Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Przegląd doniesień mediów: Szybko, twardo i efektownie! Mistrzowie odpowiadają Unii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziewięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Drużyna kobieca w ¼ finału Pucharu Polski rozegrała spotkanie z Górnikiem Łęczna, w którym wygrała 2:1 (1:0). W półfinale zespół zmierzy się na wyjeździe z SMS-em Łódź. Spotkanie zostanie rozegrane 24 kwietnia. Ze względu na występy reprezentacji, następne spotkanie ligowe Ukochane rozegrają 13 kwietnia z Medykiem w Koninie.

Drużyna męska w 25. kolejce Fortuna I Ligi pokonała na wyjeździe Zagłębie Sosnowiec 4:0 (1:0). Następne spotkanie ligowe GieKSa rozegra w niedzielę 7 kwietnia z liderem rozgrywek Lechią Gdańsk. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 15:00 na Bukowej. Dobra gra Antoniego Kozubala i Sebastiana Bergiera zostały dostrzeżone przez media, które spekulują na temat ewentualnych zmian w klubie.

Siatkarze rozegrali dwa spotkania. W pierwszym z nich pokonali VC Barkom Każany Lwów 3:2, w drugim przegrali z Cuprum Lubin 0:3. W ostatnim ligowym spotkaniu zespół zmierzy się z LUKiem Lublin. Mecz zostanie rozegrany w poniedziałek 8 kwietnia w Szopienicach o godzinie 17:30.

W dwóch pierwszych meczach finałowych THL hokeiści najpierw przegrali 2:3 z Unią, aby w środę pokonać rywali 3:0. Kolejne dwa spotkania zaplanowano na najbliższą sobotę i niedzielę (6 i 7 kwietnia). Mecze zostaną rozegrane w Oświęcimiu, rozpoczną się odpowiednio o godzinie 17:30 i 20:30.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Piękne bramki, wielkie emocje – tak było w Katowicach!
Spośród wszystkich par ćwierćfinałowych Orlen Pucharu Polski, starcie pomiędzy aktualnymi mistrzyniami Polski, GKS-em Katowice a GKS-em Górnikiem Łęczna zapowiadało się najbardziej interesująco. Hitowy pojedynek wyłonił pucharowe półfinalistki – GKS Katowice.
Pierwsze trzydzieści minut spotkania pokazało, że zawodniczki z Łęcznej przyjechały do Katowic z jednym zamiarem – przyjechały po zwycięstwo i były bardzo zdeterminowane, aby sprawić niespodziankę. Karolina Koch miała twardy orzech do zgryzienia, gra nie układała się katowiczankom tak, jakby sobie tego życzyła. Kiedy wydawało się, że to GKS Górnik Łęczna bliżej jest wyjścia na prowadzenie, w 32. minucie bramkę w swoim trzecim kolejnym występie zanotowała Aleksandra Nieciąg! Zawodniczka z Katowic potwierdziła swoją świetną dyspozycję, najlepiej odnalazła się w podbramkowym zamieszaniu i z najbliższej odległości wpakowała piłkę do siatki. Do przerwy wynik nie uległ już zmianie.
Na drugą część spotkania obie drużyny wybiegły w swoich wyjściowych zestawieniach. Po upływie dwudziestu minut gry drugiej połowy do wyrównania doprowadziły zawodniczki Górnika Łęczna i trzeba przyznać, że w przekroju całego spotkania była to bramka w pełni zasłużona. Na bardzo odważną próbę zdecydowała się Katja Skupień, po tym jak podciągnęła z piłką kilka metrów w strefie środkowej boiska, oddała bardzo silne uderzenie na bramkę Kingi Seweryn. Piłka otarła się po drodze o plecy jednej z zawodniczek GieKSy i zmieściła się w bramce tuż pod poprzeczką. Przepiękne trafienie Katji Skupień!
Siedem minut później aktualne mistrzynie Polski przeprowadziły rewelacyjną, zespołową akcję, bardzo efektowną, a co najważniejsze dla sympatyków katowiczanek – efektywną. Asystę zaliczyła Klaudia Słowińska, a z dużym spokojem akcję skutecznym strzałem zakończyła Julia Włodarczyk. Karolina Koch miała świetną intuicję, wprowadzając tę zawodniczkę przed dziesięcioma minutami na plac gry. Chciałbym wyróżnić niesamowitą wolę walki, ambicję i przygotowanie fizyczne Klaudii Słowińskiej, która w doliczonym czasie gry, będąc kilkanaście metrów za plecami Oliwii Rapackiej, wykonała niebywały sprint, doganiając swoją rywalkę i zatrzymując jej atak. Fenomenalne! Podopieczne Karoliny Koch do końca spotkania utrzymały korzystny rezultat i zameldowały się w półfinale Orlen Pucharu Polski.
Piłkarki GKS-u Katowice zmierzą się 24 kwietnia w półfinale Orlen Pucharu Polski z zawodniczkami UKS SMS Łódź.

 

transfery.info – Szykuje się ciekawy powrót do Lecha Poznań?! Cztery gole, sześć asyst
Lech Poznań po sezonie sprowadzi Antoniego Kozubala? Wypożyczony pomocnik błyszczy na zapleczu Ekstraklasy, co potwierdził również w minionej kolejce w starciu GKS-u Katowice z Zagłębiem Sosnowiec.
Kiedy po rundzie jesiennej doszło do zmiany na ławce trenerskiej i Johna van den Broma zastąpił Mariusz Rumak, pojawiły się informacje, że szkoleniowiec będzie chciał przyjrzeć się młodym piłkarzom, przebywającym na wypożyczeniu. Mowa tu między innymi o Antonim Kozubalu.
Ten 19-latek już w rundzie jesiennej pokazywał się na zapleczu Ekstraklasy z dobrej strony, dlatego brano go pod uwagę w kwestii ewentualnego powrotu na Bułgarską.
Ostatecznie pomysł porzucono i chyba dobrze, ponieważ na wiosnę defensywny pomocnik błyszczy.
Już wcześniej Kozubal popisywał się znakomitymi zagraniami i punktami do klasyfikacji kanadyjskiej. Również i w poniedziałek jego występ udokumentowano w protokole meczowym.
Wychowanek Lecha Poznań nie tylko zanotował asystę, ale strzelił też dla GKS-u Katowice bramkę. Dzięki temu jego zespół wygrał 4-0 i awansował na trzecie miejsce w tabeli pierwszej ligi.
Znakomita postawa młokosa pozwala twierdzić, że w lecie nowy trener „Kolejorza” na pewno zechce się mu przyjrzeć. Niemalże na pewno z posadą pożegna się Mariusz Rumak.
Od początku sezonu Kozubal rozegrał łącznie 25 spotkań, a w nich strzelił cztery gole i dorzucił do nich sześć asyst.
Umowa zawarta pomiędzy Lechem Poznań a GKS-em Katowice wygasa 30 czerwca 2024 roku.

 

slasknet.com – Wychowanek Śląska Wrocław błyszczy na zapleczu Ekstraklasy
Sebastian Bergier to idealny przykład piłkarza Śląska Wrocław, który, będąc za dobrym na rezerwy, nie przebił się do pierwszej drużyny. Doprowadziło to do tego, że wychowanek Śląska był częścią transakcji pomiędzy wrocławskim klubem a GKS-em Katowice, w której oba zespoły wymieniły się napastnikami. Do Wrocławia zawitał Patryk Szwedzik, a do Katowic przybył właśnie Bergier, dla którego ten ruch był strzałem w dziesiątkę.
Kariera Sebastiana Bergiera w Śląsku Wrocław nie potoczyła się, jak oczekiwano. W 24-latku pokładano duże nadzieje po jego osiągnięciach w piłce juniorskiej, których ostatecznie we Wrocławiu nie spełnił. W stolicy Dolnego Śląska wielkiej kariery nie zrobił, ale obecnie przeżywa renesans swojej formy w GKS-ie Katowice i niewykluczone, że to właśnie w barwach tego klubu za rok zmierzy się z WKS-em w rozgrywkach Ekstraklasy.
[…] Obecny zawodnik GKS-u Katowice nie od razu występował jako napastnik. Na tę pozycję przesunął go dopiero Dariusz Sztylka. Wcześniej występował jako środkowy obrońca, defensywny pomocnik, ofensywny pomocnik, skrzydłowy i dopiero jako ten najbardziej wysunięty. Można powiedzieć, że z upływem lat piął się coraz wyżej na placu gry. Również o tym opowiadał piłkarz Banasikowi.
Decyzja o przebranżowieniu go na napastnika okazała się świetnym pomysłem, ponieważ ten strzelał jak na zawołanie. W Śląsku dwukrotnie został królem strzelców grupy zachodniej Centralnej Ligi Juniorów. W sezonach 2016/17 i 2017/18 zdobył odpowiednio 18 i 21 bramek. Łącznie w rozgrywkach CLJ rozegrał 63 spotkania, w których strzelił 43 gole i zaliczył dwie asysty. Tak owocny bilans sprawił, że ówczesny trener Wojskowych Jan Urban dał szansę atakującemu w pierwszej drużynie pod koniec 2017 roku.
[…] Po nieudanych wypożyczeniach wrócił do Wrocławia, gdzie głównie występował w rezerwach, okazjonalnie pojawiając się w pierwszym zespole. To właśnie na trzecioligowych i drugoligowych boiskach prezentował się najlepiej. Łącznie w drugim zespole WKS-u zagrał w 86 spotkaniach, w których 46-krotnie wpisał się na listę strzelców, dokładając 10 asyst. Liczby robią wrażenie, ale tej regularności nie potrafił przenieść do „jedynki”. W rozmowie z Banasikiem mówił, że główną tego przyczyną była znikoma liczba szans, które otrzymywał od szkoleniowców pierwszej ekipy Wojskowych. I faktycznie, coś może w tym być, ponieważ 24-latek w trakcie swojej kariery w Śląsku we wszystkich rozgrywkach meldował się na boisku 35-krotnie, ale po przeliczeniu na minuty, wychodzi, że łącznie na murawie spędził niecałe dziewięć godzin. To zaledwie sześć niepełnych spotkań. W tym czasie strzelił jednego gola w pucharowym meczu przeciwko Ruchowi Wysokie Mazowieckie i zaliczył jedną asystę na Łazienkowskiej przeciwko Legii. Dysproporcja pomiędzy dorobkiem w pierwszym a drugim zespole jest ogromna.
Początek rundy wiosennej poprzedniego sezonu był przełomowy i kluczowy w karierze bohatera tekstu. Bergier w poprzedniej kampanii znów występował głównie w II lidze, otrzymując „ogony” w Ekstraklasie. W lutym 2023 roku władze Śląska postanowiły dokonać transakcji z GKS-em Katowice, w której wymienią się napastnikami. Do Wrocławia przyszedł Patryk Szwedzik, a do stolicy województwa śląskiego odszedł Sebastian Bergier.
[…] Dla wychowanka Śląska ten ruch okazał się strzałem w dziesiątkę. W samej rundzie wiosennej w barwach katowickiego klubu spędził na murawie więcej czasu niż w ekstraklasowej drużynie WKS-u. W trakcie 15 spotkań dołożył sporo liczb, ponieważ sześć razy wpisał się na listę strzelców i czterokrotnie obsłużył swoich partnerów ostatnim podaniem.
[…] Trwające rozgrywki 2023/24 są jeszcze bardziej owocne dla GieKSiarzy i samego Bergiera. Klub ze stolicy województwa śląskiego zajmuje trzecią lokatę w I lidze, a piłkarz urodzony we Wrocławiu ma na swoim koncie 24 mecze na 25 możliwych (pauzował tylko za żółte kartki) i 11 trafień oraz cztery asysty. Tym samym do lidera klasyfikacji strzelców, napastnika Wisły Płock Łukasza Sekulskiego, traci tylko cztery bramki. Snajper katowiczan może powalczyć o kolejną już w swojej karierze koronę króla strzelców.
[…] Trwające rozgrywki 2023/24 są jeszcze bardziej owocne dla GieKSiarzy i samego Bergiera. Klub ze stolicy województwa śląskiego zajmuje trzecią lokatę w I lidze, a piłkarz urodzony we Wrocławiu ma na swoim koncie 24 mecze na 25 możliwych (pauzował tylko za żółte kartki) i 11 trafień oraz cztery asysty. Tym samym do lidera klasyfikacji strzelców, napastnika Wisły Płock Łukasza Sekulskiego, traci tylko cztery bramki. Snajper katowiczan może powalczyć o kolejną już w swojej karierze koronę króla strzelców.
[…] W przypadku powrotu GieKSy do Ekstraklasy, Bergiera czekają bardzo sentymentalne pojedynki przeciwko macierzystemu klubowi. Wychowanek Śląska Wrocław spędził w tym klubie blisko 20 lat, co jest większością jego życia. Dalej utrzymuje kontakt ze swoimi byłymi kolegami z Wrocławia i nie zapomina o zespole, w którym się wychował.
[…] Wszystkie znaki na niebie wskazują, że w przypadku awansu GieKSiarzy do najwyżej klasy rozgrywkowej w Polsce Bergier będzie miał szansę udowodnić Śląskowi, że ten źle postąpił, dając mu tak znikomą liczbę szans zaistnienia w pierwszym zespole.
[…] Patrząc na aktualną formę byłego już piłkarza Śląska, widać, że odnalazł swoje miejsce na Ziemi i jest to GKS Katowice, z którym przeżywa najlepszy okres w swojej karierze. Pamiętajmy, że były gracz WKS-u to wciąż młody zawodnik i być może zrobi karierę na miarę swojego dużego potencjału, ale już nie we Wrocławiu, tylko w innym klubie.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Arcyważne punkty Katowiczan
GKS Katowice pokonał 3:2 Barkom Każany Lwów. Zwycięstwo i dwa punkty praktycznie oznaczają utrzymanie katowiczan w PlusLidze. Co prawda matematycznie jeszcze GKS nie jest bezpieczny, ale musiałaby się wydarzyć katastrofa, żeby siatkarze ze Śląska znaleźli się na ostatnim miejscu w tabeli.
Początkowo goście zdobywali punkty głównie po błędach w polu zagrywki GKS-u. Blok na Szczurowie i sprytne zagranie Lukasa Vasiny dało prowadzenie katowiczanom (10:7). Celne zagrywki Luciano Palonsky’ego sprawiły, że goście szybko odrobili straty. Z czasem goście zaczęli przejmować inicjatywę na siatce i po kontrataku Ilji Kowalowa odskoczyli na 21:18. Serię rywali przerwał dopiero atakiem po bloku Vasina. Końcówka toczyła się pod dyktando gości. Ostatnie punkty padły po zepsutych zagrywkach.
Początek drugiego seta ponownie był wyrównany. Skutecznymi atakami wymieniali się Palonsky i Vasina. Po kontrataku Jakuba Jarosza gospodarze odskoczyli na 9:6. W kolejnych akcjach katowiczanie utrzymywali skuteczność a gdy asa dołożył Waliński było już 15:12. Następną serię gospodarze zaliczyli przy zagrywkach Vasiny. Przy stanie 19:15 interweniował trener Barkomu. W kolejnych akcjach to goście punktowali, szybko o czas poprosił katowicki szkoleniowiec (19:17). Ze zmiennym szczęściem punktował Kowalow. Wciąż jednak sytuację na boisku kontrolowali katowiczanie. Zagrywka w siatkę Kowalowa zakończyła seta.
Z wysokiego c w trzecią odsłonę weszli goście, po kolejnym punktowym bloku Barkomu interweniował trener Słaby (3:6). Po przerwie za sprawą celnych zagrań Jarosza i Vasiny oraz asa Marcina Walińskiego gospodarze wyrównali (8:8). Z akcji na akcję coraz pewniej punktowali katowiczanie. Gospodarze wywierali presję zagrywką i po asie Jarosza odskoczyli na 14:10. Gra obu zespołów nie była pozbawiona błędów. W dalszej fazie seta skutecznie punktował Wasyl Tupczij. Po bloku na Jaroszu dystans stopniał do trzech oczek. Następnie Barkom zaliczył serię przy zagrywkach Tupczija (22:19, 22:22). Chociaż po ataku Jarosza GKS miał piłkę setową, nie wykorzystał jej. Po grze na przewagi lepsi okazali się przyjezdni.
Czwarty set początkowo grany był punkt za punkt. Ofensywa gości opierała się na Palonskym (6:7). W kolejnych akcjach coraz pewniej punktowali gospodarze, po kontrataku Jarosza interweniował trener Krastins (10:7). Barkom nie odpuszczał, ale to katowiczanie byli skuteczniejsi na siatce. Dobrze funkcjonował blok GKS-u. Po ataku z przechodzącej piłki Sebastiana Adamczyka kolejną przerwę wykorzystał szkoleniowiec Ukraińców (15:11). W dalszej fazie seta wysoką skuteczność utrzymywał Jarosz. Po asie Damiana Domagały było już 22:15. Kontratak Jarosza dał serię piłek setowych. Pierwszą z nich obronił Kowalow, ale szybko kropkę nad i postawił Vasina.
Po wyrównanym początku do głosu doszli goście. Gdy w aut zaatakował Waliński, czas wykorzystał trener Słaby (5:7). Po zmianie stron mylić zaczęli się goście. Niemoc Barkomu przerwał dopiero atakiem Tupczij (10:10). Końcówka grana była punkt za punkt. Dwa mocne ataki Walińskiego rozstrzygnęły seta.
MVP: Lukas Vasina
GKS Katowice – Barkom Każany Lwów 3:2 (20:25, 25:19, 26:25, 25:18, 15:13)

 

Komplet punktów i utrzymanie Cuprum

KGHM Cuprum Lubin bardzo dobrze zaprezentował się w poniedziałkowym spotkaniu 29. kolejki PlusLigi. Lubinianie mierzyli się z GKS-em Katowice. Chociaż dłuższymi fragmentami mecz był zacięty, to w każdym z trzech setów lepsi okazywali się podopieczni trenera Ruska. Trzy punkty zdobyte w tym pojedynku sprawiły, że drużyna z Lubina zapewniła sobie utrzymanie w PlusLidze.
Po dwóch wykorzystanych kontrach przez Jakuba Jarosza na trzypunktowe prowadzenie wyszli katowiczanie. Dodatkowo dobrze spisywał się Lukas Vasina i to po jego kontrze oraz asie serwisowym na tablicy wyników zrobiło się 8:4. Jednak przestrzelone zagranie Łukasza Usowicza oraz punktowa zagrywka Kamila Kwasowskiego sprawiły, że lubinianie zbliżyli się na punkt. Mieli szansę doprowadzenia do remisu, ale Jake Hanes przestrzelił w kontrataku. Wprawdzie ponownie katowiczanie odskoczyli na trzy ,,oczka”, ale dość niespodziewanie w jednym ustawieniu całą przewagę stracili. Po asie serwisowym Pawła Pietraszki było po 15 i rozpoczęło się naprzemienne zdobywanie punktów. Przerwał ją dopiero Wojciech Ferens. To jego trzy ataki sprawiły, że zrobiło się 22:18, a podopieczni Grzegorza Słabego utknęli w jednym ustawieniu. Sygnał do ataku dał Vasina, dzięki którego zagraniom pozostał siatkarzom GKS-u do odrobienia tylko punkt (21:22). Ostatecznie jednak powstrzymany został Jarosz i to ekipa Pawła Ruska mogła się cieszyć z wygrania premierowej odsłony spotkania.
Na początku drugiej partii Miedziowi szybko wyszli na dwupunktowe prowadzenie. Zwiększyli je po błędzie rozegrania Davide Saitty oraz pomyłce Marcina Walińskiego. Katowiczanie oddawali sporo punktów rywalom za darmo, gdyż popełniali dużo błędów. Po kolejnym z nich różnica wynosiła już pięć ,,oczek”. Zawodnicy KGHM Cuprum prezentowali się znacznie lepiej i zasłużenie prowadzili. Po efektownej kontrze w wykonaniu Jake Hanesa oraz bloku Wojciecha Ferensa na tablicy wyników było 17:10 i losy tej partii należało uznać za rozstrzygnięte. Siatkarze GKS-u grali słabe zawody. Końcówka seta miała zaskakujący przebieg. Po zagraniu Kamila Kwasowskiego było 23:17, ale od tego momentu gospodarze utknęli. U przyjezdnych nastąpił zryw i zaczęli punktować, dlatego powoli się zbliżali. W jednym ustawieniu zdobyli sześć punktów i końcówka seta była emocjonująca, gdyż doprowadzili do wyrównania. Jednak w najważniejszym momencie asa serwisowego posłał Kajetan Kubicki i Miedziowi w całym spotkaniu prowadzili już 2:0.
Początek trzeciej partii obfitował w wiele błędów własnych popełnianych przez obie drużyny. Zwłaszcza po stronie lubinian wdarło się sporo rozprężenia. Wynik oscylował wokół remisu, a prowadzący zmieniał się. Po skończeniu kontry ze skrzydła przez Jake Hanesa było 6:5, a kiedy Lukas Vasina trafił było 11:10. Losy tej partii rozstrzygnęły się w środkowym fragmencie seta. Duża w tym zasługa Pawła Pietraszki, który posłał trzy asy serwisowe (16:12) i dopiero po uderzeniu Vasiny seria ta została przerwana. Jednak siatkarze GKS-u nie potrafili się zbliżyć i czteropunktowa przewaga cały czas utrzymywała się. W końcówce seta nic się nie zmieniło. Wprawdzie przyjezdni zmniejszyli straty do dwóch ,,oczek”, ale tylko na chwilę. Siatkarze KGHM Cuprum nie pozwolili im na nic więcej i zaczęli dominować powiększając prowadzenie. W efekcie czego mieli aż pięć meczboli. Wykorzystali już pierwszego i mogli się cieszyć ze zwycięstwa 3:0, a przede wszystkim z utrzymania w PlusLidze.
KGHM Cuprum Lubin – GKS Katowice 3:0 (25:22, 25:23, 25:19)

 

HOKEJ

hokej.net – Pierwsza bitwa dla Unii! Przesądził gol litewskiego snajpera
Od zwycięstwa zmagania w finale play-off rozpoczęli hokeiści Re-Plast Unii Oświęcim. Biało-niebiescy po twardym i zaciętym spotkaniu pokonali na wyjeździe GKS Katowice 3:2. Gola na wagę pierwszego zwycięstwa w serii strzelił Mark Kaleinikovas, który z siedmioma golami jest najskuteczniejszym graczem najważniejszej części sezonu. Warto dodać, że dla oświęcimian było to pierwsze zwycięstwo w finale play-off od dwudziestu lat.
Spotkanie było wyrównane i bardzo ciasne. Ba, to był klasyczny mecz walki, pełen emocji i obfitujący w twarde starcia. Słowem – klasyka play-offowego gatunku. Możemy jedynie żałować, że do rangi spotkania nie dopasowali się arbitrzy, którzy nie potrafili zapanować nad krewkimi zawodnikami.
Katowiczanie przystąpili do spotkania w najmocniejszym składzie. Do gry wrócił Santeri Koponen, który w pierwszym meczu ćwierćfinału play-off z Zagłębiem Sosnowiec doznał złamania żuchwy. Fiński defensor wystąpił dziś w formacji ze swoimi rodakami, a do jego kasku przymocowana została pleksa zakrywająca całą twarz. Z kolei w zespole z Oświęcimia zabrakło Dariusza Wanata, który zmaga się z przeziębieniem. Jego miejsce zajął więc Jan Sołtys.
Mecz jeszcze dobrze się nie rozpoczął, a oświęcimianie już prowadzili 1:0. Na listę strzelców jako pierwszy wpisał się Elliot Lorraine, który już w 49. sekundzie spotkania pokonał Johna Murraya precyzyjnym uderzeniem z lewego bulika. Była to sprawnie wykonana dobitka po uderzeniu Daniela Olssona Trkulji.
Ten gol wyraźnie uskrzydlił biało-niebieskich, którzy w pierwszej odsłonie zaprezentowali więcej hokejowej jakości i wykreowali sobie więcej dogodnych okazji. Te najlepsze zmarnowali Ville Heikkinen i Henry Karjalainen. Pierwszy z nich, w 13. minucie, urwał się katowickim defensorom, ale w sytuacji sam na sam posłał gumę nad poprzeczką. Z kolei chwilę później uderzenie Karjalainena zatrzymało się na słupku.
Swoje szanse mieli też katowiczanie. Najbliżej pokonania oświęcimskiego golkipera był Joona Monto, który po dograniu zza bramki Olliego Iisakki minimalnie przestrzelił.
Po zmianie stron spotkanie nabrało rumieńców. Katowiczanie zagrali odważniej w ofensywie i w 24. minucie doprowadzili do wyrównania. Był to efekt sprawnie rozegranej gry w przewadze, którą celnym strzałem zwieńczył Sam Marklund. Szwedzki napastnik wykorzystał dobre podanie Noaha Delmasa i złapał na przemieszczeniu Linusa Lundina, posyłając gumę w krótki róg. Gola w power playu w drugiej odsłonie zdobyli też goście, a prowadzenie przywrócił im Daniel Olsson Trkulja. Najlepszy strzelec sezonu zasadniczego pokazał, że potrafi dobrze ustawić się przed bramką i najszybciej dopadł do krążka, który po uderzeniu Marka Kaleinikovasa odbił się od słupka. Umieszczenie gumy w siatce było formalnością.
Podopieczni Jacka Płachty mieli kilka dogodnych okazji, by wyrównać. Nie udało im się wykorzystać dwóch okresów gry w przewadze, w tym 31 sekundowej gry w piątkę przeciwko trójce oświęcimian. Gumy w bramce nie zdołali umieścić ani Santeri Koponen, ani Noah Delmas. Tuż przed przerwą odrobiny szczęścia i precyzji zabrakło też Grzegorzowi Pasiutowi.
Kapitan GieKSy na początku trzeciej odsłony poprawił celownik i doprowadził do wyrównania, wykorzystując błąd Linusa Lundina. Mecz rozpoczął się na nowo.
Jednak wtorkowego wieczoru zespół z zachodniej Małopolski potrafił wykorzystywać błędy rywali i żądlić. W 47. minucie biało-niebiescy przechwycili krążek i wyprowadzili szybką kontrę. Krystian Dziubiński uruchomił Kamila Sadłochę, który pomknął prawym skrzydłem, a następnie zagrał do pozostawionego bez opieki Marka Kalainikovasa. 25-letni Litwin w sytuacji sam na sam zachował się jak profesor i bez większych problemów wymanewrował Johna Murraya. Był to jego siódmy gol w tegorocznej odsłonie fazy play-off.
Katowiczanie ruszyli w pogoń za wynikiem, ale nie zdołali znaleźć sposobu na ofiarnie grających gości. Powodzenia nie przyniósł im też manewr z wycofaniem bramkarza.

 

Koniec sezonu dla Sokaya
Pierwszego meczu finału play-off nie będzie miło wspominał Ben Sokay. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia doznał poważnej kontuzji, która wyeliminowała go z gry w tym sezonie.
27-letni środkowy w fazie play-off prezentował się z bardzo dobrej strony. Potrafił wykorzystać swoją technikę użytkową, sprawnie rozegrać krążek oraz oddać celny strzał. W 12 meczach zdobył 5 bramek i zanotował 4 asysty. W klasyfikacji plus/minus wypadł na +4, a na ławce kar spędził 2 minuty.
W pierwszym meczu finału z Unią zaliczył asystę przy golu Sama Marklunda na 1:1. Podczas gry w przewadze Kanadyjczyk zagrał do Noaha Delmasa, a ten wystawił gumę szwedzkiemu napastnikowi, który dopełnił formalności i uderzył w krótki róg, łapiąc na przemieszczeniu Linusa Lundina. Zegar wskazywał wówczas25. minutę gry.
Chwilę później Ben Sokay nabawił się poważnej kontuzji. Nie zdążył w odpowiednim momencie wyhamować i uderzył łyżwami w bandę. Po tym zdarzeniu od razu został przewieziony do szpitala, w którym usłyszał diagnozę – złamana kostka.
Jedno jest pewne, w tym sezonie już nie zagra.

 

Szybko, twardo i efektownie! Mistrzowie odpowiadają Unii
GKS Katowice wyrównał stan finałowej rywalizacji pokonując Re-Plast Unię Oświęcim 3:0. Zawodnicy obu ekip zaprezentowali kibicom świetne widowisko, nie szczędząc sobie kolejny raz fizycznych pojedynków. Jednym z głównych architektów zwycięstwa GieKSy był John Murray, który zachowując czyste konto imponował swoją dyspozycją pomiędzy słupkami.
Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Szkoleniowcy obu ekip zestawiając swoje formacje zmuszeni byli zmierzyć się ze skutkami intensywności wczorajszej rywalizacji. Trener Płachta nie mógł rzecz jasna skorzystać z usług Bena Sokaya, którego złamana kostka wykluczyła z gry do końca sezonu. Zabrakło również Igora Smala, który odczuwa następstwa twardej interwencji rywala z drugiej tercji. Oświęcimianie z kolei musieli radzić sobie bez Daniela Olssona-Trkulji, który został wyeliminowany przez uraz kolana. Jak wczoraj goście, tak dzisiaj gospodarze popisali się świetną efektywnością w ofensywie. W 2. minucie prawym skrzydłem ruszył Mateusz Michalski. Jego uderzenie parkanami zdołał zbić Linus Lundin, jednak krążek trafił wprost na kij Hampusa Olssona, który umieszczając krążek w bramce, doprowadził do wybuchu radości w „Satelicie”. To właśnie ataki wyprowadzane prawym skrzydłem były największym zagrożeniem ze strony GieKSy, co w 4. minucie potwierdził Miro Lehtimäki. W 6. minucie nadeszła odpowiedź biało-niebieskich. Strzał Marka Kaleinikovasa przeciął Kamil Sadłocha, a krążek pomiędzy parkanami Johna Murraya wpadł do bramki. Arbitrzy zasygnalizowali jednak analizę video, po której podjęli decyzję o nieuznaniu bramki dla gości. Na moment przed zdobyciem bramki, Kamil Sadłocha próbując przeciąć zagranie z lewego skrzydła Krystiania Dziubińskiego wprost przed interweniującym Murrayem dopuścił się gry wysokim kijem.
W walce o najwyższe cele, nie może zabraknąć twardych pojedynków, a tych kolejny raz nie oszczędzali sobie zawodnicy obu ekip. Pierwsi sposobność do gry w przewadze mieli zawodnicy GKS-u Katowice. Podopieczni Jacka Płachty w liczebnej przewadze w pełni korzystali ze swojego ofensywnego potencjału błyskawicznie operując krążkiem. Akcję strzałem wykończył Sam Marklund. Odpowiedź na pytanie, gdzie po strzale Szweda zatrzymał się krążek przyniosła dopiero analiza video, po której sędziowie podjęli decyzję, że ten nie przekroczył linii bramkowej.
Pod znakiem twardej walki rozpoczęły się wydarzenia drugiej odsłony gry. W 26. minucie w boksie kar zameldował się Henry Karjalainen, a ledwie po 36 sekundach dołączył do niego Roman Diukow, który dopuścił się bezpardonowego ataku kijem trzymanym oburącz na Shigekim Hitosato. Mający przed sobą perspektywę gry aż 84 sekund pięciu na trzech katowiczanie przeszli do spokojnego rozgrywania akcji. Ciężar nadania akcji tempa na swoje barki wziął Grzegorz Pasiut, który po przytrzymaniu krążka dostrzegł Bartosza Fraszkę, a ten świetnym podaniem wzdłuż bramki obsłużył Hitosato, który pozostawiony bez opieki, nie miał najmniejszych problemów aby zaadresować krążek do bramki. W okresie gry pięciu na czterech bliski podwyższenia wyniku był Santeri Koponen, jednak na drodze do szczęścia fińskiemu defensorowi stanął słupek.
W kolejnych minutach najwięcej emocji kibicom dostarczały spięcia pomiędzy zawodnikami, oraz podejmowane w ich następstwie decyzje przez arbitrów. W 35. minucie Ville Heikkinen za przewinienie popełnione na Murrayu został wysłany na ławkę kar. Fiński napastnik reklamował jeszcze fakt, że do samego końca jego łyżwa była przytrzymywana przez kij Noaha Delmasa, jednak arbitrzy nie mieli żadnych obiekcji, co do podjętej decyzji. Tym razem gospodarzom nie było dane zbyt długo nacieszyć się grą w przewadze, gdyż 19 sekund później za grę wysokim kijem został wykluczony Olli Iisakka. W 36. minucie w świetnej sytuacji znalazł się Mark Kaleinikovas, jednak przegrał pojedynek „sam na sam” z Johnem Murrayem.
W trzeciej tercji oświęcimianie kolejny raz musieli radzić sobie z grą w osłabieniu, tym razem zdołali jednak wyjść obronną ręką po wykluczeniach nałożonych na Joonasa Uimonena oraz Łukasza Krzemienia. Zwycięstwo GieKSy przypieczętował świetnie pracujący dzisiaj ze sobą duet Michalski-Olsson. Reprezenant Polski po dwójkowym rozegraniu krążka, posłał doskonałe uderzenie z lewego bulika nie dając Lundinowi najmniejszych szans na interwencję.

 

dziennikzachodni.pl – Wielka radość fanów katowiczan. Mistrz Polski odrobił straty
W rozegranym 3 kwietnia drugim meczu finałowym Tauron Hokej Ligi GKS Katowice pokonał Re-Plast Unię Oświęcim 3:0. Fantastyczny doping katowickich fanów pomógł mistrzowi Polski w odrobieniu strat i wyrównaniu stanu rywalizacji o złoto.
Hokeiści GKS Katowice wygrali drugi mecz finałowy i odrobili straty w play off wyrównując stan rywalizacji. Katowiczanie przerwali serię Unii, która wygrała cztery ostatnie bezpośrednie starcia. Po spotkaniach w Satelicie jest remis 1:1, a w weekend rywalizacja o złoto przeniesie się do Oświęcimia.
Do środowej potyczki obydwa zespoły przystąpiły osłabione, bo w pierwszym spotkaniu w szeregach katowiczan kontuzji doznał Kanadyjczyk Ben Sokay, a w ekipie oświęcimian Szwed Daniel Olsson Trkulja.
Tym razem to podopieczni trenera Jacka Płachty lepiej zaczęli spotkanie i szybko objęli prowadzenie. W 100 sekundzie gry na listę strzelców pisał się Szwed Hampus Olsson dobijając odbity przez bramkarza Unii krążek po strzale Mateusza Michalskiego.
Waga meczu sprawiła, że ciężko było hokeistom utrzymać nerwy na wodzy i na tafli raz po raz dochodziło do ostrych starć. Sędziowie kilka razy siłą musieli rozdzielać zawodników obu drużyn i karać ich obustronnymi wykluczeniami.
Oświęcimianie jeszcze w I tercji pokonali Johna Murraya, gdy po strzale Marka Kaleinikovasa krążek odbił się od Kamila Sadłochy i wtoczył do bramki, ale sędziowie po analizie wideo uznali, że wcześniej napastnik gości zagrał przed bramką GKS wysokim kijem,
Po raz drugi arbitrzy oglądali powtórki akcji po strzale Sama Marklunda w przewadze. Szwed uniósł ręce do góry, ale okazało się, że „guma” trafiła w poprzeczkę, a później wyszła w pole nie przekraczając linii bramkowej.
W II tercji katowiczanie grali w podwójnej przewadze i tym razem, w przeciwieństwie do pierwszego spotkania, ją wykorzystali. Bartosz Fraszko zagrał idealnie wzdłuż bramki do Shigekiego Hitosato, a Japończyk z najbliższej odległości wepchnął krążek do siatki.
Zasłużone zwycięstwo gospodarzy w ostatniej tercji przypieczętował Michalski swoim pierwszym golem w plat off podkreślając swoją dobrą grę tym spotkaniu.
Mecz w Katowicach oglądał komplet widzów, a atmosfera na trybunach Satelity była fantastyczna. Ubrani na żółto kibice GieKSy przez całe spotkanie głośno dopingowali swój zespół.
Teraz rywalizacja o złoto przenosi się do Oświęcimia, gdzie odbędą się dwa kolejne finałowe pojedynki. W sobotę 6 kwietnia mecz rozpocznie się o godz. 17.30, a w niedzielę 7 kwietnia o godz. 20.30. Obie drużyny na pewno wrócą jeszcze do Katowic 10 kwietnia.

 

gazetakrakowska.pl – Goście w odwrocie, gra zaczyna się od nowa
GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 3:0 w drugim finałowym meczu Tauron Hokej Ligi. Finałowa rywalizacja o mistrzostwo Polski zaczyna się od nowa, katowiczanie odrobili straty i w serii do 4 zwycięstw jest 1:1.
Olsson Trkulja nie mógł zagrać z uwagi na kontuzję nogi. W formacji ataku zastąpił go Krzemień. Z kolei w zespole Katowic nie mógł wystąpić Sokay, wykluczony przez kontuzję już do końca sezonu.
Już po 100 sekundach gospodarze zdobyli gola – Lundin odbił krążek po strzale Michalskiego, ale nadjeżdżający Olsson nie miał żadnych kłopotów, by umieścić go w siatce. To napędziło gospodarzy, którzy bardzo szybko chcieli zdobyć drugą bramkę. Ale krążek trafił do katowickiej bramki – Kaleinikovas strzelił między parkanami bramkarza, ale wcześniej Sadłocha zbił krążek zbyt wysoko uniesionym kijem i sędziowie po analizie wideo gola nie uznali. GKS grał potem w przewadze, było blisko gola, Marklund uderzył w poprzeczkę, krążek odbił się od linii bramkowej. Sędziowie sprawdzali tę sytuację i bramki nie uznali. Gospodarze dominowali, wychodzili z groźnymi kontratakami, ale goście się obronili.
II tercja też zaczęła się od ataków katowiczan – mocno uderzał Koponen i Lundin miał kłopoty, by odbić krążek. Oświęcimianie musieli zagrać w podwójnym osłabieniu i Lundin musiał wtedy skapitulować. Fraszko wypatrzył Hitosato i ten z bliska pokonał szwedzkiego bramkarza. Unia przeżywała trudne chwile, bo grała 4 na 5, ale więcej strat nie poniosła.
Niebawem Dziubiński chciał zdobyć kontaktowego gola, ale Murray był na posterunku. W rewanżu Pasiut fatalnie przestrzelił. Sporo było przerw w grze, mnożyły się wykluczenia. Szczególnie zawodnicy Unii tracili nerwy, bo ten mecz wymykał im się z rąk. Gdy grano 4 na 4 przed szansą stanął Kaleinikovas, ale tylko obił parkan Murraya.
W ostatniej tercji GKS kontrolował już grę. Miał kilka okresów gry w przewadze, ale ich nie wykorzystał. Potem jednak postawił kropkę nad „i”.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Legia Warszawa kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.

Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.

W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.

W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.

W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.

Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.

Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.

Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.

Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).

Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.

Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).

Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.

Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.

Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.

Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.

Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.

Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.

W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.

W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.

Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.

Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.

Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.

Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.

W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.

W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.

Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.

W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.

W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.

Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).

W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.

Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.

Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.

Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.

Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.

Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.

W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.

Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.

Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.

W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.

Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.

W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.

Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.

W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.

W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.

W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.

We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.

W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.

Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.

Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.

Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.

Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.

Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.

Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.

W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.

Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.

Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.

W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.

ACD Systems Digital Imaging

W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.

W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.

W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.

Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.

Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.

W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.

Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.

 

W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.

Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.

Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.

Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

#SzacunekDlaArbitra

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.

Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.

Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.

– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.

Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.

Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.

Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.

W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.

Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.

Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…

Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.

No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.

Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.

Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.

Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.

Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.

Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.

I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.

Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.

Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.

No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.

A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Liczy się to, co prawdziwe

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.

Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.

Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.

Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.

W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.

GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.

„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.

Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.

W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.

To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.

Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.

To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.

To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.

Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.

Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.

Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.

Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!

Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.

Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.

Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.

A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.

Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.

Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga