Piłka nożna
Defensywny kunszt futbolu
Po meczu z Cracovią napisałem felieton pt. „Defensywna aberracja futbolu”. Minęły dwa miesiące i tym razem mogę zrobić dokładnie na odwrót. GKS Katowice w obronie wczoraj zagrał mecz wybitny. Co prawda wynikało to z pewnych mankamentów, do których zaraz przejdziemy, ale nie da się ukryć, że w destrukcji mieliśmy prawdziwą ucztę, choć zawsze jeśli chodzi o tego typu mecz swojej drużyny, to jest to okupione dużo większym stresem niż przyglądanie się ofensywnym poczynaniom zespołu.
Choć Pogoń summa summarum nie zadowala swoich kibiców w tym sezonie, to też trudno powiedzieć, że kilku powodów do radości im nie dała. Zespół potrafił wysoko wygrać z Motorem czy na Widzewie. Pokonali u siebie Raków i Cracovię. Wygrali na Legii, zremisowali na Lechu. Rozgromili Zagłębie Lubin. Są w 1/8 finału Pucharu Polski. Tak – mimo punktowo dość słabej – jak na Portowców – jesieni – mieliśmy wczoraj do czynienia z drużyną przecież nie-ułomków. Z Mistrzem Świata Mendym, z wiecznie młodym kapitalnym Grosikiem, no i tymi wszystkimi bardzo solidnymi przecież Ulvestadami czy Wahlqvistami oraz młodymi, zdolnymi Przyborkami.
Tak jak trener powiedział na konferencji, jak Pogoń się rozpędzi i złapie luz, to jest nie do zatrzymania. Nawet w przegranym meczu z Jagiellonią, to białostoczanie mieli masę szczęścia, bo przecież nawałnica Pogoni była niebywała. Od czasu przyjścia trenera Thomasberga szczecinianie złapali dobry rytm i weszli szczebelek wyżej, jeśli chodzi o formę w tym sezonie.
A’propos Benjamina Mendyego. Nowa Bukowa piszę swoją fantastyczną historię i w tak krótki czasie Francuz okazał się już drugim Mistrzem Świata, który poległ na naszym nowym stadionie. Jak żegnaliśmy się z Bukową oprawą „schodzili stąd przyszli Mistrzowie Świata”, tak w Katowicach już i Lukas Podolski i Mendy właśnie, którzy to wznosili to najcenniejsze piłkarskie trofeum i mają w swoim dorobku największy piłkarski sukces w tej dyscyplinie sportu, znają również i smak porażki z GieKSą w jej nowym domu.
Drżeliśmy przed meczem, czy mecz się odbędzie. Informacje o mgle w okolicach godziny 17-18 sugerowały, że katowiczanie mogą zanotować drugi z rzędu pusty przelot ligowy. To by było istne kuriozum – miesiąc bez spotkania w lidze, dwa pojedynki przełożone i konieczność grania kolejnych zaległości – czy to na wiosnę czy jeszcze w grudniu. Była to bardzo nieciekawa perspektywa. Na szczęście im bliżej godziny 20.15, tym warunki były coraz to to lepsze. Zagraliśmy bez większych problemów.
Dobrze, że GKS strzelił tak szybko bramkę, bo dzięki temu – mimo sporego naporu Pogoni w dalszej fazie pierwszej połowy – mieliśmy przewagę, która dawała nam… przewagę. W tym przypadku stwierdzenie, że pierwszy gol trochę „ustawił mecz” jest zasadne. Zupełnie nie wiadomo, jakby to spotkanie wyglądało, gdyby dłużej utrzymywał się wynik 0:0.
Potem GieKSa musiała swoje wycierpieć, oj musiała. Zastanawiałem się, na ile tak głębokie cofnięcie się wynikało z mniej lub bardziej, ale planu na ten mecz, a na ile wynikało z pewnej utraty kontroli nad spotkaniem. Trener Górak potwierdził, że zbyt nisko się cofaliśmy i przyznam, że… kamień spadł mi z serca. Bo generalnie sama taktyka oparta na tak bardzo niskiej obronie, to raczej proszenie się o problemy niż gwarancja sukcesu. Więc jeśli po prostu nasza drużyna trochę nie zapanowała nad pierwszą połową taktycznie, to dobrze, że przynajmniej nie było to zamierzone. Dodatkowo po skorygowaniu tej kwestii w przerwie, w drugiej połowie wyglądało to już lepiej. GieKSa nada była w defensywie, ale już nie tak głębokiej. I z minuty na minutę, Pogoń była coraz bardziej bezradna.
Nie zapanowała… jak to brzmi. No właśnie, bo Pogoń była bardzo długo w pobliżu naszej szesnastki, próbowała swój atak pozycyjny rozegrać, oddała trochę strzałów. I z tego „niezapanowania” wyszła doskonała kontra, w której Adam Zrelak i Bartek Nowak pokazali – nie pierwszy raz – swój kunszt. Znów to GieKSa była jak wytrawny pięściarz – wyczekała, wyczekała i zadała mocny cios, po którym Portowcy byli już na linach, choć jeszcze nie na deskach.
W przerwie trener gości wprowadził Juwarę i Mukairiego i wydawało się, że ta żwawość Pogoni jeszcze się zwiększy. Choć ci piłkarze są chimeryczni i nieraz brakuje im głowy, to jednak wprowadzają dużo życia do ekipy ze Szczecina. Na szczęście tym razem nie dali wielkiej wartości i po przerwie goście byli już bardziej zrezygnowani niż wcześniej.
I tu dochodzimy do sedna tego spotkania. Nieraz trener mówił bowiem, że te nasze cofnięcia się wynikały z fazy meczu, z tego, że po prostu tak się czasem dzieje, że przez jakiś moment jedna drużyna ma przewagę, potem druga. Normalka, wiadomo, choć nie do końca mi to pasowało, bo czasem miałem wrażenie, że właśnie zbyt głęboko wchodzimy w nasze pole karne. Że właśnie trochę tracimy kontrolę nad meczem i to nie jest takie pewne bronienie się nisko, tylko raczej… obrona Częstochowy. Szkoleniowiec zwracał uwagę, że kwestią nie jest cofnięcie się, tylko umiejętne bronienie w takiej sytuacji. No i wczoraj w związku z tym mieliśmy wisienkę na torcie w tym meczu.
Bo w tej obronie niskiej nasz zespół spisał się kapitalnie. Wybronił wszystko. W zasadzie przypomina mi się jeden tylko błąd, w pierwszej minucie drugiej połowy, gdzie ponabijali się trochę Lukas Klemenz z Alanem Czerwińskim. Ale i tak zaasekurował świetnie Rafał Strączek, a chwilę później Jesse Bosch. Ogólnie jednak wszyscy zagrali jak profesorowie, do tego waleczni profesorowie. Ilość bloków, wślizgów, tych szybkich doskoków, reakcji była wielka. Tak – Pogoń za dużo oddała strzałów, bo aż 27. Ale celnych tylko 3. Trzy! To naprawdę znamienne. Z tej liczby strzałów wyszła jakaś chorobliwie niska statystyka xG, bo tylko około 1,5. Czyli mówimy o strzałach z nieprzygotowanych pozycji, takich, które mają niewielkie ryzyko, że do bramki wpadną. Każdy z naszych obrońców swoje zadanie wykonał świetnie. A do tego był wspomniany Strączek, który po niepewnej grze na przedpolu w pierwszych swoich meczach, tym razem zagrał kapitalnie. Co miał obronić, to obronił, to tego kilka piąstkowań i wyłapań piłki. Bardzo pewny punkt naszej drużyny. Jedynie na mały minus nokaut Martena Kuuska, ale to wynikało z sytuacji boiskowej i mamy nadzieję, że nasz Estończyk wróci szybko do gry.
Naprawdę nasi zawodnicy odebrali chyba trochę chęć Portowcom do gry w piłkę. Bo ileż można starać się i starać, gdy napotyka się na taki mur nie do przejścia. W zasadzie ostatecznie bardzo klarownej sytuacji Pogoń nie miała. Po strzał Biegańskiego, choć ładny, to jednak z dystansu. Podobnie strzały z daleka wybronione przez Strączka. Przy wyścigu do piłki z Juwarą, to był właśnie… wyścig, który wygrał nasz golkiper. Efektem tego wszystkiego – kolejny mecz na zero z tyłu.
Cała gra obronna naszej drużyny się poprawiła, czego najbardziej wymiernym efektem są mecze na zero z tyłu. Jeżeli mieliśmy łącznie z poprzednim sezonem chyba z szesnaście spotkań z rzędu ze straconym golem, a teraz w czterech ostatnich meczach ligowych – trzy z czystym kontem, to wiedz, że coś się dzieje. Coś dobrego. Nie ma już tych kiksów, fatalnych zachowań, błędów skutkujących utratą bramki. Jest pewna, solidna gra, która daje punkty.
Wiadomo, że mogłoby być lepiej. To zbyt duże cofnięcie się mogło wynikać chociażby z tego, że dużo lepiej mona było wyprowadzać piłkę, nie tracić jej tak szybko i tym samym oddalać grę od szesnastki. A tak to wiadomo – Pogoń rozpędzona, zaraz odzyskuje piłkę, a to zawsze napędza drużyny przeciwne. Z tym że ta wredna GieKSa nie chciała się dać złamać i ciągle, przez pełne 90 minut, rzetelnie wykonywała swoje obowiązki w defensywie. Mowa nie tylko o obrońcach, bo przecież Jesse Bosch też czyścił aż miło.
Piłka nożna to gra na bramki. A te strzelała GieKSa. Wspomniałem o drugim golu, ale przecież pierwszy też był piękny, kapitalne, dopracowane dośrodkowanie Galana, wyprzedzenie Zrelaka i kontrująca piłka, przy której Cojocaru mógł tylko stać i podziwiać. Prosty środek, a jakże skuteczny. Coś jak gol Borjy w Lublinie po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego. Aha, a’propos Alanów – doceńmy także tego drugiego, który zmienił pierwszego, czyli Alana Bróda. Zawodnik wszedł w końcówce meczu i dostosował się poziomem do reszty zespołu. Wykonała kawał dobrej roboty w końcówce meczu i także dzięki niemu nie musieliśmy do końca drżeć o korzystny wynik.
Odetchnęliśmy. Po wcześniejszych sobotnich meczach GKS znalazł się w strefie spadkowej. Porażka z Piastem i odwołanie meczu z Jagiellonią spowodowały deficyt punktowy. Teraz zdobyliśmy już drugą dziesiątkę oczek i tym samym jesteśmy w niemal identycznym położeniu punktowym, jak rok temu. Natomiast mimo tego, że to, jak punktuje dół tabeli to jakaś anomalia, to nadal sumarycznie jest to średnia 1 punktu na mecz. Czyli na ten moment utrzymanie na koniec sezonu dałoby 35 punktów. Cały czas niezmiennie zakładam, że całkowicie pewne utrzymanie to 38 oczek. Więc z prostego rachunku wynika, że potrzebujemy jeszcze sześciu zwycięstw. Choć arytmetyka mówi, że moglibyśmy nie wygrać już żadnego meczu do końca sezonu i się utrzymać – przy bilansie… 0-18-0 😉
Przed nami intensywna końcówka. W czwartek Jagiellonia w Pucharze Polski, a potem wyjazdowy Raków. Trzeba mierzyć wysoko, bo są ku temu podstawy. O częstochowianach będziemy myśleć później. Teraz czas skupić się na Jadze i utrzeć im nosa za zeszłotygodniową niedzielę.
Hokej
Kompromitacja w Tychach
W 20. kolejce THL nasza drużyna wyruszyła do Tychów żeby zmierzyć się z miejscowym GKS-em.
Pierwszą tercję rozpoczęliśmy od szarpanej gry w tercji neutralnej. Dopiero w 4. minucie strzał na bramkę Fucika zdołał oddać Wronka, ale jego uderzenie nie sprawiło problemów bramkarzowi gospodarzy. W 7. minucie miejscowi wyszli na prowadzenie. W drugiej połowie pierwszej odsłony nasza drużyna stanęła przed szansą wyrównania wyniku za sprawą liczebnej przewagi. Pomimo oddania kilku groźnych strzałów, to żaden z naszych zawodników nie zdołał pokonać Fucika. W 19. minucie fantastyczną interwencją popisał się Eliasson ratując nas przed utratą drugiej bramki. Chwilę przed syreną kończącą pierwszą tercję Eliasson ponownie zachował czujność i pewnie obronił kolejne strzały gospodarzy.
Drugą tercję rozpoczęliśmy od zdecydowanego ataku na bramkę Fucika, blisko zdobycia bramki był Wronka i Varttinen. W 24. minucie gospodarze zdobyli drugą bramkę, wykorzystując liczebną przewagę. Kilkanaście sekund później gospodarze ponownie podwyższyli. W 25. minucie nastąpiła zmiana bramkarza w naszej drużynie. W 28. minucie czwartą bramkę dla drużyny gospodarzy zdobył Drabik, wykorzystując bierną postawę naszych obrońców. W 33. minucie w sytuacji sam na sam z Fucikiem znalazł się Dupuy, ale jego strzał był za lekki, by pokonać bramkarza gospodarzy. Na sam koniec drugiej odsłony gospodarze po raz piąty wbili krążek do naszej bramki.
Trzecią odsłonę rozpoczęliśmy od kilku strzałów na bramkę Fucika. Jednak to gospodarze ponownie znaleźli drogę do naszej bramki, zdobywając szóstą bramkę w tym meczu. Minutę później po raz siódmy do bramki trafił Viinikainen. Na sam koniec meczu bramkę honorową dla naszej drużyny zdobył Jonasz Hofman.
GKS Tychy – GKS Katowice 7:1 (1:0, 4:0, 2:1)
1:0 Filip Komorski (Valtteri Kakkonen, Rafał Drabik) 06:16
2:0 Alan Łyszczarczyk (Rasmus Hejlanko, Valtteri Kakkonen) 23:23, 5/4
3:0 Mark Viitianen (Dominik Paś) 24:18
4:0 Rafał Drabik (Szymon Kucharski, Mateusz Bryk) 27:48
5:0 Mateusz Gościński (Hannu Kuru, Olli Kaskinen) 38:56
6:0 Hannu Kuru (Juuso Walli, Bartłomiej Pociecha) 45:23
7:0 Olli-Petteri Viinikainen (Alan Łyszczarczyk, Rasmus Hejlanko) 47:54
7:1 Jonasz Hofman
GKS Tychy: Fucik, Lewartowski – Viinikainen, Bryk, Łyszczarczyk, Komorski, Knuutinen – Kaskinen, Kakkonen, Jeziorski, Kuru, Heljanko- Walli, Pociecha, Karkkanen, Paś, Viitanen – Bizacki, Ubowski, Drabik, Kucharski, Gościński.
GKS Katowice: Eliasson, Kieler – Maciaś, Hoffman, Wronka, Pasiut, Fraszko – Varttinen, Verveda, Anderson, Monto, Dupuy – Runesson, Lundegard, Michalski, McNulty, Hofman Jo. – Chodor, Dawid, Hofman Ja.
Felietony Piłka nożna
Komu nie zależało, by zagrać?
Gdy wyjrzałem dziś za okno z pokoju hotelowego, zobaczyłem szron na pobliskich dachach. I tyle. Śniegu nie było ani grama, jedyne, co mogło nas przyprawiać o lekkie dreszcze to przymrozek i konieczność spędzenia tego meczu w tak niskiej temperaturze. Wiadomo jednak, że podczas dobrego widowiska można się porządnie rozgrzać i emocje sportowe niwelują jakiekolwiek atmosferyczne niedogodności. Głowiłem się, jak to jest, że w różnych rejonach Polski mamy atak zimy, a przecież okolice bieguna zimna, które teoretycznie najbardziej są narażone na popularny biały puch, tym razem są wolne od tego.
Gdy jechałem autobusem na mecz i zaczęło lekko prószyć – a było to o godz. 10.30 ani przez myśl nie przeszło mi, jak to się wszystko skończy. Po prostu – śnieg zaczął sobie padać, nie był to jakiś armagedon, a i same opady śniegu, choć były wyraźne, nie przypominały tych, które znamy z przeszłości.
Po wejściu na stadion zobaczyłem taką właśnie oprószoną murawę – niezasypaną. Białawo-zieloną lub zielonkawo-białą. Typowy widok, gdy mamy pierwsze opady śniegu w roku lub też szron po mroźnej nocy. Białe gunwo (że tak zejdziemy z romantycznej wersji o puchu) ciągle jednak z białostockiego nieba spadało. I w pewnym momencie rzeczywiście murawa stała się dość biała. Nie przeszkodziło to jednak obu drużynom oraz sędziom rozgrzewać się. Kibice wypełniali stadion, zwłaszcza ci z Jagiellonii jeszcze przed meczem głośno dopingując swój zespół. Sympatycy GieKSy powoli zaczęli wchodzić na sektor gości i też dali znać o sobie. Przyznam, że nie myślałem w ogóle o tym, że mecz może się nie odbyć. Nie miałem takiego konceptu w głowie.
Za łopaty wzięło się… kilka osób. Zaczęli odśnieżać pola karne. Wyglądało to tak, że na jednym skrzydle stało trzech chłopa i sami nie wiedzieli, jak się za to zabrać. „Gdzie kucharek sześć…” – powiedziałem Miśkowi. A na drugim skrzydle szesnastki jeden jegomość odśnieżył na kilka metrów szerokość pola karnego, pokazując, że „da się”. A tamci deliberowali. Do tej pory odśnieżone były tylko linie i wspomniany kawałek. Na drugim polu karnym natomiast jakiś artysta „odśnieżał” w taki sposób, że zagarniał, wręcz zdrapywał śnieg, zamiast go nabierać na łopatę. Nie trzeba być śnieżnym omnibusem, żeby wiedzieć, że średnio efektywna jest to metoda. Po niedługim czasie wszyscy położyli na to lachę i sobie poszli czy tam przestali działać.
Dopiero kilka minut przed meczem zorientowałem się, że sędzia się dziwnie zachowuje, wychodzi i sprawdza. Załączyłem Canal+, by nasłuchiwać wieści i tam było jasne, że arbiter Wojciech Myć sugerował, iż szanse na rozegranie tego spotkania są dość marne. Potem wyszedł na boisko jeszcze raz, ze swoimi asystentami i patrzyli, jak zachowuje się piłka. W moim odczuciu ta rzucana i turlana przez nich futbolówka reagowała normalnie, z odpowiednim odbiciem czy brakiem większego oporu przy toczeniu się po ziemi. Do końca miałem nadzieję, że mecz się odbędzie.
Sędzia jednak zadecydował inaczej. W wywiadzie dla Canal+ powiedział, że ze względu na zdrowie zawodników, a także ograniczoną widoczność – podejmuje decyzję o odwołaniu meczu. Podał też argument, że do pomarańczowej piłki przykleja się śnieg i tak jej nie widać. A linie, które zostały odśnieżone i tak za chwilę zostałyby zasypane.
Mecz się nie odbył.
Odniosę się więc najpierw do słów sędziego, bo już one są dla mnie kuriozalne. Odśnieżone linie po 40 minutach (także już po odwołaniu meczu) nadal były widoczne. I nie zanosiło się specjalnie na to, że mają zostać momentalnie zasypane. Nawet jeśli – to chwila przerwy w meczu lub po prostu w przerwie między dwiema połowami – pospolite ruszenie do łopat i gotowe. A argument o piłce to już kuriozum do kwadratu. Na Boga – przecież śnieg to nie jest jakiś klej czy oleista substancja. I nawet jeśli w statycznej sytuacji klei się do piłki, to jest ona cały czas KOPANA. Dla informacji pana Mycia – to powoduje drgania w futbolówce, a to (plus odbijanie się od ziemi) z piłki przyklejony kawałek śniegu strząsa. Więc naprawdę nie mówmy takich głodnych kawałków na głos, bo tylko wzmacniamy opinię o sędziach taką, a nie inną.
Trener Siemieniec już po decyzji mówił dla Canal Plus, że z punktu widzenia logistyki w rundzie jesiennej, nie na rękę jest im nie grać, w domyśle, że ten mecz trzeba będzie jeszcze gdzieś wcisnąć. Tylko przecież WIADOMO, że tego spotkania nie da się rozegrać jesienią, bo przecież po ostatnim meczu ligowym Jaga gra dwa razy w Lidze Europy plus jeszcze w środku grudnia zaległy mecz z Motorem. Więc z GKS musieliby zagrać tuż przed świętami, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przedłuży rundy GieKSie o dwa tygodnie z powodu zaległego meczu. Niech więc trener Adrian nie robi ludziom wody z mózgu. Poza tym trener powiedział, że ze względu na stan boiska, była to jedyna i słuszna decyzja i trudno nie było odnieść wrażenia, że z powodu napiętego terminarza właśnie TERAZ, dłuższy oddech dla Jagiellonii to najlepsze, co może ich spotkać…
A Rafał Górak? Bardzo dyplomatycznie mówił, że rozumie decyzję sędziów, ale chyba trzy razy podczas wywiadu dał do zrozumienia, jakie miał zdanie… Panowie za zamkniętymi drzwiami rozmawiali, każdy dał swoje argumenty. Trener zwrócił uwagę, że ze względu na szczelnie wypełniony sektor gości mogło to wyglądać inaczej. Że białe linie widać i przy dobrej woli organizatora, boisko można byłoby doprowadzić do stanu używalności. Że taki wyjazd bez meczu to dodatkowe koszty dla klubu. Jakbym więc miał typować, to pewnie wyglądało to tak „ej Rafał, wiesz, jak jest, jaką mamy sytuację, wiem, że nie jest to wam na rękę, ale zgódź się na przełożenie meczu, odwdzięczymy się dobrym winkiem”… Być może więc ze względu na solidarność kolegów po fachu i gentelmen’s agreement, szkoleniowiec, mimo że wolałby zagrać – nie oponował.
No i właśnie. To jest pytanie – czy komuś zależało, żeby wykorzystać opady i meczu nie rozegrać? Powiem wprost – reakcja organizatora meczu na tę „zimę” jest mocno zastanawiająca i nie wiem, czy Jagiellonia nie powinna z tego tytułu ponieść konsekwencji. Powtórzę – klub nie zrobił absolutnie nic, żeby ten mecz rozegrać. Począwszy od prognoz – przecież atak zimy w Polsce był już wczoraj, więc nie można było nie zakładać, że podobna sytuacja powtórzy się w Białymstoku. A jeśli tak, to przygotowuje się zastępy ludzi – choćby na wszelki wypadek – do tego, żeby boisko odśnieżyć. Pamiętacie, co było w zeszłym sezonie w meczu Radomiaka z Zagłębiem? Momentalnie, w ciągu kilku minut płyta po nawałnicy zrobiła się biała. Tam też było ryzyko przerwania i odwołania meczu. Ale ludzie robili, co w swojej mocy, odśnieżali, jak tylko się da i spotkanie zostało dokończone. Wczoraj w Rzeszowie kompletnie zasypany stadion został odśnieżony i mecz również się odbył. A w Białymstoku? Nie było chętnych czy nie miało ich być? Mogli nawet tych żołnierzy wziąć, co to zawsze są na trybunach. Cokolwiek. A tutaj kilku ludzi z łopatą zaczęło nieskładnie machać, ale chyba ktoś im powiedział, że to bez sensu – no i przestali.
Nie będę wnikał, czy na takim boisku można grać czy nie. Jak bardzo wpływa to na zdrowie zawodników. Wiem, że w przeszłości takie mecze się odbywały i nikt nie płakał i nie zasłaniał się ani zdrowiem, ani terminarzem. GieKSa taki mecz rozgrywała z Arką Gdynia – pamiętny z niewykorzystanym karnym Adamczyka – i jakoś się dało. Nie jest to może najbardziej estetyczne widowisko, ale mecz jest rozegrany i jest z głowy.
Natomiast tu nie chodzi o to, czy na zaśnieżonym boisku można grać. Chodzi o to, że nikt nie zajął się odśnieżaniem. Dlatego cała ta sytuacja ostatecznie wydaje mi się po prostu skandaliczna. Dosłownie godzinkę śnieg poprószył – bez jakiejś większej nawałnicy – i odwołujemy mecz.
I tak – piłkarze pojechali sobie na drugi koniec polski, by pobiegać na murawie stadionu Jagiellonii. Klub zapłacił za hotel, wyżywienie, przejazd. Teraz będzie to musiał zrobić drugi raz – najpewniej na wiosnę. Kibice zrywali się o drugiej w nocy, niektórzy pewnie nawet nie poszli spać, by stawić się na zbiórkę w ciemnych Katowicach. Jechali w tak wielkiej liczbie przez cały kraj – też przecież zapłacili za bilety i przejazd. I dostali w bambuko, bo paru osobom nie chciało się wyjść i doprowadzić boisko do jako takiego stanu.
Uważam, że PZPN czy Ekstraklasa, czy kto tam zarządza tym całym grajdołkiem, nie powinien przyzwalać na taką fuszerkę. To jest kupa kasy i czas wielu ludzi, którzy zdecydowali się do Białegostoku przyjechać. To po prostu jest nie fair.
Nieraz bywały jakieś sytuacje czy to z pogodą, czy wybrykami kibiców i kapitanowie lub trenerzy obu drużyn zgodnie mówili – gramy/nie gramy. Była ta wyraźna jednogłośność. A czasem spór. Grano nawet po zapaści Christiana Eriksena – choć tam akurat uważam, że ta decyzja była fatalna (choć z drugiej strony to Euro, więc logistyka dużo trudniejsza). Tutaj zabrakło determinacji, żeby mecz rozegrać. Rozumiem trenera Góraka, że podszedł dyplomatycznie do sprawy. Ja tego protokołu dyplomatycznego trzymać nie muszę i wysuwam hipotezę, że komuś na rękę był ten niezbyt wielki opad śniegu.
Dotychczas wielokrotnie pisałem i mówiłem, że cenię Jagiellonię i Adriana Siemieńca za to, jak łączą ligę i puchary. Byłem pod wrażeniem, że rok temu Jaga nie przełożyła spotkania z GKS na jesień, gdy sama była pomiędzy meczami z Ajaxem – trener gospodarzy dzisiejszego niedoszłego pojedynku mówił, że poważna drużyna musi umieć grać co trzy dni. Tym razem jednak w obliczu meczu z KuPS i końcówki ligi, takie zdanie przestało już zobowiązywać.
Nam nie pozostaje nic innego, jak przygotować się do sobotniego spotkania z Pogonią. Oby piłkarze GKS również wykorzystali fakt, że nie będą mieli Jagi w nogach i jak najlepiej mentalnie i fizycznie przygotowali się do spotkania z Portowcami. A z Jagiellonią i tak się już niedługo zmierzymy, bo za jedenaście dni w Pucharze Polski.
Kups!
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią odwołany!
W związku z atakiem zimy w Białymstoku i niezdatnymi według sędziego warunkami do gry mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice został odwołany.



Najnowsze komentarze