Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: nie straciliśmy pewności siebie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wymieniana w pierwszym szeregu kandydatów do mistrzostwa Cracovia przyjechała jesienią do Katowic i nie pozostawiła złudzeń GieKSie. Forma Pasów w pierwszej części sezonu jest zwykle wysoka, co rozbudza nadzieje kibiców, natomiast wiosną najczęściej przychodzi dołek i rozczarowanie. Zapytałem Rafała Nowaka z serwisu TerazPasy.pl, z którym miałem przyjemność rozmawiać przed poprzednim meczem w Krakowie (zapraszam do lektury), skąd bierze się ta prawidłowość i jak widzi szansę na odwrócenie tego scenariusza w obecnym sezonie.

Cykl życia kibica Cracovii jest względnie stały – rozbudzone nadzieje jesienią i weryfikacja wiosną. Sam mówiłeś mi w listopadzie 2024, że gracie o mistrza, a ostatecznie skończyliście na szóstym miejscu. Jak dziś patrzysz na waszą sytuację w lidze?
Na początku sezonu osiemnaście drużyn Ekstraklasy chce grać o mistrzostwo, a dziś, po 25 kolejkach, chyba tylko Termalica straciła matematyczne szanse na pierwsze miejsce. Nawet kibice Legii, gdyby ta nagle zaczęła wygrywać wszystko jak leci, mogliby mieć nadzieję na miejsce w czołówce. Tym bardziej my – wciąż nie straciliśmy szans na mistrzostwo, a sensem kibicowania nie jest chłodna kalkulacja, tylko wiara w swoją drużynę. Mimo to czasem ręce opadają, gdy patrzę, jak ostatnio punktujemy, a w zasadzie nie punktujemy. Przegraliśmy u siebie dwa mecze z rywalami, którzy absolutnie byli w naszym zasięgu. To wręcz niemożliwe, ile pecha mieliśmy w starciach z Piastem i Wisłą Płock. Ponadto nie pamiętam tak słabej Legii jak obecna, mimo to udało nam się z nimi przegrać w Warszawie. Nawet gdyby piłkarski los miał nam jeszcze oddać wszystkie punkty, które pechowo traciliśmy, to i tak raczej skończymy gdzieś w środku tabeli.

Tabela Ekstraklasy nie ma środka – albo walczysz o mistrzostwo, albo bronisz się przed spadkiem, albo jedno i drugie na raz. Z którego bieguna czujesz mocniejsze przyciąganie?
To jest trochę jak obecna wiosenna pogoda: niby świeci słońce, ale w cieniu czuć chłód. No i powiało nam ostatnio chłodem niczym z piwnicy. Jeśli będziemy punktować tak jak ostatnio, to cztery „oczka” przewagi nad strefą spadkową, w której są drużyny, jakich nikt się tam nie spodziewał, mogą okazać się niewystarczającą zaliczką. Trudno się pogodzić z taką myślą, więc przydałoby się zapunktować w sobotę. Macie pecha, bo jesteście naszą szansą na przełamanie i zrobimy wszystko, by ją wykorzystać.

Jak dotąd to wy jesteście drużyną, na której przełamują się rywale – czy to Wisła Płock, która od pięciu spotkań nie potrafiła wygrać, czy wcześniej Legia, której zdobywanie punktów przychodzi wiosną z wielkim trudem. Tymczasem przebieg tych meczów wcale nie wskazywał was jako słabszą ekipę.
Analizując statystyki ostatniego meczu z Wisłą rzuca się w oczy, że w każdym aspekcie byliśmy lepsi: liczba strzałów, procent celnych podań, posiadanie piłki – przemawiają za nami wszystkie wskaźniki oprócz tego najważniejszego, czyli goli. Było widać po Wiśle, jak ciąży im ta seria porażek, odbierając pewność siebie. Cracovia, mimo nienajlepszych wyników, pewności siebie nie straciła, bo to nie tak, że nic nam nie wychodzi. Sytuacja w tabeli robi się jednak niebezpieczna i słaby mecz z wami może nas zakopać mentalnie. Dlatego jestem ciekaw tego pojedynku tym bardziej, że jesienią w Katowicach mecz zakończył się trudnym do wytłumaczenia wynikiem – jeśli ktoś oglądał pierwsze pół godziny, a potem musiał wyjść, to wyobrażam sobie jego zaskoczenie po sprawdzeniu końcowego rezultatu.

Czy trener Elsner ma pomysł, jak wrócić z Pasami na właściwe tory? Szerokim echem odbiła się informacja o jego rezygnacji, która ostatecznie nie została przyjęta. Co się kryje za tym ruchem?
Moja odpowiedź raczej cię nie zadowoli, ale naprawdę nie wiem, co tam się wydarzyło. Możemy jedynie spekulować bazując na słowach trenera, który dawał do zrozumienia, że rozmowa z zarządem nie dotyczyła kwestii sportowych, tylko organizacyjnych, a Elsner zaoferował swoją rezygnację, która nie została przyjęta. Wewnątrz drużyny i jej relacji z trenerem wszystko jest w porządku, a zespół jest zjednoczony i zmotywowany. Cała ta sytuacja nie będzie miała przełożenia na boisko. Ponadto po ostatnim meczu, mimo porażki, z trybun poniosła się pozytywna motywacja i wsparcie dla piłkarzy. A co do samego Elsnera, to moim zdaniem jego pozycja jest w tej chwili mocniejsza niż była.

Z Krakowa wypływają różne informacje o niedawnych zmianach na poziomie właścicielskim, a gdzieś w tle toczy się wojenka o sposób zarządzania miejskimi klubami, na której czele stoi szef waszych sąsiadów zza miedzy. Patrząc na własny przykład uważasz, że prywatny kapitał jest remedium na wszystkie bolączki organizacyjne polskiego futbolu?
Wychodząc poza piłkę nożną, która jako sport masowy i popularny poradziłaby sobie bez publicznych pieniędzy, wyłączając infrastrukturę i szkolenie młodzieży, to inne dyscypliny bez środków państwowych czy miejskich nie mogłyby funkcjonować. Bliski nam hokej ledwo zipie i można się obrażać, że Cracovia jest jedynym w pełni prywatnym podmiotem w lidze, natomiast ja nie mam pretensji, że miasta utrzymują kluby, jeśli taka jest wola mieszkańców. Nie jest to układ idealny, ale koszykówka, siatkówka, wspomniany hokej czy cała masa innych dyscyplin w dużej mierze opierają się na środkach publicznych. W Krakowie mamy pat, bo zarówno Wisła, jak i Cracovia pilnują się nawzajem, aby były równo traktowane przez Miasto.

Jak więc działa wasz klub będący kompletnie w prywatnych rękach?
Fundusz kapitałowy zarządzający Comarchem sprzedał część spółek wchodzących w skład grupy, a jedną z nich była Cracovia. Obecnie 80% udziałów jest w rękach Roberta Platka, który jako nowy właściciel początkowo nie przeprowadził żadnych zmian w zarządzie i radzie nadzorczej. Zmiana prezesa nastąpiła dopiero w styczniu, a Mateusza Dróżdża zastąpiła Elżbieta Filipiak, która z kolei zrezygnowała z tej funkcji po niespełna 50 dniach twierdząc, że nie ma realnego wpływu na decyzje zapadające w klubie. Od tego czasu Cracovia nie ma prezesa i nie wiadomo, w którą stronę pójdziemy. Wybrano nową radę nadzorczą, która powinna wybrać prezesa, ale wszystko dzieje się powoli.

Nie jest tajemnicą, że Robert Platek ma na swoim koncie kilka porażek jako właściciel klubów piłkarskich. Nie boicie się, że podzielicie losy Spezii, która z długami spadła do Serie B?
Dotychczasowy model zarządzania klubami przez Roberta Platka nie polegał na tym, że pompował on w te projekty duże pieniądze. Cracovia ma jednak największy potencjał i najlepszą bazę spośród wszystkich klubów, których właścicielem jest Platek, bo np. będąca na peryferiach portugalskiego futbolu Casa Pia to bez porównania mniejszy projekt. W Krakowie Platek dysponuje stadionem w środku dużego miasta, kompleksem treningowym na europejskim poziomie i terenami przy Wielickiej, gdzie można szkolić młodzież. Model biznesowy Platka polega na tym, aby szkolić i promować zawodników, zarabiając na ich sprzedaży. Być może już tego lata sprzedany zostanie Oskar Wójcik, natomiast nie wydaje mi się, aby zarządzający klubem mieli złe intencje.

Wracając do piłki, w sobotę pod znakiem zapytania stoi występ Mauro Perkovicia. Jak duża byłaby to strata?
Mauro to jeden z zawodników, którzy byli wypożyczani do Krakowa z opcją wykupu i w jego przypadku ta opcja została uruchomiona. Dobrze broni, jego atutem jest gra głową, nieźle wyprowadza piłkę – spodziewam się, że jeśli będzie zdrowy, to uda się go sprzedać za kilka milionów. W meczu z Wisłą wrócił do składu po skręceniu kostki w pierwszym wiosennym spotkaniu z Bruk-Betem, natomiast pojawiają się informacje, że nie jest jeszcze w pełnej dyspozycji. Niby mamy go kim zastąpić, ale gdyby był zdrowy, to byłby pierwszym wyborem trenera.

Jesienią w rozmowie ze mną Kamil podkreślał, że dzięki Filipowi Stojilkoviciowi nie tęsknicie za Kallmanem. Nie minęło pół roku, a tęsknicie pewnie i za jednym, i za drugim napastnikiem?
Po odejściu Stojilkovicia Cracovia zmieniła model gry. Wcześniej grała bardzo bezpośrednio – szybkie przejęcie piłki i fazy przejściowe, prostopadłe zagranie do wybiegającego za plecy obrońców napastnika i szukanie kolejnych goli. Sami traciliście tak bramki w Katowicach. Obecnie próbujemy więcej operować piłką, dłużej się przy niej utrzymywać i nie czekać na to, co zrobi rywal. Nawet na Legii próbowaliśmy grać od tyłu, mimo że murawa nie sprzyjała takiej taktyce. Podobnie może wyglądać sobotni mecz z GieKSą, jeśli pozwolicie nam grać w ten sposób. Na pewno będziemy próbowali utrudnić życie Bartkowi Nowakowi, którego nie można zostawiać samego w środku pola. Myślę, że zagramy czwórką z tyłu, co pozwoli na wprowadzenie kolejnego pomocnika do środka, a jako fałszywa dziewiątka zagra Martin Minczew, mimo że ostatnio nie grzeszy skutecznością.

To zawsze dobra wiadomość, gdy w Ekstraklasie wypływa kolejny młody piłkarz, który bez kompleksów podejmuje rywalizację z bardziej doświadczonymi. U was dobre noty zbiera ostatnio Mateusz Tabisz.
Mateusz jest synem byłego wiceprezesa Cracovii i zdarzają się kibice, którzy mu to wypominają. Dla Luki Elsnera nie ma to jednak żadnego znaczenia, a stawia na Tabisza, bo dostrzega w nim potencjał. Brakuje nam zawodników, którzy mogą wygrywać pojedynki w bocznych sektorach, a Mateusz podejmuje się dryblingów i dobrze wyglądał nawet w tych krótkich fragmentach, które otrzymał. Moim zdaniem ma szansę zagrać w sobotę od początku, a jeśli nie, to i tak swoje minuty dostanie.

Warto zatrzymać się chwilę przy byłych reprezentantach Polski. Czy Mateusz Klich spełnia pokładane w nim nadzieje?
Nie jestem obiektywny w stosunku do Mateusza, bo jestem jego wielkim fanem: bardzo go lubię jako człowieka i oglądałem wszystkie mecze Leeds United, w których grał. Mimo to Klich trochę mnie rozczarowuje, bo oczekiwałbym od niego więcej. Luka Elsner wyraża się jednak o nim bardzo pozytywnie podkreślając, jak wiele zależy od jego formy. Skoro trener mówi, że potrzebuje go na placu, to nie będę z nim dyskutował. Choć nie okazał się typem lidera, który niesie na plecach całą drużynę, to wciąż wiele od niego zależy i chciałbym, żeby zagrał jeszcze taki mecz, w którym bez dyskusji wskazano by go jako najlepszego na boisku.

Nieco bardziej przykurzyło się za to nazwisko innego reprezentanta. Czy Kamil Glik może jeszcze zaistnieć w Cracovii?
Kamil jest zdrowy i trenuje z drużyną, jednak z jakiegoś powodu trener po niego nie sięga. Siedzi więc na ławce i czeka na swoją szansę. Miejsce dla Glika mogłoby się znaleźć, gdybyśmy zostali zmuszeni do niskiej obrony we własnym polu karnym. Kamil ma swoje atuty w takich okolicznościach – jego gra głową i doświadczenie może się tu przydać. Nie jest już jednak na tyle mobilny, by uczestniczyć w grze wysokim pressingiem. Wydaje mi się, że w naszym kolejnym meczu w Zabrzu jego walory mogą się okazać bardziej przydatne – spodziewam się go prędzej tam niż w sobotę przeciwko wam.

Porozmawiajmy teraz o pewnym piłkarzu GieKSy – mobilna dziesiątka z przeszłością w Rakowie, ostatnio coraz częściej trafiający do siatki. Mowa oczywiście o… Mateuszu Wdowiaku, którego doskonale znacie w Krakowie.
Wychowankowie mają zawsze szczególne miejsce w sercu kibica Cracovii takiego jak ja. Zawsze trzymam za nich kciuki, ale niektórzy są bardziej wyjątkowi. Wśród nich jest właśnie Mateusz, który doprowadził mnie do łez szczęścia, zdobywając bramkę na wagę Pucharu Polski w pojedynku z Lechią Gdańsk w Lublinie, w 117. minucie dogrywki. Z tego powodu jest nieśmiertelny przy Kałuży i do końca kariery mógłby już nic nie zrobić, a i tak będzie kochany w Krakowie. Mam nadzieję, że w sobotę noga mu zadrży na naszym stadionie, bo strzelił tu kilka ważnych bramek dla Pasów, jak choćby dwie w półfinale wspomnianych rozgrywek z Legią. Cieszę się, że po nieudanym pobycie w Lubinie odnalazł formę w Katowicach i gra coraz więcej. Chciałbym też, żeby jeszcze kiedyś wystąpił w naszych barwach. Cieszę się na spotkanie z nim w sobotę.

W naszej poprzedniej rozmowie typowałeś 4:2 dla Cracovii. Wynik przy Kałuży był zbliżony, choć zwycięzca inny. Co to był za mecz…
Do dzisiaj wku.. rza mnie reklama Superbetu z bramką Adriana Błąda, ilekroć ją zobaczę. Ze względu na poziom emocji z pewnością fajnie byłoby powtórzyć taki mecz, ale my nie będziemy raczej grać w takim stylu. Mamy inny sposób grania, w którym na razie jesteśmy mega nieskuteczni. Nie wiem, czego spodziewać się w sobotę. Cel jest jeden – wygrać z GieKSą, natomiast patrząc na trzech ostatnich rywali, to właśnie mecz z wami wydaje mi się najtrudniejszy. Ostatnie mecze pokazały, że możemy przegrać z każdym, ja natomiast wolałbym zobaczyć, że jesteśmy w stanie wygrać z każdym. Jestem przekonany, że jesteśmy w stanie wygrać z GieKSą, a podobnego zdania są nawet bukmacherzy. Wygląda na to, że Cracovia jest faworytem tego pojedynku, czego szczerze mówiąc się nie spodziewałem. Wydaje się, że to my bardziej potrzebujemy zwycięstwa, aby nie zagrzebać się w dolnych rejonach tabeli. Wy, mając swoje ambicje i cele, nawet w przypadku porażki nie utracicie szans na ich osiągnięcie.

Jaki wynik tym razem typujesz?
Chciałbym, żebyśmy wygrali, ale nie sądzę, że będzie to spektakularne zwycięstwo. Liczę na 2:1 dla Cracovii. Przede wszystkim jednak chciałbym, abym na koniec sezonu nie musiał się martwić gorszym bilansem bezpośrednich spotkań z GieKSą, a zaliczka z Katowic wydaje się być obiecująca.

Rozmawiając z kibicem Cracovii nie mogę nie zapytać o hokej, tym bardziej, że niedawno mierzyliśmy się w ćwierćfinale Mistrzostw Polski. Spodziewałeś się takiego przebiegu naszych zmagań? I co powiesz o ogólnej postawie Cracovii w tym sezonie?
Biorąc pod uwagę formę Cracovii w tym sezonie, a tym bardziej wynik pierwszego meczu tej serii, rezultaty dwóch kolejnych starć można uznać za niespodziankę. Z pewnością nie spodziewaliście się, że będziemy w stanie stawić wam taki opór. Wydaje się, że łatwe zwycięstwo w pierwszym meczu przełożyło się na pewną kalkulację, szczególnie wśród starszych zawodników, którzy muszą odpowiednio gospodarować siłami w perspektywie walki o medale. W trybie ekonomicznym nie da się jednak wygrywać, stąd zaskakująco dobra postawa Cracovii w drugim meczu w Katowicach. Natomiast większą niespodzianką było dla mnie zwycięstwo w Krakowie. W kolejnych starciach GieKSa poprawiła jednak grę i jakość indywidualna waszych zawodników musiała przeważyć. Nie za bardzo widziałem przestrzeń dla Cracovii na sprawienie kolejnej niespodzianki. GKS grał szybciej, bardziej zespołowo i wykorzystywał swoje atuty. Z drugiej strony to bez znaczenia, czy odpadasz przegrywając 2:4 zamiast 0:4. Kończymy sezon na ósmym miejscu, co jest najgorszym wynikiem od przeszło dwudziestu lat. Teraz czeka nas modernizacja lodowiska, którego klub jest operatorem, więc może na nim zarabiać. Ponadto, zagwarantowane są środki z Comarchu, więc mimo że skoku jakościowego nie będzie, to na pewno przystąpimy do rozgrywek, ale nie będziemy należeć do potentatów.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga