Felietony Piłka nożna
A do licha z tym FOMO!
Z opóźnieniem, ale udało mi się w końcu napisać felieton po Cracovii, uff…
Część z Was pewnie wie, co to jest FOMO. Fear of Missing Out, czyli lęk przed tym, że ominie nas coś ważnego, że w czymś istotnym, spektakularnym nie weźmiemy udziału. Że ktoś nas nie zaprosi na super imprezę, że sami z jakiegoś powodu gdzieś się nie udamy. Więc czasem mimo niezbyt wielkiej chęci – mimo wszystko idziemy, właśnie na wszelki wypadek. Bo a nuż…
W swojej 28-letniej bytności na GieKSie wielokrotnie tego doświadczałem. Potrzeba bycia na meczach była związania z FOMO, choć daleki jestem od stwierdzenia, że była to jedyna motywacja, bo… nigdy tak nie było. Zawsze były jeszcze inne – po prostu być. Natomiast to zjawisko pojawiało się u mnie wtedy, kiedy piętrzyły się różne przeszkody na drodze… dotarcia na mecz. Z tego powodu potrafiłem nie pójść na ślub kumpla, nie byłem na pogrzebie w rodzinie, nie zrobiłem kilku ważnych rzeczy w życiu. Bo GieKSa. Szczyciłem się za to serią 4,5 roku i 153 meczów z rzędu, na których byłem. To były czasy, kiedy kibice dość często nie mogli jeździć na wyjazdy (zakazy itp.). Piłkarze się zmieniali, trenerzy też, więc był to okres, w którym z całą pewnością dłuższą serię miał tylko śp. Paweł Maźniewski.
Dzisiaj z perspektywy czasu uważam to za moje niedojrzałe podejście. Są ważniejsze rzeczy niż piłka nożna i klub. Slogany „najpierw klub potem rodzina” są może i zabawne, ale raczej na poziomie gówniarskiego 25-latka. Nie mówię o sytuacjach ewidentnego szantażu, kiedy partnerka/żona każe wybierać, ale… to temat oklepany i też nie taki zero-jedynkowy. Klub i kibicowanie jak najbardziej może być jedną z najważniejszych i priorytetowych rzeczy w życiu. Jeśli jednak jest zdecydowanie najważniejszą i cierpi na tym np. rodzina, to polecam udać się na leczenie.
Gdy w końcu w którymś momencie musiałem w 2013 roku odpuścić mecz, potem już było nieco łatwiej, seria już nie była do pilnowania, ale obawa, że ominie mnie coś ważnego nadal była. I różnie bywało, GieKSa raz wygrywała, raz przegrywała, nigdy natomiast nie wydarzyło się nic spektakularnego.
No i w końcu – stało się. Sobota, Kraków. Jeszcze w tygodniu czułem się zmiennie. W poniedziałek byłem na Koronie mimo nie najlepszego samopoczucia, ale wtorek i środa były już w porządku. W czwartek zaczął mnie łapać ból migdałka, w piątek cały czas ten ból się utrzymywał, ale czułem się dobrze.
I buh – w nocy z piątku na sobotę rozszalało się choróbsko, ale takie, które mnie po prostu poskładało, rozłożyło, ścięło i można dołożyć do tego kilka innych synonimów. W swoim dorosłym życiu nie doświadczyłem czegoś takiego. O ile około drugiej jeszcze się łudziłem, że rano będę w stanie jako tako funkcjonować (musiałem na chwilę iść do pracy), to o piątej już wiedziałem, że tu ani z pracy, ani z meczu nic nie będzie.
Jakkolwiek moje opuszczenia meczów w przeszłości były z różnych powodów, to chodziłem czasem z gorszym samopoczuciem, ale szczęśliwie składało się tak, że… nie składało mnie tak akurat przed meczami. No i druga sprawa – wspomniana – w tych opuszczonych nie działo się nic spektakularnego.
Dodam jeszcze, że zaczynając udzielać się na GieKSie w 2005 roku – i tak w sumie zostało – posiadłem jeden zysk. Jak wiecie, nigdy na Bukowej czy GieKSa.pl nie zarabialiśmy, wszystko robimy w czynie społecznym. Pewnym zyskiem jest to, że mając akredytację, nie płaci się za bilet. To jeśli chodzi o stronę finansową, mniej istotną. Dla mnie zyskiem było właśnie to, że będę mógł być na meczach, na których w roli tylko kibica nie mógłbym być – z racji zamkniętego stadionu czy zakazów wyjazdowych. Tutaj mnie to przestało interesować, bo przecież jechałem „do pracy”.
I na Cracovii też miałem być – wszystko dograne, z ekipą redakcyjną umówiona godzina wyjazdu. I taki klops.
Dlatego, gdy Sebastian Milewski strzelił bramkę – miałem cień euforii i cień wściekłości. Cień, dlatego, bo nie miałem siły ekspresyjnie przeżywać tego wszystkiego, potem jeszcze musiałem i ten mecz „odchorować”. Euforia – wiadomo, dlaczego. A ta „wściekłość” to właśnie dlatego, że po raz pierwszy w życiu to FOMO na GieKSie mi się zrealizowało. Dlaczego teraz? Dlaczego nie mogłem uczestniczyć w tak spektakularnym meczu? W meczu, który stał się po prostu legendą. Był żal.
Oczywiście wiek robi swoje. Dzisiaj tego żalu nie przeżywam tak, jak jeszcze by to było te 10-12 lat temu. Wtedy bym absolutnie nie mógł sobie darować. Albo naprawdę bym miał wielkie pretensje do losu, dlaczego to choróbsko akurat w takim momencie się przydarzyło. Teraz po prostu uznałem, że tak – w życiu nie można mieć wszystkiego. Kropka.
Oczywiście to, co tu piszę jest bardzo egoistyczne, w kontekście tego, że kibice GieKSy nie mogli pojechać na ten mecz. Ale – przepraszam – wielokrotnie miałem wrażenie, że dla wielu kibiców to, czy będzie na meczu czy nie, bo np. będą pod stadionem, nie ma żadnego znaczenia. Bo gdyby interesowała ich piłka, zostaliby piłkarzami, a gdyby interesowały ich wyniki, zostaliby tabelą. W wielu opiniach na forum nie natrafiłem na zdanie „szkoda, że nas tam nie było, akurat na takim meczu”. Więc wydaje mi się, że mogę być odosobniony.
Dla mnie aspekt piłkarski zawsze był najważniejszy w moim podejściu do kibicowania. I tak pozostanie.
Spójrzmy jeszcze na temat od innej strony. Nie wiemy do końca, jak funkcjonuje świat i jakie są ciągi przyczynowo-skutkowe. Gdybym pojechał i na przykład przed meczem jakimś trafem przeciął się z trenerem Górakiem i zamienilibyśmy dwa zdania, to już zmieniłoby przebieg zdarzeń, bo coś wydarzyłoby się potem później, coś inaczej, użyłby w stosunku do drużyny innego słowa i taki Maczek nie zdecydowałby się dobijać z pierwszej po wolnym, tylko by przyjmował. I przegralibyśmy mecz.
To tak oczywiście z przymrużeniem oka.
Jakkolwiek oglądając ten mecz byłem przytępiony przez gorączkę i potężny ból migdałka, to jakiś zmysł miałem wyostrzony. I przysięgam, że w ostatniej akcji meczu, gdy Wasielewski już miał piłkę, czułem, że GieKSa strzeli bramkę. To tak jak niejednokrotnie w meczach Realu Madryt, którego fanem nie jestem, kiedy nieraz było dla mnie oczywiste, że strzelą w doliczonym. Tutaj to nie była nadzieja. Ja po prostu wiedziałem, że zaraz z tego zamieszania będzie gol. Niesamowite.
Przed meczem napisałem felieton pt. „Pierwszy egzamin dojrzałości”. Nie chcę tu wystawiać jednoznacznej oceny. Po prostu powiem, że GieKSa go zdała. Choć mankamenty były, to najważniejsze jest to, że katowiczanie po prostu naprawdę wrócili do swojego grania. Tego z Jagą czy Pogonią. Wyszli na boisko przy Kałuży i bez kompleksów, rzekłbym nawet – bezczelnie – poczynali sobie z rozpędzoną Cracovią. Ten styl, ta filozofia oparta na odwadze, na agresywnej i ofensywnej grze po raz kolejny się opłaciła.
Odniosę się tu jeszcze do meczu z Koroną Kielce, kiedy to pisałem, że to nie był dobry mecz. Trzeba porównywać do przeciwnika. Jeśli masz naprzeciw siebie słabą drużynę, a taką jest w tej lidze Korona, to jeśli przegrywasz u siebie, to widocznie coś jest nie halo. Raczej obowiązkiem jest taki mecz wygrać, a już w naprawdę niesprzyjających warunkach zremisować. Dlatego tak mocno skupiłem się na narracji o dobrym meczu (nie mylić z „byciem lepszym”, bo GieKSa może i była lepsza, ale to nie znaczy, że była dobra).
Inna sprawa z Cracovią. To jest naprawdę silna drużyna, z piekielnie mocną ofensywą, co pokazała nawet w tym meczu. „Ekspert” z terazpasy.pl powiedział z wywiadzie z naszym redaktorem Markiem, że GieKSa musi strzelić więcej niż jedną bramkę, żeby myśleć o zwycięstwie. To był eufemizm. GieKSa musiała strzelić więcej niż trzy, żeby wygrać.
To, że rywale mają problem z defensywą, to już nie nasza sprawa. Niezależnie od tego, czy obrona krakowian ma swoje deficyty, trzeba być naprawdę kozakiem, żeby na stadionie tak silnej ekipy strzelić cztery gole. A sposób, w jaki katowiczanie to zrobili był fantastyczny. Balans Maka przy drugiej bramce, gol Adriana Błąda to już naprawdę bez komentarza, Milewski też nie patyczkował się, tylko uderzył z pierwszej piłki z powietrza. Każdy z tych goli to było pewne, soczyste uderzenie. No może ten drugi gol Mateusza to taka bita śmietanka. Szkoda wielka, że nie padła bramka w sytuacji, w której Mak strzelił w słupek, bo przecież to minięcie rywala od razu przypomniało legendarną bramkę Dennisa Bergkampa w meczu z Newcastle United.
Tak jak napisałem, GieKSa wróciła do gry na swoich warunkach. Z trudnym przeciwnikiem nie daje to gwarancji zwycięstwa, ale daje na to szansę. Granie defensywnie, bycie cofniętym i czekanie na 2-3 kontry w meczu… no nie. Wszyscy wiemy, jakby się to skończyło.
Cytat z… samego siebie po meczu z Koroną:
Obecne rozgrywki też pokazały, że potencjał w tej drużynie jest naprawdę duży. Kwestią tylko jest, czy ekipa Rafała Góraka będzie grała tę swoją grę, którą naprawdę pokochaliśmy, czy nie. Ostatnio jej nie pokazuje i musi z całych sił pracować, by wrócić do swojego stylu. Agresywnego, pewnego, niezłomnego. Na razie mamy pewien dołek. Natomiast nikt nie powiedział, że GieKSa nie jest w stanie wygrać kolejnego meczu ligowego. Jest. Choć będzie bardzo trudno.
Naprawdę bardzo ważne jest, że nie zamknęliśmy tego okresu między przerwami na kadrę słabym występem nie w swoim stylu. Bez zwycięstwa, bez swojej gry. Nastroje po Cracovii mogą być po prostu dobre.
Życie nas wielokrotnie uczy, a my i tak wpadamy w te same pułapki. Ja staram się już czasem ugryźć się w język, choć nie zawsze mi wychodzi. Tak więc wzmocnienia w zimę nadal są konieczne, co pokazały mecze pucharowe. Tzw. drugi garnitur GieKSy nie radził sobie. Patrząc jednak indywidualnie, to co jest bardzo optymistyczne to to, że niektórzy zawodnicy… po prostu chcą chyba komuś utrzeć nosa.
Krytykowany Sebastian Milewski strzelił tak ważną bramkę, jako swoją pierwszą w GieKSie. Mateusz Mak ostatni dobry mecz zagrał ze Stalą Rzeszów, w tym sezonie na początku był w totalnej odstawce, ostatnio zaczął dostawać szansę, ale z Koroną grał bardzo źle. I co? I pokazał się typowy Maczek na Cracovii. Typowy, bo przecież doskonale wiemy, że on to potrafi. Przecież tylko on mógł zdecydować się na taki balans i minięcie bramkarza. Dlaczego więc nie pokazuje tych umiejętności na co dzień? Życzyłbym sobie i jemu, żeby to był początek jego naprawdę mocnego akcentu w GieKSie. Na razie, gdy mówię Mak, myślę: mecz z Chrobrym, mecz ze Stalą, mecz z Cracovią.
Już z Koroną dobrze zaprezentował się Borja Galan i potwierdził niezłą dyspozycję w sobotnim meczu. Oczywiście z przymrużeniem oka, ale wygląda tak, jakby znalazł swoje miejsce na boisku w GieKSie. Ale na razie łata dziury i czy tak zostanie – czas pokaże.
Dużym minusem jest gra defensywna, w ostatnich trzech meczach straciliśmy dziewięć bramek. To stanowczo za dużo. Brak koncentracji, indywidualne błędy. Dwa razy tracimy bramkę do szatni. Drugi gol dla Cracovii, to idealna asysta Repki na nogę przeciwnika. O ile ofensywa GieKSy, jak jest włączona, spisuje się w tej lidze po prostu świetnie – więc niech po prostu robi swoje – to nad defensywą trzeba mocno pracować, bo od początku sezonu mamy okresowo spore problemy i tracimy niektóre bramki na własne życzenie.
Summa summarum za to spotkanie należą się drużynie ogromne brawa. Wygrzebali się ze słabszego momentu, zrobili coś spektakularnego, nie załamali się straconym golem 93. minucie. Dali nam radość i euforię po raz już kolejny w tym roku. Tak więc, jak krytykowałem zespół po meczu z Koroną, tak teraz – widząc też rzeczy do poprawy – muszę powiedzieć w imieniu kibiców – „Dziękujemy!”.
I pal już licho to FOMO. Wszystko zostało zrobione, jak należy. Ja zadbałem o siebie i swoje zdrowie. Drużyna zagrała kapitalne zawody i wygrała.
No dobra, może oni nie zadbali o nasze zdrowie fizyczne i psychiczne – w sumie o zdrowie trenera również. Ale właśnie dokładnie o to chodzi w piłce! O takie emocje. Nie ma tego nigdzie indziej.
Gest Rafała Góraka kończący to spotkanie od razu mi przypomniał Marouane Chamakha, który kiedyś strzelił w Pucharze Ligi gola dla Arsenalu przeciw Reading na… 7:5 i wykonał dokładnie ten sam ruch. Wyszło idealnie.
Odpoczywajcie. Czas na regenerację i doprowadzenie do zdrowia zawodników z urazami. Niestety ostatni miesiąc przeorał drużynę zdrowotnie. Znów kontuzji doznał Adam Zrelak i nie wygląda to optymistycznie patrząc już całościowo na jego pobyt w GieKSie. Dodatkowo te inne urazy. Teraz więc praca jest przed sztabem medycznym, by przygotować zawodników zdrowotnie jak najlepiej do kolejnego wyzwania, jakim będzie mecz z rozpędzonym do prędkości światła Kolejorzem. Ale skoro Motor i Puszcza dały radę, to dlaczego nie my?
Felietony Piłka nożna
Betonowy Urban
Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.
Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.
Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?
Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?
Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.
Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.
Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.
I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.
W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.
Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.
Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.
Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.
Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.
Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.
Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.
Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.
Grosika powołał kuźwa jego mać…
Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.
A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.
A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:
„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”
…
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Lechii
GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.
Plusy:
+ Bartosz Nowak
Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.
+ Rafał Strączek
Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.
+ Skuteczność przy niskim posiadaniu
38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.
Minusy:
– Zmarnowane okazje
Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.
Podsumowanie:
2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.
GieKSiarz
Felietony Piłka nożna
Oczko po oczku utkana sieć
Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!
Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.
No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…
Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.
Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.
Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.
Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.
Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.
No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.
Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.
Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.
Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.
Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.
Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.
Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.
I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.
Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.


Najnowsze komentarze