Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ubiegłego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Piłkarki w ubiegłym tygodniu rozegrały dwa mecze wyjazdowe: z Rekordem oraz z Pogonią Tczew. W obu padł remis 1:1. Piłkarze najbliższe spotkanie rozegrają na Arenie Katowice w Wielką Sobotę (4 kwietnia o godzinie 12:15) z Wisłą Płock. Media informują o kontuzji Mateusza Kowalczyka oraz w dalszym ciągu nie wyleczonym urazie Adama Zreľáka.
Siatkarze pokonali 3:0 w wyjazdowym meczu SMS PZPS Spała. Kolejne spotkanie rozegramy 2 kwietnia o 20:00 na wyjeździe ze Stalą Nysa. Będzie to ostatnie mecz rundy zasadniczej. Nasza drużyna jest na pierwszym miejscu z przewagą dwóch punktów nad Aniołami Toruń.
W ostatnich dwóch meczach półfinałowych THL hokeiści wygrali po 3:1 z Unią Oświęcim, a w całej rywalizacji 4:3. W finale zmierzymy się z GKS-em Tychy. Pierwsze dwa spotkanie zostaną rozegrane jutro i pojutrze (1 i 2 kwietnia) w Satelicie. Początek odpowiednio o 18:00 i 20:30.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Mistrzynie Polski z drugim remisem z rzędu
W zaległym spotkaniu 12. kolejki Orlen ekstraligi Rekord Bielsko-Biała zremisował 1:1 z GKS-em Katowice. Gospodynie objęły prowadzenie po bramce Agnieszki Glinki, a mistrzynie Polski do wyrównania doprowadziły za sprawą Aleksandry Nieciąg.
Gospodynie wyszły na prowadzenie w ósmej minucie, a na listę strzelczyń wpisała się wówczas Agnieszka Glinka. W 15. minucie Aleksandra Nieciąg wykorzystała błąd piłkarek Rekordu w rozegraniu od własnej bramki i doprowadziła do wyrównania. W 30. minucie gospodynie wyszły z atakiem – Alicja Bednarek przymierzyła zza pola karnego, a Katarzyna Nowak wybroniła jej uderzenie twarzą. Gospodynie miały kilka stałych fragmentów gry. Pod koniec pierwszej połowy mistrzynie Polski przejęły inicjatywę. W 42. minucie zmusiły Kingę Ptaszek do interwencji, jednak golkiperka Rekordu wyszła z tej sytuacji obronną ręką. Do przerwy utrzymywał się remis 1:1. W drugiej połowie obie ekipy szukały swoich szans, jednak wynik pozostawał bez zmian. W 85. minucie zmienniczka Rekordu Katarzyna Jaszek stanęła przed dogodną sytuacją strzelecką, jednak piłka po jej strzale minęła się z poprzeczką. Obie drużyny kończyły mecz w dziesiątkę – po stronie Gieksy meczu nie dokończyła Katarzyna Nowak, zaś w zespole Rekordu Katarzyna Jaszek (obie w konsekwencji dwóch napomnień).
Mistrzynie Polski tracą punkty w Tczewie
GKS Katowice nie zdołał przełamać serii remisów i wywiózł z Tczewa tylko jeden punkt. Mecz z Pogonią Dekpol Tczew w ramach 16. kolejki Orlen Ekstraligi zakończył się wynikiem 1:1.
Katowiczanki dobrze weszły w mecz i od pierwszych minut próbowały przejąć inicjatywę. Pierwszy sygnał ostrzegawczy dała Aleksandra Nieciąg, jednak na posterunku była Alexandra Reynolds. Pogoń odpowiedziała groźnie, a strzał Nanoki Iriguchi z rzutu wolnego odbił się od poprzeczki. W 22. minucie GKS objął prowadzenie po skutecznie rozegranym rzucie rożnym, który wykończyła Katerina Vojtkova. Do przerwy wynik mógł być wyższy, ale kolejne próby Jaszek i Włodarczyk nie znalazły drogi do siatki.
Po zmianie stron GieKSa kontrolowała tempo gry i stwarzała zagrożenie głównie po dośrodkowaniach. Brak drugiego gola zemścił się jednak w drugiej połowie, gdy Julia Drożak wykorzystała podanie wzdłuż bramki i doprowadziła do wyrównania. W końcówce katowiczanki naciskały, lecz nie były w stanie ponownie pokonać bramkarki gospodyń.
infokatowice.pl – GKS Katowice z problemami. Dwóch ważnych zawodników pod znakiem zapytania
Mateusz Kowalczyk wrócił do Katowic z urazem odniesionym na zgrupowaniu reprezentacji Polski U-21. Wciąż niepewna jest także dyspozycja Adama Zreľáka. Występ obu kluczowych dla GieKSy zawodników stoi pod znakiem zapytania.
Na ostatnie zgrupowanie reprezentacji Polski U-21 powołany został pomocnik GKS-u Katowice Mateusz Kowalczyk. W trakcie meczu z Armenią zawodnik doznał kontuzji, która wykluczyła go z udziału w kolejnym spotkaniu kadry. Jak poinformował oficjalny portal Łączy Nas Piłka, piłkarz doznał urazu mięśnia dwugłowego i opuścił zgrupowanie, wracając do Katowic na dalsze badania.
O aktualny stan zdrowia zawodnika zapytaliśmy w klubie. Rzecznik prasowy GKS Katowice, Michał Kajzerek, przekazał, że kluczowe będą wyniki badań. – Mateusz Kowalczyk dzisiaj ma kolejne badania i kiedy poznamy ich wyniki, powinniśmy wiedzieć więcej na temat jego stanu zdrowia – poinformował. Na ten moment nie wiadomo więc, kiedy jeden z filarów drużyny będzie gotowy do gry.
Niepewna pozostaje także sytuacja ofensywna GieKSy. Napastnik Adam Zreľák wciąż nie wrócił do pełnych treningów z zespołem. – Adam Zreľák jest wciąż w treningu indywidualnym i pracuje z fizjoterapeutą. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy będzie gotowy do gry na mecz z Wisłą Płock – dodał Kajzerek.
Choć oba przypadki różnią się charakterem, łączy je jedno – niepewność przed najbliższym spotkaniem ligowym. Sztab szkoleniowy GKS-u Katowice musi liczyć się z tym, że zarówno Kowalczyk, jak i Zreľák mogą nie być do dyspozycji na mecz z Wisłą Płock. Ostateczne decyzje dotyczące ich występu zapadną po wynikach badań i najbliższych dniach treningów.
SIATKÓWKA
lodzkips.pl – Dominacja siatkarzy GKS-u Katowice w Spale
GKS Katowice pokonał SMS PZPS Spała 3:0 w wyjazdowym spotkaniu PLS 1. Ligi. Zespół z Katowic wypracował przewagę dzięki skutecznej zagrywce Quirogi oraz punktowym blokom, które rozstrzygnęły losy meczu w kluczowych fragmentach gry. Wynik 25:17 w dwóch pierwszych partiach oraz 25:21 w trzeciej odsłonie przypieczętował zwycięstwo gości i zdobycie kompletu punktów.
Początek meczu przyniósł wyrównaną walkę punkt za punkt, a na tablicy szybko pojawił się wynik 8:8. GKS błyskawicznie wrzucił jednak wyższy bieg i systematycznie powiększał przewagę, wykorzystując serię punktową przy zagrywkach Gonzalo Quirogi. Gdy wynik wskazał 17:12 dla gości, Katowiczanie przejęli pełną inicjatywę. Kolejne mocne serwisy Krzysztofa Gibka podbiły prowadzenie do stanu 21:13, co ostatecznie odebrało gospodarzom chęć do walki. Choć SMS próbował poderwać się do odrabiania strat, zdołał ugrać jedynie cztery punkty, a goście zamknęli pierwszą partię wynikiem 25:17
Drugi set przyniósł całkowitą deklasację gospodarzy już w pierwszej fazie gry. Szczelny blok oraz bezbłędna skuteczność w ataku pozwoliły GKS-owi wypracować miażdżącą przewagę 10:2. W kolejnych minutach gra nieco się wyrównała, jednak wynik 20:11 brutalnie odebrał SMS-owi nadzieję na korzystne zakończenie seta. Pojedyncze udane akcje Oskara Trawki, Karola Lepperta czy Adama Potempy okazały się niewystarczające, by zniwelować straty z fatalnego początku. Katowiczanie utrzymali koncentrację i podobnie jak w poprzedniej odsłonie, zwyciężyli 25:17.
Trzecia partia przyniosła chwilowe przebudzenie SMS-u, który tym razem nie pozwolił rywalom na wczesną ucieczkę punktową. Dobra postawa Bartosza Sawickiego, który skutecznie uprzykrzał życie zawodnikom GKS-u, pozwoliła gospodarzom doprowadzić do remisu 9:9. Po dobrym serwisie Marcina Hływy Spała objęła nawet prowadzenie 17:16, jednak ich opór złamał Wojciech Ferens, meldując się w polu zagrywki i wyprowadzając GKS na 21:18. Decydujące akcje należały do Gonzalo Quirogi oraz Michała Superlaka, którzy przypieczętowali zwycięstwo w secie i całym meczu.
SMS PZPS Spała – GKS Katowice 0:3 (17:25, 17:25, 19:25)
HOKEJ
hokej.net – Dublet Andersona i genialny refleks Eliassona. GieKSa urwała się ze stryczka!
Hokeiści GKS-u Katowice pokonali na wyjeździe Unię Oświęcim 3:1 i uciekli spod topora. W ekipie GieKSy świetnie zaprezentowali się Jesper Eliasson i Stephen Anderson. Szwedzki golkiper obronił 32 uderzenia rywali, a Kanadyjczyk dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. O tym, kto z tej pary awansuje do finału przesądzi siódmy mecz, który odbędzie się w piątek w „Satelicie”.
Oświęcimianie mają czego żałować, bo nie zamknęli rywalizacji we własnej hali i przy żywiołowo reagującej publice. Czego im zabrakło? Chłodnych głów i czegoś, co w hokeju często określa się mianem instynktu killera.
Podopieczni Jacka Płachty wykorzystali swoje szanse, ofiarnie się bronili i mieli ogromne wsparcie w osobie swojego bramkarza. Jesper Eliasson rozegrał swój najlepszy mecz w tej serii, a po jego interwencjach zarówno zawodnicy, jak i kibice Unii łapali się za głowy.
Tym samym potwierdziły się słowa Grzegorza Pasiuta. Kapitan ekipy ze stolicy województwa śląskiego stwierdził, że jego zespół wróci do swojej hali na decydujący, siódmy mecz.
Trener Róbert Kaláber kolejny raz nie zmienił zwycięskiego składu. Sztab szkoleniowy katowickiego klubu zdecydował się na korekty w formacjach, a jako 13 napastnik zagrał dziś wracający po urazie Juho Koivusaari.
Pierwsze minuty przebiegły pod dyktando GieKSy, która po porażce we własnej hali 1:4, znalazła się nad przepaścią. Podopieczni Jacka Płachty rzucili się na Oświęcimian, ale konkretów w postaci bramek to nie przyniosło. Linus Lundin skutecznie interweniował po uderzeniach Bartosza Fraszki, Patryka Wronki i Sama Coatty.
Gospodarze nieco wolniej się rozkręcali, ale to właśnie oni wykreowali sobie najgroźniejszą okazję. W 8. minucie Łukasz Krzemień idealnie dograł do Damiana Tyczyńskiego, a ten znalazł się w sytuacji sam na sam z Jesperem Eliassonem. Napastnik Unii uderzył z nadgarstka, ale szwedzki golkiper nie dał się pokonać. Eliasson świetnym refleksem popisał się też w osiem minut później, gdy obronił uderzenie Daniela Olssona Trkulji i dobitkę Ołeksandra Peresunki.
Na pierwszego gola trzeba było poczekać do 25. minuty. Do tercji wjechał Bartosz Fraszko, a następnie zostawił gumę Stephenowi Andersonowi, który precyzyjnym uderzeniem z prawego bulika zaskoczył oświęcimskiego bramkarza.
Zespół dowodzony przez Róberta Kalábera próbował szybko odpowiedzieć, ale precyzji i chłodnej głowy zabrakło kolejno Nickowi Moutreyowi i Mice Partanenowi. W 33. minucie Oświęcimianie zagrali w przewadze i błyskawicznie założyli zamek. W zasadzie jużpo kilku sekundach groźną sytuację miał Daniel Olsson Trkulja, ale uderzenie szwedzkiego środkowego odbiło się od słupka.
Później do odpoczywającego na ławce kar Albina Runessona dołączył Travis Verveda i biało-niebiescy przez 22 sekundy grali w piątkę przeciwko trójce rywali. Jednak nie wykorzystali tej szansy. Gdy wykluczenie odsiadywał już tylko Kanadyjczyk fantastycznym podaniem zza bramki popisał się Olsson Trkulja, a Ahopelto długo się nie zastanawiał i posłał gumę do siatki. Kibice na trybunach mieli pierwsze powody do radości. Do przerwy wynik się nie zmienił, więc emocje w szeregach obu drużyn były ogromne.
Goście grający z nożem na gardle znakomicie rozpoczęli ostatnią odsłonę. W 44. minucie krążek pod bandą wywalczył Mateusz Michalski, nieco go podholował, a następnie dograł na lewy bulik do Jacoba Lundegårda. Szwed uderzył bez przyjęcia w krótki róg i zaskoczył Linusa Lundina.
Ten gol wyraźnie podciął skrzydła zawodnikom Unii, którzy długo nie potrafili stworzyć sobie dogodnej okazji. Można było nawet odnieść wrażenie, że wkrótce obejrzymy trzeciego gola dla Katowiczan.
W 55. minucie pod bramką Jespera Eliassona mocno się zakotłowało, a szwedzki golkiper zwijał się jak w ukropie. Najpierw obronił uderzenie Villego Heikkinena, a następnie dobitki Aleksiego Mäkeli.
Na 63 sekundy przed końcem regulaminowego czasu gry trener Róbert Kaláber poprosił o czas, a następnie zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Ta pokerowa zagrywka nie opłaciła się. Pieczęć na zwycięstwie postawił Stephen Anderson, który umieścił gumę w pustej bramce.
Pieczęć GieKSy i piąty finał z rzędu! Dublet Fraszki i fenomenalne asysty Wronki
W końcu poznaliśmy skład finału play-off! Do GKS-u Tychy dołączył dziś GKS Katowice, który w siódmym meczu pokonał Unię Oświęcim 3:1. Podopieczni Jacka Płachty o złoto powalczą po raz piąty z rzędu.
W przekroju całego meczu Katowiczanie zaprezentowali więcej hokejowych konkretów. Zagrali ofiarniej w destrukcji i byli aktywniejsi w ataku.
Mieli też w składzie Patryka Wronkę, który znakomicie kreował grę i niczym kelner restauracji z gwiazdką Michelin znakomicie obsługiwał swoich partnerów znakomitymi podaniami. „Wronczes” zaliczył fenomenalne asysty przy trafieniach Bartosza Fraszki i Lauriego Huhdanpy, które padły na początku i na końcu drugiej odsłony. „Frachol” zakończył mecz z dubletem, bo na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry posłał gumę do pustej bramki. W ten oto sposób postawił pieczęć na zwycięstwie i awansie do finału.
W ekipie GieKSy nie wystąpił Jean Dupuy, z kolei Róbert Kaláber nie mógł skorzystać z usług kontuzjowanych Bartosza Florczaka, Martina Kasperlíka i Radosława Galanta i Jakuba Kubeša. W miejsce Czecha zagrał Roman Diukow, a funkcję kapitana Unii pełnił Ville Heikkinen.
Początek meczu był ostrożny w wykonaniu obu ekip. Zarówno Katowiczanie, jak i Oświęcimianie starali się grać odpowiedzialnie w destrukcji i przede wszystkim nie popełnić błędów.
Pierwszą groźną okazję miał Roman Rác, ale jego uderzenie obronił Jesper Eliasson. Doświadczony Słowak, mając sporo miejsca i czasu, powinien lepiej uderzyć.
Później aktywniejsi byli gospodarze, którzy po pierwszej odsłonie mieli przewagę w strzałach 11-5. Sęk w tym, że nie potrafili znaleźć sposobu na Linusa Lundina. Szwed w największych opałach był w 8. minucie, ale Patryk Wronka przestrzelił z prawego bulika. Zgromadzeni na trybunach kibice aż złapali się za głowy.
Kluczowa dla losów spotkania okazała się druga odsłona. Już na jej początku na indywidualny rajd zdecydował się Wronka, który wjechał do tercji biało-niebieskich lewym skrzydłem, a następnie idealnie dograł do Bartosza Fraszki, a ten musiał tylko posłać gumę do odsłoniętej części siatki.
Unia po stracie gola odważniej ruszyła do przodu, ale nie przełożyło się to na gole. Dwa groźne strzały oddał Mika Partanen, ale katowicki golkiper był na posterunku.
Paradoksalnie najlepszą okazję biało-niebiescy stworzyli sobie podczas gry w osłabieniu. Gdy karę odsiadywał Damian Tyczyński, Erik Ahopelto dograł do Reece’a Scarletta, a ten od razu zdecydował się na strzał z bekhendu.
Podopieczni Jacka Płachty zeszli na drugą przerwę prowadząc 2:0. Albin Runesson uruchomił Patryka Wronkę, a ten znów popisał się znakomitym podaniem do Lauriego Huhdanpy. Fin, który miniony sezon kończył w zespole Unii skarcił swój były zespół, i był to jego pierwszy gol dla GieKSy w tym sezonie.
Gra nabrała rumieńców po przerwie. Wszystko za sprawą kontaktowego gola autorstwa Daniela Olssona Trkulji z 44. minuty. Szwedzki napastnik uderzył z prawego bulika, a guma znalazła się w siatce po uprzednim odbiciu od kija Mateusza Bepierszcza.
Zwycięzcy sezonu zasadniczego chwilę później mogli przesądzić o losach meczu, ale Lundin zanotował dwie kapitalne interwencje. Najpierw powstrzymał Stephena Andersona, a następnie Patryka Wronkę.
Skoro tego nie zrobili, na bramkę gospodarzy sunęły kolejne strzały Oświęcimian. Jednak Eliasson znów był dobrze dysponowany i nie dał się już pokonać. Gościom nie pomógł też manewr z wycofaniem golkipera i wprowadzeniem do gry dodatkowego napastnika. Na dodatek – na sekundę przed końcem regulaminowego czasu gry – kropkę nad „i” postawił Bartosz Fraszko, umieszczając gumę w pustej bramce. Kibice zgromadzeni w „Satelicie” zaczęli świętowanie awansu.
Ekspert TVP Sport ocenia półfinały i analizuje finał. Wskazał „delikatnego” faworyta
Za nami półfinały play-off, które szczegółowo omówił Grzegorz Piekarski. Były reprezentacyjny obrońca wskazał ocenił poczynania czterech zespołów, a także zdradził jak jego zdaniem może potoczyć się finał.
HOKEJ.NET:– Jesteś zaskoczony przebiegiem półfinałów?
Grzegorz Piekarski, były obrońca polskich klubów i reprezentacji Polski:
[…] Jeżeli chodzi o drugą parę półfinałową to można było przewidzieć że będzie to zacięta rywalizacja i prawdopodobieństwo zakończenia tej rywalizacji w 7 meczu było częściowo do przewidzenia. Natomiast jestem zaskoczony, że drużyna z Oświęcimia nie potrafiła wykorzystać atutu swojego lodowiska przy wyniku 3:2 mając w składzie zawodników z takim doświadczeniem i taką przeszłością. Tym bardziej, że potrafili wygrać trzy mecze z rzędu. A co najważniejsze nie potrafili wykorzystać absencji kontuzjowanego Jeana Dupuy, czyli najbardziej niebezpiecznego zawodnika Katowic. Zaskoczony jestem też faktem z braku wyciągania pewnych wniosków z poprzedniej rywalizacji, która skończyła się szczęśliwie golem w dogrywce numer siedem w rywalizacji z Toruniem.
Chyba najwięcej pretensji mogą mieć do siebie zawodnicy Unii Oświęcim, którzy zamiast dobić rywala u siebie w szóstym meczu, podali mu maskę z tlenem i przegrali też mecz numer siedem…
– Tak mogą mieć pretensje sami do siebie, bo mieli w meczu numer sześć bardziej klarowne sytuacje strzeleckie niż drużyna z Katowic. W tym dniu świetnie dysponowany Eliasson pomógł swojej drużynie, a biało-niebiescy nie potrafili znaleźć sposobu na szwedzkiego bramkarza. Strzał Moutreya z 50. minuty meczu z pierwszego uderzenia z okolic bulika był tego najlepszym przykładem. Dowodem, że jak idzie bramkarzowi, to potrafi wybronić strzał nawet głową i dowodem na bezsilność zawodników Unii, którzy mając tak dobrych zawodników w składzie w ostatnich dwóch meczach strzelili tylko 2 gole i stracili aż 6 goli, obnażając swoją najsłabszą stronę, czyli grę w defensywie.
W szóstym meczu stracili gole po szkolnych błędach obrońców, którzy mieli być motorem napędowym drużyny. To mówi wszystko.
[…] Kto i dlaczego wygra finałową rywalizację? Ilu spotkań mogą spodziewać się kibice?
– Wydaje mi się, że opierając się wyłącznie na meczach półfinałowych to delikatnym faworytem jest drużyna z Tychów. Należy jednak pamiętać, że rywalizacja rozpoczyna się w „Satelicie” a mała hala „Spodka” potrafi czasami odlecieć. Więc nie skreślałbym drużyny z Katowic. Zresztą sytuacje, w których wychodzi się z rywalizacji 2:3 grając szósty mecz na terenie przeciwnika i kończąc rywalizację w 7 meczu u siebie to jest to sytuacja, która wzmacnia i buduje dodatkowo drużynę.
Gdzie tkwi siła GKS-u Katowice? A co jest największą bolączką GieKSy?
– To piąty finał z rzędu drużyny z Katowic, więc ciężko znaleźć jakąś słabszą stronę tej drużyny.
Siła to doświadczenie, indywidualności i szkielet drużyny, który ze sobą jest już od kilku lat. Kilku solidnych obcokrajowców, bardzo dobra młodzież to sposób na budowę drużyny, która kolejny raz gra w finale.
Mówi się, że GKS Tychy to najlepiej zbalansowany zespół naszej ligi? Jakie są jego silne, ale też te słabsze strony?
– Najmocniejszą stronę tej drużyny to umiejętność jej budowania. Tam każdy zawodnik ma określone zadanie i dopasowuje się go do systemu, który ma grać drużyna. Szeroka kadra daje możliwości roszad i uzupełnienia składu w przypadku kontuzji, ale też pobudza drużynę do większej wewnętrznej rywalizacji. Bardzo podoba mi się gra Tyszan w obronie. Każdy obrońca kapitalnie jeździ na łyżwach i jest świetnie wyszkolony technicznie. Do tego kapitalne ataki i indywidualności robią różnicę. Słabsze strony? Niuanse.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze