Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Defensywny kunszt futbolu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po meczu z Cracovią napisałem felieton pt. „Defensywna aberracja futbolu”. Minęły dwa miesiące i tym razem mogę zrobić dokładnie na odwrót. GKS Katowice w obronie wczoraj zagrał mecz wybitny. Co prawda wynikało to z pewnych mankamentów, do których zaraz przejdziemy, ale nie da się ukryć, że w destrukcji mieliśmy prawdziwą ucztę, choć zawsze, jeśli chodzi o tego typu mecz swojej drużyny, to jest to okupione dużo większym stresem niż przyglądanie się ofensywnym poczynaniom zespołu.

Choć Pogoń summa summarum nie zadowala swoich kibiców w tym sezonie, to też trudno powiedzieć, że kilku powodów do radości im nie dała. Zespół potrafił wysoko wygrać z Motorem czy na Widzewie. Pokonali u siebie Raków i Cracovię. Wygrali na Legii, zremisowali na Lechu. Rozgromili Zagłębie Lubin. Są w 1/8 finału Pucharu Polski. Tak – mimo punktowo dość słabej – jak na Portowców – jesieni – mieliśmy wczoraj do czynienia z drużyną przecież nie-ułomków. Z Mistrzem Świata Mendym, z wiecznie młodym kapitalnym Grosikiem, no i tymi wszystkimi bardzo solidnymi przecież Ulvestadami czy Wahlqvistami oraz młodymi, zdolnymi Przyborkami.

Tak jak trener powiedział na konferencji, jak Pogoń się rozpędzi i złapie luz, to jest nie do zatrzymania. Nawet w przegranym meczu z Jagiellonią, to białostoczanie mieli masę szczęścia, bo przecież nawałnica Pogoni była niebywała. Od czasu przyjścia trenera Thomasberga szczecinianie złapali dobry rytm i weszli szczebelek wyżej, jeśli chodzi o formę w tym sezonie.

À propos Benjamina Mendyego. Nowa Bukowa pisze swoją fantastyczną historię i w tak krótki czasie Francuz okazał się już drugim Mistrzem Świata, który poległ na naszym nowym stadionie. Jak żegnaliśmy się z Bukową oprawą „schodzili stąd przyszli Mistrzowie Świata”, tak w Katowicach już i Lukas Podolski i Mendy właśnie, którzy to wznosili to najcenniejsze piłkarskie trofeum i mają w swoim dorobku największy piłkarski sukces w tej dyscyplinie sportu, znają również i smak porażki z GieKSą w jej nowym domu.

Drżeliśmy przed meczem, czy mecz się odbędzie. Informacje o mgle w okolicach godziny 17-18 sugerowały, że katowiczanie mogą zanotować drugi z rzędu pusty przelot ligowy. To by było istne kuriozum – miesiąc bez spotkania w lidze, dwa pojedynki przełożone i konieczność grania kolejnych zaległości – czy to na wiosnę czy jeszcze w grudniu. Była to bardzo nieciekawa perspektywa. Na szczęście im bliżej godziny 20.15, tym warunki były coraz to lepsze. Zagraliśmy bez większych problemów.

Dobrze, że GKS strzelił tak szybko bramkę, bo dzięki temu – mimo sporego naporu Pogoni w dalszej fazie pierwszej połowy – mieliśmy przewagę, która dawała nam… przewagę. W tym przypadku stwierdzenie, że pierwszy gol trochę „ustawił mecz” jest zasadne. Zupełnie nie wiadomo, jakby to spotkanie wyglądało, gdyby dłużej utrzymywał się wynik 0:0.

Potem GieKSa musiała swoje wycierpieć, oj musiała. Zastanawiałem się, w jakim stopniu tak głębokie cofnięcie się wynikało z mniej lub bardziej, ale planu na ten mecz, a w jakim stopniu wynikało z pewnej utraty kontroli nad spotkaniem. Trener Górak potwierdził, że zbyt nisko się cofaliśmy i przyznam, że… kamień spadł mi z serca. Bo z reguły sama taktyka oparta na tak bardzo niskiej obronie, to raczej proszenie się o problemy niż gwarancja sukcesu. Więc jeśli po prostu nasza drużyna trochę nie zapanowała nad pierwszą połową taktycznie, to dobrze, że przynajmniej nie było to zamierzone. Dodatkowo po skorygowaniu tej kwestii w przerwie, w drugiej połowie wyglądało to już lepiej. GieKSa nadal była w defensywie, ale już nie tak głębokiej. I z minuty na minutę, Pogoń była coraz bardziej bezradna.

Nie zapanowała… jak to brzmi. No właśnie, bo Pogoń była bardzo długo w pobliżu naszej szesnastki, próbowała swój atak pozycyjny rozegrać, oddała trochę strzałów. I z tego „niezapanowania” wyszła doskonała kontra, w której Adam Zrelak i Bartek Nowak pokazali – nie pierwszy raz – swój kunszt. Znów to GieKSa była jak wytrawny pięściarz – wyczekała, wyczekała i zadała mocny cios, po którym Portowcy byli już na linach, choć jeszcze nie na deskach.

W przerwie trener gości wprowadził Juwarę i Mukairiego i wydawało się, że ta żwawość Pogoni jeszcze się zwiększy. Choć ci piłkarze są chimeryczni i nieraz brakuje im głowy, to jednak wprowadzają dużo życia do ekipy ze Szczecina. Na szczęście tym razem nie dali wielkiej wartości i po przerwie goście byli już bardziej zrezygnowani niż wcześniej.

I tu dochodzimy do sedna tego spotkania. Nieraz trener mówił bowiem, że te nasze cofnięcia się wynikały z fazy meczu, z tego, że po prostu tak się czasem dzieje, że przez jakiś moment jedna drużyna ma przewagę, potem druga. Normalka, wiadomo, choć nie do końca mi to pasowało, bo czasem miałem wrażenie, że właśnie zbyt głęboko wchodzimy w nasze pole karne. Że właśnie trochę tracimy kontrolę nad meczem i to nie jest takie pewne bronienie się nisko, tylko raczej… obrona Częstochowy. Szkoleniowiec zwracał uwagę, że kwestią nie jest cofnięcie się, tylko umiejętne bronienie w takiej sytuacji. No i wczoraj w związku z tym mieliśmy wisienkę na torcie w tym meczu.

Bo w tej obronie niskiej nasz zespół spisał się kapitalnie. Wybronił wszystko. W zasadzie przypomina mi się jeden tylko błąd, w pierwszej minucie drugiej połowy, gdzie ponabijali się trochę Lukas Klemenz z Alanem Czerwińskim. Ale i tak zaasekurował świetnie Rafał Strączek, a chwilę później Jesse Bosch. Ogólnie jednak wszyscy zagrali jak profesorowie, do tego waleczni profesorowie. Ilość bloków, wślizgów, tych szybkich doskoków, reakcji była wielka. Tak – Pogoń za dużo oddała strzałów, bo aż 27. Ale celnych tylko 3. Trzy! To naprawdę znamienne. Z tej liczby strzałów wyszła jakaś chorobliwie niska statystyka xG, bo tylko około 1,5. Czyli mówimy o strzałach z nieprzygotowanych pozycji, takich, które mają niewielkie ryzyko, że do bramki wpadną. Każdy z naszych obrońców swoje zadanie wykonał świetnie. A do tego był wspomniany Strączek, który po niepewnej grze na przedpolu w pierwszych swoich meczach, tym razem zagrał kapitalnie. Co miał obronić, to obronił, to tego kilka piąstkowań i wyłapań piłki. Bardzo pewny punkt naszej drużyny. Jedynie na mały minus nokaut Martena Kuuska, ale to wynikało z sytuacji boiskowej i mamy nadzieję, że nasz Estończyk wróci szybko do gry.

Naprawdę nasi zawodnicy odebrali chyba trochę chęć Portowcom do gry w piłkę. Bo ileż można starać się i starać, gdy napotyka się na taki mur nie do przejścia. W zasadzie ostatecznie bardzo klarownej sytuacji Pogoń nie miała. Po strzał Biegańskiego, choć ładny, to jednak z dystansu. Podobnie strzały z daleka wybronione przez Strączka. Przy wyścigu do piłki z Juwarą, to był właśnie… wyścig, który wygrał nasz golkiper. Efektem tego wszystkiego – kolejny mecz na zero z tyłu.

Cała gra obronna naszej drużyny się poprawiła, czego najbardziej wymiernym efektem są mecze na zero z tyłu. Jeżeli mieliśmy łącznie z poprzednim sezonem chyba z szesnaście spotkań z rzędu ze straconym golem, a teraz w czterech ostatnich meczach ligowych – trzy z czystym kontem, to wiedz, że coś się dzieje. Coś dobrego. Nie ma już tych kiksów, fatalnych zachowań, błędów skutkujących utratą bramki. Jest pewna, solidna gra, która daje punkty.

Wiadomo, że mogłoby być lepiej. To zbyt duże cofnięcie się mogło wynikać, chociażby z tego, że dużo lepiej można było wyprowadzać piłkę, nie tracić jej tak szybko i tym samym oddalać grę od szesnastki. A tak to wiadomo – Pogoń rozpędzona, zaraz odzyskuje piłkę, a to zawsze napędza drużyny przeciwne. Z tym że ta wredna GieKSa nie chciała się dać złamać i ciągle, przez pełne 90 minut, rzetelnie wykonywała swoje obowiązki w defensywie. Mowa nie tylko o obrońcach, bo przecież Jesse Bosch też czyścił aż miło.

Piłka nożna to gra na bramki. A te strzelała GieKSa. Wspomniałem o drugim golu, ale przecież pierwszy też był piękny, kapitalne, dopracowane dośrodkowanie Galana, wyprzedzenie Zrelaka i kontrująca piłka, przy której Cojocaru mógł tylko stać i podziwiać. Prosty środek, a jakże skuteczny. Coś jak gol Borjy w Lublinie po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego. Aha, à propos Alanów – doceńmy także tego drugiego, który zmienił pierwszego, czyli Alana Bróda. Zawodnik wszedł w końcówce meczu i dostosował się poziomem do reszty zespołu. Wykonała kawał dobrej roboty w końcówce meczu i także dzięki niemu nie musieliśmy do końca drżeć o korzystny wynik.

Odetchnęliśmy. Po wcześniejszych sobotnich meczach GKS znalazł się w strefie spadkowej. Porażka z Piastem i odwołanie meczu z Jagiellonią spowodowały deficyt punktowy. Teraz zdobyliśmy już drugą dziesiątkę oczek i tym samym jesteśmy w niemal identycznym położeniu punktowym jak rok temu. Natomiast mimo tego, że to, jak punktuje dół tabeli to jakaś anomalia, to nadal sumarycznie jest to średnia 1 punktu na mecz. Czyli na ten moment utrzymanie na koniec sezonu dałoby 35 punktów. Cały czas niezmiennie zakładam, że całkowicie pewne utrzymanie to 38 oczek. Więc z prostego rachunku wynika, że potrzebujemy jeszcze sześciu zwycięstw. Choć arytmetyka mówi, że moglibyśmy nie wygrać już żadnego meczu do końca sezonu i się utrzymać – przy bilansie… 0-18-0 😉

Przed nami intensywna końcówka. W czwartek Jagiellonia w Pucharze Polski, a potem wyjazdowy Raków. Trzeba mierzyć wysoko, bo są ku temu podstawy. O częstochowianach będziemy myśleć później. Teraz czas skupić się na Jadze i utrzeć im nosa za zeszłotygodniową niedzielę.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga