Piłka nożna Prasówka
Media po meczu z Górnikiem: Śląski Klasyk dla GieKSy!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Górnik Zabrze 3:1 (1:1).
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice górą w Śląskim Klasyku z Górnikiem Zabrze! Znakomite widowisko na Nowej Bukowej
Spotkanie GKS Katowice z Górnikiem Zabrze było świetnym i pełnym emocji widowiskiem. Trzy punkty, podobnie jak przed rokiem na otwarcie Nowej Bukowej, zgarnęli gospodarze po piorunujących ostatnich minutach.
Śląski Klasyk czyli wulkan emocji. W sobotę wieczorem na Nowej Bukowej zmierzyli się uciekający przed strefą spadkową GKS Katowice z próbującym wrócić do czołowej trójki Górnikiem Zabrze. Rafał Górak do boju posłał wypróbowaną jedenastkę, natomiast Michalowi Gasparikowi sytuację mocno skomplikowała choroba kapitana Erika Janży, a los Słoweńca podzielił też Brandon Dominques. Niespodzianką było też posadzenie na ławce Jarosława Kubickiego. Z kolei 400. występ w Ekstraklasie czekał Rafała Janickiego.
[…] I zaczęło się od potężnej wymiany ciosów. Najpierw wymarzoną okazję miał Sondre Liseth, który przegrał dwa razy – wliczając dobitkę – z Rafałem Strączkiem, a potem Adam Zrelak był bliski szczęścia, ale trafił w obrońcę.
W 23 minucie było już jednak 1:0 dla GKS-u! Kapitalny rajd lewą stroną przeprowadził Marcin Wasielewski, jego płaskie dośrodkowanie lekko przeciął stopą Marcel Łubik, a piłkę do siatki wkopał niezawodny w tym sezonie Bartosz Nowak. Górnik mógł odpowiedzieć chwilę po wznowieniu, ale Yvan Ikia Dimi nie trafił między słupki. Śląski Klasyk z pewnością nie zawodził.
Gospodarze długo kontrolowali mecz, ale w końcówce pierwszej połowy mocno się pogubili. Górnik wykorzystał to bezlitośnie. Z lewej strony ostro uderzył Patrik Hellebrand, piłka zaliczyła rykoszet i z bliska do bramki wpakował ją Sondre Liseth. Do przerwy był więc remis.
A na drugą połowę trener Gasparik wypuścił najnowszy nabytek klubu – Ondreja Zmrzly’ego. Rafał Górak postanowił natomiast niczego nie zmieniać. Początek należał jednak do Zabrzan. Kilka szybkich akcji i trafienie w słupek przez Maksyma Chłania napędzało Górnika. Trener gospodarzy zareagował potrójną zmianę – wśród jokerów znalazł się były piłkarz klubu z Roosevelta Damian Rasak.
Na boisku pojawiali się nowi piłkarze, ale nie zmieniał się wynik. Lepiej wyglądał jednak Górnik, który kilka razy napędził strachu rywalom, ale w końcu cios zadał GKS. Składna akcja, podanie Nowaka, strzał Ilii Szkurina, zła interwencja Marcela Łubika i dobitka Marcela Wędrychowskiego wyprowadziła Katowiczan na ponowne prowadzenie. Zabrzanie rzucili się do desperackich ataków, ale nadziali się na kontrę i Michał Rakoczy sfaulował Ilię Szkurina. Co prawda arbiter najpierw ukarał napastnika żółtą kartką, ale potem po długiej analizie anulował decyzję i podyktował rzut karny, który wykorzystał pewnie Arkadiusz Jędrych.
Wiosną GKS wzbogacił się już o dziesięć punktów, Górnik tylko o cztery.
weszlo.com – Panie Janie, widział pan na własne oczy. Bartosz Nowak do kadry!
Już w tamtym roku apelowaliśmy do Jana Urbana, żeby nie wahał się powołać Bartosza Nowaka. On nie jest w formie od miesiąca czy dwóch, tylko w zasadzie – z paroma przerwami – od pięciu sezonów. Dziś w prestiżowym starciu z Górnikiem Zabrze pomocnik GKS-u Katowice na oczach selekcjonera kolejny raz pokazał klasę.
To był mecz bardzo zacięty, który mógł się potoczyć w różne strony. Różnicę zrobiły szczegóły, w tym klasa indywidualna Nowaka. 32-latek otworzył wynik, gdy zachował najwięcej przytomności umysłu w zamieszaniu w polu karnym i mocnym strzałem nie dał szans Marcelowi Łubikowi.
[…] Nowak wcześniej samemu miał szansę zdobyć drugą bramkę. Adam Zrelak zgrał mu na „ścianę”, ale uderzenie bez przyjęcia obronił Łubik, który tym razem robił, co mógł, a kibice pretensje mogą zgłaszać do jego kolegów z pola.
I to zarówno do tych z obrony, jak i z przodu. Dość długo mieliśmy bowiem remis ze wskazaniem na Górnika. Goście dominowali i stwarzali zagrożenie. Sondre Liseth zmarnował wyśmienitą okazję, bo zamiast od razu dobić strzał Maksyma Chłania próbował przyjmować piłkę i zrobił to źle. Potem tuż obok słupka uderzał debiutujący w pierwszym składzie Yvan Ikia Dimi. A po przerwie Chłań znów łapał się za głowę, bo jego efektowny strzał zatrzymał się na słupku.
[…] Górnik w międzyczasie wyrównał, bo Liseth tym razem zachował się jak rasowy snajper i od razu poszedł za strzałem wbiegającego Hellebranda, dzięki czemu na koniec musiał tylko dopełnić formalności.
GKS inicjatywę przejął dopiero w ostatnich fragmentach meczu. Rafał Górak bardziej trafił ze zmianami niż Michal Gasparik.
O golu na 2:1 już pisaliśmy, a na deser kibice otrzymali rzut karny zamieniony na bramkę przez Arkadiusza Jędrycha. Sędzia Patryk Gryckiewicz najpierw pokazał Szkurinowi żółtą kartkę za próbę wymuszenia jedenastki. Po długo trwającej analizie zmienił decyzję o 180 stopni: karny i oczywiście anulowana kartka dla Białorusina. Będą dyskusje, ale bliżsi jesteśmy wersji, że Michał Rakoczy wystawił kolano i sfaulował przeciwnika, który już mu uciekał z piłką. Szkoda, że Gryckiewicz nie stwierdził tego od razu.
GKS Katowice odniósł już trzecie wiosenne zwycięstwo i chyba wypisuje się z rozpaczliwej walki o utrzymanie. Górnik natomiast kontynuuje wyhamowywanie z końcówki ubiegłego roku.
gol24.pl – Śląski Klasyk dla GieKSy. GKS obił pogrążony w kryzysie Górnik
Górnik Zabrze przegrał drugi mecz z rzędu na Nowej Bukowej – tym razem 1:3 z GKS Katowice – i wypadł z pierwszej czwórki dającej prawo gry w europejskich pucharach w następnym sezonie. W Śląskim Klasyku przyjezdnych pogrążyły gole Bartosza Nowaka, Marcela Wędrychowskiego oraz Arkadiusza Jędrycha, który wykorzystał rzut karny podyktowany za faul na Ilji Szkurinie. Co ciekawe, napastnik GieKSy początkowo obejrzał żółtą kartkę za symulowanie.
Górnik do Śląskiego Klasyku przystępował po porażce z Pogoń Szczecin (0:1), a gospodarze po pechowej przegranej z Arka Gdynia. Lepiej w derbowy mecz weszli jednak, niesieni dopingiem kibiców, podopieczni trenera Rafała Góraka, a Bartosz Nowak wbił piłkę z najbliższej odległości do siatki Marcela Łubika. Dla rewelacyjnego pomocnika było to już siódme trafienie w bieżącym sezonie, a większość ekspertów i kibiców chętnie widziałaby go w reprezentacji.
Zresztą Śląski Klasyk z trybun na Nowej Bukowej śledził selekcjoner Jan Urban, który wkrótce roześle powołania na marcowe dwuetapowe baraże o awans na mistrzostwa świata 2026.
Dla Górnika jeszcze przed przerwą wyrównał Sondre Liseth, a po zmianie stron znakomite okazje miał Maksym Chłań, który za pierwszym razem trafił w bramkarza, a za drugim w słupek.
Niewykorzystane sytuacje się mszczą i Marcel Wędrychowski na wślizgu uszczęśliwił swoich kibiców w 85. minucie. Przed końcem doliczonego czasu gry sędzia główny ostatniego sobotniego spotkania Patryk Gryckiewicz po długiej analizie VAR i samodzielnym obejrzeniu sytuacji na monitorze przyznał rzut karny, którego na gola zamienił kapitan Arkadiusz Jędrych.
ekstraklasa.org – GKS 3:1 Górnik: Derby dla GIEKSY
GKS powoli dogania Zabrzan w tabeli. Gracze trenera Rafała Góraka zdobyli 10 punktów w 4 ostatnich meczach u siebie.
Derby Śląska rozpoczęły się od bramki niezawodnego Bartosza Nowaka – zawodnik gospodarzy zdobył najwięcej punktów w klasyfikacji kanadyjskiej w 2026 roku. Jeszcze w pierwszej połowie wyrównał Sondre Liseth, ale w końcówce meczu GKS dwukrotnie ukłuł rywali. Gola na 2:1 strzelił wprowadzony w drugiej połowie spotkania Marcel Wędrychowski, zaś rezultat starcia ustalił w doliczonym czasie gry z rzutu karnego Arkadiusz Jędrych. Katowiczanie zrównali się liczbą zwycięstw w tej rywalizacji z Górnikiem (po 22 wygrane).
sportowefakty.wp.pl – Trafiali w końcówce. Derby Śląska dla GKS-u Katowice!
[…] Od początku w Katowicach sporo się działo. W 5. minucie Górnik powinien prowadzić. Na przedpolu bramki gospodarzy doszło do zamieszania, ale piłka nie znalazła drogi do bramki. Gospodarze odpowiedzieli zablokowanym strzałem Adama Zrelaka.
W 23. minucie GKS otworzył wynik. To był pierwszy celny strzał w spotkaniu. W zamieszaniu piłka spadła pod nogi Bartosza Nowaka, który wpakował ją z siedmiu metrów do siatki. Już po dwóch minutach powinien być remis. Maksym Chłań zagrał do Yvana Dimi, a ten płaskim strzałem uderzył tuż obok dalszego słupka.
Zabrzanie cierpliwie czekali na swój moment. W końcówce 1. połowy przycisnęli i w 44. minucie przełamali strzelecką niemoc. Patrik Hellebrand zagrywał na trzeci metr, a nadbiegający Sondre Liseth wślizgiem pokonał Rafała Strączka.
Po przerwie również nie można było narzekać na nudę. Żadna z drużyn nie zamierzała kalkulować. Dziewięć minut po zmianie stron w dobrej sytuacji przestrzelił Hellebrand. W 56. minucie próbę Chłania najpierw odbił Strączek. Po chwili zawodnik z Zabrza trafił w słupek. GKS odpowiedział soczystą próbą Bartosza Nowaka. Piłkę zdołał odbić bramkarz Górnika Zabrze.
Po godzinie gry drużyny zaczęły już mnie ryzykować w tyłach. Pod bramkami niewiele się działo. Oczekiwanych skutków w grze ofensywnej nie przynosiły przeprowadzane przez trenerów zmiany.
Decydująca dla losów gry była 85. minuta. Po zagraniu Bartosza Nowaka strzał Ilji Szkurina odbił Łubik, poprawka Marcela Wędrychowskiego znalazła się w siatce!
Po kontrowersyjnej sytuacji doszło w 89. minucie. Ręką we własnym polu karnym zagrał Wędrychowski. Sędzia i VAR uznali, że do złamania przepisów nie doszło.
W doliczonym czasie, po długo trwających analizach VAR, arbiter podyktował dla gospodarzy rzut karny po faulu na Ilji Szkurinie. Do piłki podszedł Arkadiusz Jędrych i ustalił wynik gry.
roosevelta81.pl – GKS Katowice – Górnik Zabrze 3:1. Śląski Klasyk znowu dla gospodarzy
Przyjeżdżamy na Nową Bukową z ciągnącą się za nami serią bez wygranej, pierwszy raz jako neutralni kibice a nie zgodowicze, nie będąc przy okazji faworytem do wygrania spotkania.
Dużo działo się okienku transferowym po obu stronach — Trójkolorowi sprowadzili do pierwszej drużyny aż 7 nowych zawodników, do GieKSy dołączyli starzy znajomi, czyli Erik Jirka i Damian Rasak.
[…] Na stadionie pojawili się kibice Górnika niebędący grupą zorganizowaną, zgromadzeni w jednym sektorze w kilkaset osób z dopingiem od początku spotkania. Gospodarze zaprezentowali oprawę z sektorówkami „Górniczy Klub Sportowy” zajmującymi dwie trybuny wraz z pokazem fajerwerków.
Mecz od początku był bardzo intensywny. Najpierw w pole karne wpadł Ambros, którego dośrodkowanie złapał bramkarz, ale chwilę później dwukrotnie Zrelak szarżował w „piątce” Łubika oddając groźny, ale niecelny strzał.
Do piątej minuty byliśmy świadkami gry akcja za akcję — najpierw Sadilek z prawego skrzydła wpadł w pole karne i obsłużył Chłania, który z najbliższej odległości został zablokowany, piłka trafiła jeszcze do Lisetha, któremu też nie udało się pokonać Strączka. W rewanżu Jirka dograł po raz kolejny do Zrelaka zablokowanego przez Janickiego.
Wyróżniającym się piłkarzem był szalejący na prawym skrzydle Dimi, który kilkukrotnie wziął na karuzelę obrońców GieKSy, wygrywał pojedynki główkowe i rozbijał defensywę rywali. W 23 minucie stało się najgorsze co mogło się stać. W pole karne wpadł Wasielewski, zagrywając płasko wzdłuż bramki, na piątym metrze zablokowany został strzał Czerwińskiego, do którego dobiegł niepilnowany Bartosz Nowak mocnym uderzeniem przy słupku wyprowadzając gospodarzy na prowadzenie.
uż w następnej akcji bliski wyrównania był Ikia. Sytuację wypracował Chłań, sprintując z futolówką przez pół boiska i zagrywając na prawą stronę. Yvan przyjęciem zgubił obrońcę i płaskim strzałem minimalnie chybił. Piłka minęła słupek bramki Strączka dosłownie o kilka centymetrów i ten mógł ją tylko odprowadzić wzrokiem. Pierwsze skrzypce u katowiczan grał Nowak, który co rusz znajdował się w posiadaniu piłki przed polem karnym, a jego kąśliwe próby kilkukrotnie mogły sprawić problemy Łubikowi.
W 33 minucie piłkę posłaną nad obrońcami do Sadilka Strączek wybijał głową po wyjściu na linię szesnastki. Blisko autu wyłuskał ją Chłań i technicznym uderzeniem zewnętrzną częścią stopy próbował pokonać wracającego bramkarza, ale ten nie dał się zaskoczyć. Gra przez ostatnie 10 minut toczyła się w środku pola, przerywana sporadycznymi próbami GKSu z dystansu, które nie zagrażały bramce Górnika. Efektowną akcję przeprowadził Sacek chwilę przed gwizdkiem sędziego — na 20 metrze zaskoczył Klemenza balansem ciała i został przewrócony. Podyktowanego rzutu wolnego nie zdołał wykorzystać Lukas Ambros trafiając w żółty mur obrony. Już w następnej akcji na połowę gości wbiegł Josema, posyłając prostopadłe podanie do Hellebranda, który lewą nogą dograł do Lisetha wykańczającego akcje wślizgiem i wyrównując stan meczu.
Statystyki pierwszej połowy
Strzały: GKS – 8 (w tym 1 celny) : Górnik – 8 (w tym 3 celne)
Posiadanie piłki: GKS – 44% : Górnik – 56%
Rzuty rożne: GKS – 2 : Górnik – 1
Druga połowa zaczęła się od okazji Hellebranda. Zmrzly wprowadzony w przerwie za Josemę mocno bił rzut rożny, do wybitej piłki doskoczył Pacio, ale nie udało mu się poprawnie złożyć do woleja i ten wylądował ponad poprzeczką. Górnik zdecydowanie dominował przez pierwsze 10 minut. Prym na lewej stronie wiódł Chłań, który schodził na prawą nogę i najpierw po rykoszecie był bliski zaskoczenia Strączka a już w następnej akcji próbował kolejnego strzału, który skończył na dalszym słupku bramki GieKSy! Ukrainiec ma wyjątkowego pecha do trafień w obramowanie bramki.
Trójkolorowi prowadzili grę, byli wyraźnie naładowani od początku drugiej połowy i stwarzali zagrożenie z obu skrzydeł. Katowiczanie próbowali dośrodkowań z bocznych sektorów, ale Bochniewicz z Janickim neutralizowali zagrożenie. W 63 minucie koronkową akcję zagrali gospodarze. Zrelak zagrał klatką piersiową do Bartosza Nowaka, który wolejem zmusił Łubika do interwencji.
Obaj trenerzy przeprowadzili korekty w składzie — wszedł Kubicki, Rasak czy Massimo. Ten ostatni miał od razu szansę na uderzenie z daleka, ale było ono zbyt słabe. Na kwadrans przed końcem meczu obudzili się gospodarze. Po niedokładnym podaniu Hellebranda mieli okazję do strzału, ale Michal Sacek przeciął tor lotu piłki i zażegnał zagrożenie.
Górnicy wrócili do panowania nad piłką i nadawania tonu grze, ale sytuacje Chłania czy Lisetha kończyły się niecelnymi strzałami z dystansu. Najgroźniejsza sytuacja miała miejsce po przejęciu piłki przez Massimo, który wpadł na piąty metr i wystawił ją Lisethowi. Ten niestety nie przyjął futbolówki i akcja spełzła na niczym.
5 minut przed końcem regulaminowego czasu gry GKS wyprowadził precyzyjnie mierzony cios. Nowak posłał idealną piłkę w pole karne, Łubik zdołał odbić kąśliwy strzał, ale był bezradny, kiedy Wędrychowski przyjął futbolówkę na piątym metrze i mocnym wolejem nie dał szans bramkarzowi.
Końcówka meczu obfitowała w kontrowersje. Najpierw Trójkolorowi reklamowali rękę w polu karnym, potem GKS miał czystą sytuację z kontry, po której Shkuryn przewrócił się na piątym metrze po interwencji Rakoczego. Sędzia po przyjrzeniu się akcji na monitorze VAR zdecydował się na przyznanie rzutu karnego drużynie z Katowic, który pewnie wykorzystał Jędrych.
Przegrywamy w Śląskim Klasyku, GKS przedłuża serię wygranych gospodarzy, Górnik kontynuuje passę meczów bez wygranej.
Statystyki końcowe
Strzały: GKS – 14 (w tym 6 celnych) : Górnik – 16 (w tym 5 celnych)
Posiadanie piłki: GKS – 43% : Górnik – 57%
Rzuty rożne: GKS – 2 : Górnik – 3
se.pl – Eksplozja radości przy Nowej Bukowej!
[…] Pierwsze minuty były obiecujące. Na zamieszanie w polu karnym gospodarzy odpowiedział zablokowanym strzałem Adam Zrelak. W 23. minucie dał o sobie znać najlepszy zawodnik GKS-u Katowice. Bartosz Nowak wpakował piłkę do siatki z bliskiej odległości. Wydawało się, że ekipa trenera Góraka panuje nad sytuacją. Nic bardziej mylnego. Tuż przed przerwą dobre zagranie Hellebranda odebrał Sondre Liseth. Norweg dopełnił formalności i na przerwę oba zespoły schodziły przy wyniku 1:1.
Początek drugiej połowy ponownie nazwaliśmy obiecującym. Swoje szanse miał Górnik, ale próby Hellebranda, Ambrosa i Chłania nie były skuteczne. Ten ostatni trafił nawet w słupek bramki Strączka. Ta sytuacja obudziła gospodarzy, którzy zaczęli aktywniej szukać drugiego gola. Obaj trenerzy reagowali zmianami, jednak w końcówce tempo wyraźnie spadło. Mieliśmy wrażenie, że oba obozy wzięły sobie do serca powiedzenie „lepszy wróbel w garści…”. Wtem nadeszła 85. minuta meczu! Do Górnika wróciły demony z meczu z Pogonią, gdzie drużyna Michala Gasparika straciła gola w końcówce. Tak było również w sobotni wieczór. Strzał Bartosza Nowaka odbił Łubik, ale dobitka Marcela Wędrychowskiego była skuteczna!
Tuż po golu dla GKS-u mieliśmy protesty ze strony ławki Górnika. Chodził o zagranie ręką Wędrychowskiego we własnym polu karnym. Powtórki pokazały, że najpierw piłka odbiła się od uda, a potem uderzyła w rękę skrzydłowego gospodarzy. Nie było karnego! Doliczony czas gry przyniósł kolejną kontrowersję. Arbiter Gryckiewicz pokazał Szkurinowi żółtą kartkę za „padolino” w polu bramkowym. Sędziowie VAR przywołali kolegę do monitora. Po długiej analizie, sędzia główny podyktował jedenastkę, którą na bramkę zamienił kapitan Katowiczan Arkadiusz Jędrych!
Drużyna z Katowic pokazała, że porażka w Gdyni była tylko wypadkiem przy pracy. W przypadku Górnika możemy już mówić o kryzysie. Zaledwie jeden punkt w czterech meczach mówi bardzo wiele. Zabrzanie muszą się obudzić, jeśli chcą na poważnie włączyć się w walkę o europejskie puchary.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!







































Najnowsze komentarze