Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Gdzie swoje mecze rozegra GKS Katowice?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Zakończono rozgrywki w Polskiej Hokej Lidze, jak wiadomo Mistrzem Polski została GieKSa. W mediach trwa podsumowanie sezonu w wykonaniu hokeistów GieKSy i spekulacje na temat miejsca rozgrywania spotkań w Lidze Mistrzów.

Na boiska ligowe wróciły piłkarki. W Wielką Sobotę kobieca drużyna GieKSy pokonała na wyjeździe zespół Olimpii Szczecin 3:1 (1:1). Kolejny mecz piłkarki rozegrają w najbliższą sobotę, w Katowicach z drużyną Śląska Wrocław. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 13:00. Piłkarze ze względu na Święta mają trochę więcej przerwy między meczami – najbliższe rozegrają na wyjeździe, jutro we wtorek (o 20:30) ze Stomilem Olsztyn. Spotkanie będzie transmitowane na kanale Polsat Sport Extra. W rozpoczętym tygodniu piłkarze rozegrają jeszcze jeden ligowy mecz – w najbliższą niedzielę (24 kwietnia o 12:40), wyjazdowe z GKS-em Tychy.

Siatkarze przegrali pierwsze spotkanie w ćwierćfinale PlusLigi z jednym z faworytów rozgrywek drużyną Grupa Azoty ZAKSy Kędzierzyn-Koźle 0:3. Dzisiaj w Spodku o 14:45 drugi mecz, w przypadku zwycięstwa ZAKSy – GieKSa odpada z walki o medale, pozostanie gra o maksymalnie miejsce piąte.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – GieKSa ściga czołówkę. Ważne punkty w Szczecinie

GKS Katowice długo walczyły o komplet punktów w Szczecinie. Na piękną bramkę Jany Kalininy odpowiedziały Nicola Brzęczek, Klaudia Maciążka oraz debiutująca w Ekstralidze Zuzanna Witek i ważne w walce o medale punkty powędrowały na Śląsk.

W pierwszej połowie oba zespoły jakby się badały. Akcje raz po jednej, raz po drugiej stronie boiska. Szybciej swoje szanse wykorzystały piłkarki Olimpii.

W dwudziestej minucie z okolicy dwudziestego metra huknęła Yana Kalinina i dała prowadzenie Olimpii. Gol zdecydowanie „Stadiony Świata”. Chwilę później mogło być 2-0, ale dobrze na linii zachowała się Weronika Klimek, która przeniosła piłkę nad poprzeczką.

Mecz zdecydowanie nabrał tempa. Ten fragment gry lepiej wykorzystały piłkarki ze Śląska. Anita Turkiewicz uderzyła w kierunku Natalii Radkiewicz, ta odbiła piłkę przed siebie. Na jedenasty metr nabiegała Nikola Brzęczek i strzałem po ziemi dała pierwszą bramkę GieKSie. Chwilę później Klaudia Maciążka umieściła piłkę ponownie w bramce, ale sędzia boczna zasygnalizowała pozycję spaloną.

Drugą część spotkania mocno zaczęły przyjezdne. Już w pierwszej minucie drugiej połowy ponownie Brzęczek uderzyła z bliska w kierunku Radkiewicz. Ta jednak dziś robiła, co mogła, by uchronić swój zespół od porażki. Długo ta sztuka się udawała. W 83. minucie rajd z piłką przeprowadziła Klaudia Maciążka, minęła szczecińską bramkarkę.

Warto także odnotować pojawienie się na placu gry Zuzanny Witek w 79. minucie. Debiut młodej piłkarki GieKSy był możliwy po zmianie przepisów, i dopuszczeniu do gry młodzieżowych reprezentantek kraju. Debiut o tyle wyjątkowy, że młoda piłkarka GieKSy po dziesięciu minutach adaptacji na placu gry umieściła piłkę w bramce.

Mecz wyrównany, ale w piłce chodzi o zdobywanie goli, a tych dziś więcej strzeliły piłkarki GKS-u Katowice.

 

24kurier.pl – Porażka Olimpii Szczecin z GKS Katowice

Przez pierwsze dwadzieścia minut spotkania niewiele się działo na boisku. Dopiero po rzucie rożnym w 20. minucie, skutecznym strzałem z powietrza popisała się Yana Kalinina, dla której był to pierwszy mecz w barwach Olimpii. Po tej bramce do głosu doszedł zespół gości. W 31. minucie z piłką w pole karne wbiegła Anita Turkiewicz, która oddała mocny strzał, a skuteczną dobitką popisała się Nikola Brzęczek. Jeszcze przed przerwą dobrą okazję miała Brzęczek, ale jej strzał głową nie trafił w bramkę.

Na początku drugiej połowy do ataku przystąpił zespół GKS-u. Ponownie w polu karnym strzelała Brzęczek, a chwilę później z dystansu próbowała Turkiewicz. W 69. minucie ta sama zawodniczka nieznacznie przestrzeliła z rzutu wolnego. GKS miał inicjatywę i stwarzał sytuacje strzeleckie. W przeciwieństwie do Olimpii, która nie mogła wykreować żadnej okazji bramkowej. W 82. minucie z piłką w pole karne wbiegła Maciążka, która minęła Natalię Radkiewicz i wpakowała piłkę do pustej bramki. Po tym golu Olimpia już się nie podniosła, a goście stworzyli jeszcze kilka okazji bramkowych. Najpierw z dystansu uderzała Vojtkova, a po rzucie rożnym w 90. minucie, wynik meczu ustaliła Zuzanna Witek.

Olimpia ambitnie walczyła przez całe spotkanie, ale po raz kolejny zabrakło jej argumentów piłkarskich. W 2. połowie Olimpia nie stworzyła żadnego zagrożenia pod bramką katowiczanek. Goście po przerwie byli zespołem lepszym i zasłużenie wygrali to spotkanie. W pierwszej połowie w drużynie „Gieksy” wystąpiła Amelia Bińkowska, była zawodniczka Olimpii.

 

sportdziennik.com – Od ściany do ściany

Przy Bukowej muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego defensywa, która jesienią nie straciła gola przez blisko 500 minut, teraz popełnia błędy urągające standardom zawodowego futbolu.

Kibice GieKSy – nie wspominajmy już o hokeju, zostańmy przy samej piłce – miotają się w ostatnich dniach od ściany do ściany. Perspektywa „domowego tryptyku”, czyli konfrontacji przy Bukowej z Polkowicami, Widzewem i Odrą, pozwalała nawet marzyć o włączeniu się na ostatniej prostej do walki o czołową szóstkę i baraże.

Winda zamiast w górę pojechała jednak w dół. Tryptyk przyniósł drużynie 0 punktów, seria 6 meczów bez porażki przeistoczyła się w serię 5 meczów bez zwycięstwa, a trzy z rzędu przegrane w roli gospodarza przytrafiły się GKS-owi pierwszy raz od rundy jesiennej sezonu 2018/19 (z Niecieczą, Garbarnią i Wartą), zakończonego degradacją. Przewaga nad strefą spadkową stopniała do 5 punktów, a w tym sezonie rozegranych zostanie jeszcze 7 kolejek. W nich czarno na białym okaże się, czy GKS zasługuje na utrzymanie, jako że zmierzy się z bezpośrednimi rywalami w walce o ten cel – Stomilem, Puszczą, Jastrzębiem czy mającą dwa „oczka” więcej, ale pozostającą bez wiosennej wygranej Skrą. Czekają go też wyjazdowe derby z imiennikiem z Tychów oraz konfrontacje z walczącymi o awans ŁKS-em i Koroną. Jesienią z tym zestawem przeciwników GieKSa poradziła sobie dobrze. Zdobyła 12 punktów, uległa tylko łodzianom, teraz powtórzenie takiego dorobku na pewno zapewniłoby miejsce w I lidze na kolejny sezon. Dziś ma na koncie 29 „oczek”. Dokładając tuzin, wychodzi 41, a w ostatnich latach do zajęcia 15. pozycji, która teraz jest pierwszą bezpieczną, potrzebnych było kolejno 35, 38, 37, 40 i 35 punktów.

Biorąc pod uwagę to, co działo się od października, GKS przegrywał niemal tylko te mecze, w których tracił gole w sposób skandaliczny, urągający I-ligowym standardom. Wyjątkiem był może tylko zacięty bój z liderem z Legnicy (2:3), w którym pozostał bez punktów mimo dwukrotnego obejmowania prowadzenia. ŁKS? Bezsensowny rzut karny sprokurowany przez Michała Kołodziejskiego. Polkowice? Zbigniew Wojciechowski nie trafiający w piłkę na 6. metrze od własnej bramki. Widzew? Dwa kardynalne błędy Huberta Sadowskiego – najpierw faul w polu karnym, potem nietrafienie w piłkę, którą lobem do siatki posłał Przemysław Kita. Odra? Fatalne zachowanie przy stałych fragmentach gry. Przed pierwszą straconą bramką w wybiciu futbolówki przeszkodzili sobie Wojciechowski i Patryk Szwedzik, przed trzecią – Bartosz Jaroszek i Marcin Urynowicz. Ciekawostką jest fakt, że (dane za portalem footystats) w każdym z tych trzech domowych meczów to GKS wypracowywał wyższy współczynnik „xG” (goli oczekiwanych) od rywali. Statystyki mówią jasno: jeśli nie ma popełnianych prostych indywidualnych błędów, GieKSa w ustawieniu z trójką stoperów jest rywalem, którego pokonać trudno.

Dziś piszemy znów o fatalnej katowickiej defensywie, ale nie zapominajmy, że jesienią w spotkaniach ze Skrą, Puszczą, Jastrzębiem i Koroną – a częściowo także Tychami i ŁKS-em – katowiczanie wyśrubowali świetną serię 483 minut bez straconej bramki. Wtedy optymalnym ustawieniem środka obrony okazali się Grzegorz Janiszewski, Arkadiusz Jędrych i Michał Kołodziejski. Wiosną trójka stoperów wyglądała nieco inaczej. W pięciu meczach obok Janiszewskiego i Jędrycha grał Hubert Sadowski. W domowym tryptyku za każdym razem zestawienie różniło się od poprzedniego. Z Widzewem byli to Bartosz Jaroszek, Jędrych i Sadowski, a z Odrą – Jaroszek, Jędrych i Janiszewski, podczas gdy Sadowski i Kołodziejski siedzieli na ławce. Ta rotacja najwyraźniej zespołowi nie posłużyła, co skłania do ponownej refleksji czy klub postąpił słusznie, nie decydując się w zimowym oknie transferowym na zakontraktowanie środkowego obrońcy.

Zauważmy jeszcze jedno: wszystkie te zespoły, z którymi w tym roku grał GKS, plasują się w czołowej dziesiątce tabeli wiosny, ułożonej za 7 poprzednich kolejek. Najbliżsi rywale – Stomil, Tychy, Skra, Puszcza, Jastrzębie – plasują się w drugiej dziesiątce. To też świadczy o pewnej skali trudności. Tyle o statystykach. Teraz najważniejsze jest to, co wydarzy się we wtorek w Olsztynie. W razie przedłużenia złej serii, otwierający obecnie strefę spadkową Stomil może zredukować stratę do 2 punktów. Dlatego w Katowicach trudno myśleć o świętach. Szkoleniowiec zapowiedział, że tym razem to najbliżsi muszą przyjechać do zawodników, nie odwrotnie. Niedziela – trening, poniedziałek – podróż, a we wtorek wjeżdżamy na ostatnią prostą walki o utrzymanie.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – ZAKSa zgodnie z planem wygrała z GKS-em Katowice

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle zgodnie z planem pokonała GKS Katowice i jest o krok od gry w półfinale. Kędzierzynie kontrolowali mecz od początku do końca, ekipa ze stolicy Górnego Śląska nie miała zbyt wiele do powiedzenia w tym starciu.  Kolejny mecz pomiędzy tymi drużynami zostanie rozegrany w poniedziałek wielkanocny w Katowicach.

[…] Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle – GKS Katowice 3:0 (25:21, 25:12, 25:22)

Stan rywalizacji play-off do dwóch zwycięstw: 1-0 dla ZAKSY

 

polsatsport.pl – ZAKSA pewnie ograła GKS

Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle pokonała GKS Katowice 3:0 w pierwszym meczu ćwierćfinału play-off PlusLigi. Rywalizacja toczy się do dwóch zwycięstw, a spotkanie numer dwa zostanie rozegrane w poniedziałek 18 kwietnia w katowickim Spodku.

Faworyzowani kędzierzynianie efektownie rozpoczęli spotkanie z GKS (6:1). Siatkarze GKS nie poddali się, ruszyli do odrabiania strat i w środkowej części seta złapali punktowy kontakt (11:10). Na krótko jednak, bo gospodarze błyskawicznie odbudowali przewagę (15:11) i utrzymywali ją do końca seta. Zwycięstwo przypieczętował mocnym uderzeniem z lewej strony Aleksander Śliwka (25:21). Kędzierzynianie byli w tej partii skuteczniejsi w ataku, lepiej punktowali blokiem i popełnili mniej błędów od rywali.

Siatkarze ZAKSY udanie rozpoczęli również kolejną odsłonę. Dwie punktowe serie po pięć wygranych akcji (8:2, 13:3) dały im wyraźną zaliczkę. W dalszej części seta siatkarze z Katowic nie mieli wiele do powiedzenia. Gospodarze utrzymywali skuteczność w ataku (w całym secie 78%) i wygrali w dwadzieścia minut. Zamknęli tę część meczu punktowym blokiem (25:12).

W trzeciej partii katowiczanie nie przespali wreszcie początku, uzyskali nawet minimalną zaliczkę (3:4). Siatkarze ZAKSY szybko jednak odskoczyli na kilka punktów (8:5), później popisali się serią czterech wygranych akcji i zrobiło się 14:8. Goście odpowiedzieli dwoma asami serwisowymi Jakuba Jarosza (14:11); nie rezygnowali i walczyli do końca – jeszcze przy stanie 23:21 – gdy kolejnym asem popisał się Jarosz – mieli niewielką stratę. Kędzierzynianie rozegrali jednak końcówkę po swojej myśli i skuteczny atak Śliwki zakończył seta (25:22) i całe spotkanie.

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Podsumowanie sezonu PHL. GieKSiarskie rządy

Polska Hokej Liga obrosła w siłę, ale nadal trzeba pracować nad jej wizerunkiem. Minęły czasy gdy w hokejowej ekstralidze dominowały tylko zespoły z Krakowa i z Tychów. Mamy już kilka klubów, które nie tylko prezentują odpowiedni poziom ligowy, ale z powodzeniem rywalizują w międzynarodowym towarzystwie. JKH GKS Jastrzębie-Zdrój pokazało się z niezłej strony w Lidze Mistrzów, natomiast Cracovia sięgnęła po Puchar Kontynentalny i również wystąpi w eliminacjach LM. Dwa nasze zespoły w elitarnych rozgrywkach!

1. GKS Katowice

Rozsądek działaczy oraz solidność trenerów i zawodników złożyły się na tytuł mistrzowski GKS-u Katowice. Działacze wraz ze szkoleniowcami zbudowali stabilną drużynę, która była najlepsza w sezonie zasadniczym oraz w play offie. Oczywiście, w ciągu tej kilkumiesięcznej rywalizacji przeżywała też turbulencje, ale w kluczowych momentach potrafiła się wznieść na wyżyny. Wahania formy wynikały również z kłopotów covidowych i kontuzji, a to już siła wyższa. „Plamą” na honorze był nieudany występ w półfinale Pucharu Polski i przegrana Energą Toruń 4:5.

Wiele napisano już o „eksportowym” ataku Patryk Wronka – Grzegorz Pasiut – Bartosz Fraszko. Jednak warto zwrócić uwagę na formację Patryk Krężołek – Mateusz Michalski – Mateusz Bepierszcz, która z meczu na mecz dojrzewała i w play offie wszystkich zaskoczyła. Swoje „cegiełki” dołożyli obcokrajowcy, zwłaszcza na finiszu sezonu i ciekawe, którzy z nich zdecydują się na pozostanie w Katowicach. Bramkarz John Murray i defensorzy również zasłużyli na słowa uznania. Teraz przed nimi nie tylko obrona tytułu, ale również występy w Lidze Mistrzów. Krzysztof Pieczyński, radny Katowic, już złożył na ręce prezydenta miasta interpelację, by mecze GKS-u w tych rozgrywkach były w „Spodku”.

 

hokej.net – Ilu kibiców obejrzało mecze finału? Te liczby nie powalają

Za nami finały play-off. Po raz pierwszy od 52 lat tytuł trafił w ręce GKS-u Katowice, który już po czterech meczach uporał się z Re-Plast Unią Oświęcim. Sprawdziliśmy, ilu kibiców obejrzało te starcia na antenie TVP Sport.

[…] Ligowe i pucharowe zmagania przyciągają przed telewizory znacznie mniejszą publikę. Mecz o Superpuchar Polski pomiędzy Re-Plast Unią Oświęcim a JKH GKS-em Jastrzębie (1:3) obejrzało średnio 20 tysięcy widzów, a „w piku” 45 tysięcy.

Nieco lepiej wyglądało to w Turnieju Finałowym Pucharu Polski. Średnia oglądalność meczów półfinałowych pomiędzy GKS-em Katowice a KH Energą Toruń oraz Re-Plast Unii Oświęcim z Comarch Cracovią nie przekroczyła 50 tysięcy widzów. Mecz finałowy obejrzało średnio 85 tysięcy widzów. W szczycie ta liczba wyglądała jeszcze okazalej, bo przekroczyła 120 tysięcy kibiców.

Wydawało się, że mecze finału play-off będą miały przynajmniej podobną widownie. Nic bardziej mylnego. Te konfrontacje śledziło średnio od 20 do 40 tysięcy kibiców. W „piku” ta liczba wynosiła od 50 do 70 tysięcy.

 

Tkacz o rywalizacji finałowej. „Różnica w przygotowaniu fizycznym między tymi zespołami była olbrzymia”

Andrzej Tkacz pamięta tytuł mistrzowski zdobyty przez GKS Katowice 52 lata temu. Były znakomity bramkarz, który w 1976 roku zatrzymał ZSRR, ocenił tegoroczną finałową rywalizację GieKSy z Re-Plast Unią Oświęcim.

Jego zdaniem, podopieczni Jacka Płachty w pełni zasłużyli na tytuł mistrzowski.

– Nie przypuszczałem tylko, że GKS poradzi sobie tak łatwo z Unią w finałach. Tyle, że wszystko stało się jasne już po pierwszym meczu. Różnica w przygotowaniu fizycznym między tymi zespołami była olbrzymia. Katowice były przygotowane bardzo dobrze, a o Unii nie można tego powiedzieć. Byli wolniejsi, mniej wytrzymali… Gdzieś popełnili błąd. Momentami było widać, że wiedzą, co chcą grać, ale nie starczało im na to sił – ocenił Andrzej Tkacz w rozmowie z oficjalną stroną GKS-u Katowice.

Katowiczanie w półfinale po siedmiomeczowym boju pokonali GKS Tychy 4:3. Ten bój przez wielu kibiców i ekspertów był określany mianem przedwczesnego finału.

– Czy ja wiem? Niekoniecznie. To Unia była przecież druga w sezonie zasadniczym. Różnica była taka, że Tychy dorównywały GKS-owi pod względem fizycznym. Do tego nie mieli w tych półfinałach nic do stracenia. Z kolei Katowice grały pod presją. Musieli sobie prowadzić z rolą faworyta. I dali radę – wyjaśnił „Bocian”.

Zdaniem Andrzeja Tkacza GKS Katowice osiągnął cel, bo miał w swoim składzie najlepszych polskich zawodników. Dających rzecz jasna sporo jakości.

– Wiadomo, że dobrze spisywał się pierwszy atak Wronka-Pasiut-Fraszko. Ale pod koniec sezonu Krężołek-Michalski-Bepierszcz w niczym nie ustępowali. Dobrze spisywał się też atak obcokrajowców. Po prostu wszystko się zgrało. Dla mnie to efekt przemyślanej pracy, która na pewno kosztowała sporo wysiłku. Trzeba to docenić i pogratulować. GKS był najlepszy jako drużyna – analizował mistrz Polski z 1970 roku

Dodał też, że swoje w bramce zrobił też John Murray, który był jednym z architektów tego sukcesu.

– Tychy mają czego żałować (śmiech). Zawsze przecież bronił dobrze w lidze i reprezentacji. GKS zrobił dobrze, że po niego sięgnął – zakończył.

 

Mistrzostwo GieKSy to dobra wiadomość dla polskiego hokeja

Teza: GKS Katowice zdobył mistrzostwo Polski w hokeju na lodzie i – obiektywnie rzecz biorąc – bardzo dobrze! To dobra wiadomość dla hokeja na lodzie w Polsce. Poniżej argumenty.

To nie będzie nostalgiczny tekst o klubie z hokejowego miasta, który po 52 latach znów mógł się cieszyć z mistrzowskiego tytułu. To nie będzie wzruszająca opowieść o kibicach, którzy wiele musieli wycierpieć, by 8 kwietnia upić się do niepamięci pod Spodkiem lub – jak wytrwalsi – na ul. Mariackiej w Katowicach. To będzie sucha, chłodna argumentacja, tłumacząca, dlaczego dobrze się stało, że GKS Katowice został mistrzem Polski w hokeju na lodzie.

1. Budowa, a nie reakcjonizm

GKS Katowice budował solidny zespół od lat. Poszczególni hokeiści grają ze sobą kolejny sezon, znają się świetnie na tafli, ale też poza nią. Łączyły ich nie tylko nietuzinkowe umiejętności, ale też głód zwycięstwa. Przeanalizujmy, kiedy ostatnio poszczególni zawodnicy, których uznaję za trzon drużyny, odnosili triumfy w hokeju klubowym. Grzegorz Pasiut – ostatnie mistrzostwo kraju sześć lat temu, później dwa tytuły na Białorusi, ale po nich jedynie brązowe medale w Polsce. Maciej Kruczek i Patryk Wajda – pięć lat bez tytułu mistrzowskiego. Patryk Krężołek, Bartosz Fraszko, Patryk Wronka, Mateusz Michalski – oczekiwanie na pierwszy tytuł w karierze. Od kilku sezonów kadra GieKSy jest stabilna i oparta na solidnych fundamentach. Jakże to inne niż skład finałowych oponentów, którzy w trakcie samego sezonu 2021/22 wymienili sześciu zawodników. Jakże to inne niż kazus Cracovii, która szóstkę graczy zdążyła zakontraktować w ostatnim dniu okienka transferowego.

2. Trener

Dyrektor hokejowej sekcji, Roch Bogłowski, od dawna wiedział, że chce, by to Jacek Płachta poprowadził GKS Katowice do sukcesów. Sam szkoleniowiec też od kilku sezonów dokonywał przymiarek do powrotu nad Wisłę, ale jak w każdym dobrym filmie o miłości – zakochani nie mogli się spotkać, mijali się równoległymi uliczkami, siadali w tych samych knajpach, ale plecami do siebie, aż w końcu trafili w swoje objęcia.

Płachta od początku swojej pracy narzucił dużą dyscyplinę taktyczną, której brakowało GieKSie w czasach Toma Coolena, prezentował pomysły wykorzystania potencjału swoich zawodników, czego nie robili Sarnik i Parfionow, obrał słuszną drogę dopasowaną do grupy ludzi, których w Katowicach zastał – sztuka obca Risto Dufvie. Zresztą, mówi się, że Płachta miał duży wpływ na kształt swojej kadry i to kolejny „plus” dopisany do punktu pierwszego. Sam miał zdecydować, że pierwszym bramkarzem ma być John Murray. Osobiście dzwonił i namawiał na grę w Katowicach Carla Hudsona. Podjął trudną decyzję o rezygnacji z Filipa Starzyńskiego, choć ten był ulubieńcem kibiców. Szybko ułożył sobie ataki i pary obrońców i nawet kiedy dokonywał zmian, to bardzo świadomie, a konsekwencja w personalnych wyborach musiała robić wrażenie. Płachta udowodnił, że jest fachowcem, zna się na robocie i kiedy da mu się zaufanie, potrafi spłacić kredyt mimo rosnących stóp procentowych.

3. Bramkarz

Skoro o Murrayu mowa. GKS mógł sięgnąć po Antona Svenssona, mógł postawić na kolejnego zagranicznego bramkarza pokroju Owena, Rahma czy Šimbocha. Ostatecznie wybrał dobrze znanego, choć bardzo niedocenianego, Johna Murraya. W Katowicach doskonale wykorzystali niezrozumiałe ruchy kadrowe za miedzą, zagrali va banque i na koniec dnia wypili szampana zwycięzców. „Jasiu Murarz” przez lata udowodnił, że ma patent na tytuły mistrzowskie w Polskiej Hokej Lidze. Tych nie zdobył tylko w sezonach, kiedy grał w Opolu (14/15 i 16/17) lub kiedy trenerzy nie byli w stanie mu zaufać w najważniejszych meczach play-offów (2020/21).

Gracz wielce niedoceniany, bo sylwetka małosportowa, bo bywa leniwy i zdarza mu się wyczyniać w bramce głupoty, ale od lat, kiedy przychodzą najważniejsze mecze, nie zawodzi. Jeszcze w trakcie sezonu zasadniczego, choć wykręcał najlepsze statystyki, znajomi kibice GieKSy kręcili nosem i narzekali. Uspokajałem, że wartość Murraya pokażą dopiero play offy. Biła od niego chęć udowodnienia, że jest numerem jeden w Polsce, a w samym finale potrafił nawet zagrać z czystym kontem.

4. Transfery

W Katowicach nie było nieprzemyślanych i nerwowych ruchów. Nie było też nieudanych transferów i wzmocnień wyplutych przez wyszukiwarkę zawodników. O tym, że Płachta chciał Hudsona i Murraya – już pisałem. Mogła GieKSa sięgnąć po tańszych w utrzymaniu zawodników z Rosji i Białorusi, ale jednak wiedzieli w Katowicach, że potrzebują Patryka Wronki i Jakuba Wanackiego, którym w poprzednich klubach nie stworzono optymalnych warunków do pracy. Umiejętnie Roch Bogłowski wykorzystywał szanse w postaci rozwiązania Stoczniowca (Mateusz Rompkowski) i braku play-offów w Nowym Targu (Marcin Kolusz, Filip Wielkiewicz).

Anthon Eriksson był strzałem w dziesiątkę: na lodzie walczył, jak gdyby urodził się po to, by wygrywać dla Katowic. Nie sposób zliczyć, ile ważnych trafień w newralgicznych momentach zdobył rosły Szwed. Mattias Lehtonen – sprowadzić jego wielkość do decydującego podania w dogrywce siódmego meczu półfinałowego to redaktorskie przestępstwo, ale co tam – wspomnijmy o tej bramce i o tym, jak prezentował się ten zawodnik w formacjach specjalnych: zarówno w tercji własnej, jak i pod bramką osłabionego liczebnie przeciwnika. Nawet Miro-Pekka Saarrelainen, pomimo kontuzji i braku fajerwerków, w play-offach zdobywał ważne gole, szczególnie w przewagach, w których potrafił wykorzystać jego talenty Jacek Płachta. O Joonie Monto nie zapomniałem – może statystycy tak, ale w hokeju najpiękniejsze jest to, co niewidoczne w punktacji kanadyjskiej i klasyfikacji plus/minus.

5. Młodzi

Igor Smal, Piotr Ciepielewski, Jakub Prokurat i spółka. Oczywiście, im dalej w sezon, tym mniej grali i mniej szans otrzymywali, ale Jacek Płachta pozwolił nam poznać w tym sezonie nowe twarze tych, których znaliśmy i oblicza tych, których poznać jeszcze nie mieliśmy okazji. Dorzućmy jeszcze Szymona Mularczyka, kilka meczów Macieja Miarki i występy Davida Lebka. GKS miał w swojej kadrze młodzież, której ufał nawet w meczach decydujących, młodzież, w której widać olbrzymi potencjał i młodzież, od której za sezon lub dwa powinniśmy oczekiwać solidnych liczb w PHL. Nie ma nic lepszego niż nauka od Patryka Wronki, Grzegorza Pasiuta czy Macieja Kruczka. W Katowicach udowodnili, że można rozwijać młodych hokeistów, jednocześnie zdobywając tytuł mistrzowski.

Kończąc już tę (pewnie zbyt długą) argumentację: w mojej opinii dobrze się stało, że GKS Katowice sięgnął po tytuł mistrza Polski 2022. Bo kolejny rok z rzędu zwyciężyła drużyna, która skład budowała, a nie sklejała na rympał. Kolejny rok z rzędu zwyciężył zespół, mający w swoich szeregach siłę reprezentacji Polski. Mistrzem został klub, który miał trenera wiedzącego, co robi, a nie błądzącego po omacku i na chybił trafił. Triumfowała ekipa z perspektywicznymi młodymi Polakami w składzie. Wygrała drużyna, która wprowadziła do Polskiej Hokej Ligi zagranicznych graczy podnoszących poziom rozgrywek, pokazujących charakter i serce do gry. Mistrzostwo powędrowało do klubu, który choć potykał się w ostatnich sezonach, to kroczył raczej ścieżką rozwagi i potrafił wyciągać wnioski z odbytych lekcji. Dlatego z perspektywy polskiego hokeja dobrze się stało, że GieKSa zrobiła „majstra”.

 

HLM. Gdzie swoje mecze rozegra GKS Katowice?

Hokeiści GKS-u Katowice w przyszłym sezonie będą reprezentowali nasz kraj w rozgrywkach Hokejowej Ligi Mistrzów. Już dziś rodzi się pytanie, na jakim obiekcie swoje mecze będą rozgrywać podopieczni Jacka Płachty? Jakie lokalizacje są obecnie rozpatrywane? Wiemy już coś na ten temat.

Pewne jest to, że GieKSa nie rozegra swoich meczów w „Satelicie”. Ten obiekt najlepsze lata ma już za sobą i nie spełnia warunków, których wymagają działacze CHL. Poza tym często mrożony jest dopiero w… październiku. W grę nie wchodzi też „Jantor”, z uwagi na małą pojemność oraz brak stref dla kibiców gości.

Nic więc dziwnego, że Krzysztof Pieczyński, radny miasta Katowice, złożył interpelacje, aby mecze Hokejowej Ligi Mistrzów były rozgrywane w „Spodku”. To miałoby nadać temu wydarzeniu odpowiedniej rangi.

Sęk w tym, że ta historyczna dla polskiego sportu hala nie posiada aparatury do mrożenia lodu. Koszty zakupienia tych elementów są wysokie, ale tu sporo będzie zależeć od operatywności działaczy, władz miasta oraz przedstawicieli spółki zarządzającej obiektem. Poza tym terminy fazy grupowej mogą kolidować z Targami B2 Energy, które są poświęcone przemysłowi energetycznemu, hutniczemu i górnictwu.

Odopowiednich urządzeń mrożących ani nowoczesnych band nie posiada też Arena Gliwice, która jest najnowocześniejszym obiektem na Śląsku. To daje mniejsze pole manewru, choć w obwodzie jest też krakowska Tauron Arena. Trzeba również pamiętać, że w Hokejowej Lidze Mistrzów zagrać mają też zawodnicy Comarch Cracovii.

Ustaliliśmy też, że działacze GieKSy rozważają rozgrywanie spotkań CHL w… Ostrawie, a konkretnie w Ostravar Arénie, w której występuje na co dzień czeski ekstraligowiec HC Vitkovice Ridera.

Ten obiekt został zmodernizowany 18 lat temu i może pomieścić 9 tysięcy widzów. Dodajmy też, że dwukrotnie był on areną hokejowych mistrzostw świata Elity (2004, 2015).

Warto też pamiętać, że kibice GKS-u Katowice i Banika Ostrawa są ze sobą zaprzyjaźnieni. Nie da się więc ukryć, że mecze na tym terenie byłyby szczególne dla obu fanów obu klubów.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Gra o finał to wielka duma

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać.  Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.

 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga