Dołącz do nas

Felietony

Z szacunkiem i jedziemy dalej!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Na początku nie wiedziałem za bardzo, jak podejść do tego remisu, ale z czasem – kilka godzin po meczu – zacząłem go po prostu bardziej doceniać. Przede wszystkim mam wrażenie, że niektórzy kibice wpadają w jakiś dziwny mindset, że GieKSa będzie teraz wygrywać każdy mecz i jeśli nie ma trzech punktów, to podnosi się larmo. Nieważne, że startowaliśmy w strefie spadkowej, w ekstraklasie jesteśmy drugi rok, po pierwszych czterech kolejkach na nas psy wieszano. Nieważne, że od piątej kolejki jesteśmy drugą najlepszą drużyną ekstraklasy. Że byliśmy o krok od finału Pucharu Polski. Jak GieKSa nie wygrała, to znaczy, że zaj…ali, miasto nie chce pucharów, a piłkarze boją się o swoje kontrakty.

Jak to już kilka razy pisałem w tym sezonie – w dupach się niektórym poprzewracało od dobrobytu.

Fakt jest następujący – od sześciu kolejek GieKSa w lidze nie przegrała. Gdy dodamy do tego pucharowy Raków – to mamy siedem spotkań (bo formalnie tamten mecz liczę jako remis). Sześć meczów bez porażki – to najlepsza seria od awansu do ekstraklasy. Poprzednia taka – wówczas nawet siedem meczów bez przegranej – ostatnio miała miejsce na finiszu pierwszej ligi.

GieKSa w tym czasie wygrała trzy mecze u siebie oraz zremisowała trzy spotkania na wyjeździe. Taki układ w przekroju całego sezonu oznaczałby Mistrzostwo Polski. Ja generalnie na taki układ bym się nie obraził. Zawsze gdzieś tam w głowie było, że wygrywanie u siebie i remisowanie na wyjazdach to bardzo dobra sprawa. I GieKSa to robi. Jeśli utrzyma ten schemat w ostatnich dwóch meczach – będą puchary.

Zremisowaliśmy bezbramkowo z Piastem. Zremisowaliśmy mecz, w którym tego jednego punktu wcale nie musieliśmy zdobyć. Piast bardzo dobrze wszedł w mecz i rozgrywał bardzo dobrą pierwszą połowę. Chciał nas pobić intensywnością i naporem na bramkę. Tak ostatnio gra drużyna trenera Myśliwca – ładnie i skutecznie. Rozegrali świetny mecz z Arką i naprawdę dobry w Kielcach. To nie jest byle jaka drużyna. Według mnie w przyszłym sezonie może to być spokojny środek tabeli albo może nawet górna połowa. Naprawdę patrząc na to, co wyprawiają niektóre ekipy w rundzie wiosennej – gliwiczanie jawią się jako team bardzo solidny.

GieKSa przed przerwą zagrała bardzo słabo. Nie było tej ikry, spowalnialiśmy grę, nie pokazywaliśmy się na pozycjach, było to mozolne i jakby na zaciągniętym ręcznym. Z gry nie stworzyliśmy sobie nic. Nie było te stałych fragmentów. Jeszcze Kowal przy fajnie zapowiadającej się kontrze wywrócił się na chałce. No nie wychodziło nic, bo i wiele nie zrobiliśmy, by wychodziło. Dobrze, że przynajmniej Rafał Strączek użył dłoni i żuchwy do obrony i dzięki temu gola nie straciliśmy.

Po przerwie było już lepiej. Piast już nie atakował z taką werwą, choć kilka razy wszedł w nasze pole karne. Przede wszystkim to jednak GKS się ogarnął i również zaczął sobie stwarzać jako takie okazje. Było ich niewiele, ale naprawdę niezłe. Strzał Markovića, dobijany strzał Szkurina i to fatalne pudło Kowala. W końcu pechowa sytuacja ze strzelonym i anulowanym golem. Tutaj do sędziego Sylwestrzaka oczywiście żadnych uwag nie ma – odwołał bramki GieKSy i Piasta całkowicie słusznie. To w innych meczach znów mieliśmy kompromitacje arbitrów, jak choćby brak czerwonej kartki dla zawodnika Widzewa, gdzie „cała Polska widziała”, że od 4. minuty łodzianie powinni grać w dziesiątkę. „Całą Polska” oprócz wyjątkowo ślepych sędziów na boisku czy przede wszystkim wozie VAR.

Przy tym wspomnę, że ostatecznie na szczęście nie imają się nas w tym sezonie jakieś koszmarne błędy sędziowskie. Tak naprawdę chyba jedynym meczem z dużymi pretensjami może być ten z Legią sędziowany właśnie przez Sylwestrzaka.

Tak, druga połowa była już lepsza, ale nie była na tyle dobra, by z Piastem wygrać. Ostatecznie mecz zakończył się dość sprawiedliwym remisem, choć za pierwszą połowę dałbym wskazanie na Piasta. Dlatego właśnie uważam, że ten remis należy cenić.

Powtórzę to co też często ostatnio mówię – kiedyś takie mecze przegrywaliśmy po bramce z dupy. Teraz jak nie umiemy wygrać, to remisujemy. Wyjątek oczywiście stanowi mecz z Cracovią, ale chyba nie chcę do tego wracać, bo to był najbardziej spieprzony mecz w tym sezonie. Któryś na to miano zawsze musi zasłużyć. Padło na Kraków. Zdarza się – taki jest sport.

Ale wyjąwszy Pasy – z Koroną utrzymaliśmy remis, a przecież Cebula na koniec miał setkę. Radomiak nas cisnął niemiłosiernie – utrzymaliśmy prowadzenie. Teraz właśnie mecz z Piastem. Nie ma źle.

Kilku zawodników mogło zagrać zdecydowanie lepiej. Bartek Nowak ostatnio już nie jest tak efektywny jak wcześniej, od niego wymagam znacznie więcej. Przede wszystkim znów jednak z ciężkim sercem, ale muszę skrytykować Ilję, bo ten zawodnik nie ma tego doskoku do piłki, robi wiele rzeczy powoli, gdy trzeba by było depnąć, choćby metr dwa do przodu. Fajnie się zastawia i nawet przyjmie tę piłkę, ale brakuje tej agresji, żeby ją utrzymać i dalej coś zrobić. Plus znów – w jedynej sytuacji w pierwszej połowie, zamiast strzelać, próbował jeszcze okiwać połowę drużyny Piasta. Po co?

Nie przekonuje mnie też Marcel Wędrychowski. Wszedł, naprawdę na skrzydle miał sporo miejsca, żeby wykorzystać swoją szybkość. Raz się zabiegł gdzieś nie wiadomo gdzie pod trybunę gości i mało z tego wyniknęło. Piłkarz ten ma bardzo dobry potencjał, ale nadal z tą głową jest problem.

Dobrze, że zagraliśmy na zero z tyłu. Obrona spisała się dobrze, choć Marius Olsen miewa jakieś zawiasy. No ale piłkarz mało na razie zagrał, więc mamy nadzieję, że się wyrobi.

Zakładanie przed meczem, że wygramy z Piastem, bo Piast słaby to głupota. Nie było argumentów przed spotkaniem, żeby zakładać, że GieKSa jest jakimś zdecydowanym faworytem. Tabela pokazuje, że GieKSa jest nieco lepsza, ale własne boisko niweluje te różnice.

I teraz tak – patrząc na układ tabeli dla mnie nie jest największym problemem remis w Gliwicach. Problemem jest przede wszystkim to, że Zagłębie wygrało w Zabrzu. Gdyby lubinianie tam nie zapunktowali, uznałbym tę kolejkę za udaną. Na poziomie minimum – bo z naszym remisem i wygranymi Rakowa oraz Jagiellonii, ale jednak udany. A tak jest połowicznie udana – bo Zagłębie nas w tabeli dogoniło, natomiast dobrze, że Wisła przegrała i chyba wypisała się z walki o puchary.

Swoje jednak musimy jeszcze zdobyć. Przez tę wygraną Zagłębia – na ten moment do pucharów brakuje nam dwóch lub trzech punktów, ale raczej trzeba liczyć, że trzech. Bo Zagłębie gra u siebie z Pogonią i na wyjeździe z Jagiellonią. GKS z tymi samymi ekipami będzie się mierzył, tyle że z Jagą u siebie, z Portowcami w Szczecinie. Chodzi o to, by nie zdobyć mniej punktów niż piłkarze Ojrzyńskiego.

Mały rzut oka trzeba jeszcze zrobić na Radomiak i… Legię. Żeby Legia nas nie dogoniła musimy zdobyć dwa punkty. Co do Radomiaka, będziemy liczyć dziś wieczorem – po ewentualnym zwycięstwie ekipy Baltazara w Krakowie. No i ciekawi jesteśmy, co wydarzy się w środę w zaległych meczach Arka – Górnik i Raków – Jagiellonia.

Nie ma co jednak uczestniczyć w wyścigu żółwi i liczyć na potknięcia przeciwników (oprócz Zagłębia). My musimy zagrać swoje minimum, czyli wspomniane co najmniej dwa, a najlepiej trzy punkty zdobyć. Najbliższa okazja będzie do tego w niedzielę.

Co to będzie za spotkanie. Stadion już jest od kilku dni wyprzedany, przedostatnia kolejka i GieKSa walcząca o puchary z eksportową drużyną Adriana Siemieńca, która to jednak ma swoje problemy. GKS już dwa razy z Jagą od powrotu do ekstraklasy wygrał – w lidze i pucharze. Teraz to spotkanie ma również swoją wielką rangę. Szykuje się spektakularne widowisko.

A skoro trener Daniel Myśliwiec mówi, że GieKSa zasługuje na puchary i podium, nie wypada tego po prostu nie zrealizować.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Marsz ku marzeniom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.

Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.

Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.

Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.

GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.

Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.

Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.

I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.

GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.

Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.

Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.

No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.

Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.

I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.

Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.

Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.

Niepojęte. Twierdza od samego startu.

Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.

W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.

Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.

Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.

Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.

Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.

Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.

A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga