszcze musieli uciec się do wykroczenia poza przepisy, aby przerwać akcję GieKSy- tym razem boks kar odwiedził Marek Strzyżowski. W okresie gry w przewadze Pontus Englund zaprezentował katowickiej publiczności siłę swojego strzału- mocnym uderzeniem podwyższając prowadzenie swojego zespołu.
Niewiele zmienił się obraz gry w drugiej tercji. W 22. minucie Igor Smal wyprowadził krążek z własnej tercji, decydując się w końcowej fazie akcji zagrać krążek do Brandona Magee. Pozostawienie Kanadyjczyka bez opieki w okolicach koła bulikowego mogło dla sanoczan skończyć się tylko w jeden sposób- utratą czwartej bramki. W 27. minucie na swoją firmową wrzutkę spod niebieskiej linii zdecydował się Santeri Koponen. Lot krążka przeciął Patryk Wronka, czym kompletnie zmylił Filipa Świderskiego. W ostatnich sekundach odsłony kolejny ofensywny zryw zaprezentował Lauri Huhdanpää- będący zdecydowanie najmocniejszym ogniwem sanoczan. Zryw lewym skrzydłem Fin wykończył wrzutką na bramkę, a tam łopatkę swojego kija zdołał dołożyć Bartosz Florczak, uprzedzając interweniującego Michała Kielera umieścił krążek w bramce pomiędzy jego parkanami.
Wysokie prowadzenie gospodarzy w dużej mierze wpłynęło na obraz gry w trzeciej tercji. Jedynym akcentem bramkowym okazała się akcja z 52. minuty, kiedy to Bartosz Fraszko po podaniu Patryka Wronki zdobył szóstą bramkę dla katowiczan.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice w finale Pucharu Kontynentalnego w Cardiff zagra bez czterech Kanadyjczyków
Od czwartku 16 stycznia do niedzieli 19 stycznia rozgrywany będzie w Cardiff finał Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski dziś o godz. 20.30 zmierzą się z gospodarzami turnieju Cardiff Devils, a w sobotę o godz. 19 zagrają z Bruleurs de Loups. Z francuskim klubem katowiczanie rywalizowali w turnieju półfinałowym przegrywając z nimi w listopadzie w Danii 2:4.
Dobra wiadomość jest taka, że podopieczni trenera Jacka Płachty na pewno uplasują się w stolicy Walii na podium, bo w tegorocznej edycji Pucharu Kontynentalnego wystąpią tylko trzy drużyny, gdyż z przyjazdu zrezygnował kazachski Arłan Kokczetaw. Dużo gorsza jest ta, że GKS poleciał do Cardiff zaledwie w 18-osobowym składzie, w którym znalazło się dwóch bramkarzy.
Wszystko dlatego, że trójka katowickich młodzieżowców – Maksymilian Dawid oraz Jakub i Jonasz Hofmanowie – w tym tygodniu uczestniczy w mistrzostwach świata do lat 20 dywizji 1B w Tallinnie. Z kolei z przyczyn proceduralnych związanych z długotrwałą procedurą przyznawania kart pobytu w Strefie Schengen, do Cardiff nie mogli udać się Kanadyjczycy Travis Verveda, Stephen Anderson, Brandon Magee i Dante Salituro. Po prostu gdyby wyjechali poza Strefę Schengen to nie mogliby wrócić do Polski na końcówkę obecnego sezonu Tauron Hokej Ligi. Przez to katowiczanie będą zmuszeni grać w obu meczach z silnymi rywalami na trzy piątki.
Na szczęście tego problemu nie mają ich rodacy grający dłużej w naszym kraju, czyli Ben Sokay i Jean Dupuy oraz dwaj inni zawodnicy urodzeniu za oceanem – Amerykanin John Murray, który ożenił się z Polką i mający polskie korzenie Kanadyjczyk Christian Mroczkowski. Obaj mają bowiem polskie obywatelstwo.
– Żałujemy, że w Cardiff nie będziemy mogli zagrać w najsilniejszym składzie. Klub dochował wszelkiej staranności przy wszystkich procedurach, które rozpoczęły się już wiele miesię-cy temu. Nie mamy jednak wpły-wu na terminy ich rozpatrywania. Jestem jednak głęboko przekonany, że grupę zawodników udającą się do Cardiff stać na osiągnięcie bardzo dobrych wyników – powiedział Krzysztof Nowak, prezes GKS.
Katowiczanie po raz trzeci zagrają w finale PK. W 2019 roku w Belfaście zajęli trzecie miejsce, a w poprzednim sezonie w Cardiff czwarte. Na tegoroczny turniej do stolicy Walii wybiera się spora grupa kibiców GieKSy.
hokej.net – Nie igraj z diabłami! GieKSa przegrywa na inaugurację. Decydująca druga tercja
Hokeiści GKS-u Katowice na inaugurację zmagań w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego musieli uznać wyższość ekipy Cardiff Devils. Walijczycy będąc wyraźnie lepszą drużyną, pokonali wicemistrzów Polski 6:3. Decydująca dla losów spotkania okazała się druga tercja, w której rywale aż pięciokrotnie zdołali pokonać Johna Murraya.
Jedynie trzy pełne formacje miał dzisiejszego wieczoru do dyspozycji trener Jacek Płachta. Tak wąska kadra katowiczan jak doskonale wiemy wymuszona została względami pozasportowymi. Nutką optymizmu dla katowickich kibiców okazał się powrót do meczowej kadry Mateusza Bepierszcza, którego charakter i wola walki w tak wymagających spotkaniach mogą okazać się na wagę złota.
Od pierwszego wznowienia, które padło łupem Joeya Martina, było jasne z jak wymagającym rywalem przyjdzie mierzyć się wicemistrzom Polski. Walijczycy bez ogródek przeszli do szturmowania katowickiej tercji. Już pierwsze sekundy okazały się okresem wzmożonej pracy dla Johna Murraya. Reprezentant Polski wszedł w spotkanie pewnymi interwencjami, ratując swój zespół z opresji. Północnoamerykański styl gry rywala wydatnie wdał się we znaki hokeistom GieKSy. Przekonał się o tym nawet uchodzący za jednego z większych twardzieli na taflach THL Pontus Englund, który zaliczył efektowny kontakt z bandą po interwencji przeciwnika. Okazją do złapania oddechu była kara nałożona na Joshna MacDonalda. Walijczycy zaprezentowali się jednak bardzo solidnie podczas gry w osłabieniu, nie pozwalając przegrać się katowiczanom. W 15. minucie role się odwróciły i miejsce w boksie kar zajął Pontus Englund. Hokeiści z Cardiff zaprezentowali swój potencjał ofensywny, imponując szybkim rozegraniem krążka. Devils w kolejnych minutach dali się poznać jako drużyna, która potrafi błyskawicznie przeorganizować się z obrony do ataku- wielokrotnie zmuszając Johna Murraya do wzbicia się na wyżyny umiejętności bramkarskich.
Drugą tercję polski zespół rozpoczął w liczebnej przewadze, bowiem u schyłku pierwszej odsłony wykluczony został Josh Batch. Po wyrównaniu formacji katowiczanie zdołali utrzymać się w tercji rywala. Koronkowe rozegranie krążka wypracowało świetną pozycję strzelecką dla Jeana Dupuy, który pokonując Maca Carrutha otworzył wynik spotkania. Niestety podopieczni Jacka Płachty nie zdołali długo utrzymać prowadzenia. W 24. minucie GieKSa próbowała zainicjować atak wyprowadzając długie podanie z własnej tercji. Przejęty przez rywala krążek błyskawicznie wrócił do katowickiej „zony”. Z próbą Joeya Martina zdołał sobie poradzić sobie Murray, jednak wobec dobitki MacDonalda był już kompletnie bezradny. Gdy wydawało się, że gra będzie toczyć się w stylu „cios za cios” defensywa GieKSy wyciągnęła dłoń do rywala, tracąc krążek w okolicach własnej bramki. Błąd rozegrania pomiędzy Koponenem a Varttinenem wykorzystał Duggan, który przejętą gumę podał do Reida Duke’a- a ten wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 33. minucie Mateusz Michalski w swoim charakterystycznym stylu objeżdżając bramkę próbował zaskoczyć Carrutha. Niestety nie udała mu się ta sztuka, a po chwili próbując odzyskać utracony krążek, faulował rywala. Grający w przewadze Devils dali popis rozegrania na jeden kontakt-imponującą akcję na bramkę zamienił Brett Perlini. 28 sekund później katowiczan wypunktował Zach O’Brein, stając się autorem czwartej bramki. Tercję, o której wicemistrzowie Polski z pewnością chcieliby jak najszybciej zapomnieć bramkowym akcentem zakończył Cole Sanford,. Kanadyjczyk pomimo asysty katowickich obrońców, zdołał skierować krążek do bramki.
Choć po dwóch tercjach wynik był mocno niekorzystny dla katowickiego zespołu, to hokeiści wicemistrzów Polski wyszli na trzecią odsłonę ze świadomością, że każda zdobyta bądź stracona bramka może wpływać na końcową klasyfikację w przypadku konieczności stworzenia tzw. małej tabeli. Mocny początek ze strony GieKSy nie dał jednak upragnionej bramki. Drogę do siatki udało się znaleźć dopiero w okresie gry w przewadze w 50. minucie. Z lewego skrzydła mocnym strzałem z nadgarstka popisał się Bartosz Fraszko. Tym samym w 54. minucie odpłacili się rywale, gdy boks kar odwiedził Jean Dupuy. Kanadyjczyk wyprowadził groźną akcję, po której mógł pokonać Carrutha, w wykończeniu akcji zabrakło napastnikowi niestety zimnej krwi, co więcej swój rajd wykończył zagraniem wysoko uniesionym kijem, a Walijczycy kolejny raz efektywnie rozegrali swój power-play. Ambitnie i do końca walczący hokeiści z Katowic zdołali odpowiedzieć tylko jednym trafieniem. Podanie Patryka Wronki w 56. minucie do siatki skierował Bartosz Fraszko, uprzedzając interweniującego Carrutha i zdobywając swoją drugą bramkę.
W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”. Bramkarskie show Pintariča i Murraya
GKS Katowice zanotował drugą porażkę w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski po serii karnych ulegli 2:3 Brûleurs de Loups de Grenoble. Karnego na wagę zwycięstwa wykorzystał Aurélien Dair. Pierwszoplanowe role rozegrali jednak obaj golkiperzy- ozdobą spotkania były interwencje Matija Pintariča i Johna Murraya.
Przegrana w inauguracyjnym spotkaniu sprawiła, że jeżeli hokeiści GKS-u Katowice wciąż marzą o zdobyciu medalu z kruszcu cenniejszego niż brąz, to muszą zrewanżować się ekipie Brûleurs de Loups de Grenoble za listopadową porażkę w Aalborgu. Wówczas katem GieKSy okazał się Alexandre Mallet, który dwukrotnie wpisując się na listę strzelców poprowadził swój zespół do zwycięstwa 4:2.
Początek spotkania miał zgoła odmienny przebieg niż czwartkowa rywalizacja przeciwko Cardiff Devils. Wicemistrzowie Polski dłużej utrzymywali się w posiadaniu krążka i nie musieli mierzyć się z tak agresywnym forecheckiem ze strony rywala. Niestety w 7. minucie podopieczni Pera Hånberga udowodnili, że przeciwnik posiadający w swoim szeregach tak wielu klasowych graczy jest w stanie błyskawicznie wyprowadzić bramkową akcję. Nicolas Deschamps pomimo asysty Santeriego Koponena zdołał pokonać z krążkiem całą tercję, wykańczając swoją akcję strzałem. Choć z jego próbą poradził sobie John Murray, to wobec dobitki Adela Koudriego był już kompletnie bezradny. Zdobyta bramka sprawiła, że „Wilki” poczuły się znacznie pewniej, przejmując inicjatywę. W kolejnych minutach wiodącymi postaciami okazali się bramkarze. Świetne interwencje zarówno Matija Pintariča i Johna Murraya sprawiły, że żadna ze stron pomimo naprawdę dobrych okazji ku temu nie zdołała zdobyć bramek.
Pierwsze minuty drugiej tercji należały do podopiecznych Jacka Płachty, którzy wyraźnie szukali sposobności do wyrównania stanu rywalizacji. Sztuka ta udała się w 27. minucie. Ben Sokay wygrywając bulik zagrał gumę za plecy do Santeriego Koponena, który atomowym strzałem zdołał w końcu znaleźć sposób na broniącego jak w transie Pintariča. Już chwilę później katowiczanie mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Akcji sam na sam nie zdołał jednak wykorzystać Patryk Wronka. Po oddaniu strzału katowicki napastnik był faulowany jeszcze przez rywala, w związku z czym GieKSa stanęła przed możliwością gry w przewadze. Ta układała się w naprawdę przyjemny dla oka sposób, jednak nie przyniosła drugiej bramki polskiemu zespołowi. W 31. minucie do boksu kar został oddelegowany Valentin Grossetete. Tym razem wicemistrzowie Polski rozgrywając przewagę postawili na efektywność. Po mocnym strzale Pontusa Englunda, Pintarić nie zdołał zamrozić gumy, którą do bramki dobił Grzegorz Pasiut.
Obie ekipy kreowały sobie kolejne dogodne sytuacje do zdobycia bramek- na wyżyny swoich umiejętności wchodzili jednak golkiperzy. Z pewnością w szeregu GieKSy pozostanie spory niedosyt po niewykorzystaniu aż 4 minuty przewagi, gdy karę 2+2 za trafienie w twarz wysoko uniesionym kijem otrzymał Boivin. W 55. minucie za swoje przewinienie wykluczony z gry został Santeri Koponen. Podopieczni Pera Hånberga błyskawicznie zdołali wykorzystać swoją przewagę. Pod bramką Johna Murraya doszło do gęstej kotłowaniny. W ostrej naparzance o krążek najprzytomniej zachował się Matias Bachelet, który skierował gumę do siatki. Okoliczności bramki sprawiły, że sędziowie długo analizowali, czy została ona zdobyta w prawidłowy sposób. Ostatecznie podtrzymali jednak decyzję o uznaniu trafienia. Schyłek trzeciej tercji upłynął na okresie gry w przewadze GKS-u Katowice. Ekipa „Wilków” zdołała się wybronić z gry w osłabieniu, wobec czego czekała nas dogrywka.
W 62. minucie spotkanie powinien skończyć Nicolas Deschamps, jednak jego strzał w niewyobrażalny sposób został zatrzymany na kiju Johna Murraya, bądź rzucającego się na krążek Pontusa Englunda. W 63. minucie pomimo protestów miejsce w boksie kar zmuszony był zająć Damien Fleury. Zespół Jacka Płachty nie znalazł jednak pomysłu jak przewagę 4/3 zamienić na bramkę. Remis utrzymał się aż do 65. minuty, w związku z czym o losach spotkania rozstrzygać musiały karne. Serię najazdów świetnie otworzył Ben Sokay, pewnie wykorzystując swoją próbę. Francuzi odpowiedzieli dopiero w czwartej serii, gdy Johna Murraya wymanewrował Damien Fleury. O zwycięstwie „Wilków” rozstrzygnął Aurelien Diar w siódmej serii.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna kobiet
Kolejne podium!
Trójkolorowe w ostatnim meczu sezonu pokonały AP Orlen Gdańsk, zapewniając sobie miejsce na podium sezonu 2025/26!
Mecz od zbyt głębokiej wrzutki rozpoczęła Klaudia Maciążka, Nicola Brzęczek bez odpuszczania zderzyła się z bramkarką, na szczęście bez żadnych uszczerbków na zdrowiu po obu stronach. Mimo oblężenia Geletova tak naprawdę nie musiała się zbytnio wysilać, najwięcej trudu sprawić mogły jedynie wycieczki po piłkę pod siatkę na końcu murawy. W 7. minucie przytomnie i z łatwością powstrzymała obiecującą kontrę GieKSy, Julia Włodarczyk zdecydowanie zbyt mocno dograła do Nicoli Brzęczek. Wcześniej zamiary rywalek odczytała Oliwia Malesa, niwecząc szybkie rozegranie Klaudii Fabovej. W 11. minucie Klaudia Maciążka obróciła się z piłką otrzymaną od Brzęczek na plecach rywalki, zwodem uniknęła odbioru, położyła bramkarkę drugim ruchem i pewnie kopnęła w środek bramki! Poprawić wynik sama strzelczyni próbowała celnym uderzeniem z dystansu, Geletova z trudem doskoczyła do dolnego narożnika bramki. Jeszcze bliżej była Brzęczek po mocnej, ciętej wrzutce Milovanović z prawej flanki, piłka była jednak zbyt podkręcona, by celnie zmieścić ją pod poprzeczkę. Nie minęła minuta, a Brzęczek obiła słupek po błędzie defensywy, znów upiekło się przyjezdnym. Po drugiej strony piłkę za plecy obrończyń skasowała Kinga Seweryn, dając przy okazji szansę na zorganizowanie wysokiego pressingu. Po kilku nieudanych podaniach Gdańszczanek już na bramkę gnała Maciążka, po kilku zwodach minimalnie mijając okienko z bardzo ostrego kąta. W 30. minucie lewą flanką uciekła Aleksandra Nieciąg po podaniu Oliwii Malesy, ale mimo zastawienia się z piłką, nie doczekała się jednak wbiegnięcia koleżanek w szesnastkę. W 38. minucie mocna centra Katarzyny Nowak została przekierowana przez Brzęczek i Maciążkę, która jednak znalazła się na pozycji spalonej. Minutę później rzut wolny z połowy boiska wykonała… Kinga Seweryn, co prawdopodobnie wprowadziło w szok zespół gościń – Galetova o ułamek sekundy spóźniła się z wyskokiem, równając z ziemią przeciwniczkę we własnym polu karnym. Katarzyna Nowak dość długo nie mogła się pozbierać, mocno odczuwając starcie. Do piłki na jedenastym metrze podeszła Aleksandra Nieciąg, jednak bramkarka odczytała jej zamiary i rzuciła się w dobrym kierunku. Chwilę później po kilku „kółeczkach” w końcu pod bramkę przedostała się Julia Włodarczyk, nieco bezczelnie próbując podcinki z bardzo bliska – wcale tak dużo nie zabrakło do szczęścia. Po jej odbiorze na skrzydle przez krótką chwilę z bramki cieszyła się Patrycja Kozarzewska, dopóki nie ujrzała uniesionej w górę chorągiewki.
Strzelanie na bramkę w drugiej połowie rozpoczęła Julia Włodarczyk, wariantem siłowym nie sprawiając wiele problemów golkiperce. W 55. minucie znów indywidualnie błysnęła Klaudia Maciążka, Geletova z trudem sparowała piłkę w jakimkolwiek kierunku, byleby nie wpadła do siatki. Inicjatywę na kilka minut przejęły przyjezdne, choć Kinga Seweryn nadal nie musiała testować swoich rękawic. W 64. minucie Julia Włodarczyk krótko prowadząc piłkę i zagrywając na obieg z Katarzyną Nowak przedarła się pod samo pole bramkowe, tam jej wszystkie próby strzału zostały zablokowane i skończyło się na rzucie rożnym. W 69. minucie druga linia GieKSy nie doceniła możliwości motorycznych rywalek, dając im wyjść na kontrę 5 na 3 – Zajmi mimo świetnej okazji przegrała starcie z Kingą Seweryn. Odpowiedź po drugiej stronie Oliwi Malesy również zakończyła się wyblokiem, choć miała równie dużo miejsca na przedpolu. W 74. minucie po rajdzie huknęła Julia Włodarczyk, po rykoszecie zatrzepotała boczna siatka. Poprawiała Klaudia Maciążka, a po dośrodkowaniu Katarzyny Nowak w 76. minucie GieKSa podwyższyła prowadzenie. Aleksandra Nieciąg wywalczyła sobie pozycję w szesnastce, pokonując bezradną bramkarkę. Od razu powinno być już 3:0, jednak Klaudia Maciążka po minięciu wszystkich piłkarek niepotrzebnie oszczędziła na sile strzału. W 81. minucie dwójkowo błysnęły Włodarczyk z Nieciąg, ta pierwsza zmusiła bramkarkę do interwencji precyzyjnym uderzeniem. Cztery minuty później na wolne pole przy kontrze wychodziły Nieciąg i Amelia Bińkowska, podanie Klaudii Maciążki skończyło w rękach Geletovej. W końcówce regulaminowego czasu gry na wolne pole z pierwszej piłki i nad głowami defensorek podanie otrzymała od Nieciąg Maciążka, arbiter od razu uniosła jednak chorągiewkę. W 91. minucie Klaudia Maciążka jeszcze wykrzesał resztki sił na sprint, urwała się skrzydłem i wystawiła futbolówkę na pustą bramkę Amelii Binkowskiej.
Kolejny sezon na podium – gratulacje i dziękujemy!
GKS Katowice – AP 2010 Orlen Gdańsk 3:0
Bramki: Maciążka (11), Nieciąg (76), Binkowska (90).
GKS Katowice: Seweryn – Milovanović, Zawadzka, Nowak – Włodarczyk, Kozarzewska (90. Theodoraki), Vojtková (86. Kaláberová), Malesa – Maciążka, Brzęczek (62. Bińkowska), Nieciąg (90. Vuškāne).
AP Orlen Gdańsk: Geletova – Maskiewicz, Nowotny, Derus (86. Okoń), Fabova, Konat (86. Zimecka), Kołodziejek (58. Butlion), Siwińska (86. Myszk), Ostopinka, Jagodzińska, Charaszczak (46. Zajmi).
Kartki: Konat, Nowotny.
W 42. minucie Nieciąg nie wykorzystała rzutu karnego (Geletova obroniła).
Felietony Piłka nożna
Przez ból i radość – podsumowanie sezonu
Ten sezon był iście szalony. Jako cała liga, ale też stricte w wykonaniu GKS Katowice. Przeżywaliśmy różne stany, byliśmy w różnych miejscach w tabeli, a rzutem na taśmę ustaliły się nasze nastroje z dobrych na wyśmienite. Prześledźmy sobie jeszcze raz, jak to wszystko wyglądało. To było 39 meczów, które w sumie – zapisały się w nowej historii GKS Katowice, a nasz zespół zajął najlepsze miejsce w lidze od 23 lat. Jesteśmy w piątce najlepszych klubów w Polsce!
Ciężkie początki
To właśnie inauguracja sezonu była tym najgorszym momentem. Wiedzieliśmy, że terminarz mamy ciężki, bo przecież grać mieliśmy m.in. z Rakowem, Legią i nieobliczalnym Widzewem, z czego z tymi dwoma ostatnimi rywalami na wyjazdach. Liczyliśmy więc przede wszystkim na zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Lubin. Przewidując, że drużyna Leszka Ojrzyńskiego będzie jednym z głównych kandydatów do spadku, obowiązkiem wydawało się zdobyć w tym spotkaniu trzy punkty.
W pierwszej kolejce przegraliśmy u siebie z Rakowem, po meczu bardzo nijakim. Nie było tej ikry z końcówki poprzedniego sezonu. Raków zagrał solidnie, ale też nic wielkiego. Z debiutującym Oskarem Repką w składzie. Wystarczył jeden gol Brauta Brunesa i schodziliśmy z boiska pokonani. Macieja Rosołka zastąpił w drugiej połowie Aleksander Buksa i nawet miał jedną niezłą sytuację. Wiemy, jak się potem potoczyły losy zarówno Rosołka, jak i Buksy.
Po pierwszej połowie meczu z Zagłębiem było już bardzo źle. GieKSa przegrywała 0:2, a Lubinianie grali świetnie. Tzw. dziennikarze Zagłębia (wporzo ludzie) chwytali się za głowy i mówili „co tu się dzieje?!”. Na szczęście w drugiej połowie błysnął po raz pierwszy w tym sezonie Bartosz Nowak i swoim dubletem zapewnił GieKSie punkt. W końcówce dość desperacko się broniliśmy, ale jeden punkt w takim meczu to było coś, co należało szanować.
Przyszły te dwa wyjazdy – na Widzew i Legię. W Łodzi początek był nawet niezły, ale jedna akcja gospodarzy przyniosła im prowadzenie. Systematycznie GKS w tym meczu był coraz słabszy, Maciej nie wykorzystał świetnej sytuacji, a w końcówce to już się posypało wszystko, gdy pechowy samobój Kowala i gol Frana Alvareza zapewniły zwycięstwo RTS. No i Bergi był z golem.
Z Legią za to mecz wyglądał zupełnie inaczej. W pierwszej połowie to GKS dominował i grał bardzo dobrze. Brakowało szczęścia i świetnie bronił Tobiasz. Niestety podtrzymana (i potem jeszcze długo też) została seria traconych bramek do szatni i pokarał nas Wszołek. W drugiej połowie Katowiczanie grali już słabiej, ale doprowadzili do wyrównania, po przepięknym strzale z pierwszej piłki Nowaka. Remis przy Łazienkowskiej był bardzo cenny i trzeba było to dociągnąć. Niestety. W doliczonym czasie gry gola strzelił popularny Jędza (jedyna bramka w sezonie), a poprawił Morishita. Z wielkim niedosytem z Warszawy wracaliśmy, jeden punkt w czterech meczach wyglądał bardzo źle, ale sama postawa w tym meczu dawała nadzieję na lepsze jutro.
Przeplatanka z optymizmem
Dobra postawa z Warszawy była kontynuowana w meczu z Arką, tym razem już z większą skutecznością. GKS od początku meczu narzucił szybkie tempo i strzelił dwie bramki. To spotkanie stało pod znakiem stałych fragmentów gry, które gospodarze wykonywali świetnie, a co dotknął w złoto zamieniał Bartek Nowak. Dwa trafienia po przerwie zaliczył Lukas Klemenz. W końcu odczarowaliśmy ten fatalny początek i zapunktowaliśmy za trzy.
W związku tym z dużymi nadziejami jechaliśmy na Roosevelta. Niestety GKS zagrał tam bardzo słaby mecz i podobnie jak rok wcześniej, przegrał 0:3. Byliśmy bezzębni i po prostu słabi, a „estońska sztuczka” Martena Kuuska była idealnym podsumowaniem tych derbów i przypomniała starego dobrego Damiana Garbacika z meczu z Wigrami. W zasadzie o tym meczu najlepiej było po prostu jak najszybciej zapomnieć.
Znowu w tabeli zrobiło się niewesoło i czekaliśmy co nasz zespół pokaże z Radomiakiem, który miał bardzo efektowny początek sezonu, ale potem nieco spuścił z tonu. Ostatecznie na Bukowej oglądaliśmy arcyciekawe spotkanie, takie cios za cios, w którym obie drużyny grały bardzo ofensywnie. Ozdobą pierwszej połowy były bramki Balde oraz przede wszystkim Bartka, który zaskoczył wszystkich na stadionie, a najbardziej Majchrowicza i z rzutu wolnego trafił do siatki. W drugiej połowie padł tylko jeden gol, ale też przedniej urody, gdy Marcin Wasielewski z woleja pokonał bramkarza gości. Największy wybuch euforii miał miejsce jednak pod koniec meczu, gdy Radomiak wyrównał na 3:3, ale po analizie VAR Tomasz Kwiatkowski bramkę anulował. Po tym niesamowitym spotkaniu GKS dopisał sobie kolejne trzy punkty i już wyglądało to nieco lepiej.
Słabizna z promykami
Do kolejnego „okienka międzyreprezentacyjnego” przystępowaliśmy więc w bardzo dobrych nastrojach. Nad morzem jednak w ten wrześniowy wieczór dostaliśmy zimy prysznic. Znów na wyjeździe i znów było bardzo słabo. Najpierw straciliśmy kuriozalnego gola, którego autorem był Kurminowski, a pod koniec zmęczonego armeńskimi wojażami z młodzieżówką Kowala wyprzedził w wyścigu sprinterskim Mena. To był czwarty wyjazd i na naszym koncie w delegacjach było okrągłe zero.
Nie lepiej było w kolejnym meczu u siebie. To znaczy można było wyciągać jakieś pozytywy z pierwszych 20-25 minut, bo GKS cisnął bardzo mocno, ale bramki zdobyć nie mógł. Pasy się otrząsnęły, w krótkim czasie strzeliły dwa gole i było już praktycznie po zawodach. W poprzednim sezonie mieli supersnajpera Kallmana, to teraz jego rolę przejął Stojilković, który po przerwie ustalił wynik spotkania.
Pocieszenia chcieliśmy szukać w Pucharze Polski. Przyjechała do Katowic świetnie spisująca się w lidze Wisła Płock. Przy kameralnych trybunach dostaliśmy bardzo ciekawe widowisko i w końcu skuteczną GieKSę. Pierwszego gola dla GKS zdobył pozyskany krótko wcześniej Ilja Szkurin. Niestety po golu Wiktora Nowaka w 90. minucie musieliśmy grać dogrywkę. Wcześniej i nasz Nowak gola strzelił. Ekstra czas zaczęliśmy już świetnie, po od strzelonej przez Bartka kolejnej bramki. Mocno pomogła nam kontuzja Lecoeuche’a, bo goście wykorzystali swoje sloty zmian i musieli kończyć w dziesiątkę. Ostatecznie Bartosz Nowak zaliczył hat tricka i doczekał się skandowania swojego nazwiska, co przecież na GKS jest rzadkością.
Za chwilę znów graliśmy z Wisłą – tym razem w Płocku, w lidze. W końcu uszczknęliśmy jeden punkt na wyjeździe. Co prawda znów straciliśmy gola do szatni, po niesamowicie pechowym rykoszecie po strzale Rogelja. Ale niesamowitą mądrością i sprytem popisał się w drugiej połowie Wasyl, który odebrał piłkę Leszczyńskiemu i strzelił na 1:1. GKS przełamał złą passę wyjazdową i w końcu zdobył też po prostu punkt w lidze.
Liczyliśmy, że dobra postawa zostanie utrzymana w meczu u siebie z Lechem. Pamiętaliśmy wszak grę z Kolejorzem z końcówki poprzedniego sezonu. I tak – GKS zagrał dobry mecz z piłkarzami Frederiksena, ale niestety przegrał. Gola strzelił Fiabema, na którego generalnie raczej bardziej pomstowali kibice Lecha, niż chwalili. U nas Borja Galan miał świetną sytuację, ale zabrakło niewiele do wyrównania. Cztery mecze ligowe i znów tylko jeden punkt. Ale przynajmniej gra dająca optymizm, no i bonus w postaci awansu do kolejnej rundy Pucharu Polski.
Jesienne odrodzenie
Po kolejnej przerwie na kadrę jechaliśmy trochę z duszą na ramieniu na bardzo ważny mecz w Lublinie. Punkty w tabeli wybitnie nam się nie zgadzały i lekki nóż na gardle zaczął się pojawiać. W tym okienku mieliśmy zmierzyć się z trzeba drużynami z dołu – Motorem, Termaliką i Piastem. Konieczne było więc solidne zapunktowanie, by nie okopać się bardziej w dolnych rejonach tabeli.
GKS zdobył w Lublinie dwie szybkie bramki i naprawdę wyglądało to dobrze. Niestety w charakterystyczny dla nas sposób daliśmy się zepchnąć do głębokiej defensywy i dwa szybkie gole Czubaka doprowadziły do wyrównania. Motor nie poprzestawał i mógł jeszcze zdobyć przed przerwą trzeciego gola, a to byłaby katastrofa. Na szczęście ciśnienia nie wytrzymał Łabojko, który tuż przed przerwą zobaczył drugą żółtą kartkę. Dzięki temu w drugiej połowie Motor już nie istniał, a nasi napastnicy dopełnili dzieła zniszczenia dokładając trzy bramki i wygrywając 5:2.
Oprócz tych drużyn zamieszanych w „walkę o spadek” mierzyliśmy się też z… mierzącą wysoko Koroną, która jeszcze była w tamtej fazie sezonu dobra. Po bardzo trudnym i wyrównanym meczu, w końcówce trafił do siatki Sebastian Milewski. W końcówce wybroniliśmy się cudem, gdy Borja Galan wybijał z linii bramkowej. Te trzy punkty były pewnym bonusem w tych naszych planach. Było to bardzo ważne zwycięstwo, dające naprawdę dużo oddechu.
Nie tylko ligą jednak człowiek żył. Tym razem los w Pucharze Polski był nieco łaskawszy, ale też nie idealny. W Łodzi z ŁKS GieKSa pokazała jednak zdecydowanie wyższość zespołu z ekstraklasy nad pierwszoligowym. Jedyne, co można było naszym zawodnikom zarzucić przez większość meczu to nieskuteczność. Mecz bowiem można było zamknąć dużo wcześniej. A tak mając 2:0 w końcówce Arkadiusz Jędrych strzelił bardzo pechowego samobója i do końca lekko drżeliśmy o wynik. Jednak awans do kolejnej rundy stał się faktem i w końcu przeszliśmy dwie rundy, co dawno nam się nie zdarzyło.
Zwycięską passę GKS Katowice kontynuował w Niecieczy. Mecz co prawda do najłatwiejszych nie należał, ale tutaj Katowiczanie byli bardzo efektywni. Pierwszy raz (i jedyny na jesieni) błysnął Eman Marković, który zaliczył dublet, umiejętnie zakładając bramkarzowi rywali siatki. To było trzecie ligowe i czwarte w ogóle zwycięstwo z rzędu. GKS Katowice złapał świetny moment na jesieni – znacząco poprawił swoją sytuację w tabeli, a i właśnie w rozgrywkach pucharowych pokazał się z bardzo dobrej strony.
Przed kolejną przerwą reprezentacyjną mogliśmy jeszcze postawić piękną kropkę nad i. Przyjechał bowiem na tamten moment outsider z Gliwic. Outsider, ale z nowym trenerem – Danielem Myśliwcem, który sprzątał bałagan po poprzednim szkoleniowcu. I Piast rozegrał najlepsze do tamtej pory spotkanie w sezonie, zaproponował walkę wręcz, której nie podołali nasi zawodnicy. W krótkim okresie czasu goście strzelili dwa gole, a potem jeszcze trzeciego dołożył Erik Jirka. Mimo porażki w domowym meczu, ten okres GieKSy był bardzo dobry.
Zwycięstwa bez piłki
W Białymstoku meczu nie zagraliśmy. Jagiellonia zrobiła cyrk i wykorzystała minimalne opady śniegu do tego, żeby spotkania nie rozegrać. Boiska nie odśnieżano, a jak już zaczęto, to w taki sposób, jak na viralowym filmiku, który krążył w sieci. Kibice w rekordowej liczbie pojechali na Podlasie, ale musieli przejechać całą Polskę tam i nazot, by obejść się smakiem.
Istniało wielkie ryzyko, że i kolejny mecz – z Pogonią się nie odbędzie. Gęsta mgła spowiła bowiem Katowice i po przyjechaniu na stadion naprawdę widoczność była ograniczona. Na szczęście warunki się wkrótce nieco poprawiły i mecz się odbył – to by było za dużo! GKS przyjął określoną taktykę i oddał Pogoni piłkę. Goście konstruowali swoje akcje, ale nie mogli znaleźć sposobu na szczelną defensywę GieKSy. Futbolówki więc posiadaliśmy mało, ale jeszcze przed przerwą GKS zdobył dwa gole. Taki wynik utrzymał się do końca i znów mogliśmy cieszyć się z triumfu.
Chwilę później schemat się powtórzył. W Pucharze Polski zagraliśmy z Jagiellonią i tu rywale ponownie oddali mnóstwo strzałów, z czego większość niegroźnych czy nieprzygotowanych. W sumie w z Pogonią i Jagą rywale próbowali około 50 razy. Trafili tylko raz – Pululu z karnego. GieKSa zagrała świetnie i swoje gole strzeliła. Znów Jaga przy wyprowadzaniu piłki straciła ją i Bartek Nowak trafił do siatki. Potem gola dołożył Ilja, znów trafiając w pucharze. Stadion wybuchł euforią, gdy w końcówce Bartosz Nowak ustalił wynik spotkania na 3:1. Po raz pierwszy od ponad 20 lat GKS miał zagrać w rozgrywkach pucharowych na wiosnę!
Rok 2025 kończyliśmy w Częstochowie. Ach gdyby Adam Zrelak dobrze podał… Mecz był średni, ale długo utrzymywaliśmy remis. W drugiej połowie jednak wszedł Fadiga i gospodarze ruszyli z impetem, czego efektem była bramka. Mieliśmy swoją sytuacje, gdy Eman trafił w poprzeczkę. No szkoda. Rok zakończyliśmy porażką. Rok zakończyliśmy w strefie spadkowej, ale bardzo na styku z kilkoma drużynami. Po fatalnym początku mogło być dużo gorzej. Teraz byliśmy pod kreską, ale żadnej tragedii nie było.
Odbijamy się od dna
Wiosnę (w środku zimy) mieliśmy zacząć od meczu w Lubinie. Zagłębie w przypadku wygranej wskakiwałoby na pozycję lidera. Jednak strzelanie zaczął kilka sekund po upływie pierwszej minuty Bartek Nowak. Całościowo był to bardzo dobry mecz GieKSy, taktyczny i bardzo solidny. W drugiej części gry gola strzelił Arek Jędrych i ani przez chwilę zwycięstwo nie było zagrożone. GKS już na samym wstępie wydostał się ze strefy spadkowej.
Chwilę później po raz pierwszy na Nowej Bukowej pojawił się Widzew. I wzorem poprzednich domowych meczów, GieKSie nie zależało specjalnie na przesadnym posiadaniu piłki. Dlatego Widzew z futbolówką męczył się i męczył, ale strzał oddał tylko jeden celny w całym meczu. Za to GieKSa bramką do szatni uciszyła pusty sektor gości. W końcówce mieliśmy sporo nerwów, bo podyktowany był rzut karny dla Widzewa, ale został anulowany przez VAR. Dwa mecze – sześć punktów i zero straconych bramek. Początek wyśmienity.
Liczyliśmy na to, że mając tak dobrą formę, w końcu wygramy z niebędącą w najlepszej dyspozycji Legią. I może tak by się wydarzyło, ale sędzia Sylwestrzak nie miał tego dnia najlepszego. Trzy bardzo wątpliwe decyzje na korzyść Warszawian spowodowały, że uciekli ze stryczka. Niezależnie jednak od tego, GKS grał z niesamowitą walecznością – podobnie jak z Widzewem. Po słabszej pierwszej połowie, druga była już już lepsza i niewiele zabrakło do wygranej. Z drugiej strony – GKS ten mecz przegrywał i doprowadził do wyrównania. Był więc niedosyt, ale też docenienie punktu.
W Gdyni prowadzenie już mieliśmy w pierwszej minucie, kiedy Mateusz Wdowiak trafił do siatki. Szkoda było tego meczu, bo Arka grała fatalnie i nie istniała na boisku. GKS dominował, ale w którymś momencie… przestał grać. Arka z niczego strzeliła dwa gole. W drugiej połowie na tym klepisku oglądaliśmy już kiepskie widowisko, a gospodarze utrzymali swój wynik.
GieKSa rośnie w siłę
Przed nami były dwa domowe mecze o wielkim ciężarze gatunkowym i prestiżowym. Najpierw na pojedynek ligowy przyjechał Górnik. Piłkarze Michala Gasparika mieli wówczas zadyszkę, ale sami wiemy, jak ciężki był to rywal w poprzednich meczach, mimo że rok temu GKS na inaugurację Nowej Bukowej wygrał. Tym razem znów nie było to łatwe spotkanie. GieKSa prowadziła, potem goście wyrównali. Mecz był na styku, ale z lekką przewagą Górnika, tym bardziej cenne było to, że z przyszłym wicemistrzem Polski w końcówce nasz zespół przechylił szalę na swoją korzyść. Przy okazji mieliśmy też… jedyny w lidze podyktowany dla GKS rzut karny. Świetnie nastroiliśmy się przed ćwierćfinałem Pucharu Polski.
Znów przyjechał Widzew. Kolejne wyrównane spotkanie, choć gdyby Ilja Szkurin wykorzystał doskonałą okazję tuż przed przerwą, byłoby spokojniej. Łodzianie w drugiej połowie wyrównali wprowadzając w euforię sektor gości. Dogrywka nie przyniosła rezultatu i ku wielkiej radości ławki Widzewa – rzuty karne miały być egzekwowane na bramkę od sektora gości właśnie. Na nic się to zdało, bo w bramce mieliśmy niezawodnego Rafała Strączka. Gdy Fornalczyk przeniósł piłkę nad poprzeczką – stadion odleciał. To był olbrzymi sukces, GKS awansował do półfinału Pucharu Polski. Od Stadionu Narodowego dzielił nas już tylko jeden krok.
Wydawało się po tych emocjach, że gdzieś może przyjść zadyszka. Tymczasem kolejny mecz – na wyjeździe z Radomiakiem, GieKSa również wygrała. Choć było to spotkanie bardzo trudne, głównie w drugiej połowie. Przed przerwą bowiem mieliśmy trochę taką kopaninę, w której w końcówce Arek Jędrych dobił swój własny strzał. W drugiej części gry to już była nawałnica gospodarzy i dość rozpaczliwa obrona GKS. Nasza drużyna wyszła jednak obronną ręką z tego kotła i zawiozła do Katowic trzy punkty. Na trybunach (jak to w Radomiu) nie wytrzymywano ciśnienia, dostało się Goncalo i zaraz nie był już trenerem Radomiaka.
Za to pojedynek z Lechią to był taktyczny majstersztyk. GKS grał podwójnie osłabiony, bo za żółte kartki pauzowali Alan Czerwiński i Arkdaiusz Jędrych. Trener musiał rzeźbić linię defensywną i martwiliśmy się, jak to będzie wyglądać, tym bardziej, że naprzeciw miał być Tomas Bobcek. Przed meczem okazało się jednak, że i Słowak nie wystąpi z powodu kontuzji, więc siły się trochę wyrównywały. W pierwszej części gry Lechia jeszcze coś próbowała, były groźne strzały z dystansu. W drugiej – goście byli już kompletnie bezradni i wybitnie neutralizowani przed naszą drużynę. Wisienką w tym meczu była kontra, po której padła bramka na 1:0, to przyjęcie Bartka Nowaka, asysta Sebastiana Milewskiego i Mati Wdowiak trafiający podcinką do siatki. Być może najpiękniejsza akcja sezonu, choć później te z meczu z Motorem również będą mogły kandydować.
Zadyszka z króliczkiem na koniec
GieKSa napunktowała solidnie, ale gdzieś ten lekki moment kryzysu musiał przyjść, choć nie był to kryzys stricte. Odrabialiśmy zaległości z Jagiellonią i będąca w prawdziwym kryzysie Jaga akurat rozegrała najlepszą połowę od dawna. Mieliśmy też trochę pecha, bo sposób, w jaki piłka wpadła do bramki po strzale Pozo był kuriozalny. Trafił również Romanczuk i do przerwy mieliśmy dwubramkową stratę. Po przerwie GKS wyszedł już odmieniony i grał naprawdę dobrze. Erik Jirka strzelił kontaktową bramkę, ale na wyrównanie brakło czasu. Mimo wszystko jakoś trzeba było się liczyć, że z Białegostoku możemy wrócić bez punktów.
Grunt to było zdobyć oczka, najlepiej trzy, z beznadziejnie słabą Cracovią. I to po końcowym gwizdku był chyba najbardziej frustrujący mecz w tym sezonie. Po i przed meczem Cracovia była słaba i w trakcie meczu też była słaba. GieKSa powinna była po prostu wyjść i wypunktować takiego przeciwnika. Tymczasem naszemu zespołowi brakowało wrzucenia jednego biegu wyżej, wszystko było toczone trochę w zwolnionym tempie. I gdy wydawało się, że z wielkim niedosytem będziemy podchodzić do bezbramkowego remisu, na 10 minut przed końcem przypadkowa ręka Lukasa i karny, którego wykorzystał Hasić. Naprawdę ciężko było zrozumieć, jak można było ten mecz przegrać. Szkoda polegała też na tym, że było to tuż przed przerwą reprezentacyjną. I mimo że wcześniejsze mecze były bardzo dobre i zwycięskie, tutaj po dwóch porażkach znów pojawił się pewien znak zapytania w kontekście utrzymania.
Rozpęd maszyny
Powrót do rozgrywek nastąpił w Wielką Sobotę. Jak się później okazało, było to jedno z kluczowych spotkań w kontekście ostatecznego układu tabeli. Wówczas o pucharach poprzez ligę nawet nie marzyliśmy. Dodatkowo na chwilę liga schodziła na dalszy plan, bo przecież za kilka dni mieliśmy grać półfinał Pucharu Polski. Przy Nowej Bukowej Wisła Płock cofnęła się i wyczekiwała swoich szans. Miała żelazną defensywę i kilka wypadów było bardzo groźnych. W końcówce znów Wiktor Nowak miał znakomitą okazję. Po chwili to jednak piłkarze i kibice GKS cieszyli się, gdy w doliczonym czasie gry Lukas Klemenz pokonał bramkarza gości. Zrównaliśmy się wówczas z Wisłą punktami i wyprzedziliśmy meczami bezpośrednimi. A przecież dopiero co – na początku rundy wiosennej – Wisła była liderem, a GKS w strefie spadkowej.
W końcu przyszedł wspomniany puchar. Mecz, który przeszedł do historii, a cała piłkarska Polska ujrzała GieKSę w pełnej krasie. Dwubramkowe prowadzenie do przerwy, potem ultraszybkie dwie bramki Rakowa w drugiej połowie. Następnie ta niesamowita kontrowersja z dobitką Fadigi i wcześniejszym „wskokiem” w pole karne. Wyrównanie w doliczonym czasie gry Adama Zrelaka. Dogrywka i piękne trafienie Emana. No i te rzuty karne, które – w przeciwieństwie do tego co zawsze – były najmniej ciekawym elementem tego widowiska. 4:4, porażka w serii jedenastek i koniec marzeń o pucharze. Bolało, ale byliśmy dumni. GieKSa na wyjeździe z czołową drużyną w kraju walczyła niesamowicie. „To jest futbol. I love this game” – krzyczał rozentuzjazmowany Mateusz Borek.
Trzy dni później mieliśmy mecz w Poznaniu. Wszyscy GieKSę przed tym meczem skreślali – Lech faworytem, gra u siebie, GieKSa ma 120 minut w nogach i jest mentalnie rozbita. Tak miało być. A tymczasem na stadionie przy Bułgarskiej piłkarze Rafała Góraka rozegrali kolejne doskonałe spotkanie. Strzelili Mistrzowi Polski (ówczesnemu i przyszłemu) trzy gole, trzykrotnie wychodzili na prowadzenie i po prostu grali swoją piłkę, bez kompleksów. Szwankowała trochę gra defensywna, więc Kolejorz również trzy razy trafił. Ale punkt w Poznaniu również na koniec sezonu okazała się bardzo cenny. Błysnął znów Eman, który ustrzelił dublet, co jak się później okaże – będzie jego ulubionym sposobem punktowania w meczach.
Po tych niesamowitych emocjach wyjazdowych, wróciliśmy na Bukową. Po to, by znów rozegrać niesamowicie pasjonujący mecz, tym razem z Motorem. Pierwsza połowa to była perfekcja ofensywna. GieKSa grała efektownie i z rozmachem. Druga i trzecia bramka to był praktycznie wjazd do bramki. Akcje trwające nieco ponad 20 sekund od swojego pola karnego, piłka przechodząca przez 7-8 zawodników, szybka gra, na jeden lub dwa kontakty i gol. Coś pięknego. Niestety zaraz po przerwie straciliśmy kontaktową bramkę i trochę drżeliśmy, tym bardziej, że nawałnica ofensywna naszego zespołu nie potrafiła przynieść gola, a bramka Tratnika była jak zaczarowana. Niemniej – wygraliśmy i nasza przewaga nad strefą spadkową zrobiła się już na tyle duża, że utrzymanie było już praktycznie pewne. I tak naprawdę po raz pierwszy na bardzo poważnie zaczęliśmy myśleć o pucharach. Tabela wskazywała na to, że jest to realne. Przede wszystkim trzeba było wyprzedzić Wisłę Płock i Zagłębie.
Końcówka sezonu powoli zaczęła dawać o sobie znać. Pierwszy przejaw tego mieliśmy w Kielcach. GKS zagrał już z mniejszym animuszem, Korona też nie grała specjalnie dobrze. Jednak to co było bardzo istotne to fakt, że nie przegraliśmy tego meczu. Tym razem jeden gol wystarczył do remisu. GieKSa nie była gorsza od Kielczan, nie była też specjalnie lepsza, więc wynik był zasłużony, a kolejny punkt w tabeli dopisany.
Termalica przyjechała na Nową Bukową walczyć o złudzenia, ale szybko została ich pozbawiona. Mimo trudnego początku meczu, GieKSa znów się rozpędziła i szybko prowadziła 3:0. W drugiej części gry Katowiczanie dołożyli jeszcze dwie bramki. Wynik 5:1 to najwyższym w zakończonym sezonie i po raz drugi nasza drużyna strzeliła pięć bramek. Słonie pożegnały się z ekstraklasą, a GieKSa na poważnie włączyła się do walki o europejskie puchary. W tym momencie nasz zespół znajdował się na miejscu premiowanym. Znając terminarze Wisły i Zagłębia wiedzieliśmy, że do powrotu do Europy może wystarczyć.
Wytrzymany finisz
Ciężka to była końcówka sezonu. Trener mówił drużynie, żeby jeszcze wytrzymała, żeby utrzymała ten reżim treningowy. Pierwszym z trzech ostatnich meczów było wyjazdowe spotkanie z Piastem Gliwice. Bardzo słaba pierwsza połowa i trochę lepsza druga, nieco szczęścia i GKS zremisował w Gliwicach 0:0. To był kolejny punkt dopisany, taka jedna trzecia planu. Co prawda zwycięstwo spowodowałoby, że praktycznie te puchary są już niemal zapewnione. Ale nie wybrzydzaliśmy. Mieliśmy jeszcze dwie szanse.
Spotkanie z Jagiellonią to był finał sezonu na Nowej Bukowej. Przy komplecie publiczności, z rywalem, który złapał kapitalną formę i walczył o wicemistrzostwo. To była niesamowita walka. Jagiellonia świetnie grała w ofensywie, GKS też pokazał swoje, ale przede wszystkim obejrzeliśmy niesamowitą walkę. Bardzo cenne było wyjście z opresji, gdy po raz pierwszy od dawna przegrywaliśmy w trakcie meczu. Ozdobą meczu i wisienką tego sezonu była przepiękna bramka Borjy Galana, chyba najpiękniejszy był to gol na nowym stadionie. Katowiczanie zakończyli rundę bez porażki u siebie. Jadze plany się posypały, my nie zapewniliśmy sobie pucharów, ale punkcik był bardzo, bardzo ważny.
I gdyby Legia nie strzeliła w doliczonym czasie w Gdańsku, mielibyśmy te puchary na 99% nawet w przypadku porażki w Szczecinie. Tak jednak trzeba było z Pogonią przynajmniej zremisować. Pierwsza połowa była bardzo słaba, jedna z najsłabszych w sezonie. GieKSa przegrywała. W drugiej części było już trochę lepiej, ale piłka do bramki Kamińskiego wpaść nie chciała. Pomógł nam golkiper gospodarzy piąstkując piłkę poza polem karnym, dzięki czemu do bramki musiał wejść zawodnik z pola. I wtedy cały na złoto-zielono-czarno wjechał on – Marcel Wędrychowski. Oddał strzał z szesnastu metrów. Im dalej od tego meczu, tym bardziej można stwierdzić, że ten strzał był naprawdę świetny. Piłka na niewielkiej wysokości nad murawą, w powietrzu, w długi róg. Wpadła idealnie w siatkę. Dodatkowo strzał był na tyle chytry, że Filip Cuić nie wiedział, czy interweniować nogą czy ręką i wyszedł z tego fatalny mix. GieKSa wyrównała w doliczonym czasie i zapewniła sobie europejskie puchary.
Football bloody hell
Przeżyliśmy w zakończonym sezonie całą huśtawkę emocji. Od rozczarowania początkiem sezonu, po okresowe radości po wyjściu z dołka. Jesienią cały czas mieliśmy w głowie ciężką walkę o utrzymanie. Od meczu z Motorem zaczął się prawdziwie mentalny marsz w górę. Do Lublina jechaliśmy wtedy – tak jak pisałem – z duszą na ramieniu, bo porażka w tamtym meczu mogła być brzemienna w skutkach. A tymczasem od tamtego meczu już do końca sezonu GKS był najlepszą drużyną w lidze. Tułając się w dolnej strefie tabeli, zaczęliśmy serię z bilansem 12-6-5 do końca sezonu. Co prawda zimę spędziliśmy w strefie spadkowej, ale wiosna potem była nasza. W samej tabeli wiosny GieKSa była druga. Systematycznie pięliśmy się w górę tabeli oddalając widmo spadku, dokładaliśmy jeszcze Puchar Polski. Kilka kolejek przed końcem pojawiła się realna perspektywa gry o puchary. Byliśmy dumni z drużyny, bylibyśmy dumni nawet jakby tych pucharów nie było. Ale GieKSa grała swoje, przede wszystkim nie przegrywała meczów i z ośmioma spotkaniami na koniec bez porażki zakończyła sezon, wprawiając nas wszystkich w euforię.


Najnowsze komentarze