Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Piłkarki w ubiegłym tygodniu rozegrały dwa mecze wyjazdowe: z Rekordem oraz z Pogonią Tczew. W obu padł remis 1:1. Piłkarze najbliższe spotkanie rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę (4 kwietnia o godzinie 12:15) z Wisłą Płock. Media informują o kontuzji Mateusza Kowalczyka oraz w dalszym ciągu nie wyleczonym urazie Adama Zreľáka.
Siatkarze pokonali 3:0 w wyjazdowym meczu SMS PZPS Spała. Kolejne spotkanie rozegramy 2 kwietnia o 20:00 na wyjeździe ze Stalą Nysa. Będzie to ostatnie mecz rundy zasadniczej. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu z przewagą dwóch punktów nad Aniołami Toruń.
W ostatnich dwóch meczach półfinałowych THL hokeiści wygrali po 3:1 z Unią Oświęcim, a w całej rywalizacji 4:3. W finale zmierzymy się z GKS-em Tychy. Pierwsze dwa spotkanie zostaną rozegrane jutro i pojutrze (1 i 2 kwietnia) w Satelicie. Początek odpowiednio o 18:00 i 20:30.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Mistrzynie Polski z drugim remisem z rzędu
W zaległym spotkaniu 12. kolejki Orlen ekstraligi Rekord Bielsko-Biała zremisował 1:1 z GKS-em Katowice. Gospodynie objęły prowadzenie po bramce Agnieszki Glinki, a mistrzynie Polski do wyrównania doprowadziły za sprawą Aleksandry Nieciąg.
Gospodynie wyszły na prowadzenie w ósmej minucie, a na listę strzelczyń wpisała się wówczas Agnieszka Glinka. W 15. minucie Aleksandra Nieciąg wykorzystała błąd piłkarek Rekordu w rozegraniu od własnej bramki i doprowadziła do wyrównania. W 30. minucie gospodynie wyszły z atakiem – Alicja Bednarek przymierzyła zza pola karnego, a Katarzyna Nowak wybroniła jej uderzenie twarzą. Gospodynie miały kilka stałych fragmentów gry. Pod koniec pierwszej połowy mistrzynie Polski przejęły inicjatywę. W 42. minucie zmusiły Kingę Ptaszek do interwencji, jednak golkiperka Rekordu wyszła z tej sytuacji obronną ręką. Do przerwy utrzymywał się remis 1:1. W drugiej połowie obie ekipy szukały swoich szans, jednak wynik pozostawał bez zmian. W 85. minucie zmienniczka Rekordu Katarzyna Jaszek stanęła przed dogodną sytuacją strzelecką, jednak piłka po jej strzale minęła się z poprzeczką. Obie drużyny kończyły mecz w dziesiątkę – po stronie Gieksy meczu nie dokończyła Katarzyna Nowak, zaś w zespole Rekordu Katarzyna Jaszek (obie w konsekwencji dwóch napomnień).
Mistrzynie Polski tracą punkty w Tczewie
GKS Katowice nie zdołał przełamać serii remisów i wywiózł z Tczewa tylko jeden punkt. Mecz z Pogonią Dekpol Tczew w ramach 16. kolejki Orlen Ekstraligi zakończył się wynikiem 1:1.
Katowiczanki dobrze weszły w mecz i od pierwszych minut próbowały przejąć inicjatywę. Pierwszy sygnał ostrzegawczy dała Aleksandra Nieciąg, jednak na posterunku była Alexandra Reynolds. Pogoń odpowiedziała groźnie, a strzał Nanoki Iriguchi z rzutu wolnego odbił się od poprzeczki. W 22. minucie GKS objął prowadzenie po skutecznie rozegranym rzucie rożnym, który wykończyła Katerina Vojtkova. Do przerwy wynik mógł być wyższy, ale kolejne próby Jaszek i Włodarczyk nie znalazły drogi do siatki.
Po zmianie stron GieKSa kontrolowała tempo gry i stwarzała zagrożenie głównie po dośrodkowaniach. Brak drugiego gola zemścił się jednak w drugiej połowie, gdy Julia Drożak wykorzystała podanie wzdłuż bramki i doprowadziła do wyrównania. W końcówce katowiczanki naciskały, lecz nie były w stanie ponownie pokonać bramkarki gospodyń.
infokatowice.pl – GKS Katowice z problemami. Dwóch ważnych zawodników pod znakiem zapytania
Mateusz Kowalczyk wrócił do Katowic z urazem odniesionym na zgrupowaniu reprezentacji Polski U-21. Wciąż niepewna jest także dyspozycja Adama Zreľáka. Występ obu kluczowych dla GieKSy zawodników stoi pod znakiem zapytania.
Na ostatnie zgrupowanie reprezentacji Polski U-21 powołany został pomocnik GKS-u Katowice Mateusz Kowalczyk. W trakcie meczu z Armenią zawodnik doznał kontuzji, która wykluczyła go z udziału w kolejnym spotkaniu kadry. Jak poinformował oficjalny portal Łączy Nas Piłka, piłkarz doznał urazu mięśnia dwugłowego i opuścił zgrupowanie, wracając do Katowic na dalsze badania.
O aktualny stan zdrowia zawodnika zapytaliśmy w klubie. Rzecznik prasowy GKS Katowice, Michał Kajzerek, przekazał, że kluczowe będą wyniki badań. – Mateusz Kowalczyk dzisiaj ma kolejne badania i kiedy poznamy ich wyniki, powinniśmy wiedzieć więcej na temat jego stanu zdrowia – poinformował. Na ten moment nie wiadomo więc, kiedy jeden z filarów drużyny będzie gotowy do gry.
Niepewna pozostaje także sytuacja ofensywna GieKSy. Napastnik Adam Zreľák wciąż nie wrócił do pełnych treningów z zespołem. – Adam Zreľák jest wciąż w treningu indywidualnym i pracuje z fizjoterapeutą. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy będzie gotowy do gry na mecz z Wisłą Płock – dodał Kajzerek.
Choć oba przypadki różnią się charakterem, łączy je jedno – niepewność przed najbliższym spotkaniem ligowym. Sztab szkoleniowy GKS-u Katowice musi liczyć się z tym, że zarówno Kowalczyk, jak i Zreľák mogą nie być do dyspozycji na mecz z Wisłą Płock. Ostateczne decyzje dotyczące ich występu zapadną po wynikach badań i najbliższych dniach treningów.
SIATKÓWKA
lodzkips.pl – Dominacja siatkarzy GKS-u Katowice w Spale
GKS Katowice pokonał SMS PZPS Spała 3:0 w wyjazdowym spotkaniu PLS 1. Ligi. Zespół z Katowic wypracował przewagę dzięki skutecznej zagrywce Quirogi oraz punktowym blokom, które rozstrzygnęły losy meczu w kluczowych fragmentach gry. Wynik 25:17 w dwóch pierwszych partiach oraz 25:21 w trzeciej odsłonie przypieczętował zwycięstwo gości i zdobycie kompletu punktów.
Początek meczu przyniósł wyrównaną walkę punkt za punkt, a na tablicy szybko pojawił się wynik 8:8. GKS błyskawicznie wrzucił jednak wyższy bieg i systematycznie powiększał przewagę, wykorzystując serię punktową przy zagrywkach Gonzalo Quirogi. Gdy wynik wskazał 17:12 dla gości, Katowiczanie przejęli pełną inicjatywę. Kolejne mocne serwisy Krzysztofa Gibka podbiły prowadzenie do stanu 21:13, co ostatecznie odebrało gospodarzom chęć do walki. Choć SMS próbował poderwać się do odrabiania strat, zdołał ugrać jedynie cztery punkty, a goście zamknęli pierwszą partię wynikiem 25:17
Drugi set przyniósł całkowitą deklasację gospodarzy już w pierwszej fazie gry. Szczelny blok oraz bezbłędna skuteczność w ataku pozwoliły GKS-owi wypracować miażdżącą przewagę 10:2. W kolejnych minutach gra nieco się wyrównała, jednak wynik 20:11 brutalnie odebrał SMS-owi nadzieję na korzystne zakończenie seta. Pojedyncze udane akcje Oskara Trawki, Karola Lepperta czy Adama Potempy okazały się niewystarczające, by zniwelować straty z fatalnego początku. Katowiczanie utrzymali koncentrację i podobnie jak w poprzedniej odsłonie, zwyciężyli 25:17.
Trzecia partia przyniosła chwilowe przebudzenie SMS-u, który tym razem nie pozwolił rywalom na wczesną ucieczkę punktową. Dobra postawa Bartosza Sawickiego, który skutecznie uprzykrzał życie zawodnikom GKS-u, pozwoliła gospodarzom doprowadzić do remisu 9:9. Po dobrym serwisie Marcina Hływy Spała objęła nawet prowadzenie 17:16, jednak ich opór złamał Wojciech Ferens, meldując się w polu zagrywki i wyprowadzając GKS na 21:18. Decydujące akcje należały do Gonzalo Quirogi oraz Michała Superlaka, którzy przypieczętowali zwycięstwo w secie i całym meczu.
SMS PZPS Spała – GKS Katowice 0:3 (17:25, 17:25, 19:25)
HOKEJ
hokej.net – Dublet Andersona i genialny refleks Eliassona. GieKSa urwała się ze stryczka!
Hokeiści GKS-u Katowice pokonali na wyjeździe Unię Oświęcim 3:1 i uciekli spod topora. W ekipie GieKSy świetnie zaprezentowali się Jesper Eliasson i Stephen Anderson. Szwedzki golkiper obronił 32 uderzenia rywali, a Kanadyjczyk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. O tym, kto z tej pary awansuje do finału przesądzi siódmy mecz, który odbędzie się w piątek w „Satelicie”.
Oświęcimianie mają czego żałować, bo nie zamknęli rywalizacji we własnej hali i przy żywiołowo reagującej publice. Czego im zabrakło? Chłodnych głów i czegoś, co w hokeju często określa się mianem instynktu killera.
Podopieczni Jacka Płachty wykorzystali swoje szanse, ofiarnie się bronili i mieli ogromne wsparcie w osobie swojego bramkarza. Jesper Eliasson rozegrał swój najlepszy mecz w tej serii, a po jego interwencjach zarówno zawodnicy, jak i kibice Unii łapali się za głowy.
Tym samym potwierdziły się słowa Grzegorza Pasiuta. Kapitan ekipy ze stolicy województwa śląskiego stwierdził, że jego zespół wróci do swojej hali na decydujący, siódmy mecz.
Trener Róbert Kaláber kolejny raz nie zmienił zwycięskiego składu. Sztab szkoleniowy katowickiego klubu zdecydował się na korekty w formacjach, a jako 13 napastnik zagrał dziś wracający po urazie Juho Koivusaari.
Pierwsze minuty przebiegły pod dyktando GieKSy, która po porażce we własnej hali 1:4, znalazła się nad przepaścią. Podopieczni Jacka Płachty rzucili się na Oświęcimian, ale konkretów w postaci bramek to nie przyniosło. Linus Lundin skutecznie interweniował po uderzeniach Bartosza Fraszki, Patryka Wronki i Sama Coatty.
Gospodarze nieco wolniej się rozkręcali, ale to właśnie oni wykreowali sobie najgroźniejszą okazję. W 8. minucie Łukasz Krzemień idealnie dograł do Damiana Tyczyńskiego, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam z Jesperem Eliassonem. Napastnik Unii uderzył z nadgarstka, ale szwedzki golkiper nie dał się pokonać. Eliasson świetnym refleksem popisał się też w osiem minut później, gdy obronił uderzenie Daniela Olssona Trkulji i dobitkę Ołeksandra Peresunki.
Na pierwszego gola trzeba było poczekać do 25. minuty. Do tercji wjechał Bartosz Fraszko, a następnie zostawił gumę Stephenowi Andersonowi, który precyzyjnym uderzeniem z prawego bulika zaskoczył oświęcimskiego bramkarza.
Zespół dowodzony przez Róberta Kalábera próbował szybko odpowiedzieć, ale precyzji i chłodnej głowy zabrakło kolejno Nickowi Moutreyowi i Mice Partanenowi. W 33. minucie Oświęcimianie zagrali w przewadze i błyskawicznie założyli zamek. W zasadzie jużpo kilku sekundach groźną sytuację miał Daniel Olsson Trkulja, ale uderzenie szwedzkiego środkowego odbiło się od słupka.
Później do odpoczywającego na ławce kar Albina Runessona dołączył Travis Verveda i biało-niebiescy przez 22 sekundy grali w piątkę przeciwko trójce rywali. Jednak nie wykorzystali tej szansy. Gdy wykluczenie odsiadywał już tylko Kanadyjczyk fantastycznym podaniem zza bramki popisał się Olsson Trkulja, a Ahopelto długo się nie zastanawiał i posłał gumę do siatki. Kibice na trybunach mieli pierwsze powody do radości. Do przerwy wynik się nie zmienił, więc emocje w szeregach obu drużyn były ogromne.
Goście grający z nożem na gardle znakomicie rozpoczęli ostatnią odsłonę. W 44. minucie krążek pod bandą wywalczył Mateusz Michalski, nieco go podholował, a następnie dograł na lewy bulik do Jacoba Lundegårda. Szwed uderzył bez przyjęcia w krótki róg i zaskoczył Linusa Lundina.
Ten gol wyraźnie podciął skrzydła zawodnikom Unii, którzy długo nie potrafili stworzyć sobie dogodnej okazji. Można było nawet odnieść wrażenie, że wkrótce obejrzymy trzeciego gola dla Katowiczan.
W 55. minucie pod bramką Jespera Eliassona mocno się zakotłowało, a szwedzki golkiper zwijał się jak w ukropie. Najpierw obronił uderzenie Villego Heikkinena, a następnie dobitki Aleksiego Mäkeli.
Na 63 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry trener Róbert Kaláber poprosił o czas, a następnie zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Ta pokerowa zagrywka nie opłaciła się. Pieczęć na zwycięstwie postawił Stephen Anderson, który umieścił gumę w pustej bramce.
Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu! Dublet Fraszki i fenomenalne asysty Wronki
W końcu poznaliśmy skład finału play-off! Do GKS-u Tychy dołączył dziś GKS Katowice, który w siódmym meczu pokonał Unię Oświęcim 3:1. Podopieczni Jacka Płachty o złoto powalczą po raz piąty z rzędu.
W przekroju całego meczu Katowiczanie zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Zagrali ofiarniej w destrukcji i byli aktywniejsi w ataku.
Mieli też w składzie Patryka Wronkę, który znakomicie kreował grę i niczym kelner restauracji z gwiazdką Michelin znakomicie obsługiwał swoich partnerów znakomitymi podaniami. „Wronczes” zaliczył fenomenalne asysty przy trafieniach Bartosza Fraszki i Lauriego Huhdanpy, które padły na początku i na końcu drugiej odsłony. „Frachol” zakończył mecz z dubletem, bo na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry posłał gumę do pustej bramki. W ten oto sposób postawił pieczęć na zwycięstwie i awansie do finału.
W ekipie GieKSy nie wystąpił Jean Dupuy, z kolei Róbert Kaláber nie mógł skorzystać z usług kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta i Jakuba Kubeša. W miejsce Czecha zagrał Roman Diukow, a funkcję kapitana Unii pełnił Ville Heikkinen.
Początek meczu był ostrożny w wykonaniu obu ekip. Zarówno Katowiczanie, jak i Oświęcimianie starali się grać odpowiedzialnie w destrukcji i przede wszystkim nie popełnić błędów.
Pierwszą groźną okazję miał Roman Rác, ale jego uderzenie obronił Jesper Eliasson. Doświadczony Słowak, mając sporo miejsca i czasu, powinien lepiej uderzyć.
Później aktywniejsi byli gospodarze, którzy po pierwszej odsłonie mieli przewagę w strzałach 11-5. Sęk w tym, że nie potrafili znaleźć sposobu na Linusa Lundina. Szwed w największych opałach był w 8. minucie, ale Patryk Wronka przestrzelił z prawego bulika. Zgromadzeni na trybunach kibice aż złapali się za głowy.
Kluczowa dla losów spotkania okazała się druga odsłona. Już na jej początku na indywidualny rajd zdecydował się Wronka, który wjechał do tercji biało-niebieskich lewym skrzydłem, a następnie idealnie dograł do Bartosza Fraszki, a ten musiał tylko posłać gumę do odsłoniętej części siatki.
Unia po stracie gola odważniej ruszyła do przodu, ale nie przełożyło się to na gole. Dwa groźne strzały oddał Mika Partanen, ale katowicki golkiper był na posterunku.
Paradoksalnie najlepszą okazję biało-niebiescy stworzyli sobie podczas gry w osłabieniu. Gdy karę odsiadywał Damian Tyczyński, Erik Ahopelto dograł do Reece’a Scarletta, a ten od razu zdecydował się na strzał z bekhendu.
Podopieczni Jacka Płachty zeszli na drugą przerwę prowadząc 2:0. Albin Runesson uruchomił Patryka Wronkę, a ten znów popisał się znakomitym podaniem do Lauriego Huhdanpy. Fin, który miniony sezon kończył w zespole Unii skarcił swój były zespół, i był to jego pierwszy gol dla GieKSy w tym sezonie.
Gra nabrała rumieńców po przerwie. Wszystko za sprawą kontaktowego gola autorstwa Daniela Olssona Trkulji z 44. minuty. Szwedzki napastnik uderzył z prawego bulika, a guma znalazła się w siatce po uprzednim odbiciu od kija Mateusza Bepierszcza.
Zwycięzcy sezonu zasadniczego chwilę później mogli przesądzić o losach meczu, ale Lundin zanotował dwie kapitalne interwencje. Najpierw powstrzymał Stephena Andersona, a następnie Patryka Wronkę.
Skoro tego nie zrobili, na bramkę gospodarzy sunęły kolejne strzały Oświęcimian. Jednak Eliasson znów był dobrze dysponowany i nie dał się już pokonać. Gościom nie pomógł też manewr z wycofaniem golkipera i wprowadzeniem do gry dodatkowego napastnika. Na dodatek – na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry – kropkę nad „i” postawił Bartosz Fraszko, umieszczając gumę w pustej bramce. Kibice zgromadzeni w „Satelicie” zaczęli świętowanie awansu.
Ekspert TVP Sport ocenia półfinały i analizuje finał. Wskazał „delikatnego” faworyta
Za nami półfinały play-off, które szczegółowo omówił Grzegorz Piekarski. Były reprezentacyjny obrońca wskazał ocenił poczynania czterech zespołów, a także zdradził jak jego zdaniem może potoczyć się finał.
HOKEJ.NET:– Jesteś zaskoczony przebiegiem półfinałów?
Grzegorz Piekarski, były obrońca polskich klubów i reprezentacji Polski:
[…] Jeżeli chodzi o drugą parę półfinałową to można było przewidzieć że będzie to zacięta rywalizacja i prawdopodobieństwo zakończenia tej rywalizacji w 7 meczu było częściowo do przewidzenia. Natomiast jestem zaskoczony, że drużyna z Oświęcimia nie potrafiła wykorzystać atutu swojego lodowiska przy wyniku 3:2 mając w składzie zawodników z takim doświadczeniem i taką przeszłością. Tym bardziej, że potrafili wygrać trzy mecze z rzędu. A co najważniejsze nie potrafili wykorzystać absencji kontuzjowanego Jeana Dupuy, czyli najbardziej niebezpiecznego zawodnika Katowic. Zaskoczony jestem też faktem z braku wyciągania pewnych wniosków z poprzedniej rywalizacji, która skończyła się szczęśliwie golem w dogrywce numer siedem w rywalizacji z Toruniem.
Chyba najwięcej pretensji mogą mieć do siebie zawodnicy Unii Oświęcim, którzy zamiast dobić rywala u siebie w szóstym meczu, podali mu maskę z tlenem i przegrali też mecz numer siedem…
– Tak mogą mieć pretensje sami do siebie, bo mieli w meczu numer sześć bardziej klarowne sytuacje strzeleckie niż drużyna z Katowic. W tym dniu świetnie dysponowany Eliasson pomógł swojej drużynie, a biało-niebiescy nie potrafili znaleźć sposobu na szwedzkiego bramkarza. Strzał Moutreya z 50. minuty meczu z pierwszego uderzenia z okolic bulika był tego najlepszym przykładem. Dowodem, że jak idzie bramkarzowi, to potrafi wybronić strzał nawet głową i dowodem na bezsilność zawodników Unii, którzy mając tak dobrych zawodników w składzie w ostatnich dwóch meczach strzelili tylko 2 gole i stracili aż 6 goli, obnażając swoją najsłabszą stronę, czyli grę w defensywie.
W szóstym meczu stracili gole po szkolnych błędach obrońców, którzy mieli być motorem napędowym drużyny. To mówi wszystko.
[…] Kto i dlaczego wygra finałową rywalizację? Ilu spotkań mogą spodziewać się kibice?
– Wydaje mi się, że opierając się wyłącznie na meczach półfinałowych to delikatnym faworytem jest drużyna z Tychów. Należy jednak pamiętać, że rywalizacja rozpoczyna się w „Satelicie” a mała hala „Spodka” potrafi czasami odlecieć. Więc nie skreślałbym drużyny z Katowic. Zresztą sytuacje, w których wychodzi się z rywalizacji 2:3 grając szósty mecz na terenie przeciwnika i kończąc rywalizację w 7 meczu u siebie to jest to sytuacja, która wzmacnia i buduje dodatkowo drużynę.
Gdzie tkwi siła GKS-u Katowice? A co jest największą bolączką GieKSy?
– To piąty finał z rzędu drużyny z Katowic, więc ciężko znaleźć jakąś słabszą stronę tej drużyny.
Siła to doświadczenie, indywidualności i szkielet drużyny, który ze sobą jest już od kilku lat. Kilku solidnych obcokrajowców, bardzo dobra młodzież to sposób na budowę drużyny, która kolejny raz gra w finale.
Mówi się, że GKS Tychy to najlepiej zbalansowany zespół naszej ligi? Jakie są jego silne, ale też te słabsze strony?
– Najmocniejszą stronę tej drużyny to umiejętność jej budowania. Tam każdy zawodnik ma określone zadanie i dopasowuje się go do systemu, który ma grać drużyna. Szeroka kadra daje możliwości roszad i uzupełnienia składu w przypadku kontuzji, ale też pobudza drużynę do większej wewnętrznej rywalizacji. Bardzo podoba mi się gra Tyszan w obronie. Każdy obrońca kapitalnie jeździ na łyżwach i jest świetnie wyszkolony technicznie. Do tego kapitalne ataki i indywidualności robią różnicę. Słabsze strony? Niuanse.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze