Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki w ubiegłym tygodniu piłkarki rozegrały dwa spotkania wyjazdowe z Rekordem oraz z Pogonią Tczew. W obu padł remis 1:1. Piłkarze najbliższe spotkanie rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę (4 kwietnia o godzinie 12:15) z Wisłą Płock. Media informują o kontuzji Mateusza Kowalczyka oraz w dalszym ciągu nie wyleczonego urazu Adama Zreľáka.
Siatkarze pokonali w wyjazdowym meczu SMS PZPS Spała, 3:0.Kolejne spotkanie zespół rozegra na wyjeździe ze Stalą Nysa. Początek spotkania zaplanowana na 2 kwietnia o godzinie 20:00. Będzie to ostatnie spotkanie rundy zasadniczej. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu rozgrywek z przewagą dwóch punktów nad Aniołami Toruń.
W ostatnich dwóch meczach półfinałowych THL hokeiści wygrali po 3:1 z Unią Oświęcim, a w całej rywalizacji 4:3. W finale nasza drużyna zmierzy się z GKS-em Tychy, pierwsze dwa spotkanie zostaną rozegrane jutro i pojutrze (1 i 2 kwietnia) w Satelicie. Początek meczy odpowiednio o 18:00 i 20:30.

PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Mistrzynie Polski z drugim remisem z rzędu
W zaległym spotkaniu 12. kolejki Orlen ekstraligi Rekord Bielsko-Biała zremisował 1:1 z GKS-em Katowice. Gospodynie objęły prowadzenie po bramce Agnieszki Glinki, a mistrzynie Polski do wyrównania doprowadziły za sprawą Aleksandry Nieciąg.
Gospodynie wyszły na prowadzenie w ósmej minucie, a na listę strzelczyń wpisała się wówczas Agnieszka Glinka. W 15. minucie Aleksandra Nieciąg wykorzystała błąd piłkarek Rekordu w rozegraniu od własnej bramki i doprowadziła do wyrównania. W 30. minucie gospodynie wyszły z atakiem – Alicja Bednarek przymierzyła zza pola karnego, a Katarzyna Nowak wybroniła jej uderzenie twarzą. Gospodynie miały kilka stałych fragmentów gry. Pod koniec pierwszej połowy mistrzynie Polski przejęły inicjatywę. W 42. minucie zmusiły Kingę Ptaszek do interwencji, jednak golkiperka Rekordu wyszła z tej sytuacji obronną ręką. Do przerwy utrzymywał się remis 1:1. W drugiej połowie obie ekipy szukały swoich szans, jednak wynik pozostawał bez zmian. W 85. minucie zmienniczka Rekordu Katarzyna Jaszek stanęła przed dogodną sytuacją strzelecką, jednak piłka po jej strzale minęła się z poprzeczką. Obie drużyny kończyły mecz w dziesiątkę – po stronie Gieksy meczu nie dokończyła Katarzyna Nowak, zaś w zespole Rekordu Katarzyna Jaszek (obie w konsekwencji dwóch napomnień).

Mistrzynie Polski tracą punkty w Tczewie
GKS Katowice nie zdołał przełamać serii remisów i wywiózł z Tczewa tylko jeden punkt. Mecz z Pogonią Dekpol Tczew w ramach 16. kolejki Orlen Ekstraligi zakończył się wynikiem 1:1.
Katowiczanki dobrze weszły w mecz i od pierwszych minut próbowały przejąć inicjatywę. Pierwszy sygnał ostrzegawczy dała Aleksandra Nieciąg, jednak na posterunku była Alexandra Reynolds. Pogoń odpowiedziała groźnie, a strzał Nanoki Iriguchi z rzutu wolnego odbił się od poprzeczki. W 22. minucie GKS objął prowadzenie po skutecznie rozegranym rzucie rożnym, który wykończyła Katerina Vojtkova. Do przerwy wynik mógł być wyższy, ale kolejne próby Jaszek i Włodarczyk nie znalazły drogi do siatki.
Po zmianie stron GieKSa kontrolowała tempo gry i stwarzała zagrożenie głównie po dośrodkowaniach. Brak drugiego gola zemścił się jednak w drugiej połowie, gdy Julia Drożak wykorzystała podanie wzdłuż bramki i doprowadziła do wyrównania. W końcówce katowiczanki naciskały, lecz nie były w stanie ponownie pokonać bramkarki gospodyń.

infokatowice.pl – GKS Katowice z problemami. Dwóch ważnych zawodników pod znakiem zapytania
Mateusz Kowalczyk wrócił do Katowic z urazem odniesionym na zgrupowaniu reprezentacji Polski U-21. Wciąż niepewna jest także dyspozycja Adama Zreľáka. Występ obu kluczowych dla GieKSy zawodników stoi pod znakiem zapytania.
Na ostatnie zgrupowanie reprezentacji Polski U-21 powołany został pomocnik GKS-u Katowice Mateusz Kowalczyk. W trakcie meczu z Armenią zawodnik doznał kontuzji, która wykluczyła go z udziału w kolejnym spotkaniu kadry. Jak poinformował oficjalny portal Łączy Nas Piłka, piłkarz doznał urazu mięśnia dwugłowego i opuścił zgrupowanie, wracając do Katowic na dalsze badania.
O aktualny stan zdrowia zawodnika zapytaliśmy w klubie. Rzecznik prasowy GKS Katowice, Michał Kajzerek, przekazał, że kluczowe będą wyniki badań. – Mateusz Kowalczyk dzisiaj ma kolejne badania i kiedy poznamy ich wyniki, powinniśmy wiedzieć więcej na temat jego stanu zdrowia – poinformował. Na ten moment nie wiadomo więc, kiedy jeden z filarów drużyny będzie gotowy do gry.
Niepewna pozostaje także sytuacja ofensywna GieKSy. Napastnik Adam Zreľák wciąż nie wrócił do pełnych treningów z zespołem. – Adam Zreľák jest wciąż w treningu indywidualnym i pracuje z fizjoterapeutą. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy będzie gotowy do gry na mecz z Wisłą Płock – dodał Kajzerek.
Choć oba przypadki różnią się charakterem, łączy je jedno – niepewność przed najbliższym spotkaniem ligowym. Sztab szkoleniowy GKS-u Katowice musi liczyć się z tym, że zarówno Kowalczyk, jak i Zreľák mogą nie być do dyspozycji na mecz z Wisłą Płock. Ostateczne decyzje dotyczące ich występu zapadną po wynikach badań i najbliższych dniach treningów.

SIATKÓWKA
lodzkips.pl – Dominacja siatkarzy GKS-u Katowice w Spale
GKS Katowice pokonał SMS PZPS Spała 3:0 w wyjazdowym spotkaniu PLS 1. Ligi. Zespół z Katowic wypracował przewagę dzięki skutecznej zagrywce Quirogi oraz punktowym blokom, które rozstrzygnęły losy meczu w kluczowych fragmentach gry. Wynik 25:17 w dwóch pierwszych partiach oraz 25:21 w trzeciej odsłonie przypieczętował zwycięstwo gości i zdobycie kompletu punktów.
Początek meczu przyniósł wyrównaną walkę punkt za punkt, a na tablicy szybko pojawił się wynik 8:8. GKS błyskawicznie wrzucił jednak wyższy bieg i systematycznie powiększał przewagę, wykorzystując serię punktową przy zagrywkach Gonzalo Quirogi. Gdy wynik wskazał 17:12 dla gości, Katowiczanie przejęli pełną inicjatywę. Kolejne mocne serwisy Krzysztofa Gibka podbiły prowadzenie do stanu 21:13, co ostatecznie odebrało gospodarzom chęć do walki. Choć SMS próbował poderwać się do odrabiania strat, zdołał ugrać jedynie cztery punkty, a goście zamknęli pierwszą partię wynikiem 25:17
Drugi set przyniósł całkowitą deklasację gospodarzy już w pierwszej fazie gry. Szczelny blok oraz bezbłędna skuteczność w ataku pozwoliły GKS-owi wypracować miażdżącą przewagę 10:2. W kolejnych minutach gra nieco się wyrównała, jednak wynik 20:11 brutalnie odebrał SMS-owi nadzieję na korzystne zakończenie seta. Pojedyncze udane akcje Oskara Trawki, Karola Lepperta czy Adama Potempy okazały się niewystarczające, by zniwelować straty z fatalnego początku. Katowiczanie utrzymali koncentrację i podobnie jak w poprzedniej odsłonie, zwyciężyli 25:17.
Trzecia partia przyniosła chwilowe przebudzenie SMS-u, który tym razem nie pozwolił rywalom na wczesną ucieczkę punktową. Dobra postawa Bartosza Sawickiego, który skutecznie uprzykrzał życie zawodnikom GKS-u, pozwoliła gospodarzom doprowadzić do remisu 9:9. Po dobrym serwisie Marcina Hływy Spała objęła nawet prowadzenie 17:16, jednak ich opór złamał Wojciech Ferens, meldując się w polu zagrywki i wyprowadzając GKS na 21:18. Decydujące akcje należały do Gonzalo Quirogi oraz Michała Superlaka, którzy przypieczętowali zwycięstwo w secie i całym meczu.
SMS PZPS Spała – GKS Katowice 0:3 (17:25, 17:25, 19:25)

HOKEJ
hokej.net – Dublet Andersona i genialny refleks Eliassona. GieKSa urwała się ze stryczka!
Hokeiści GKS-u Katowice pokonali na wyjeździe Unię Oświęcim 3:1 i uciekli spod topora. W ekipie GieKSy świetnie zaprezentowali się Jesper Eliasson i Stephen Anderson. Szwedzki golkiper obronił 32 uderzenia rywali, a Kanadyjczyk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. O tym, kto z tej pary awansuje do finału przesądzi siódmy mecz, który odbędzie się w piątek w „Satelicie”.
Oświęcimianie mają czego żałować, bo nie zamknęli rywalizacji we własnej hali i przy żywiołowo reagującej publice. Czego im zabrakło? Chłodnych głów i czegoś, co w hokeju często określa się mianem instynktu killera.
Podopieczni Jacka Płachty wykorzystali swoje szanse, ofiarnie się bronili i mieli ogromne wsparcie w osobie swojego bramkarza. Jesper Eliasson rozegrał swój najlepszy mecz w tej serii, a po jego interwencjach zarówno zawodnicy, jak i kibice Unii łapali się za głowy.
Tym samym potwierdziły się słowa Grzegorza Pasiuta. Kapitan ekipy ze stolicy województwa śląskiego stwierdził, że jego zespół wróci do swojej hali na decydujący, siódmy mecz.
Trener Róbert Kaláber kolejny raz nie zmienił zwycięskiego składu. Sztab szkoleniowy katowickiego klubu zdecydował się na korekty w formacjach, a jako 13 napastnik zagrał dziś wracający po urazie Juho Koivusaari.
Pierwsze minuty przebiegły pod dyktando GieKSy, która po porażce we własnej hali 1:4, znalazła się nad przepaścią. Podopieczni Jacka Płachty rzucili się na Oświęcimian, ale konkretów w postaci bramek to nie przyniosło. Linus Lundin skutecznie interweniował po uderzeniach Bartosza Fraszki, Patryka Wronki i Sama Coatty.
Gospodarze nieco wolniej się rozkręcali, ale to właśnie oni wykreowali sobie najgroźniejszą okazję. W 8. minucie Łukasz Krzemień idealnie dograł do Damiana Tyczyńskiego, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam z Jesperem Eliassonem. Napastnik Unii uderzył z nadgarstka, ale szwedzki golkiper nie dał się pokonać. Eliasson świetnym refleksem popisał się też w osiem minut później, gdy obronił uderzenie Daniela Olssona Trkulji i dobitkę Ołeksandra Peresunki.
Na pierwszego gola trzeba było poczekać do 25. minuty. Do tercji wjechał Bartosz Fraszko, a następnie zostawił gumę Stephenowi Andersonowi, który precyzyjnym uderzeniem z prawego bulika zaskoczył oświęcimskiego bramkarza.
Zespół dowodzony przez Róberta Kalábera próbował szybko odpowiedzieć, ale precyzji i chłodnej głowy zabrakło kolejno Nickowi Moutreyowi i Mice Partanenowi. W 33. minucie Oświęcimianie zagrali w przewadze i błyskawicznie założyli zamek. W zasadzie jużpo kilku sekundach groźną sytuację miał Daniel Olsson Trkulja, ale uderzenie szwedzkiego środkowego odbiło się od słupka.
Później do odpoczywającego na ławce kar Albina Runessona dołączył Travis Verveda i biało-niebiescy przez 22 sekundy grali w piątkę przeciwko trójce rywali. Jednak nie wykorzystali tej szansy. Gdy wykluczenie odsiadywał już tylko Kanadyjczyk fantastycznym podaniem zza bramki popisał się Olsson Trkulja, a Ahopelto długo się nie zastanawiał i posłał gumę do siatki. Kibice na trybunach mieli pierwsze powody do radości. Do przerwy wynik się nie zmienił, więc emocje w szeregach obu drużyn były ogromne.
Goście grający z nożem na gardle znakomicie rozpoczęli ostatnią odsłonę. W 44. minucie krążek pod bandą wywalczył Mateusz Michalski, nieco go podholował, a następnie dograł na lewy bulik do Jacoba Lundegårda. Szwed uderzył bez przyjęcia w krótki róg i zaskoczył Linusa Lundina.
Ten gol wyraźnie podciął skrzydła zawodnikom Unii, którzy długo nie potrafili stworzyć sobie dogodnej okazji. Można było nawet odnieść wrażenie, że wkrótce obejrzymy trzeciego gola dla Katowiczan.
W 55. minucie pod bramką Jespera Eliassona mocno się zakotłowało, a szwedzki golkiper zwijał się jak w ukropie. Najpierw obronił uderzenie Villego Heikkinena, a następnie dobitki Aleksiego Mäkeli.
Na 63 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry trener Róbert Kaláber poprosił o czas, a następnie zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Ta pokerowa zagrywka nie opłaciła się. Pieczęć na zwycięstwie postawił Stephen Anderson, który umieścił gumę w pustej bramce.

Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu! Dublet Fraszki i fenomenalne asysty Wronki
W końcu poznaliśmy skład finału play-off! Do GKS-u Tychy dołączył dziś GKS Katowice, który w siódmym meczu pokonał Unię Oświęcim 3:1. Podopieczni Jacka Płachty o złoto powalczą po raz piąty z rzędu.
W przekroju całego meczu Katowiczanie zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Zagrali ofiarniej w destrukcji i byli aktywniejsi w ataku.
Mieli też w składzie Patryka Wronkę, który znakomicie kreował grę i niczym kelner restauracji z gwiazdką Michelin znakomicie obsługiwał swoich partnerów znakomitymi podaniami. „Wronczes” zaliczył fenomenalne asysty przy trafieniach Bartosza Fraszki i Lauriego Huhdanpy, które padły na początku i na końcu drugiej odsłony. „Frachol” zakończył mecz z dubletem, bo na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry posłał gumę do pustej bramki. W ten oto sposób postawił pieczęć na zwycięstwie i awansie do finału.
W ekipie GieKSy nie wystąpił Jean Dupuy, z kolei Róbert Kaláber nie mógł skorzystać z usług kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta i Jakuba Kubeša. W miejsce Czecha zagrał Roman Diukow, a funkcję kapitana Unii pełnił Ville Heikkinen.
Początek meczu był ostrożny w wykonaniu obu ekip. Zarówno Katowiczanie, jak i Oświęcimianie starali się grać odpowiedzialnie w destrukcji i przede wszystkim nie popełnić błędów.
Pierwszą groźną okazję miał Roman Rác, ale jego uderzenie obronił Jesper Eliasson. Doświadczony Słowak, mając sporo miejsca i czasu, powinien lepiej uderzyć.
Później aktywniejsi byli gospodarze, którzy po pierwszej odsłonie mieli przewagę w strzałach 11-5. Sęk w tym, że nie potrafili znaleźć sposobu na Linusa Lundina. Szwed w największych opałach był w 8. minucie, ale Patryk Wronka przestrzelił z prawego bulika. Zgromadzeni na trybunach kibice aż złapali się za głowy.
Kluczowa dla losów spotkania okazała się druga odsłona. Już na jej początku na indywidualny rajd zdecydował się Wronka, który wjechał do tercji biało-niebieskich lewym skrzydłem, a następnie idealnie dograł do Bartosza Fraszki, a ten musiał tylko posłać gumę do odsłoniętej części siatki.
Unia po stracie gola odważniej ruszyła do przodu, ale nie przełożyło się to na gole. Dwa groźne strzały oddał Mika Partanen, ale katowicki golkiper był na posterunku.
Paradoksalnie najlepszą okazję biało-niebiescy stworzyli sobie podczas gry w osłabieniu. Gdy karę odsiadywał Damian Tyczyński, Erik Ahopelto dograł do Reece’a Scarletta, a ten od razu zdecydował się na strzał z bekhendu.
Podopieczni Jacka Płachty zeszli na drugą przerwę prowadząc 2:0. Albin Runesson uruchomił Patryka Wronkę, a ten znów popisał się znakomitym podaniem do Lauriego Huhdanpy. Fin, który miniony sezon kończył w zespole Unii skarcił swój były zespół, i był to jego pierwszy gol dla GieKSy w tym sezonie.
Gra nabrała rumieńców po przerwie. Wszystko za sprawą kontaktowego gola autorstwa Daniela Olssona Trkulji z 44. minuty. Szwedzki napastnik uderzył z prawego bulika, a guma znalazła się w siatce po uprzednim odbiciu od kija Mateusza Bepierszcza.
Zwycięzcy sezonu zasadniczego chwilę później mogli przesądzić o losach meczu, ale Lundin zanotował dwie kapitalne interwencje. Najpierw powstrzymał Stephena Andersona, a następnie Patryka Wronkę.
Skoro tego nie zrobili, na bramkę gospodarzy sunęły kolejne strzały Oświęcimian. Jednak Eliasson znów był dobrze dysponowany i nie dał się już pokonać. Gościom nie pomógł też manewr z wycofaniem golkipera i wprowadzeniem do gry dodatkowego napastnika. Na dodatek – na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry – kropkę nad „i” postawił Bartosz Fraszko, umieszczając gumę w pustej bramce. Kibice zgromadzeni w „Satelicie” zaczęli świętowanie awansu.

Ekspert TVP Sport ocenia półfinały i analizuje finał. Wskazał „delikatnego” faworyta
Za nami półfinały play-off, które szczegółowo omówił Grzegorz Piekarski. Były reprezentacyjny obrońca wskazał ocenił poczynania czterech zespołów, a także zdradził jak jego zdaniem może potoczyć się finał.
HOKEJ.NET:– Jesteś zaskoczony przebiegiem półfinałów?
Grzegorz Piekarski, były obrońca polskich klubów i reprezentacji Polski:
[…] Jeżeli chodzi o drugą parę półfinałową to można było przewidzieć że będzie to zacięta rywalizacja i prawdopodobieństwo zakończenia tej rywalizacji w 7 meczu było częściowo do przewidzenia. Natomiast jestem zaskoczony, że drużyna z Oświęcimia nie potrafiła wykorzystać atutu swojego lodowiska przy wyniku 3:2 mając w składzie zawodników z takim doświadczeniem i taką przeszłością. Tym bardziej, że potrafili wygrać trzy mecze z rzędu. A co najważniejsze nie potrafili wykorzystać absencji kontuzjowanego Jeana Dupuy, czyli najbardziej niebezpiecznego zawodnika Katowic. Zaskoczony jestem też faktem z braku wyciągania pewnych wniosków z poprzedniej rywalizacji, która skończyła się szczęśliwie golem w dogrywce numer siedem w rywalizacji z Toruniem.
Chyba najwięcej pretensji mogą mieć do siebie zawodnicy Unii Oświęcim, którzy zamiast dobić rywala u siebie w szóstym meczu, podali mu maskę z tlenem i przegrali też mecz numer siedem…
– Tak mogą mieć pretensje sami do siebie, bo mieli w meczu numer sześć bardziej klarowne sytuacje strzeleckie niż drużyna z Katowic. W tym dniu świetnie dysponowany Eliasson pomógł swojej drużynie, a biało-niebiescy nie potrafili znaleźć sposobu na szwedzkiego bramkarza. Strzał Moutreya z 50. minuty meczu z pierwszego uderzenia z okolic bulika był tego najlepszym przykładem. Dowodem, że jak idzie bramkarzowi, to potrafi wybronić strzał nawet głową i dowodem na bezsilność zawodników Unii, którzy mając tak dobrych zawodników w składzie w ostatnich dwóch meczach strzelili tylko 2 gole i stracili aż 6 goli, obnażając swoją najsłabszą stronę, czyli grę w defensywie.
W szóstym meczu stracili gole po szkolnych błędach obrońców, którzy mieli być motorem napędowym drużyny. To mówi wszystko.
[…] Kto i dlaczego wygra finałową rywalizację? Ilu spotkań mogą spodziewać się kibice?
– Wydaje mi się, że opierając się wyłącznie na meczach półfinałowych to delikatnym faworytem jest drużyna z Tychów. Należy jednak pamiętać, że rywalizacja rozpoczyna się w „Satelicie” a mała hala „Spodka” potrafi czasami odlecieć. Więc nie skreślałbym drużyny z Katowic. Zresztą sytuacje, w których wychodzi się z rywalizacji 2:3 grając szósty mecz na terenie przeciwnika i kończąc rywalizację w 7 meczu u siebie to jest to sytuacja, która wzmacnia i buduje dodatkowo drużynę.
Gdzie tkwi siła GKS-u Katowice? A co jest największą bolączką GieKSy?
– To piąty finał z rzędu drużyny z Katowic, więc ciężko znaleźć jakąś słabszą stronę tej drużyny.
Siła to doświadczenie, indywidualności i szkielet drużyny, który ze sobą jest już od kilku lat. Kilku solidnych obcokrajowców, bardzo dobra młodzież to sposób na budowę drużyny, która kolejny raz gra w finale.
Mówi się, że GKS Tychy to najlepiej zbalansowany zespół naszej ligi? Jakie są jego silne, ale też te słabsze strony?
– Najmocniejszą stronę tej drużyny to umiejętność jej budowania. Tam każdy zawodnik ma określone zadanie i dopasowuje się go do systemu, który ma grać drużyna. Szeroka kadra daje możliwości roszad i uzupełnienia składu w przypadku kontuzji, ale też pobudza drużynę do większej wewnętrznej rywalizacji. Bardzo podoba mi się gra Tyszan w obronie. Każdy obrońca kapitalnie jeździ na łyżwach i jest świetnie wyszkolony technicznie. Do tego kapitalne ataki i indywidualności robią różnicę. Słabsze strony? Niuanse.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Jagi i Cracovii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.

1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.

2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.

3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.

4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.

5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.

6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.

7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.

8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.

9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.

10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.

11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.

12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.

13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.

14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.

15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.

16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.

17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.

18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.

19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.

20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.

21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.

22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.

23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.

24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.

25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.

—-

26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.

27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i  się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.

28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.

29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.

30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.

31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.

32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.

33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.

34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.

35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.

36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.

37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.

38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.

39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.

40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.

41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.

42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.

43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.

44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.

45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.

46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.

47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.

48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.

49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.

50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.

51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.

52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.

53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.

54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.

55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.

56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.

57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.

58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.

59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.

60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.

61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!

62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga