Dołącz do nas

Hokej Kibice Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: Lider górą!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.

Drużyna kobiet wygrała z Pogonią Szczecin w 7. kolejce Orlen Ekstraligi 2:0 (0:0). Kolejne spotkanie rozegramy w piątek 3 października o 17:00 na stadionie przy Bukowej z Górnikiem Łęczna. Obecnie piłkarki zajmują 5. miejsce w tabeli ze stratą dziesięciu punktów do liderek z Łęcznej, przy dwóch meczach mniej. Drużyna męska zremisowała 1:1 na wyjeździe z Wisłą Płock. Kolejne spotkanie rozegramy w niedzielę 5 października o 17:30 na Arenie Katowice z Lechem Poznań.

Siatkarze pokonali na wyjeździe MKS Będzin 3:1. Dzięki temu zwycięstwu nasza drużyna prowadzi w 1PLS z kompletem punktów. Kolejne spotkanie rozegramy 4 października o 17:00 w Arenie Katowice z KKS-em Mickiewicz Kluczbork.

Hokeiści rozegrali trzy spotkania: przegrany z Unią 3:4, wygrany z Energą Toruń 4:3 oraz przegrany z Cracovią 1:2. W rozpoczętym tygodniu drużyna rozegra dwa spotkania – w piątek (3 października) z Zagłębiem oraz w niedzielę z STS-em Sanok. Mecz z Zagłębiem zostanie rozegrany w Satelicie o 18:30, a z Sanokiem na wyjeździe.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Mistrzynie Polski wygrywają w Szczecinie

Pogoń Szczecin przegrała na własnym stadionie z GKS-em Katowice 2:0 w meczu 7. kolejki Orlen Ekstraligi.

Po pierwszej bezbramkowej połowie mistrzynie Polski wyszły na prowadzenie w 61. minucie po golu Katarzyny Nowak. Przyjezdne podwyższyły prowadzenie w 77. minucie, gdy Nicola Brzęczek wykorzystała zagranie Klaudii Maciążek i pokonała Radkiewicz.

 

gol24.pl – Liczny wyjazd kibiców GKS Katowice na mecz z Wisłą Płock. Byli wspierani przez fanów Banika Ostrawa

Kibice GKS Katowice licznie stawili się na wyjazdowym meczu 10. kolejki PKO Ekstraklasy z Wisłą Płock (1:1). GieKSę wspierali również fani zaprzyjaźnionych klubów – czeskiego Banika Ostrawa oraz ekstraklasowego Górnika Zabrze.

W piątkowy wieczór, podczas meczu z Wisłą Płock, w sektorze gości na stadionie miejskim zasiadło 582 kibiców. Nie byli to jednak wyłącznie fani GKS Katowice – drużynę wspierali także sympatycy zaprzyjaźnionych klubów: czeskiego Banika Ostrawa oraz Górnika Zabrze.

Nie był to zresztą jedyny wspólny wyjazd w tym sezonie. Kiedy Legia mierzyła się z Banikiem Ostrawa w 2. rundzie eliminacji Ligi Europy, kibice GKS Katowice również licznie pojawili się w Warszawie na stadionie przy Łazienkowskiej. Oczywiście wspierać swoich czeskich braci, którzy ostatecznie odpadli z polskim klubem.

Dla GieKSy to niezwykle cenny punkt zdobyty w starciu z ligową rewelacją Wisłą Płock – i zarazem pierwszy wywalczony na wyjeździe w tym sezonie. Do tej pory podopieczni Rafała Góraka wracali z delegacji wyłącznie na tarczy.

 

SIATKÓWKA

polsatsport.pl – Lider górą! Siatkarze GKS ograli MKS w starciu spadkowiczów z PlusLigi

W spotkaniu otwierającym 3. kolejkę PLS 1. Ligi siatkarze Nowak-Mosty MKS Będzin przegrali z GKS Katowice 1:3. Liderująca w tabeli drużyna z Katowic odniosła trzecie zwycięstwo w sezonie.

W premierowej partii nie brakowało zwrotów akcji. Długo przeważali siatkarze z Katowic, w pewnym momencie gospodarze przegrywali 9:17, a później jeszcze 14:19. Będzinianie ruszyli jednak w pogoń, odrobili straty w jednym ustawieniu (19:19) i po ataku Patryka Szwaradzkiego mieli piłkę setową przy stanie 24:23. Siatkarze GKS doprowadzili jednak do rywalizacji na przewagi, którą rozstrzygnął zagrywką Piotr Fenoszyn (25:27).

Drużyna z Katowic miała również minimalną przewagę w początkowej fazie drugiej odsłony. W środkowej części seta odskoczyła na trzy oczka (13:16), Będzinianie odrobili jednak straty (19:19), a w końcówce seta byli skuteczniejsi w ofensywie. Trzy ostatnie akcje dla gospodarzy skończył w tym secie Patryk Szwaradzki (25:22).

Od początku trzeciego seta dominowali siatkarze GKS, którzy mając wyraźną przewagę w ataku, błyskawicznie odjechali przeciwnikom. Po asie Michała Superlaka było 4:12, po punktowej zagrywce Krzysztofa Gibka różnica osiągnęła dziesięć oczek (11:21). Jednostronną odsłonę zamknął błąd gospodarzy w ataku (13:25).

W czwartej partii katowiczanie nie zwalniali tempa i od początku zaczęli pracować nad punktową zaliczką (5:10). Gospodarze podjęli jeszcze próbę odrobienia strat (15:17), ale ekipa trenera Emila Siewiorka nie dała się zatrzymać w drodze po wygraną. Zepsuta zagrywka rywali przyniosła im piłkę meczową, a po chwili Michał Superlak przedarł się przez blok będzinian i przypieczętował zwycięstwo GKS (20:25).

 

HOKEJ

hokej.net – Wciąż niepokonani! Emocje, dogrywka i zjawiskowe trafienie snajpera Unii

Piąte zwycięstwo z rzędu odnieśli hokeiści Unii Oświęcim. Biało-niebiescy w meczu 5. kolejki TAURON Hokej Ligi pokonali na własnym lodzie GKS Katowice 3:2 po dogrywce. Gola na wagę dwóch punktów zdobył Ołeksandr Peresunko, który popisał się przepięknym uderzeniem w okienko.

rener Róbert Kaláber wyszedł z założenia, że nie zmienia się zwycięskiego składu. W meczu z GKS-em zdecydował się na to samo zestawienie, co w wygranym starciu z GKS-em Tychy (4:3). Korekt w składzie nie przeprowadził też Jacek Płachta.

Spotkanie od samego początku było wyrównane i bardzo ciasne. To był klasyczny mecz walki, pełen emocji i obfitujący w twarde starcia. Oświęcimianie oraz katowiczanie mieli swoje dobre momenty i wykreowali sobie dogodne szanse, ale ze swoich obowiązków dobrze wywiązywali się obaj bramkarze. Finalnie o losach spotkania przesądziła dogrywka, w której precyzją i instynktem kilera popisał się Ołeksandr Peresunko, którego nazwisko długo skandowali kibice Unii.

Kluczowym momentem pierwszej odsłony był faul Juho Koivusaariego, którego dopuścił się w 11. minucie. Fiński napastnik rzucił na bandę Lukasha Matthewsa, a sędziowie nałożyli na niego karę pięciu minut. Podczas trwania tego wykluczenia gospodarze dwukrotnie znaleźli sposób na Jespera Eliassona. Najpierw w ogromnym zamieszaniu do siatki trafił Miika Partanen, a później Erik Ahopeltoidealnie dograł do Daniela Olssona Trkulji, który musiał tylko dopełnić formalności.

Biało-niebiescy mieli też sporo szczęścia, bo kontrujących katowiczan powstrzymał Linus Lundin. 33-letni Szwed w świetnym stylu wybronił sytuację sam na sam z Ianem McNultym, a także dobitkę Mateusza Michalskiego.

Jeszcze przed przerwą kontaktowego gola zdobył Bartosz Fraszko. 30-letni skrzydłowy, po dograniu Grzegorza Pasiuta, znalazł się przed oświęcimskim golkiperem i wykorzystał tę okazję ze stoickim spokojem.

Wicemistrzowie Polski w 28. minucie doprowadzili do wyrównania, robiąc użytek z okresu gry w przewadze. Bartosz Fraszko i Patryk Wronka rozprowadzili krążek, a Jacob Lundegård kropnął spod linii niebieskiej. Guma znalazła się w siatce.

Później trwała walka na całej długości i szerokości lodu. Okazje były po obu stronach, ale szwankowała skuteczność. Wynik nie zmienił się więc już do końca regulaminowego czasu gry, choć trzeba przyznać, żeobazespoły po dwa razy grały w przewagach.

O losach spotkania przesądziła dogrywka, w której sytuacja na lodzie zmieniała się jak w kalejdoskopie. Zarówno goście, jak i gospodarze mogli w niej zadać ten decydujący cios.

Po stronie GKS-u Katowice najbliżej szczęścia był Grzegorz Pasiut, ale uderzony przez niego krążek zatrzymał się na słupku. Później przepiękną akcją popisał się skrzydłowy Unii – Ołeksandr Peresunko. Etatowy reprezentant Ukrainy pognał prawym skrzydłem, a następnie przymierzył z bulika w samo okienko. Jesper Eliasson nie miał żadnych szans.

 

Przełamanie GieKSy. Trzy punkty wisiały w powietrzu!

Po trzech porażkach z rzędu przełamali się hokeiści GKS-u Katowice. W 6. kolejce TAURON Hokej Ligi katowiczanie pokonali KH Energę Toruń 4:3. Emocji nie brakowało do ostatnich sekund spotkania, ale gospodarze zwycięstwo zdołali dowieźć do ostatniej gwizdka.

Pierwsza tercja rozpoczęła się w szybkim tempie, a już w 4. minucie Patryk Wronka popisał się piękną indywidualną akcją i precyzyjnym strzałem otworzył wynik spotkania. Torunianie odpowiedzieli już dwie minuty później. Andrij Denyskin wykorzystał moment nieuwagi obrony i wyrównał stan rywalizacji. Kolejne minuty przyniosły wymianę ciosów i kilka groźnych okazji po obu stronach, w tym strzał Jakuba Lewandowskiego w słupek czy akcję Bartosza Fraszki zatrzymaną przez Mateusza Studzińskiego. Nie zabrakło też upomnień – najpierw Kacper Maciaś faulował Patryka Napiórkowskiego, a w końcówce tercji Zack Hoffman dał się sprowokować i usiadł na ławce kar. GieKSa zdołała jednak obronić bramkę grając jednego mniej.

Druga tercja rozpoczęła się od dynamicznej gry obu drużyn, ale to katowiczanie stopniowo przejmowali inicjatywę. Już na początku podopieczni trenera Jacka Płachty kilkukrotnie zagrażała bramce Studzińskiego – najpierw Jonasz Hofman minimalnie chybił w znakomitej sytuacji, a chwilę później Jakub Hofman nie wykorzystał szansy po szczęśliwym odbiciu krążka. Torunianie starali się odpowiadać kontrami, jednak katowicka defensywa grała czujnie. Pomimo kilku groźnych uderzeń Grzegorza Pasiuta i Jean Dupuy, bramkarz KH Energi długo skutecznie bronił dostępu do siatki. Decydujący moment nadszedł w 38. minucie, gdy po kolejnej akcji ofensywnej Pasiut oddał mocny, precyzyjny strzał i wyprowadził GKS Katowice na prowadzenie. Końcówka tercji to już kontrola katowiczan i pewna gra, która nie pozwoliła torunianom na odpowiedź.

Trzecia część gry świetnie zaczęła się dla GKS-u. Po rajdzie Jeana Dupuya akcję pewnie wykończył Mateusz Bepierszcz, który uhonorował tym trafieniem swoje 300 meczów dla katowickiej drużyny. W kolejnych minutach aktywniejsi stali się goście. Dwukrotnie próbował Densykin, ale jednak nieskutecznie. Podopieczni trenera Łukasza Podsiadło zdobyli gola kontaktowego po ładnej, składnej akcji całego zespołu. Sytuację pewnie wykończył Robert Aarak. Nie minęła jednak minuta i GieKSa znów wyszła na dwubramkowe prowadzenie. Swoje trafienie w 6. kolejce zanotował Albin Runesson, który uderzył z niebieskiej linii w sposób nie do obrony. Ostatnia tercja obfitowała w bramki. W 51. minucie dużym sprytem wykazał się Robert Aarak, który zareagował bardzo przytomnie pod bramką Michała Kielera i z bliska skierował gumę do siatki. W końcówce obie strony miały jeszcze okazje do zdobycia bramek, ale brakowało dokładności w najważniejszych momentach. Torunianie nie byli również w stanie wykorzystać przewagi i gry w pewnym momencie sześciu na czterech.

Wynik nie uległ już zmianie. GKS Katowice pokonał na własnym lodowisku KH Energę Toruń i zanotował ważne przełamanie. Dzięki zwycięstwu trójkolorowi awansowali na 4. miejsce w tabeli.

 

Niespodzianka w Krakowie! Wicemistrz Polski przegrał z underdogiem. Były bójki i karne

W ostatnim z meczów 7. kolejki TAURON Hokej Ligi Comarch Cracovia sprawiła niespodziankę i pokonała silniejszy kadrowo GKS Katowice 2:1 po rzutach karnych. Architektami tego zwycięstwa byli bramkarz Santeri Lipiäinen oraz napastnik Olli Valtola, który zdobył gola w regulaminowym czasie gry oraz wykonał decydujący rzut karny.

Mecz rozpoczął się w wyrównanym tempie, z lekką przewagą katowiczan. Obie ekipy grały twardo i uważnie w defensywie, a pierwsza tercja zakończyła się bezbramkowym remisem, pomimo pierwszej w tym spotkaniu gry w przewadze GieKSy pod koniec tercji.

W drugiej części spotkania kibice doczekali się wreszcie goli -w 25. minucie prowadzenie Cracovii dał Olli Valtola po podaniu Eetu Mäkiego. W krakowskiej bramce świetnie dysponowany był Santeri Lipiäinen, który momentami bronił jak w transie. W 35. minucie szansę na wyrównanie miał Jean Dupuy, który podjechał do rzutu karnego, jednak znowu górą był fiński bramkarz. Dwie minuty później GieKSa zdołała wyrównać podczas gry 6 na 5 i odłożonej karze po faulu na kanadyjskim skrzydłowym.. Szansę na gola zamienił niezawodny Stephen Anderson, a asystowali mu Mateusz Bepierszcz oraz Albin Runesson.

Na największe emocje w tym spotkaniu musieliśmy poczekać do trzeciej tercji, w którą lepiej weszła drużyna z Górnego Śląska. Nadmierna aktywność katowiczan ostatecznie poskutkowała bójką, która zaczęła się od Fabiana Kapicy i Jacoba Lundegårda. Na lodzie zawodnicy dobrali się w pary i… zaczęła się awantura! Brandon Magee położył na łopatki Krystiana Mocarskiego. Zack Hoffman zaprosił do zapasów Damiana Kapicę i obaj skończyli na lodzie. Cała szóstka została odesłana do szatni przez arbitrów, a grę w jednoosobowej przewadze wznawiali katowiczanie.

Na nic się zdała kolejna już w tym meczu przewaga, nieskuteczność GieKSy była porażająca, a Santeri Lipiäinen rósł z każdą minutą. Los ponownie próbował wyciągnąć pomocną dłoń do drużyny z Katowic, bo na dwie minuty przed końcem spotkania Cracovia złapała drugą karę co oznaczało, że przez najbliższe 30 sekund będą grać 3 na 5, a kolejne 90 – 4 na 5. Znowu niezawodny był dzisiaj krakowski golkiper. Dogrywka odbywała się w bardzo słabym tempie i jedyną ciekawą sytuacją była kara dla Albina Runessona za uderzenie w twarz kijem gracza Cracovii na 40 sekund przed końcem dogrywki. Goli nie zobaczyliśmy do końca i nadeszła największa zmora katowiczan – rzuty karne.

W serii najazdów triumfowali podopieczni Krystiana Dziubińskiego. Sposób na Jespera Elliassona znaleźli najpierw Olli Valtola, który po zwodzie posłał gumę pod poprzeczką i Patryk Wajda. Doświadczony obrońca, pełniący w tym meczu funkcję kapitana, długo się nie zastanawiał i precyzyjnie uderzył w długi róg. Krakowscy kibice mieli solidne powody do radości.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga