Felietony Piłka nożna
Defensywny kunszt futbolu
Po meczu z Cracovią napisałem felieton pt. „Defensywna aberracja futbolu”. Minęły dwa miesiące i tym razem mogę zrobić dokładnie na odwrót. GKS Katowice w obronie wczoraj zagrał mecz wybitny. Co prawda wynikało to z pewnych mankamentów, do których zaraz przejdziemy, ale nie da się ukryć, że w destrukcji mieliśmy prawdziwą ucztę, choć zawsze, jeśli chodzi o tego typu mecz swojej drużyny, to jest to okupione dużo większym stresem niż przyglądanie się ofensywnym poczynaniom zespołu.
Choć Pogoń summa summarum nie zadowala swoich kibiców w tym sezonie, to też trudno powiedzieć, że kilku powodów do radości im nie dała. Zespół potrafił wysoko wygrać z Motorem czy na Widzewie. Pokonali u siebie Raków i Cracovię. Wygrali na Legii, zremisowali na Lechu. Rozgromili Zagłębie Lubin. Są w 1/8 finału Pucharu Polski. Tak – mimo punktowo dość słabej – jak na Portowców – jesieni – mieliśmy wczoraj do czynienia z drużyną przecież nie-ułomków. Z Mistrzem Świata Mendym, z wiecznie młodym kapitalnym Grosikiem, no i tymi wszystkimi bardzo solidnymi przecież Ulvestadami czy Wahlqvistami oraz młodymi, zdolnymi Przyborkami.
Tak jak trener powiedział na konferencji, jak Pogoń się rozpędzi i złapie luz, to jest nie do zatrzymania. Nawet w przegranym meczu z Jagiellonią, to białostoczanie mieli masę szczęścia, bo przecież nawałnica Pogoni była niebywała. Od czasu przyjścia trenera Thomasberga szczecinianie złapali dobry rytm i weszli szczebelek wyżej, jeśli chodzi o formę w tym sezonie.
À propos Benjamina Mendyego. Nowa Bukowa pisze swoją fantastyczną historię i w tak krótki czasie Francuz okazał się już drugim Mistrzem Świata, który poległ na naszym nowym stadionie. Jak żegnaliśmy się z Bukową oprawą „schodzili stąd przyszli Mistrzowie Świata”, tak w Katowicach już i Lukas Podolski i Mendy właśnie, którzy to wznosili to najcenniejsze piłkarskie trofeum i mają w swoim dorobku największy piłkarski sukces w tej dyscyplinie sportu, znają również i smak porażki z GieKSą w jej nowym domu.
Drżeliśmy przed meczem, czy mecz się odbędzie. Informacje o mgle w okolicach godziny 17-18 sugerowały, że katowiczanie mogą zanotować drugi z rzędu pusty przelot ligowy. To by było istne kuriozum – miesiąc bez spotkania w lidze, dwa pojedynki przełożone i konieczność grania kolejnych zaległości – czy to na wiosnę czy jeszcze w grudniu. Była to bardzo nieciekawa perspektywa. Na szczęście im bliżej godziny 20.15, tym warunki były coraz to lepsze. Zagraliśmy bez większych problemów.
Dobrze, że GKS strzelił tak szybko bramkę, bo dzięki temu – mimo sporego naporu Pogoni w dalszej fazie pierwszej połowy – mieliśmy przewagę, która dawała nam… przewagę. W tym przypadku stwierdzenie, że pierwszy gol trochę „ustawił mecz” jest zasadne. Zupełnie nie wiadomo, jakby to spotkanie wyglądało, gdyby dłużej utrzymywał się wynik 0:0.
Potem GieKSa musiała swoje wycierpieć, oj musiała. Zastanawiałem się, w jakim stopniu tak głębokie cofnięcie się wynikało z mniej lub bardziej, ale planu na ten mecz, a w jakim stopniu wynikało z pewnej utraty kontroli nad spotkaniem. Trener Górak potwierdził, że zbyt nisko się cofaliśmy i przyznam, że… kamień spadł mi z serca. Bo z reguły sama taktyka oparta na tak bardzo niskiej obronie, to raczej proszenie się o problemy niż gwarancja sukcesu. Więc jeśli po prostu nasza drużyna trochę nie zapanowała nad pierwszą połową taktycznie, to dobrze, że przynajmniej nie było to zamierzone. Dodatkowo po skorygowaniu tej kwestii w przerwie, w drugiej połowie wyglądało to już lepiej. GieKSa nadal była w defensywie, ale już nie tak głębokiej. I z minuty na minutę, Pogoń była coraz bardziej bezradna.
Nie zapanowała… jak to brzmi. No właśnie, bo Pogoń była bardzo długo w pobliżu naszej szesnastki, próbowała swój atak pozycyjny rozegrać, oddała trochę strzałów. I z tego „niezapanowania” wyszła doskonała kontra, w której Adam Zrelak i Bartek Nowak pokazali – nie pierwszy raz – swój kunszt. Znów to GieKSa była jak wytrawny pięściarz – wyczekała, wyczekała i zadała mocny cios, po którym Portowcy byli już na linach, choć jeszcze nie na deskach.
W przerwie trener gości wprowadził Juwarę i Mukairiego i wydawało się, że ta żwawość Pogoni jeszcze się zwiększy. Choć ci piłkarze są chimeryczni i nieraz brakuje im głowy, to jednak wprowadzają dużo życia do ekipy ze Szczecina. Na szczęście tym razem nie dali wielkiej wartości i po przerwie goście byli już bardziej zrezygnowani niż wcześniej.
I tu dochodzimy do sedna tego spotkania. Nieraz trener mówił bowiem, że te nasze cofnięcia się wynikały z fazy meczu, z tego, że po prostu tak się czasem dzieje, że przez jakiś moment jedna drużyna ma przewagę, potem druga. Normalka, wiadomo, choć nie do końca mi to pasowało, bo czasem miałem wrażenie, że właśnie zbyt głęboko wchodzimy w nasze pole karne. Że właśnie trochę tracimy kontrolę nad meczem i to nie jest takie pewne bronienie się nisko, tylko raczej… obrona Częstochowy. Szkoleniowiec zwracał uwagę, że kwestią nie jest cofnięcie się, tylko umiejętne bronienie w takiej sytuacji. No i wczoraj w związku z tym mieliśmy wisienkę na torcie w tym meczu.
Bo w tej obronie niskiej nasz zespół spisał się kapitalnie. Wybronił wszystko. W zasadzie przypomina mi się jeden tylko błąd, w pierwszej minucie drugiej połowy, gdzie ponabijali się trochę Lukas Klemenz z Alanem Czerwińskim. Ale i tak zaasekurował świetnie Rafał Strączek, a chwilę później Jesse Bosch. Ogólnie jednak wszyscy zagrali jak profesorowie, do tego waleczni profesorowie. Ilość bloków, wślizgów, tych szybkich doskoków, reakcji była wielka. Tak – Pogoń za dużo oddała strzałów, bo aż 27. Ale celnych tylko 3. Trzy! To naprawdę znamienne. Z tej liczby strzałów wyszła jakaś chorobliwie niska statystyka xG, bo tylko około 1,5. Czyli mówimy o strzałach z nieprzygotowanych pozycji, takich, które mają niewielkie ryzyko, że do bramki wpadną. Każdy z naszych obrońców swoje zadanie wykonał świetnie. A do tego był wspomniany Strączek, który po niepewnej grze na przedpolu w pierwszych swoich meczach, tym razem zagrał kapitalnie. Co miał obronić, to obronił, to tego kilka piąstkowań i wyłapań piłki. Bardzo pewny punkt naszej drużyny. Jedynie na mały minus nokaut Martena Kuuska, ale to wynikało z sytuacji boiskowej i mamy nadzieję, że nasz Estończyk wróci szybko do gry.
Naprawdę nasi zawodnicy odebrali chyba trochę chęć Portowcom do gry w piłkę. Bo ileż można starać się i starać, gdy napotyka się na taki mur nie do przejścia. W zasadzie ostatecznie bardzo klarownej sytuacji Pogoń nie miała. Po strzał Biegańskiego, choć ładny, to jednak z dystansu. Podobnie strzały z daleka wybronione przez Strączka. Przy wyścigu do piłki z Juwarą, to był właśnie… wyścig, który wygrał nasz golkiper. Efektem tego wszystkiego – kolejny mecz na zero z tyłu.
Cała gra obronna naszej drużyny się poprawiła, czego najbardziej wymiernym efektem są mecze na zero z tyłu. Jeżeli mieliśmy łącznie z poprzednim sezonem chyba z szesnaście spotkań z rzędu ze straconym golem, a teraz w czterech ostatnich meczach ligowych – trzy z czystym kontem, to wiedz, że coś się dzieje. Coś dobrego. Nie ma już tych kiksów, fatalnych zachowań, błędów skutkujących utratą bramki. Jest pewna, solidna gra, która daje punkty.
Wiadomo, że mogłoby być lepiej. To zbyt duże cofnięcie się mogło wynikać, chociażby z tego, że dużo lepiej można było wyprowadzać piłkę, nie tracić jej tak szybko i tym samym oddalać grę od szesnastki. A tak to wiadomo – Pogoń rozpędzona, zaraz odzyskuje piłkę, a to zawsze napędza drużyny przeciwne. Z tym że ta wredna GieKSa nie chciała się dać złamać i ciągle, przez pełne 90 minut, rzetelnie wykonywała swoje obowiązki w defensywie. Mowa nie tylko o obrońcach, bo przecież Jesse Bosch też czyścił aż miło.
Piłka nożna to gra na bramki. A te strzelała GieKSa. Wspomniałem o drugim golu, ale przecież pierwszy też był piękny, kapitalne, dopracowane dośrodkowanie Galana, wyprzedzenie Zrelaka i kontrująca piłka, przy której Cojocaru mógł tylko stać i podziwiać. Prosty środek, a jakże skuteczny. Coś jak gol Borjy w Lublinie po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego. Aha, à propos Alanów – doceńmy także tego drugiego, który zmienił pierwszego, czyli Alana Bróda. Zawodnik wszedł w końcówce meczu i dostosował się poziomem do reszty zespołu. Wykonała kawał dobrej roboty w końcówce meczu i także dzięki niemu nie musieliśmy do końca drżeć o korzystny wynik.
Odetchnęliśmy. Po wcześniejszych sobotnich meczach GKS znalazł się w strefie spadkowej. Porażka z Piastem i odwołanie meczu z Jagiellonią spowodowały deficyt punktowy. Teraz zdobyliśmy już drugą dziesiątkę oczek i tym samym jesteśmy w niemal identycznym położeniu punktowym jak rok temu. Natomiast mimo tego, że to, jak punktuje dół tabeli to jakaś anomalia, to nadal sumarycznie jest to średnia 1 punktu na mecz. Czyli na ten moment utrzymanie na koniec sezonu dałoby 35 punktów. Cały czas niezmiennie zakładam, że całkowicie pewne utrzymanie to 38 oczek. Więc z prostego rachunku wynika, że potrzebujemy jeszcze sześciu zwycięstw. Choć arytmetyka mówi, że moglibyśmy nie wygrać już żadnego meczu do końca sezonu i się utrzymać – przy bilansie… 0-18-0 😉
Przed nami intensywna końcówka. W czwartek Jagiellonia w Pucharze Polski, a potem wyjazdowy Raków. Trzeba mierzyć wysoko, bo są ku temu podstawy. O częstochowianach będziemy myśleć później. Teraz czas skupić się na Jadze i utrzeć im nosa za zeszłotygodniową niedzielę.
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: kibicowski boom na GieKSę zachwyca
W ostatnich tygodniach relacje z Częstochowy zdominowały czołówki serwisów sportowych w Polsce. Sprawcą zamieszania był przede wszystkim trener Marek Papszun, ale forma sportowa Medalików również jest godna podkreślenia. Jak w tym wszystkim odnajdują się kibice pod Jasną Górą? Zapytałem Roberta Parkitnego ze stowarzyszenia „Wieczny Raków”, który po raz drugi odpowiedział na nasze zaproszenie. Jednocześnie zachęcam do lektury naszej poprzedniej rozmowy, w której poruszyliśmy wiele tematów związanych z historią Rakowa i naszych pojedynków.
Meczem w Częstochowie otwieramy rundę rewanżową. Jak podsumujesz postawę Rakowa w pierwszej części sezonu?
Na początku Raków stracił, ale później odrobił i teraz nasze miejsce jest mniej więcej takie, jak należy. Natomiast z kilku względów była to dla nas ciężka runda, stąd wiele osób wyraża się o Rakowie negatywnie, nie mając pełnej wiedzy o tym, co tak naprawdę dzieje się w klubie. Ja nie mam potrzeby mówić i pisać o wszystkim tylko po to, aby zebrać dodatkowe lajki. Przede wszystkim kadra nie była odpowiednio zestawiona, aby łapać punkty na wszystkich frontach. Niektórzy powiedzą, że doszły duże nazwiska, takie jak Bulat, Diaby-Fadiga czy Konstantópoulos, mimo to na początku nie grało to, jak należy. Moim zdaniem drużyna potrzebowała czasu, aby wszystko mogło się zazębić. Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, dlatego początek sezonu był ciężki. W pewnym momencie pojawiały się nawet głosy nawołujące do zwolnienia trenera, ale kryzysy trzeba przezwyciężać i cała sztuka polega na tym, aby w takich momentach karta się odwróciła. Nam się to udało i dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Uważam, że tę rundę zakończymy jeszcze dwoma zwycięstwami, niestety m. in. waszym kosztem. Koniec końców runda jesienna w naszym wykonaniu była dobra, natomiast jako kibic polecam krytycznie podchodzić do informacji podawanych w Internecie. Czasem spotykam się z opiniami, że ktoś nie pamięta tak słabego meczu, odkąd kibicuje Rakowowi – wtedy wiem, że nie mamy o czym rozmawiać, bo sam doskonale pamiętam ciężkie czasy w naszej całkiem niedawnej historii.
A co sądzisz o formie GieKSy?
Wydaje się, że ten sezon jest dla was cięższy niż poprzedni, w roli beniaminka. Z drugiej strony takie mecze jak pucharowy z Jagiellonią pokazują, że w waszej drużynie jest potencjał i gdybyś zapytał mnie o kandydatów do spadku, to nie wskazałbym w tym gronie GieKSy. Myślę, że te niegdyś „ulubione” przez was pozycje 8-12 w 1. lidze są teraz w waszym zasięgu, jeśli chodzi o Ekstraklasę. Natomiast z zachwytem obserwuję kibicowski boom na GieKSę, spowodowany m.in. nowym stadionem. Miałem okazję być w waszym sklepie „Blaszok”, który wygląda okazale, co chwilę przychodzili ludzie nie tylko na zakupy, ale też pogadać i zapytać o bieżące sprawy. Gdyby taki stadion jak wasz powstał w Częstochowie, to również byłby to dla nas impuls do kibicowskiego rozwoju.
Pytając o GKS w tym sezonie, przeważały opinie, że głównym powodem słabszej formy na początku sezonu był transfer Oskara Repki. Jak ten zawodnik odnalazł się pod Jasną Górą?
Pierwsze wejście Repki do zespołu było bardzo dobre. Z czasem nieco przygasł, być może z tego względu, że Marek Papszun wymaga więcej niż w większości innych klubów, nie tyle w kwestii samego zaangażowania na boisku, ale przede wszystkim całej otoczki. Była taka sytuacja po naszym meczu z Górnikiem, przegranym u siebie 0:1, który był chyba najsłabszy w całej rundzie: gra była fatalna i gdy po meczu trener nie przebierał w słowach, to mocno oberwało się m. in. Repce. Oskar wylądował na ławce i było to trudne zderzenie z rzeczywistością Marka Papszuna. Być może w GieKSie wyglądało to inaczej – po porażce trener reagował w inny sposób, jak przystało na beniaminka, natomiast w Rakowie wylicza się każdy błąd. Sam nie zwracam dużej uwagi na aspekty piłkarskie, ale czytałem opinie, że w ostatnim meczu ze Śląskiem Repka był jednym z naszych najsłabszych ogniw. Dla mnie jest to piłkarz z ogromnym potencjałem, pozostaje jednak pytanie, czy na dłuższą metę dopasuje się do naszego stylu gry. Z drugiej strony za chwilę w Rakowie będzie nowy trener, więc rola Repki też może się zmienić.
Jest też piłkarz, który kiedyś próbował podbić Częstochowę, a dziś nie wyobrażamy sobie bez niego GieKSy. Uważasz, że patrząc na obecną formę Bartosza Nowaka, odpuszczenie go przez Raków było błędem?
Przede wszystkim Bartek jest fajnym człowiekiem – otwartym, uśmiechniętym, radosnym. Widać, że gra sprawia mu przyjemność. Trudno uważać jego transfer za błąd. Kiedyś przygotowałem dla trenera statystykę zawodników, którzy nie sprawdzili się w Rakowie – większość wylądowała w 2. lub 3. lidze. Tacy jak Nowak są wyjątkami, ale nie znam dokładnie kulis jego odejścia – może sam na to nalegał, a może naciskał agent. Ja widziałbym Bartka w Rakowie, ale w tamtym czasie rywalizacja na jego pozycji była ogromna. Ponadto czasem po prostu tak jest, że w jednym klubie zawodnik gaśnie, a gdzie indziej, przy innym trenerze rozkwita i taki transfer okazuje się strzałem w dziesiątkę.
„Gdy pojawiła się informacja, że Papszun wraca, miałem mieszane uczucia, zastanawiając się, czy jest szansa po raz drugi napisać tę samą historię” – to twoje słowa z naszej poprzedniej rozmowy. Wszystko wskazuje na to, że twoje obawy były słuszne.
Mimo całego zamieszania, jakie od kilku tygodni trwa w Częstochowie, z Markiem Papszunem wciąż mam dobre relacje. Po jednym z ostatnich meczów porozmawiałem trochę dłużej z trenerem i poznałem jego punkt widzenia oraz odczucia co do obecnej sytuacji w klubie. Dlatego teraz, gdy spotykam się z innymi kibicami i słucham niepochlebnych opinii na temat trenera, to staram się tonować nastroje. Trener Papszun nie jest idealny ani bezbłędny, ale takie sprawy często mają drugie dno i nie inaczej jest w tym przypadku.
Po ewentualnym odejściu Marek Papszun zachowa status legendy?
Pod koniec jego pierwszej kadencji byłem wśród inicjatorów uroczystego pożegnania trenera w naszym kibicowskim lokalu, wręczyliśmy mu też piłkę z napisem „trener – legenda”. Żegnaliśmy go jak króla, tymczasem niedługo później on wrócił. To dowód na to, że zarząd nie był przygotowany na jego odejście, decydując się na Dawida Szwargę. Poza tym nastroje byłyby inne, gdyby w poprzednim sezonie Raków zdobył mistrzostwo. Nie każdemu pasuje praca z Markiem Papszunem, ale trzeba pamiętać, że w tym, co robi, jest profesjonalistą i nawet w sytuacji, gdy jedną nogą jest w Legii, to jego piłkarze wychodzą na boisko przygotowani i wygrywają kolejne mecze. Po pamiętnej konferencji wielu w to zwątpiło – pojawiły się głosy, że piłkarze będą grać przeciwko trenerowi. Z kolei po wysokich zwycięstwach z Rapidem i Arką ci sami ludzie mówili: wygrali, bo chcieli zrobić na złość Papszunowi. Można oszaleć…
Po deklaracji trenera o chęci trenowania Legii studziłeś na Twitterze gorące głowy częstochowskich kibiców. Jakie uczucia dominują – zawód czy zrozumienie?
Zdecydowanie negatywnie odebrano tę wypowiedź trenera, przede wszystkim co do miejsca i czasu. Natomiast ja patrzę na to w inny sposób. Owszem, trener mógł to rozegrać inaczej, ale z drugiej strony, gdyby tego nie zrobił, a niedługo później wypłynęłaby informacja o jego przejściu do Legii, to spotkałby się z zarzutem, że nas zdradził i ukrywał prawdę. Wszyscy wiemy, że Papszun jest Legionistą, warszawiakiem i prowadzenie stołecznych zawsze było jego marzeniem. W Częstochowie zrobił kawał dobrej roboty, dlatego nie widzę w jego słowach aż tak dużej sensacji, jak przedstawiają to media.
Kwestia „transferu” Papszuna do Legii jest już oficjalna?
Nie mam pojęcia. Oficjalne jest porozumienie Rakowa z Łukaszem Tomczykiem – trenerem Polonii Bytom. Było już wiele wersji rozwoju sytuacji, natomiast jeśli miałbym obstawiać, to moim zdaniem Papszun zostanie w Częstochowie do końca rundy (kilka godzin później taką informację podał Tomasz Włodarczyk w serwisie meczyki.pl – przyp. red.).
W ostatnich tygodniach forma zarówno Rakowa, jak i GKS-u wyraźnie poszła w górę. To, co jeszcze nas łączy, to lanie od ostatniego w tabeli Piasta Gliwice. Jak do tego doszło w Częstochowie?
Na ten temat nie powiem zbyt wiele, bo choć w ciągu ostatnich 18 sezonów opuściłem zaledwie siedem domowych meczów Rakowa, to właśnie z Piastem był jeden z nich. Ani go nie oglądałem, ani też nie analizowałem tej porażki. Po pierwsze, Daniel Myśliwiec jest dobrym trenerem i szybko odcisnął swoje piętno na drużynie, a po drugie liga jest mega wyrównana i nawet tak niskie miejsce w tabeli jak Piasta nie znaczy, że nie potrafią się odgryźć. Inna sprawa, że Rakowowi zawsze lepiej gra się z drużynami z czołówki – nie wiem, czy to kwestia motywacji, czy czegoś innego. Mimo że Piast zdobył 6 punktów z naszymi drużynami, to uważam, że w końcowym rozrachunku znajdzie się mimo wszystko w trójce spadkowiczów.
Jeśli natomiast chodzi o czołówkę ligi, to wielokrotnie podkreśla się w mediach postawę Jagiellonii, która dobrze prezentuje się we wszystkich rozgrywkach. Tymczasem Raków radzi sobie równie dobrze, o ile nie lepiej, bo w przeciwieństwie do Jagi nadal ma szansę na Puchar Polski. Cele na ten sezon pozostają niezmienne?
Zdecydowanie. Zarówno trener, jak i piłkarze zarabiają takie pieniądze, że nie ma innego celu jak mistrzostwo. Pochwały dla Jagiellonii przypominają mi laurki dla Rakowa przy okazji marszu z 1. ligi do Ekstraklasy – jak to wszystko było doskonale poukładane. Jaga wygląda nawet lepiej – ogromny stadion, odpowiednie zaplecze infrastrukturalne i kibicowskie. Z kolei Raków jest w Polsce wyśmiewany przede wszystkim za brak stadionu. Mieliśmy swoje pięć minut zachwytów w mediach, a teraz każdy gorszy moment jest dodatkowo rozdmuchiwany. Nic się jednak nie zmienia: zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski są dla nas mega ważne. Do tego jak najdłuższa gra w Lidze Konferencji. Po to sztab liczy tylu ludzi, by odpowiednio przygotować zespół do wszystkich rozgrywek, a wyniki muszą przyjść. Tym bardziej że w Pucharze robi się powoli autostrada do finału.
Musicie tylko uważać, by nie utknąć na bramkach z napisem „GKS Katowice”, ale przy odpowiednim zrządzeniu losu być może jeszcze będzie okazja o tym porozmawiać. Tymczasem skupiacie się na lidze i rozgrywkach europejskich. Czujecie się już w Sosnowcu jak u siebie?
W żadnym wypadku. Nie było tak ani w Bełchatowie, ani teraz w Sosnowcu. Trzeba być wdzięcznym włodarzom obu miast, że Raków miał gdzie grać, ale nie da się czuć dobrze poza Częstochową. Niby to tylko 60 kilometrów, ale każdy mecz w Sosnowcu bardziej przypomina bliski wyjazd niż mecz u siebie. Ciężko przyciągnąć tłumy na takie mecze, szczególnie tych najmłodszych – w Częstochowie byłoby to dużo prostsze. Sam stadion jest kapitalny do oglądania meczu, natomiast u siebie będziemy tylko w Częstochowie, choć na ten moment jest to nierealne. I pewnie w ciągu najbliższych lat się to nie zmieni.
Mimo że spodziewam się odpowiedzi, to i tak zadam ci to samo pytanie, co ostatnio: co nowego dzieje się w sprawie stadionu dla Rakowa?
Odpowiadam tak samo: nic się nie dzieje. Jakieś rozmowy się toczą, ale dopóki nie zobaczymy łopat na terenie budowy, to nie uwierzymy w żadne obietnice. Nie da się ukryć, że blokuje to rozwój klubu i Marek Papszun musi czuć to samo. Za każdym razem słyszy od prezesa, że rozmowy z Miastem są w toku – po pięciu czy sześciu latach można mieć już tego dość.
W poprzednim sezonie typowałeś gładkie 3:0 dla Rakowa w Częstochowie, tymczasem mecz potoczył się zupełnie inaczej.
Rzeczywiście, mój typ się nie sprawdził i po meczu śmiałem się w duchu, co ze mnie za znawca. Moim zdaniem tym meczem przegraliśmy mistrzostwo Polski, więc po czasie zabolało podwójnie. Szczególnie nie lubię przegrywać z Legią, Widzewem czy Lechem, a tutaj przyszła porażka z beniaminkiem. Mówi się trudno, bo takie wpadki się zdarzają. Myślę, że w najbliższą niedzielę 3:0 dla nas już musi być. Raków jest w gazie, a GieKSa będzie delikatnie podmęczona pojedynkiem z Jagiellonią, który musiał was sporo kosztować. Raków też co prawda grał ze Śląskiem, ale moim zdaniem wyglądało to trochę tak, jakby grał na pół gwizdka. Dlatego forma fizyczna będzie działać na naszą korzyść.
Wiem, że byłeś na Nowej Bukowej w pierwszej kolejce tego sezonu. Jak wrażenia?
Jak wspominałem w naszej poprzedniej rozmowie, tylko raz miałem okazję być na starej Bukowej – załapałem się na ostatni wyjazd w ubiegłym roku. W tym sezonie wiedziałem, że z powodu narodzin dziecka będę musiał odpuścić część wyjazdów, dlatego ucieszyłem się, że do Katowic jechaliśmy na samym początku i zdążyłem się do was wybrać. Miałem podobne odczucia jak z meczu w Lublinie – imponujący stadion, wszyscy ubrani na żółto, mnóstwo ludzi i kapitalny doping. Wielokrotnie podkreślałem, że doping ekip ze Śląska, takich jak GieKSa czy Górnik, to ścisły top w Polsce. Co do samego meczu to nie powiem za wiele, bo nie należę do tych, którzy szczególnie skupiają się na analizie boiskowych wydarzeń, najważniejsze było zwycięstwo 1:0. Cały wyjazd wspominam więc bardzo dobrze, z wyjątkiem incydentu z rozpylonym gazem, który wprowadził trochę zamieszania.
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Rakowie
Po meczu z Rakowem można było odnieść wrażenie, że ktoś przewinął taśmę o kilka kolejek wstecz i z powrotem wrzucił GieKSę w tryb „mecz do ukłucia, ale nie do wygrania”. To nie był występ fatalny, ale zdecydowanie taki, który pozostawia po sobie uczucie niedosytu.
Kilka naprawdę obiecujących momentów w pierwszej połowie, trzy sytuacje, które aż prosiły się o lepsze ostatnie podanie lub dokładniejszy strzał, a jednocześnie za mało konsekwencji, by z Częstochowy wywieźć choćby punkt. Raków – drużyna w formie, w gazie, z szeroką kadrą – przycisnął po przerwie i to wystarczyło na jedno trafienie. Problem w tym, że my nie wykorzystaliśmy swoich szans wtedy, gdy mieliśmy ku temu przestrzeń. Zapraszam na plusy i minusy po meczu z Rakowem.
Plusy:
+ Pomysł na mecz w pierwszej połowie
Raków nie dominował od początku. GieKSa bardzo dobrze wyglądała w pressingu i w szybkim wyprowadzaniu piłki. Były momenty, w których to katowiczanie wyglądali dojrzalej – szczególnie do 30. minuty. Szkoda tylko, że z tego pomysłu nie udało się „wcisnąć” bramki.
+ Jędrych i Klemenz
W pierwszych 30 minutach GieKSa miała sytuacje… po stałych fragmentach i dobitkach właśnie środkowych obrońców. Jędrych dwa razy huknął z powietrza tak, że gdyby piłka zeszła, choć o pół metra, mielibyśmy kandydata do gola kolejki. Klemenz czyścił kluczowe akcje Rakowa – chociażby Makucha z 19. minuty. Solidny występ tej dwójki, szczególnie w pierwszej połowie.
Minusy:
– Niewykorzystane setki
To jest największy grzech tego meczu. Sytuacja 3 na 1 w 37. minucie – Zrel’ák mógł strzelić albo wystawić, a nie zrobił… niczego. W drugiej połowie Marković z pięciu metrów trafił w poprzeczkę, mając przed sobą pół bramki. W takim spotkaniu, jeśli masz 2-3 okazje, to musisz coś z nich zrobić, jeśli chcesz myśleć o wygranej.
– Statyczna reakcja przy straconej bramce
To był gol, którego można było uniknąć, bo sama akcja nie była wybitnie skomplikowana. Niestety Galan był spóźniony, a Brunes zupełnie niekryty. Raków przyspieszył w drugiej połowie, ale to nie był jakiś huragan – po prostu konsekwentna i cierpliwa gra.
– Głęboko i chaotycznie w drugiej połowie
Po 60. minucie w zasadzie przestaliśmy utrzymywać piłkę. Oderwane akcje, straty, chaos, brak wyjścia do pressingu. Raków to wykorzystał i zamknął GieKSę na długie minuty. Paradoksalnie – nie tworzyli sytuacji seryjnie, ale całkowicie przejęli inicjatywę. A my nie potrafiliśmy odpowiedzieć.
Podsumowanie:
GKS nie zagrał w Częstochowie meczu złego. Zagrał mecz… do wzięcia. I właśnie dlatego jest tyle rozczarowania.
To spotkanie nie zmienia obrazu całej jesieni. Wręcz przeciwnie – potwierdza, że ta drużyna gra dobrze. 6 zwycięstw w 7 ostatnich meczach przed Rakowem to nie przypadek. 20 punktów po jesieni w tak spłaszczonej tabeli to naprawdę solidny wynik. GieKSa po fatalnym starcie wróciła do ligi z jakością.
Ten mecz można było zremisować. Można było nawet wygrać. Nie udało się – ale też nie ma tu powodu, by bić na alarm. Przy takiej dyspozycji, jak z Motoru, Korony, Niecieczy, Jagiellonii, Pogoni czy w pierwszej połowie z Rakowem – GKS będzie punktował. Wiosna zacznie się praktycznie od zera, bo cała dolna połowa tabeli wciągnęła się w walkę o utrzymanie.
GieKSiarz
Piłka nożna
Widzew rywalem GieKSy
Dziś w siedzibie TVP Sport odbyło się losowanie ćwierćfinałów Pucharu Polski. GKS Katowice zmierzy się w tej fazie z Widzewem Łódź. Mecz odbędzie się w Katowicach, a 1/4 Pucharu Polski zaplanowano na 3-5 marca.
Widzew obecnie zajmuje 13. miejsce w Ekstraklasie, mając w dorobku 20 punktów, czyli tyle samo co GKS. Na 18 meczów piłkarzy Igora Jovicevića (a wcześniej Żelijko Sopića i Patryka Czubaka) składa się 6 zwycięstw, 2 remisy i 10 porażek (bramki 26-28). We wcześniejszych rundach Widzew wyeliminował trzy drużyny z ekstraklasy: Termalikę, Zagłębie Lubin i Pogoń Szczecin.
Zanim dojdzie do pojedynku pucharowego, obie drużyny zmierzą się w lidze (także w Katowicach), w kolejce, która odbędzie się 6-8 lutego.
Pozostałe pary tej fazy to:
Lech Poznań – Górnik Zabrze
Zawisza Bydgoszcz – Chojniczanka Chojnice
Avia Świdnik – Raków Częstochowa


Najnowsze komentarze