Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dwóch tygodni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Rozpoczęto głosowanie w plebiscycie Złote Buki 2024. Listę nominowanych znajdziecie na stronie: https://zlotebuki.gkskatowice.eu/
Piłkarki po powrocie do treningów rozegrały jeden test-mecz, z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 3:2 (2:1). Kolejny sparing zespół rozegra w najbliższą sobotę z Grotem SMS-em Łódź. Z klubem podpisała kontrakt reprezentantka Łotwy Sante Sanije Vuškāne. Drużyna męska wygrała turniej Spodek Super Cup i obecnie przebywa na zgrupowaniu w tureckiej Larze. Zespół rozegrał w Turcji trzy sparingi. W pierwszym z nich zremisowaliśmy z serbską ekstraklasową drużyną FK Železničar 1:1 (0:0). W kolejnych nasz zespół przegrał z węgierskim zespołem Nyíregyháza Spartacus 1:3 (0:3) i pokonał ukraińską drużynę Weres Równe 4:3 (2:1). Na piątek zaplanowano ostatni sparing podczas zgrupowania z bułgarskim Arda Kyrdżali. Więcej na temat zgrupowania i spotkań znajdziecie na oficjalnej stronie GieKSy. Zespół wróci do Polski w sobotę 25 stycznia. Z drużyną związał się umową Konrad Gruszkowski, a Jakub Arak przenosi się do Polonii Bytom.
Siatkarze rozegrali dwa spotkania: w pierwszym z nich pokonali Barkom Każany Lwów 3:0, w drugim przegrali z Asseco Resovią 0:3. Okazja na zdobycie punktów będzie już w sobotę 25 stycznia 0 20:30, na wyjeździe z Bogdanką LUK Lublin.
Hokeiści, przed turniejem w Cardiff, rozegrali trzy spotkania ligowe – wszystkie wygrane. W pierwszym z nich pokonali Podhale 9:0, następnie Zagłębie 4:1 oraz STS Sanok 6:1. Podczas turnieju finałowego Pucharu Kontynentalnego zespół doznał dwóch porażek: z Cardiff Devils 3:6 oraz z Brûleurs de Loups 2:3 (po rzutach karnych). Drużyna zdobyła brązowe medale. Najbliższe spotkanie ligowe zespół rozegra w piątek 24 stycznia o 18:00 z Unią Oświęcim, na wyjeździe.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Reprezentantka Łotwy w GKS-ie Katowice
W rundzie rewanżowej Orlen Ekstraligi w barwach GKS-u Katowice zobaczymy Łotyszkę Sante Sanije Vuškāne.
Dziewiętnastoletnia zawodniczka, która występuję na pozycji napastniczki, związała się kontraktem ważnym do końca sezonu 2026/2027.
Vuškāne występowała ostatnio w drużynie wicemistrza Łotwy, RFS Women, a w przeszłości reprezentowała barwy Iecava/DFS i FS Metta. Powoływana do młodzieżowych reprezentacji swojego kraju zawodniczka miniony sezon zakończyła jako liderka klasyfikacji strzelczyń, zdobywając 24 ligowe gole.
W 2004 roku 19-latka wystąpiła w czterech spotkaniach seniorskiej reprezentacji Łotwy.
bts.rekord.com.pl – Rekord Bielsko-Biała – GKS Katowice 2:3 (1:2)
Liderki ORLEN Ekstraligi sparingiem z „rekordzistkami” rozpoczęły krótkie zgrupowanie w Bielsku-Białej. GKS od początku próbował narzucić swoje tempo gry i próbował odebrać piłkę w strefie defensywnej bielszczanek. W 13. minucie Karolina Bednarz wyprowadziła idealny kontratak, który wykończyła Klaudia Maciążka. Z upływem czasu gospodynie zaczęły śmielej wyprowadzać ataki, czego ukoronowaniem była bramka Igi Witkowskiej (na zdjęciu), po „centrostrzale” z 31. minuty. Nie trzeba było długo czekać, aby Dominika Misztal ponownie wyprowadziła na prowadzenie katowiczanki po strzale z dystansu.
Początek drugiej połowy przebiegał podobnie, jak koniec pierwszej – dużo walki na boisku, atak pozycyjny GieKSy oraz czekanie na swoją szansę „biało-zielonych”. Okazja nadeszła w 60. minucie, kiedy Julia Gutowska prostopadłym podaniem uruchomiła Darię Długokęcką, która nie tylko idealnie wykorzystała swoją szybkość, ale również zdolność finalizacji, wygrywając pojedynek „sam na sam” z bramkarką. Mecz, jego rezultat, w 66. minucie zamknęła Kinga Kozak, wykańczając otrzymaną piłkę za plecy bloku defensywnego.
dziennikzachodni.pl – Ponad 9500 kibiców na Spodek Super Cup 2025. Takiej atmosfery w legendarnej hali dawno nie było. Na boisku wygrał GKS Katowice!
Kapitalny turniej w katowickim Spodku. Druga edycja Super Cup przyciągnęła komplet kibiców, którzy stworzyli znakomitą atmosferę i żywo reagowali na wydarzenia boiskowe.
9.512 kibiców zasiadło na trybunach w katowickiej legendarnej hali, by zobaczyć II Spodek Super Cup. Fani GKS Katowice, Górnika Zabrze, Banika Ostrawa, Spartaka Trnava, Wisłoki Dębica, ROW-u 1964 Rybnik, JKS Jarosław oraz Drużyny Gwiazd Superbet przeżyli duże emocje i mieli okazję, by zdobyć autografy i zrobić pamiątkowe zdjęcia z piłkarzami.
Chociaż przed Spodkiem zgromadziły się potężne siły policji to turniej był wydarzeniem przyjacielskim. Na widowni fani bawili się wspólnie, nie zabrakło też ryzykownej w takich warunkach pirotechniki, która wymusiła na organizatorach otwarcie drzwi i znaczące (choć chwilowe) obniżenie temperatury.
Większość szkoleniowców mocno odmłodziła składy drużyn, nie chcąc ryzykować kontuzji swoich gwiazd, ale nie wszystkich dało się powstrzymać. W Górniku zagrał między innymi Lukas Podolski, który nie oszczędzał się też w fanzonie spędzając czas z kibicami. Jedynym godnym konkurentem mistrza świata z 2014 roku w liczbie rozdanych autografów był… sędzia Szymon Marciniak, otaczany zwłaszcza przez najmłodszych wielbicieli futbolu. Warto dodać, ze w gronie arbitrów był także były prezes PZPN Michał Listkiewicz, czyli pierwszy Polak, który brał udział w finale mundialu.
Ze składem nie eksperymentowała Drużyna Gwiazd Superbet ze Sławomirem Peszką na czele.z Marcinem Wasilewskim, Adrianem Mierzejewskim, Piotrem Świerczewskim czy Pawłem Brożkiem, która jednak nie miała żadnych szans w starciu z aktualnymi ligowcami. Zdecydowanie najlepiej prezentował się za to Spartak Trnava, który po dwóch wysokich wygranych jako pierwszy zameldował się w półfinale. W ostatnim meczu grupowym Słowacy mogli stracić jednak pierwsze miejsce, bo przegrywali z Górnikiem już 1:3, ale doprowadzili do remisu na 10 sekund przed końcem „wyrzucając” zabrzan z finału, w którym czekał już GKS Katowice.
Humory zdecydowanie dopisywały wszystkim niezależnie od wyników. Jan Urban po inauguracyjnym remisie zabrzan z ROW-em zastanawiał się, jak wytłumaczy ten wynik dziennikarzom.
Elementem zabawy był też mecz dzieci z Akademii Górnika oraz GKS-u. Zabrzańska młodzież wygrała 5:0, a „profesjonalnej” fety zgotowanej im po spotkaniu przez Torcidę z pewnością nigdy nie zapomni.
W meczu o trzecie miejsce Górnik Zabrze pokonał Wisłokę Dębica, a w wielkim finale GKS Katowice okazał się lepszy od Spartaka Trnava (3:0). O tym, że gra o triumf była na serio świadczyły także czerwone kartki…
sportowefakty.wp.pl – Wrócił ze Słowacji do Polski. Pierwsze zimowe wzmocnienie GKS-u Katowice
Konrad Gruszkowski wraca do polskiej ligi. Zawodnik, który ostatnio występował na Słowacji, trafił do GKS-u Katowice, z którym związał się kontraktem do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia.
GKS Katowice dokonał pierwszego transferu w zimowym oknie. Mimo iż sytuacja beniaminka jest ustabilizowana (10. miejsce w PKO Ekstraklasie) i wydawać by się mogło, że wystarczy niczego nie popsuć, to w klubie cały czas pracują nad wzmocnieniami.
I pierwszym takowym został prawy obrońca Konrad Gruszkowski. Podpisał kontrakt do 30 czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy.
Gruszkowski w ostatnim czasie występował na Słowacji. Przez półtora roku reprezentował barwy FC DAC 1904 Dunajska Streda. Licznik jego meczów w tym klubie zatrzymał się na liczbie 31.
Pierwszą część obecnego sezonu stracił z powodu z kontuzji, ale pod koniec roku grał już regularnie.
Do GKS-u trafił na zasadzie transferu definitywnego. Kwota odstępnego nie została podana, ale katowiczanie nie musieli płacić zbyt dużo, ponieważ Gruszkowski miał ważny kontrakt jeszcze tylko przez pół roku.
23-latek najbardziej kojarzony jest z Wisły Kraków, w której w 2020 roku debiutował w Ekstraklasie. W sumie na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Polsce zaliczył 37 spotkań.
SIATKÓWKA
siatka.org – Outsider z trzecim zwycięstwem w sezonie
GKS Katowice odniósł trzecie zwycięstwo w sezonie. Zespół z Górnego Śląska w trzech setach pokonał Barkom Każany Lwów. Jednak mimo kompletu punktów sytuacja katowiczan w tabeli PlusLigi wciąż jest trudna – z dorobkiem dziewięciu punktów, zajmują ostatnie miejsce.
W mecz lepiej wszedł GKS, który po asie serwisowym Jewgienija Kisiliuka odskoczył na 6:3. Gospodarzy do walki próbował poderwać Ilia Kowalow, ale goście odpowiedzieli blokiem, a po akcjach Aymena Bouguerry odbudowali swoją przewagę (16:12). Barkom stać było jeszcze na jeden zryw. Przy zagrywce Marta Tammearu wrócił do gry, lecz seria jego błędów spowodowała, że to katowiczanie byli na fali (22:18). W końcówce dołożyli jeszcze blok, a między innymi po akcji ze środka Łukasza Usowicza triumfowali w premierowej odsłonie (25:20).
W drugim secie podopieczni Emila Siewiorka poszli za ciosem. Po akcjach Bartosza Gomułki i Bartłomieja Krulickiego zbudowali sobie solidną zaliczkę (6:3). Do walki lwowian poderwał jednak Wasyl Tupczij, a po błędach rywali gospodarze wrócili do gry (11:11). Dołożyli szczelny blok, a po dwóch asach serwisowych Tupczija sami przejęli inicjatywę na boisku (18:14). Przyjezdni odpowiedzieli blokiem, a po akcji Alexandra Bergera wrócili do gry (23:23). O losach seta zadecydowała batalia na przewagi, a w niej Berger przechylił szalę zwycięstwa na stronę katowiczan (26:24).
W trzeciej odsłonie przebudził się Barkom, który lepiej wytrzymał wymianę ciosów, a za sprawą udanych zagrań Tupczija wypracował sobie solidną nadwyżkę (9:5). GKS straty zaczął odrabiać przy zagrywce Joshuy Tuanigi, a po czapie Damiana Domagały katowiczanie wrócili do gry (11:11). Wymiana ciosów trwała w najlepsze, lecz po asie serwisowym Bergera szala zaczęła przechylać się na stronę gości (20:18). W końcówce ważne punkty blokiem zdobył Domagała, a błędy lwowian odebrały im resztki nadziei na przedłużenie spotkania. Ostatecznie po punktującej zagrywce Bouguerry GKS triumfował 25:21.
MVP: Bartosz Mariański
Barkom Każany Lwów – GKS Katowice 0:3 (20:25, 24:26, 21:25)
Asseco Resovia wreszcie tak, jak powinna
Asseco Resovia Rzeszów weszła na odpowiedni kurs. PlusLiga tym razem nie zaskoczyła i rzeszowianie pewnie pokonali ostatni zespół w tabeli, GKS Katowice. W żadnym z trzech setów gospodarze nie dobrnęli do granicy 20 oczek, a MVP spotkania wybrano byłego gracza katowickiego zespołu, Lukasa Vasinę.
Chociaż na początku spotkania 4:2 prowadził GKS Katowice, to szybko mocna zagrywka rywali pozwoliła na remis (8:8). Przez chwilę gra była wyrównana, ale najpierw Gregor Ropret, a kilka chwil później Stephen Boyer swoimi seriami w polu zagrywki praktycznie ustawili premierową odsłonę. Obroną na drugą stronę kolejne oczko zdobył nawet Michał Potera (21:15). Nic już nie odmieniło losów tej partii i po bloku Dawida Wocha Resovia prowadziła 1:0.
Początek kolejnego seta był wyrównany, ale kontry ze skrzydeł Asseco Resovii szybko przyniosły im trzypunktową zaliczkę (9:6). Podopieczni Tuomasa Sammlvuo wygrywali przedłużone odsłony, skuteczny był między innymi Lukas Vasina (14:9). Rzeszowianie dokładali udane zagrania na siatce, a GKS nie miał czym na to odpowiedzieć. Punkt bezpośrednio zza linii 9. metra zdobył jeszcze Damian Domagała, ale najpierw Boyer, a potem Vasina domknęli drugą część meczu.
Od pierwszych piłek trzeciej partii gra była wyrównana, maksymalna różnica wynosiła dwa oczka (8:10). GKS grając środkiem, spisywał się bardzo dobrze. Jewgienij Kisiliuk był skuteczny (15:15), ale w połowie seta goście włączyli wyższy bieg. Bartosz Bednorz skończył kontrę, a Karol Kłos wykorzystał piłkę przechodzącą (19:15). Asseco Resovia na swoją stronę przechyliła jedną z najdłuższych akcji (23:16), na to GKS odpowiedział błędem, który doprowadził do piłki meczowej. Ostatni punkt w tym błyskawicznym pojedynku zdobył Lukas Vasina.
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 0:3 (18:25, 18:25, 17:25)
HOKEJ
hokej.net – Surowy odwet za urwanie punktu. Shutout Kielera i dublet Magee
Hokeiści GKS-u Katowice efektownym festiwalem strzeleckim zrewanżowali się ekipie Podhala Nowy Targ za stracony w niedziele punkt. Podopieczni Jacka Płachty w rozgrywanym awansem spotkaniu 38. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali „Górali” 9:0. Dwukrotnie na listę strzelców wpisał się Brandon Magee, dla którego były to pierwsze trafienia po powrocie do polskiej ligi.
Choć niedzielna konfrontacja obu zespołów zapowiadana była jako spotkania Dawida z Goliatem, to kibicom było dane kolejny raz przekonać się o tym, że w hokeju jak w mało którym sporcie należy spodziewać się niespodziewanego. Ambitnie walczący „Górale” zdołali wyrwać wicemistrzom Polski punkt, przegrywając dopiero po serii najazdów. Uwagę katowickich kibiców w dzisiejszym spotkaniu skupiał jednak debiutujący w barwach GieKSy- Adam Hornik. 16- latek to jeden z najbardziej obiecujących zawodników Akademii „Młoda GieKSa”. Napastnik swoją hokejową przygodę w akademii GKS-u rozpoczął w 2017 roku. Tym samym Hornik stanie się pierwszym wychowankiem Akademii „Młoda GieKSa”, który zadebiutuje w pierwszym zespole na najwyższym poziomie rozgrywkowym.
Niemalże od pierwszego wznowienia w postawie podopiecznych Jacka Płachty było widoczne mocne postanowienie poprawy. Inauguracyjne minuty spotkania okazały się okresem wytężonej pracy dla Alexa Horawskiego, który musiał uwijać się jak w ukropie, aby uchronić swój zespół przed utratą bramki. Niewiele do powiedzenia miał jednak 27-letni golkiper w 4. minucie, gdy Brandon Magee z największą precyzją pociągnął uderzenie po długim słupku, otwierając wynik spotkania. Choć chwilę po zdobyciu bramki na ławce kar zameldował się Dante Salituro, to w znikomym stopniu liczebne osłabienie gości wpłynęło na obraz gry. W 8. minucie katowiczanie kolejny raz zdołali zmaterializować swoją przewagę. Na wrzutkę z niebieskiej linii zdecydował się Johan Norberg. Ograniczoną możliwość oceny sytuacji miał wyraźnie zasłonięty Horawski i po chwili krążek zatrzepotał w siatce jego bramki. Sytuacji Podhala nie poprawiła nałożona na w 10. minucie kara dwóch minut na Jakuba Michalskiego. W liczebnej przewadze sporą aktywność przejawiał Grzegorz Pasiut. „Profesorowi” na drodze do szczęścia stanął jednak słupek a po chwili, z jego strzałem poradził sobie Horawski. Po odparciu szturmu, gospodarze zdołali pokusić się o wyprowadzenie swoich ataków, w których pierwsze skrzypce grał Filip Wielkiewicz. „Kojot” najpierw próbował w stylu laccrose zaskoczyć Kielera, a po chwili po jego strzale z backhandu krążek wybrzmiał na słupku.
Również początek drugiej tercji należał do GieKSy. W 25. minucie stoickim spokojem wykazał się Christian Mroczkowski, który otrzymując podanie od Santeriego Koponena, popatrzył w jaki sposób jest ustawiony jest Horawski a następnie precyzyjnym podaniem podwyższył prowadzenie. W kolejnych minutach temperatura na lodzie powędrowała w górę, gdy do gardeł skoczyli sobie Robert Mrugała i Johan Norberg. Wydarzenia z 26. minuty wiązały się dla „Górali” z koniecznością gry w osłabieniu, gdyż arbitrzy wycenili zachowanie Mrugały na podwójną kare mniejszą 2+2, a na Norberga nałożyli jedynie dwuminutowe wykluczenie. Po chwili niełatwa sytuacja Podhala skomplikowała się jeszcze mocniej, gdy do boksu kar dołączył Damian Tomasik. Z tych opresji „Górale” zdołali jednak wyjść obroną ręką, utrzymując wynik aż do 38. minuty, gdy autorem czwartej bramki został Grzegorz Pasiut, dobijając strzał Varttinena.
W końcowej fazie spotkania długie minuty spędzone we własnej tercji dały się we znaki zawodnikom Podhala, którym wyraźnie brakowało sił aby przeciwstawiać się kolejnym atakom GieKSy. W 52. minucie swoją drugą bramkę zdobył Brandon Magee, posyłając szybki strzał przy słupku. W kolejnych minutach wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Sygnał do ataku nadał Patryk Wronka, w 54. minucie wykorzystując grę w przewadze, a kolejne trafienia dołożyli Sokay, Varttinen oraz Kallionkieli.
Pewne zwycięstwo GieKSy. Dwa gole profesora Pasiuta
Bez większych problemów hokeiści GKS-u Katowice pokonali Zagłębie Sosnowiec 4:1 w 36. kolejce TAURON Hokej Ligi. Dwie bramki dla gospodarzy zdobył doświadczony Grzegorz Pasiut, który po profesorsku zachował się w klarownych sytuacjach przed bramką Patrika Spěšnego.
W pierwszych minutach meczu to hokeiści z Sosnowca wykazywali więcej animuszu w swoich poczynaniach i kilka razy zagrozili bramce Johna Murray, który nie dał się zaskoczyć.
Pierwszego gola zgromadzeni kibice zobaczyli w 14. minucie gdy Patryk Wronka zagrał przed bramkę to niepilnowanego Grzegorza Pasiuta, a ten bez problemów skierował gumę do bramki. Sędziowie analizowali jeszcze wideo, bo do pola bramkowego został wepchnięty Bartosz Fraszko, jednak szybko wskazali na środek. Dwie minuty później gospodarze zdobyli drugiego gola. Brandon Magee ruszył skrzydłem i uderzył z nadgarstka z okolicy bulika. Krążek powędrował w długi róg i zaskoczył Patrika Spěšnego.
Kontaktowego gola powinien zdobył Eric Kaczynski na początku drugiej odsłony, jednak nie wykorzystał sytuacji sam na sam uderzając w parkany „Jasia Murarza”. To się zemściło, gdyż w następnej akcji gola zdobył ponownie Grzegorz Pasiut. Doświadczony napastnik wykorzystał niefortunny wygrany bulik przez gospodarzy i znalazł się sam przed Spěšným. Jego precyzyjny strzał wylądował nad barkiem bramkarza i wylądował pod poprzeczką.
W trzeciej tercji wygraną przypieczętowali gospodarze. W 44. minucie Christian Mroczkowski dobił do pustej bramki strzał z niebieskiej Pontusa Englunda. Sosnowiczan było stać tylko na jednego gola, chociaż kilka razy niepokoili bramkę gospodarzy. Murray skapitulował dopiero po strzale Mirko Djumićia, który z bliska dobił strzał Jakuba Šaura.
Choć w przetasowanych formacjach, to bez problemów- GieKSa pokonuje STS
GKS Katowice choć musiał radzić sobie w dzisiejszym spotkaniu bez kilku kluczowych zawodników pokonał 6:1 Texom STS Sanok. Podopieczni Jacka Płachty zaprezentowali pełnie swojego potencjału ofensywnego, a ciężar zdobywania bramek rozłożył się pomiędzy sześciu zawodników.
W mocno przemeblowanych formacjach do dzisiejszego spotkania przystąpiła drużyna GKS-u Katowice. W składzie wicemistrzów Polski znalazło się bowiem jedynie czterech nominalnych obrońców. Wakaty w formacji defensywnej zmuszeni były wypełnić nominalni napastnicy: Mateusz Michalski oraz Stephen Anderson.
Już po 85 sekundach po raz pierwszy otworzyły się drzwiczki boksu kar, a w nim zasiadł Kacper Maciaś, który wykroczył poza przepisy atakując rywala kolanem. Okres gry w przewadze nie przyniósł sanoczanom jednak fajerwerków w ofensywie. Podopieczni Elmo Aittoli pomimo liczebnej przewagi na lodzie nie potrafili znaleźć sposobu aby zamknąć katowiczan we własnej tercji. Po wyrównaniu formacji hokeiści z Górnego Śląska zaczęli stopniowo podkręcać tempo rozgrywania krążka. W 7. minucie role się odwróciły i to goście zmuszeni byli bronić osłabienia. Katowiczanie dali swoim rywalom błyskawiczną lekcję rozgrywania przewagi i potrzebowali ledwie 21 sekund aby otworzyć wynik spotkania. Stephen Anderson posłał strzał, po którym krążek odbijając się od poprzeczki zatańczył na linii bramkowej. Bierność sanockiej defensywy wykorzystał Ben Sokay, który pierwszy dopadł do gumy i wbił ją do bramki. Wraz z upływem kolejnych minut wydarzenia skupiały się w tercji gości, których przed utratą bramki chronił Filip Świderski. Niewiele jednak miał do powiedzenia golkiper sanoczan w 13. minucie. Jean Dupuy swój rajd prawym skrzydłem wykończył strzałem po długim słupku- guma odbijając się jeszcze od słupka po raz drugi zatrzepotała w sanockiej bramce. W 17. minucie zawodnicy z Podkarpacia raz jeszcze musieli uciec się do wykroczenia poza przepisy, aby przerwać akcję GieKSy- tym razem boks kar odwiedził Marek Strzyżowski. W okresie gry w przewadze Pontus Englund zaprezentował katowickiej publiczności siłę swojego strzału- mocnym uderzeniem podwyższając prowadzenie swojego zespołu.
Niewiele zmienił się obraz gry w drugiej tercji. W 22. minucie Igor Smal wyprowadził krążek z własnej tercji, decydując się w końcowej fazie akcji zagrać krążek do Brandona Magee. Pozostawienie Kanadyjczyka bez opieki w okolicach koła bulikowego mogło dla sanoczan skończyć się tylko w jeden sposób- utratą czwartej bramki. W 27. minucie na swoją firmową wrzutkę spod niebieskiej linii zdecydował się Santeri Koponen. Lot krążka przeciął Patryk Wronka, czym kompletnie zmylił Filipa Świderskiego. W ostatnich sekundach odsłony kolejny ofensywny zryw zaprezentował Lauri Huhdanpää- będący zdecydowanie najmocniejszym ogniwem sanoczan. Zryw lewym skrzydłem Fin wykończył wrzutką na bramkę, a tam łopatkę swojego kija zdołał dołożyć Bartosz Florczak, uprzedzając interweniującego Michała Kielera umieścił krążek w bramce pomiędzy jego parkanami.
Wysokie prowadzenie gospodarzy w dużej mierze wpłynęło na obraz gry w trzeciej tercji. Jedynym akcentem bramkowym okazała się akcja z 52. minuty, kiedy to Bartosz Fraszko po podaniu Patryka Wronki zdobył szóstą bramkę dla katowiczan.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice w finale Pucharu Kontynentalnego w Cardiff zagra bez czterech Kanadyjczyków
Od czwartku 16 stycznia do niedzieli 19 stycznia rozgrywany będzie w Cardiff finał Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski dziś o godz. 20.30 zmierzą się z gospodarzami turnieju Cardiff Devils, a w sobotę o godz. 19 zagrają z Bruleurs de Loups. Z francuskim klubem katowiczanie rywalizowali w turnieju półfinałowym przegrywając z nimi w listopadzie w Danii 2:4.
Dobra wiadomość jest taka, że podopieczni trenera Jacka Płachty na pewno uplasują się w stolicy Walii na podium, bo w tegorocznej edycji Pucharu Kontynentalnego wystąpią tylko trzy drużyny, gdyż z przyjazdu zrezygnował kazachski Arłan Kokczetaw. Dużo gorsza jest ta, że GKS poleciał do Cardiff zaledwie w 18-osobowym składzie, w którym znalazło się dwóch bramkarzy.
Wszystko dlatego, że trójka katowickich młodzieżowców – Maksymilian Dawid oraz Jakub i Jonasz Hofmanowie – w tym tygodniu uczestniczy w mistrzostwach świata do lat 20 dywizji 1B w Tallinnie. Z kolei z przyczyn proceduralnych związanych z długotrwałą procedurą przyznawania kart pobytu w Strefie Schengen, do Cardiff nie mogli udać się Kanadyjczycy Travis Verveda, Stephen Anderson, Brandon Magee i Dante Salituro. Po prostu gdyby wyjechali poza Strefę Schengen to nie mogliby wrócić do Polski na końcówkę obecnego sezonu Tauron Hokej Ligi. Przez to katowiczanie będą zmuszeni grać w obu meczach z silnymi rywalami na trzy piątki.
Na szczęście tego problemu nie mają ich rodacy grający dłużej w naszym kraju, czyli Ben Sokay i Jean Dupuy oraz dwaj inni zawodnicy urodzeniu za oceanem – Amerykanin John Murray, który ożenił się z Polką i mający polskie korzenie Kanadyjczyk Christian Mroczkowski. Obaj mają bowiem polskie obywatelstwo.
– Żałujemy, że w Cardiff nie będziemy mogli zagrać w najsilniejszym składzie. Klub dochował wszelkiej staranności przy wszystkich procedurach, które rozpoczęły się już wiele miesię-cy temu. Nie mamy jednak wpły-wu na terminy ich rozpatrywania. Jestem jednak głęboko przekonany, że grupę zawodników udającą się do Cardiff stać na osiągnięcie bardzo dobrych wyników – powiedział Krzysztof Nowak, prezes GKS.
Katowiczanie po raz trzeci zagrają w finale PK. W 2019 roku w Belfaście zajęli trzecie miejsce, a w poprzednim sezonie w Cardiff czwarte. Na tegoroczny turniej do stolicy Walii wybiera się spora grupa kibiców GieKSy.
hokej.net – Nie igraj z diabłami! GieKSa przegrywa na inaugurację. Decydująca druga tercja
Hokeiści GKS-u Katowice na inaugurację zmagań w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego musieli uznać wyższość ekipy Cardiff Devils. Walijczycy będąc wyraźnie lepszą drużyną, pokonali wicemistrzów Polski 6:3. Decydująca dla losów spotkania okazała się druga tercja, w której rywale aż pięciokrotnie zdołali pokonać Johna Murraya.
Jedynie trzy pełne formacje miał dzisiejszego wieczoru do dyspozycji trener Jacek Płachta. Tak wąska kadra katowiczan jak doskonale wiemy wymuszona została względami pozasportowymi. Nutką optymizmu dla katowickich kibiców okazał się powrót do meczowej kadry Mateusza Bepierszcza, którego charakter i wola walki w tak wymagających spotkaniach mogą okazać się na wagę złota.
Od pierwszego wznowienia, które padło łupem Joeya Martina, było jasne z jak wymagającym rywalem przyjdzie mierzyć się wicemistrzom Polski. Walijczycy bez ogródek przeszli do szturmowania katowickiej tercji. Już pierwsze sekundy okazały się okresem wzmożonej pracy dla Johna Murraya. Reprezentant Polski wszedł w spotkanie pewnymi interwencjami, ratując swój zespół z opresji. Północnoamerykański styl gry rywala wydatnie wdał się we znaki hokeistom GieKSy. Przekonał się o tym nawet uchodzący za jednego z większych twardzieli na taflach THL Pontus Englund, który zaliczył efektowny kontakt z bandą po interwencji przeciwnika. Okazją do złapania oddechu była kara nałożona na Joshna MacDonalda. Walijczycy zaprezentowali się jednak bardzo solidnie podczas gry w osłabieniu, nie pozwalając przegrać się katowiczanom. W 15. minucie role się odwróciły i miejsce w boksie kar zajął Pontus Englund. Hokeiści z Cardiff zaprezentowali swój potencjał ofensywny, imponując szybkim rozegraniem krążka. Devils w kolejnych minutach dali się poznać jako drużyna, która potrafi błyskawicznie przeorganizować się z obrony do ataku- wielokrotnie zmuszając Johna Murraya do wzbicia się na wyżyny umiejętności bramkarskich.
Drugą tercję polski zespół rozpoczął w liczebnej przewadze, bowiem u schyłku pierwszej odsłony wykluczony został Josh Batch. Po wyrównaniu formacji katowiczanie zdołali utrzymać się w tercji rywala. Koronkowe rozegranie krążka wypracowało świetną pozycję strzelecką dla Jeana Dupuy, który pokonując Maca Carrutha otworzył wynik spotkania. Niestety podopieczni Jacka Płachty nie zdołali długo utrzymać prowadzenia. W 24. minucie GieKSa próbowała zainicjować atak wyprowadzając długie podanie z własnej tercji. Przejęty przez rywala krążek błyskawicznie wrócił do katowickiej „zony”. Z próbą Joeya Martina zdołał sobie poradzić sobie Murray, jednak wobec dobitki MacDonalda był już kompletnie bezradny. Gdy wydawało się, że gra będzie toczyć się w stylu „cios za cios” defensywa GieKSy wyciągnęła dłoń do rywala, tracąc krążek w okolicach własnej bramki. Błąd rozegrania pomiędzy Koponenem a Varttinenem wykorzystał Duggan, który przejętą gumę podał do Reida Duke’a- a ten wyprowadził swój zespół na prowadzenie. W 33. minucie Mateusz Michalski w swoim charakterystycznym stylu objeżdżając bramkę próbował zaskoczyć Carrutha. Niestety nie udała mu się ta sztuka, a po chwili próbując odzyskać utracony krążek, faulował rywala. Grający w przewadze Devils dali popis rozegrania na jeden kontakt-imponującą akcję na bramkę zamienił Brett Perlini. 28 sekund później katowiczan wypunktował Zach O’Brein, stając się autorem czwartej bramki. Tercję, o której wicemistrzowie Polski z pewnością chcieliby jak najszybciej zapomnieć bramkowym akcentem zakończył Cole Sanford,. Kanadyjczyk pomimo asysty katowickich obrońców, zdołał skierować krążek do bramki.
Choć po dwóch tercjach wynik był mocno niekorzystny dla katowickiego zespołu, to hokeiści wicemistrzów Polski wyszli na trzecią odsłonę ze świadomością, że każda zdobyta bądź stracona bramka może wpływać na końcową klasyfikację w przypadku konieczności stworzenia tzw. małej tabeli. Mocny początek ze strony GieKSy nie dał jednak upragnionej bramki. Drogę do siatki udało się znaleźć dopiero w okresie gry w przewadze w 50. minucie. Z lewego skrzydła mocnym strzałem z nadgarstka popisał się Bartosz Fraszko. Tym samym w 54. minucie odpłacili się rywale, gdy boks kar odwiedził Jean Dupuy. Kanadyjczyk wyprowadził groźną akcję, po której mógł pokonać Carrutha, w wykończeniu akcji zabrakło napastnikowi niestety zimnej krwi, co więcej swój rajd wykończył zagraniem wysoko uniesionym kijem, a Walijczycy kolejny raz efektywnie rozegrali swój power-play. Ambitnie i do końca walczący hokeiści z Katowic zdołali odpowiedzieć tylko jednym trafieniem. Podanie Patryka Wronki w 56. minucie do siatki skierował Bartosz Fraszko, uprzedzając interweniującego Carrutha i zdobywając swoją drugą bramkę.
W karnych szczęście sprzyja „Wilkom”. Bramkarskie show Pintariča i Murraya
GKS Katowice zanotował drugą porażkę w Turnieju Finałowym Pucharu Kontynentalnego. Wicemistrzowie Polski po serii karnych ulegli 2:3 Brûleurs de Loups de Grenoble. Karnego na wagę zwycięstwa wykorzystał Aurélien Dair. Pierwszoplanowe role rozegrali jednak obaj golkiperzy- ozdobą spotkania były interwencje Matija Pintariča i Johna Murraya.
Przegrana w inauguracyjnym spotkaniu sprawiła, że jeżeli hokeiści GKS-u Katowice wciąż marzą o zdobyciu medalu z kruszcu cenniejszego niż brąz, to muszą zrewanżować się ekipie Brûleurs de Loups de Grenoble za listopadową porażkę w Aalborgu. Wówczas katem GieKSy okazał się Alexandre Mallet, który dwukrotnie wpisując się na listę strzelców poprowadził swój zespół do zwycięstwa 4:2.
Początek spotkania miał zgoła odmienny przebieg niż czwartkowa rywalizacja przeciwko Cardiff Devils. Wicemistrzowie Polski dłużej utrzymywali się w posiadaniu krążka i nie musieli mierzyć się z tak agresywnym forecheckiem ze strony rywala. Niestety w 7. minucie podopieczni Pera Hånberga udowodnili, że przeciwnik posiadający w swoim szeregach tak wielu klasowych graczy jest w stanie błyskawicznie wyprowadzić bramkową akcję. Nicolas Deschamps pomimo asysty Santeriego Koponena zdołał pokonać z krążkiem całą tercję, wykańczając swoją akcję strzałem. Choć z jego próbą poradził sobie John Murray, to wobec dobitki Adela Koudriego był już kompletnie bezradny. Zdobyta bramka sprawiła, że „Wilki” poczuły się znacznie pewniej, przejmując inicjatywę. W kolejnych minutach wiodącymi postaciami okazali się bramkarze. Świetne interwencje zarówno Matija Pintariča i Johna Murraya sprawiły, że żadna ze stron pomimo naprawdę dobrych okazji ku temu nie zdołała zdobyć bramek.
Pierwsze minuty drugiej tercji należały do podopiecznych Jacka Płachty, którzy wyraźnie szukali sposobności do wyrównania stanu rywalizacji. Sztuka ta udała się w 27. minucie. Ben Sokay wygrywając bulik zagrał gumę za plecy do Santeriego Koponena, który atomowym strzałem zdołał w końcu znaleźć sposób na broniącego jak w transie Pintariča. Już chwilę później katowiczanie mogli cieszyć się z objęcia prowadzenia. Akcji sam na sam nie zdołał jednak wykorzystać Patryk Wronka. Po oddaniu strzału katowicki napastnik był faulowany jeszcze przez rywala, w związku z czym GieKSa stanęła przed możliwością gry w przewadze. Ta układała się w naprawdę przyjemny dla oka sposób, jednak nie przyniosła drugiej bramki polskiemu zespołowi. W 31. minucie do boksu kar został oddelegowany Valentin Grossetete. Tym razem wicemistrzowie Polski rozgrywając przewagę postawili na efektywność. Po mocnym strzale Pontusa Englunda, Pintarić nie zdołał zamrozić gumy, którą do bramki dobił Grzegorz Pasiut.
Obie ekipy kreowały sobie kolejne dogodne sytuacje do zdobycia bramek- na wyżyny swoich umiejętności wchodzili jednak golkiperzy. Z pewnością w szeregu GieKSy pozostanie spory niedosyt po niewykorzystaniu aż 4 minuty przewagi, gdy karę 2+2 za trafienie w twarz wysoko uniesionym kijem otrzymał Boivin. W 55. minucie za swoje przewinienie wykluczony z gry został Santeri Koponen. Podopieczni Pera Hånberga błyskawicznie zdołali wykorzystać swoją przewagę. Pod bramką Johna Murraya doszło do gęstej kotłowaniny. W ostrej naparzance o krążek najprzytomniej zachował się Matias Bachelet, który skierował gumę do siatki. Okoliczności bramki sprawiły, że sędziowie długo analizowali, czy została ona zdobyta w prawidłowy sposób. Ostatecznie podtrzymali jednak decyzję o uznaniu trafienia. Schyłek trzeciej tercji upłynął na okresie gry w przewadze GKS-u Katowice. Ekipa „Wilków” zdołała się wybronić z gry w osłabieniu, wobec czego czekała nas dogrywka.
W 62. minucie spotkanie powinien skończyć Nicolas Deschamps, jednak jego strzał w niewyobrażalny sposób został zatrzymany na kiju Johna Murraya, bądź rzucającego się na krążek Pontusa Englunda. W 63. minucie pomimo protestów miejsce w boksie kar zmuszony był zająć Damien Fleury. Zespół Jacka Płachty nie znalazł jednak pomysłu jak przewagę 4/3 zamienić na bramkę. Remis utrzymał się aż do 65. minuty, w związku z czym o losach spotkania rozstrzygać musiały karne. Serię najazdów świetnie otworzył Ben Sokay, pewnie wykorzystując swoją próbę. Francuzi odpowiedzieli dopiero w czwartej serii, gdy Johna Murraya wymanewrował Damien Fleury. O zwycięstwie „Wilków” rozstrzygnął Aurelien Diar w siódmej serii.
Kibice Piłka nożna
Górnik Zabrze kibicowsko
Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.
Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.
Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała.
Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.
Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.
W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.
Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.
Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.
Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.
Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.
Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.
W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.
Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.
Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.
Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.
Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.
Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.
Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.
Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.
W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.
Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.
Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.
Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.
W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.
Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.
W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.
Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.
Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.
W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.
W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.
Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.
Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.
Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.
W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.
W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.
Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.
W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.
Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.
Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.
W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.
We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.
W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.
Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.
W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.
W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.
W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.
Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.
Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.
Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.
Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.
W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.
W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.
Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.
W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.
Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.
Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.
W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.
W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.
Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.
Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.
W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.
Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0, a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.
Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.
W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.
Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.
Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.
19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…
W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.
W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.
We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).
We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.
We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.
Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.
1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.
Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.
W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.
Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.
W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.
Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.
Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.
W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.
Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.
W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.
W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.
Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.
We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.
Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi.
W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała.
Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.
W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).
Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.
Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.
W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.
Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: niezrozumiała niemoc na wyjazdach
Zaledwie jeden remis i dwa zdobyte, za to cały worek goli straconych, z czego cztery w Katowicach – to wyjazdowy dorobek Arki w tym sezonie. Tymczasem w Gdyni jest to zespół o zupełnie innym obliczu i nikomu nie jest tu łatwo o punkty, o czym przekonał się już m. in. Mistrz Polski i niedawny lider tabeli z Płocka. O przyczyny takiego stanu rzeczy, kadrowe ubytki i przewidywania przed niedzielnym pojedynkiem z GieKSą zapytaliśmy Arka Skubka, kibica żółto-niebieskich.
Poprzednie spotkanie Arki z GieKSą przypadało na piątą kolejkę Ekstraklasy. Beniaminek z Gdyni miał wtedy pięć punktów, właśnie przywieźliście remis z Łazienkowskiej, kilka dni później pokonaliście Pogoń i w dobrych humorach jechaliście do Katowic, a my wciąż czekaliśmy na pierwsze zwycięstwo. Mój poprzedni rozmówca z Gdyni, Marek Ziemian, powiedział wtedy, że Arka jest na właściwym kursie. Czy dziś można powiedzieć to samo?
Gdybym tak powiedział, oznaczałoby to, że źle życzę klubowi, któremu kibicuję. Na dzień dzisiejszy kurs obrany przez Arkę prowadzi do spadku z Ekstraklasy. Co tu dużo mówić – będąc pod kreską na trzynaście kolejek przed końcem sezonu musimy wejść na wyższy poziom sportowy, jeśli chcemy wyskoczyć z czerwonej strefy. Niestety, wiele rzeczy potoczyło się inaczej niż powinno, ale przede wszystkim nikt z nas nie spodziewał się, że tak fatalnie będziemy się prezentować poza Gdynią. To absolutny szok i rozczarowanie, czegoś takiego w Gdyni chyba nigdy nie było, ale to zadanie dla klubowych statystyków i historyków, aby sprawdzić, czy kiedykolwiek zdarzył się podobny sezon. Jeśli nadal będziemy tak mizernie punktować na wyjazdach, to trudno być optymistą przed tym, co przed nami.
Analizując tabelę, w oczy rzucają się dwa główne problemy Arki: wspomniana słaba gra na wyjazdach i najsłabszy w lidze dorobek strzelecki. Wszystko dlatego, że Karol Czubak gra nie w tej żółtej koszulce, w której powinien?
Przyczyn należy szukać głębiej, bo skoro na wyjazdach zdobyliśmy tylko dwa gole, to ogólny bilans musi być mizerny. Arka jest zespołem do bólu pragmatycznym, zwłaszcza u siebie, co przejawia się tym, że zespół dążąc do wygranej zadowala się jednobramkowym prowadzeniem i nie bawi się na boisku w radosny futbol. Najważniejsze są trzy punkty i w Gdyni często się to udaje. Z kolei na wyjazdach drużynę dopada niezrozumiała niemoc, brak wiary we własne umiejętności – trudno to racjonalnie wytłumaczyć.
W poprzedniej kolejce GKS grał z Legią, z którą wy mierzyliście się tydzień wcześniej. I o ile kibice GieKSy podadzą szereg powodów, niekoniecznie sportowych, dlaczego nie udało nam się pokonać stołecznych, tak wasz remis trudno wytłumaczyć…
Podobne historie, kiedy jeden zespół traci dwie bramki w doliczonym czasie gry, a przez to również zwycięstwo, nie zdarzają się na co dzień. A jeśli już się zdarzają, to na długo zapadają w pamięć, jak choćby słynny finał Ligi Mistrzów sprzed blisko 30 lat. Osobiście nie przypominam sobie poprzedniego takiego meczu w wykonaniu Arki – dwa, w zasadzie identycznie stracone gole tuż przed końcem spotkania… Trudno to wytłumaczyć, a jeszcze trudniej się z tym pogodzić. Można rzucać banałami, że z rywalem takim jak Legia nie wolno ani na moment tracić koncentracji, ale walcząc o utrzymanie, gdy każdy punkt jest na wagę złota, obrona korzystnego wyniku to obowiązek. Mimo dwubramkowej przewagi zabrakło spokoju, a po kontaktowym trafieniu Legii Arka się zagotowała i nie była w stanie oddalić gry od swojego pola karnego. Prowokowaliśmy rywala do pressingu, który przyniósł skutek w postaci kolejnego stałego fragmentu gry, zamienionego na gola. Być może to ten sam problem mentalny, który dopada zespół na wyjazdach, bo nie wszystko można wytłumaczyć niską jakością indywidualną poszczególnych piłkarzy. Jeśli chcemy się utrzymać, to trzeba wyeliminować ten problem przed kolejnymi meczami.
Jakby tego było mało, w niedzielę znowu przegraliście na wyjeździe, tym razem w Szczecinie. Przeglądając komentarze kibiców Arki, dominowało w nich albo poczucie realnego zagrożenia spadkiem, albo wręcz powolne oswajanie się z jego nieuchronnością.
Mecz z Pogonią miał dać odpowiedź, czy nasza postawa na wyjazdach wreszcie się odmieni. Nie zagraliśmy w Radomiu, więc to w Szczecinie mieliśmy się przekonać, czy przerwa zimowa, zgrupowanie i niewielkie korekty kadrowe odmienią i usprawnią grę Arki w delegacjach. Oceniając już po meczu, moim zdaniem Pogoń była najłatwiejszym spośród wszystkich naszych dotychczasowych rywali wyjazdowych i nie wyglądała na zdecydowanie silniejszy zespół od Arki. Miałem poczucie, że niewiele trzeba, aby w Szczecinie zapunktować, mimo to nie potrafiliśmy tego zrobić. Skoro więc przegraliśmy z przeciętnie wyglądającą tego dnia Pogonią, to trudno szukać optymizmu przed kolejnymi wyjazdami do Płocka, Kielc czy Krakowa, a nawet Radomia. Dlatego właśnie ten mecz tak bardzo rozczarował i zaniepokoił kibiców w Gdyni, bo nie zobaczyliśmy Arki w nowym wydaniu.
Trener Szwarga słynie z drobiazgowych analiz, tymczasem w Szczecinie straciliście decydującego gola po książkowej akcji Pogoni, którą zna chyba cała liga.
Trener naturalnie uczulał zawodników, aby wystrzegali się błędów w tej strefie boiska, tymczasem już w czwartej minucie rajd i dośrodkowanie Grosickiego na gola zamienił Mukairu. Mecz zaczął się źle, ale jeśli już tracić, to na początku, gdy jest jeszcze czas na odrabianie strat. Mimo to przez całą pierwszą połowę nie byliśmy w stanie stworzyć zagrożenia pod bramką Cojocaru. Po przerwie wyszliśmy na boisko bez zmian, co mogło świadczyć, że trener był zadowolony z postawy swoich zawodników. Dopiero po wejściu na boisko Kubiaka i Kocyły gra Arki się ożywiła. Najkorzystniejsza była sytuacja, gdy strzał oddał Jakubczyk, a Szota powinien był trącić piłkę do bramki, tymczasem trafił prosto w bramkarza. Mam odczucie, że gdyby wtedy padła bramka, to nie przegralibyśmy w Szczecinie.
Sam trener przebił się na czołówki sportowych mediów, gdy tuż po awansie zwrócił uwagę, że Arka nie jest sportowo gotowa na Ekstraklasę. Czy sytuacja drużyny zmieniła się na przestrzeni ostatnich miesięcy?
Na ten problem trzeba spojrzeć szerzej. To, co w tym sezonie dzieje się na rynku transferowym, zwłaszcza w Ekstraklasie, zaskoczyło chyba wszystkich. Praktycznie każdy klub wydaje dzisiaj pieniądze nieporównywalne do poprzednich okienek, co czasowo zbiegło się z naszym awansem, a jak wiadomo beniaminek zwykle jest na najtrudniejszej pozycji w tym wyścigu. Nie jest to dla nas żadne usprawiedliwienie, bo inny beniaminek z Płocka radzi sobie o niebo lepiej. Naszym celem było zbudowanie drużyny na spokojne utrzymanie w Ekstraklasie, tymczasem wokół nas toczy się prawdziwy wyścig zbrojeń i trudno nam konkurować w takich warunkach. Prezes Pertkiewicz od razu zapowiadał, że w Gdyni nie będzie transferów gotówkowych, nie licząc pozyskania „za grosze” Oskara Kubiaka, bez porównania z kwotami padającymi choćby w GKS-ie, który był w stanie wykupić Mateusza Kowalczyka za milion euro. Prezes przykłada ogromną wagę do pilnowania budżetu, ale przekłada się to również na poziom kadry. Nie mnie oceniać, czy drużyna została odpowiednio zbudowana, zostawiam to trenerowi. Wystarczy jednak posłuchać dziennikarzy i obserwatorów Ekstraklasy, którzy zgodnie oceniają potencjał kadrowy Arki jako jeden z najsłabszych w lidze. Trudno polemizować z takimi ocenami. Z drugiej strony skoro potrafimy wygrywać u siebie z Wisłą, Cracovią czy Lechem, to znaczy, że pewien poziom umiejętności w zespole jest.
Jednym z odpowiedzialnych za właściwy dobór zawodników do drużyny jest Veljko Nikitović, dyrektor sportowy Arki. Czy aby na pewno Arki?
Jak najbardziej Arki. Z tego co wiem, w Motorze Lublin zimą nie zostały przeprowadzone żadne ruchy transferowe, więc trudno mówić, aby ktokolwiek, tym bardziej spoza klubu, wykonywał tam taką pracę. Zdaję sobie sprawę, jakie informacje podawały media (Nikitović od nowego sezonu będzie pracował w Lublinie – przyp. red.), natomiast znam Velo i nie mam wątpliwości co do jego szczerości. Jeśli Nikitović twierdzi, że w tej chwili nie ma żadnej umowy z Motorem, a całą uwagę skupia na Arce, to ja mu wierzę. Czym innym są jednak piłkarze, których jako dyrektor wskazuje, a czym innym ci, którzy ostatecznie podpisują kontrakty w Gdyni. Rozmowy transferowe prowadzi prezes Pertkiewicz i o tym trzeba pamiętać – nie zawsze jesteśmy w stanie pozyskać piłkarzy, których widziałby w klubie zarówno trener, jak i dyrektor sportowy.
W niedzielne popołudnie do Gdyni przyjedzie GKS. Nie sposób uciec od pewnych skojarzeń z wydarzeniami, które w Katowicach do dziś wspominamy z uśmiechem. U was z pewnością jest inaczej, ale czy po takim czasie udało się przetrawić tamten mecz i zapomnieć o nim?
Z perspektywy czasu niektórzy oceniają, że brak awansu w tamtym sezonie dobrze nam zrobił, bo tuż po zmianach właścicielskich nie byliśmy jeszcze w stu procentach gotowi organizacyjnie. Z drugiej strony w tamtym okresie liga nie była jeszcze aż tak napompowana pieniędzmi jak dziś i można było nieco łatwiej obronić status ekstraklasowicza. Natomiast w tamtym momencie, będąc świadkiem, jak awans wymyka nam się z rąk po niesamowitej końcówce sezonu, rozczarowanie było olbrzymie. Okoliczności, w jakich brak naszego awansu stał się faktem, odbiły się szerokim echem w całej piłkarskiej Polsce. Wpadka była spektakularna i nie chodzi tylko o mecz z GKS-em, bo na przegrany awans złożyły się mecze z GieKSą, Motorem, Lechią czy potknięcie w Bielsku-Białej. Byliśmy mocno sfrustrowani, bo był to kolejny sezon, w którym oglądaliśmy na własnym stadionie radość przeciwnika po awansie – wcześniej były to Pogoń Szczecin, Radomiak (jego awans po meczu w Gdyni nie był jeszcze w 100% pewny, za to pogrzebał szanse Arki na bezpośrednią promocję – przyp. red.) i ŁKS, a na domiar złego później do tej listy dopisaliśmy Motor. Nie jest to przyjemna sytuacja, gdy na twoim terenie rywale cieszą się z historycznych sukcesów, a ty musisz obejść się smakiem.
Na szczęście odczarowaliście to fatum w ubiegłym sezonie i dziś możemy rywalizować na poziomie Ekstraklasy. Jesienią, a w zasadzie w środku lata, spotkaliśmy się po raz pierwszy na Nowej Bukowej. Nie jest tajemnicą, że sztab Arki przywiązuje dużą wagę do stałych fragmentów gry, zarówno w ofensywie, jak i w defensywie. Tymczasem w Katowicach była to nasza najgroźniejsza broń.
Przystępowaliśmy do tego meczu w dobrych nastrojach, mając na koncie pięć punktów, podczas gdy GKS tylko jeden. W najczarniejszych snach nie zakładałem, że nasz mecz może mieć taki przebieg i zakończyć się tak wysokim wynikiem. Jeśli dodamy do tego fakt, że w zasadzie wszystkie bramki straciliśmy po stałych fragmentach, a przed sezonem mówiło się, że to właśnie one będą naszym największym atutem, to mecz w Katowicach wywrócił te zapowiedzi do góry nogami. Czas pokazał, że nie był to przypadek, a pewna prawidłowość: dla was są one groźną bronią, a dla Arki deficytem. Wiele kluczowych goli traciliśmy właśnie po stałych fragmentach. Warto przypomnieć, że mamy w sztabie specjalistę od tego elementu, a jest nim znany w Katowicach Rafał Figiel. W pierwszej lidze stałe fragmenty działały u nas bardzo dobrze i między innymi dzięki temu wywalczyliśmy awans. Dlaczego w Ekstraklasie jest inaczej i zamiast zdobywać gole, częściej je tracimy? Nie potrafię tego wytłumaczyć – niech odpowiedzi szukają trenerzy.
Jaki wpływ na postawę Arki w niedzielę będzie miał brak Marca Navarro i Kamila Jakubczyka, którzy pauzują za nadmiar żółtych kartek?
Każdy z nich ma zarówno atuty, jak i ograniczenia. Kamil Jakubczyk jest jedną z naszych najjaśniejszych postaci w ofensywie, ale popełnia też młodzieńcze błędy, które czasem sporo kosztują drużynę. Potrafi szarpnąć, zabrać się z piłką, minąć kilku rywali i napędzać grę Arki, a z drugiej strony – na co zwraca uwagę trener Szwarga – popełnia błędy taktyczne rzutujące na sposób gry defensywnej. Z kolei Navarro ma dobrze ułożoną nogę i potrafi zagrać piłkę w punkt, szczególnie przy stałych fragmentach. Nie będzie on jednak najlepiej wspominał meczu w Szczecinie, bo to własnie jemu uciekł strzelec bramki. W niedzielę przy stałych fragmentach z powodzeniem zastąpi go Sebastian Kerk, dlatego jeśli miałbym wskazać, kogo będzie brakowało bardziej, to raczej Jakubczyka.
Miałeś okazję zobaczyć któryś z meczów GieKSy? Jak oceniasz naszą postawę wiosną?
Z największą uwagą obserwowałem wasz mecz z Widzewem. W oczy rzuca się przede wszystkim intensywność i agresja w grze, ale w pozytywnym sensie – pilnowanie każdego centymetra boiska, nieodpuszczanie żadnej piłki, niedawanie przestrzeni rywalom. Imponujące było wasze zaangażowanie i sposób, w jaki utrudnialiście życie gwiazdorom z Łodzi. Nie ukrywam, że kiedy odwołano rzut karny dla Widzewa, miałem poczucie sprawiedliwości, bo zasłużyliście na zwycięstwo, mimo że remis byłby korzystniejszym wynikiem z punktu widzenia Arki. W tym miejscu chciałbym powiedzieć coś o sędziach, bo w tym sezonie każdy ma z nimi problemy. Jako kibic Arki nie wiem, czy znalazłbym trzy mecze, w których nie miałbym dużych pretensji do arbitrów. Przy wszystkich naszych piłkarskich problemach w zdecydowanej większości spotkań sędziowie popełniali błędy, które w mniejszy lub większy sposób wpływały na przebieg meczów. Ponadto, jesteśmy jedyną drużyną w Ekstraklasie, która w tym sezonie nie wykonywała rzutu karnego, a okazji ku temu nie brakowało, np. w meczu z Motorem Karol Czubak zagrał ręką w polu karnym Arki i sędziowie nie dopatrzyli się błędu. Niemal każda kontrowersja była rozstrzygana na niekorzyść Arki, co na pewno kosztowało nas kilka punktów.
Arka u siebie nie zwykła oddawać punktów, ale czy odda pole GieKSie? Jaki przebieg będzie miał twoim zdaniem nasz niedzielny mecz?
Arka w tym sezonie nie rzuca się na nikogo. U siebie wygrywa pragmatyzmem, cierpliwością i konsekwencją w realizacji planu taktycznego trenera. Problemem może być wspomniany brak Kamila Jakubczyka i ciekaw jestem, jaki będzie pomysł na jego zastąpienie. Jeśli trener Szwarga znajdzie alternatywę, to GieKSie powinno być równie trudno jak każdemu innemu rywalowi w Gdyni. Nawet pierwszy gol szybko strzelony przez GKS nie będzie decydujący, bo Arka wielokrotnie odwracała mecze u siebie, np. z Cracovią czy Lechem. Jeśli natomiast mecz otworzy się dopiero w drugiej połowie, to spodziewam się, że jedna bramka zadecyduje o zwycięstwie jednej lub drugiej drużyny.
Spróbuj przewidzieć przyszłość, zarówno jeśli chodzi o wynik, jak i o warunki do gry, bo przynajmniej na Śląsku zima kontratakuje.
Boisko na pewno będzie bardzo ciężkie, bo w Gdyni na przemian pada śnieg, przychodzi odwilż, a następnie mróz – nocą termometry wskazywały nawet -15 stopni. Na pewno odbije się to na stanie murawy. W weekend ma już być cieplej, ale warunki na pewno będą trudne. Co do wyniku, pozostaję optymistą i trzymam kciuki za 1:0 dla Arki, mimo że trudno znaleźć racjonalne przesłanki dla takiego scenariusza. Wierzę, że po raz kolejny Arka u siebie okaże się zespołem zupełnie innym niż choćby w Szczecinie.






















































































































































































































































Najnowsze komentarze