Felietony
Jeszcze chwila odpoczynku… i do roboty!
Do rozpoczęcia ligowego (i oby pucharowego) maratonu pozostało nieco ponad trzy tygodnie. Już 25 lipca zmierzymy się z pierwszym rywalem w Pucharze Polski – na ten moment nie wiadomo jeszcze, czy będzie to Stal Mielec czy Rozwój Katowice. Zdania wśród kibiców są podzielone – jedni chcieliby zmierzyć się z dawnym ekstraklasowym rywalem z Mielca, inni preferowaliby derby Katowic na otwarcie sezonu. Po tym pucharowym wstępie przyjdą nam dwa mecze ligowe u siebie – z Wigrami Suwałki oraz elektryzujący wszystkich pojedynek z Zagłębiem Sosnowiec.
Jakiś czas temu napisałem felieton o optymizmie przedsezonowym. Ani trochę się ten mój optymizm nie zmniejsza, nawet mimo przegranych dwóch sparingów. W tym momencie przekonuje mnie argument, że „sparingi rządzą się swoimi prawami”. Nawet choćby GKS grał w nich fatalnie, to jednak początek ligi zweryfikuje wszystko.
Po raz kolejny pozbyto się osób, które nie pasowały – dyplomatycznie mówiąc – do charakterystyki takiego klubu jak GKS Katowice. Ktoś może powiedzieć, że rok temu było dokładnie tak samo. To prawda, ale czy to oznacza, że już w nic nie mamy wierzyć? Faktem jest, że czystka rok temu nie była kompletna, a teraz – naprawdę można budować coś od nowa. Do tego sukcesywnie pozyskujemy zawodników, którzy prezentują pewną klasę. Zgoda, nie są to może wirtuozi, ale na pewno nie są słabi. Rok temu też wydawało się, że transfery są mocne – a okazały się kapą. Drugi raz to nie ma prawa się powtórzyć!
To musi być bardzo trudne dla kibiców GKS, aby rok w rok budować nadzieję i optymizm od nowa. Przecież to będzie nasz dziewiąty sezon na zapleczu ekstraklasy. Dziewięć lat w tym samym miejscu! Dla porównania jedynie dla Dolcanu ten okres ciągnie się podobnie długo, bo rozpoczynać będą ósmy sezon w pierwszej lidze, Sandecja – siódmy, Olimpia i Arka – piąty, a cała reszta jeszcze krócej jest na zapleczu ekstraklasy. Ten marazm od wielu lat jest tym bardziej uwidoczniony przez kontekst – oto po raz kolejny wracają do naszej ligi Bełchatów, Zawisza (z góry), Kluczbork ( z dołu), nie mówiąc chociażby o tym, że goliliśmy taki Śląsk Wrocław przy Bukowej, a ten potem zdobywał mistrzostwo Polski, a i tak ten mistrz to już dawna sprawa… Pierwsza liga jest dla nas już po prostu tak nieprawdopodobnie… nudna, że ciężko się motywować na piętnasty mecz z Dolcanem czy trzynasty z Sandecją. My jako redakcja te stadiony znamy już jak własną kieszeń i mamy wrażenie, że jesteśmy tam co chwilę. To naprawdę się w pewnym momencie nuży.
Tym razem będzie inaczej. Przemawia za tym wszystko – pozbycie się starych zawodników, pozyskanie nowych i dobry trener. Dodatkowo pocieszające jest to, że sezon rozpoczynamy ze stratą zera punktów do lidera! Dla osób, które nie zrozumiały, tłumaczę, że to taki żart, choć oparty na prawdzie. Ciekawie mamy ułożony kalendarz, podejmując średnich rywali u siebie (choć Zagłębie jest pewną niewiadomą, nawet niezależnie od sparingu). Jeśli udałoby się fajnie wejść w sezon, czytaj: wyeliminować Stal lub Rozwój, a potem zapunktować solidnie u siebie, wówczas na pierwszy mecz z bardziej liczącą się drużyną, czyli Arką Gdynia, udawalibyśmy się w mega mobilizacji. Oczywiście to wszystko jest takie życzeniowe, a też i wygrywać wszystkiego się nie da. Ale takie wygrane na początek są realne i musimy do tego razem z zespołem dążyć.
Lipiec to dla wielu osób okres urlopu i wakacji. Przed nami bardzo ciężka praca w budowaniu nowej Wielkiej GieKSy. Dlatego też korzystajcie z uroków lata, ładujcie akumulatory, odpoczywajcie, tak żeby ze zdwojoną siłą wejść w nowy sezon. Nie możemy sobie pozwolić na odpuszczanie, na niską frekwencję. Jesteśmy częścią tego klubu i to od nas wiele zależy.
Powiem szczerze, że nieraz sam miałem dysonans i pewne opory związane z kwestią dopingu na meczach. Ciągle na forum były dyskusje o tym, że doping niezależnie od gry musi być, bo przecież nie dopingujemy piłkarzy tylko klub. Abstrahując od tego, że takie tłumaczenie do mnie nie za bardzo trafia, to teraz po prostu nie ma w kadrze zawodników, którzy na doping nie zasługują. Nie ma żadnych powodów, żeby w ogóle się zastanawiać nad tym.
Trzeba po prostu wspierać klub i drużynę od samego początku. Niech taki Bębenek, Trochim czy Burkhardt szybko zobaczą, że gra w GieKSie to nie jest coś takiego jak Sandecja czy Wisła Płock lub Łęczna. Oni muszą nabrać przyjemność z grania dla takich trybun.
Bycie kibicem to nie tylko przyjemność, ale też odpowiedzialność. To my wiele rzeczy wokół klubu kreujemy, zarówno pozytywnie, jak – i tak się zdarza – negatywnie. Negatywne jest choćby to odpuszczanie frekwencji. Nie możemy na to pozwolić, bo zespół startuje od zera. Zarówno punktowego i – teraz to można śmiało napisać – z czystą kartą.
Miejmy nadzieję, że ta karta zapełni się awansem. A teraz chwila odpoczynku, zasłużony urlop i my jako redakcja GieKSa.pl od nowego sezonu dalej będziemy tak zapier… dla Was, jak zawsze 🙂
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.


mobil
3 lipca 2015 at 12:34
Shellu-widzę że ”sabotażysty” nie znalazłeś GKS nadal przegrywa.Liga też rządzi się swoimi prawami w walce o punkty.Klub pod względem sportowym ”leży na łopatkach”,trzeba kogoś żeby to ogarnął i nic na siłę.
Shellu
3 lipca 2015 at 12:39
Na razie to są tylko sparingi. Poza tym nawet jesli GKS bedzie przegrywal to ba ten moment szatnia jest oczyszczona. Przede wszystkim nie ma Petiego i herszta Pitrego. Mozna spokojnie budowac nowa ekipe. Z jakim efektem? Zobaczymy.
michał
3 lipca 2015 at 13:06
a co z kolejnymi transferami to już zamknieta kadra?
Irishman
3 lipca 2015 at 14:51
Szczerze powiem teraz podchodzę ze znacznie większym optymizmem do nadchodzącego sezonu!
Rok temu:
– leczyliśmy jeszcze kaca po katastrofalnej rundzie wiosennej,
– rozdrażnieni tym napieprzaliśmy na siebie nawzajem,
– nadal współpracowaliśmy z przegranym trenerem, który wywiesił białą flagę, tyle że nie została ona podjęta,
– byliśmy z jednej strony po rewolucji na kluczowych pozycjach w drużynie (wraz z niekwestionowanym liderem na bramce), a z drugiej strony nie do końca wyczyszczoną szatnię,
– mieliśmy jak zwykle problemy z licencją.
Teraz:
– jesteśmy po niezłych końcowych meczach rundy wiosennej, które mogą budzić jakiś tam niewielki optymizm,
– mamy na ławce trenera, który jakiś tam poziom gwarantuje,
– odeszli raczej rezerwowi i to m.in. ci, którzy powinni już dawno odejść, a trzon drużyny się ostał,
– doszli moim zdaniem znacznie lepsi piłkarze niż wcześniej, a jak widzę ich zaangażowanie w sparingach to jestem tego pewien. Zagadką jest dla mnie tylko Burkhart ale czytając opinię o nim kibiców drużyn, w których grał wydaje mi się, że będzie OK;
– mamy nowego, ambitnego dyrektora i moim zdaniem znacznie bardziej nastawiony na awans Zarząd,
– mamy znowu o kilka milionów mniej długów i nie mamy pierwszy raz od kilku lat wolną rękę co do transferów ze strony PZPN.
Reasumując – W KOŃCU MUSI BYĆ K…. DOBRZE!!!!!!!!!!
Karlik
4 lipca 2015 at 11:31
Tak tak zaraz będzie awans z pierwszego miejsca. Z całym szacunkiem dla Piekarczyka i jego sukcesów trenerskich lat 90 tych. Na dzień dzisiejszy jego technika pracy jest przestarzała. Nie pompujcie balonów bo awansu nie będzie w tym sezonie a i w następnym też bym na to nie liczył. Ryba psuje się od góry i dopóki prezesem będzie marionetka grupy „rządzącej” kibiców,plus dyrektor sportowy który ma stać na straży żeby się marionetka przypadkiem nie rozmyśliła z uległości wobec grupy kibiców(kiedyś nimi byli). To awansu nie będzie nigdy i przykro to pisać. Mało to. Za rok, dwa jak nie wcześniej zostaniemy zdeklasowani przez Rozwój. Wspomnicie moje słowa, że klub ze Zgody prędzej znajdzie sponsora strategicznego na miarę 1 ligi niż wizytówka Katowic.
Panowie Shellu i spółka. W imię GKS Katowice. Bądźcie znowu kibicami i tylko kibicami. Zarobiliście już dość kasy na boku. Myślę, że już wam wystarczy siedzenia na garnuszku sponsora czyli miasta Katowice którego jesteście mieszkańcami maksymalnie od dwóch pokoleń.
kibic
5 lipca 2015 at 16:04
Do Karlik wreszcie ktos tu powiedzial prawde jak jest w klubie im nie zalezy na awansie tylko na pieniadzach z miasta w ekstraklasie finanse musza byc jawne i latwiej im bylo im w tedy patrzec na rece trzeba pogonic ta bande jesli sama niechce odejsc
mobil
6 lipca 2015 at 11:29
Karlik-W pełni się zgadzam-”shellu i s-ka na trenera” wszystko wiedzący i znający się na wszystkim.po zapewnieniu utrzymania że zmiana trenera i oparciu składu na kilku nieudacznikach (grając piach-pewny plac) po stracie kilku punktów na siłę szuka się przyczyn takiego stanu rzeczy tzw ”seryjnego sabotażysty”-mimo wszystko niby odbudowana ekipa popełnia te same błędy:trzeba wyciągnąć wnioski.W brew powszechnej opinii to właśnie prezes jest najmocniejszym ogniwem w tej układance-zgoda otoczył się ludźmi nieodpowiedzialnymi i nieudolnymi(tzw ”rządy z tylnego siedzenia),ale jak na razie zapewnia pewny byt-finanse i klub wychodzi na prostą,ale pod względem sportowym klub znajduje się tzw 'dupie węża”.Potencjał był (zaprzepaszczony) wystarczyło głównie wzmocnić ”środek boiska” jak w defensywie tak i ofensywie.Za dużo jest znawców i doradców w otoczeniu drużyny, a odpowiedzialność za niepowodzenia zrzuca się na innych-nie winnych, przynajmniej trzeba mieć przysłowiowe ”jaja” i przyjąć odpowiedzialność na siebie (”klatę”).
Kris
9 lipca 2015 at 00:30
:)Mnie to bawi, a raczej irytuje. Tyle lat chodziłem i kibicowałem. Ale nie jestem w stanie teraz, w dodatku gdy mam dwóch potomków i im przekazywać… Co to jest??? Klub „zarządzany” przez kibiców??? Normalne jaja. Stary!!! Co Ty piszesz??? Doping dla klubu, a nie dla piłkarzy??? A co to jest ten „klub”??? WY k s-ka??? W głowach Wam się p…ło!!! Sekta jakaś? Herszt Pitry??? A co Ty masz do oceniania w taki sposób? Ty zatrudniasz Pracownikow czyli piłkarzy? Ty jesteś szefem czyli prezesem lub trenerem??? No może jeszcze do mnie do Firmy przyjdzie Klient i powie, że tego i tego pracownika mam zwolnic bo mu nie pasuje???… Hehehe. Ech, i to jest właśnie gIEKSA dziś. Przez małe g… A g… to też początek innego wyrazu niestety. Na tą chwilę to synonim nazwy n(w)aszego „klubu”…