Piłka nożna
[KONFERENCJA] Marzec: „Stadion mniej realny niż utrzymanie”
W konferencji ze strony gości brał udział trener Dariusz Marzec oraz strzelec dwóch bramek Olaf Kobacki, natomiast GieKSę reprezentował wspólnie z trenerem Rafałem Górakiem obrońca Michał Kołodziejski.
Dariusz Marzec: Przyjechaliśmy tutaj dzisiaj, żeby zdobyć trzy punkty, bardzo nam na tym zależało i udało się. Poprzedni mecz z GKSem Tychy zagraliśmy naprawdę bardzo dobry, pomimo to zeszliśmy pokonani. Dzisiaj może nie był to porywający mecz, natomiast najważniejsze to było zdobyć dzisiaj trzy punkty. Te punkty mamy, także dziękuje zespołowi za pracę, którą dzisiaj wykonali.
Olaf Kobacki: W porównaniu do meczu z Tychami to na pewno nie zabrakło skuteczności. Z Tychami nie umieliśmy strzelić bramki przy dużej ilości okazji, a dzisiaj udało się wpakować cztery.
Pytanie do trenera Arki: Czy był trener zaskoczony tym, że GKS oddał całkowicie pole? Bo wy rozgrywaliście piłkę i mieliście inicjatywę, tak jakby GKS czekał, a mogło to być zaskoczenie na tym terenie.
Marzec: Muszę powiedzieć, że jeśli popatrzymy na nasze statystyki, to mamy bardzo dobre liczby, jeśli chodzi o posiadanie. To jest dla nas chleb powszedni, że jednak atakujemy, a nadziewamy się na kontry. Widzieliśmy w dzisiejszym meczu, że początek gdzie dominowaliśmy cały czas, dostaliśmy bramkę praktycznie z niczego i wkradła się ta nerwowość. Więc raczej większość zespołów tak z nami gra. Jak ktoś gra grę otwartą, to bardzo tego chcemy i wtedy mecze wyglądają jeszcze lepiej.
Chciałbym jeszcze coś powiedzieć… Trzymam kciuki, żeby GieKSa punktowała. Niedługo, ale trochę czasu tu spędziłem i to były dobre chwile. Więc będę trzymał naprawdę kciuki i mam nadzieję, że wszystko będzie szło dobrze. Wiem, że cały czas walczycie o stadion. Może to jest mniej realne niż to, że się utrzymacie. Dziękuję bardzo.
Rafał Górak: Dobry wieczór. Nie łatwo jest skomentować, kiedy twoja drużyna traci na swoim boisku 4 bramki. To nigdy nie jest proste dla trenera i proszę uwierzyć, że tych myśli są miliony. Ale trzeba wszystko bardzo mocno uporządkować w głowie i to szybko, bo to jest najważniejsze przede wszystkim dla mojej drużyny. Drużyny, która musi poczuć wsparcie, a jednocześnie zdać sobie sprawę z własnych niedoskonałości. Przegraliśmy dzisiaj na pewno z zespołem lepszym i to jest fakt. My zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy dzisiaj jeszcze zespołem tak mocnym, jakim jest Arka Gdynia, natomiast rzeczywiście 4 bramki stracone na własnym boisku, to nie wiadomo co by się zrobiło, to o 5:4 na pewno ciężko. Moi zawodnicy muszą, tak najnormalniej w świecie zejść na ziemię, z tego tylko względu, żeby zdać sobie sprawę, że ta liga weryfikuje nas bardzo mocno. Płacimy bardzo mocną cenę za naukę. Obyśmy tę naukę zdobywali i potrafili przełożyć na następne dni treningowe, bo ich jest mało, bo w poniedziałek kolejny mecz. Ale mam nadzieję, że niejednokrotnie w szatni w rozgrywkach przez te dwa ostatnie lata widziałem ogromny charakter i ogromną pokorę, także wydaje mi się, że z głową spuszczoną na dół dzisiaj i jutro musimy wrócić do szatni i wrócić na Bukową podnieść się po tej porażce, po tych meczach, w których bramek padło dużo i zdać sobie sprawę po prostu z zadania, które mamy do wykonania. Wiadomo, jakie ono jest. Chcemy się zweryfikować, bardzo mocno pracować nad tym, aby pierwszą ligę w Katowicach utrzymać. Dziękuję.
Michał Kołodziejski: Dobry wieczór. Bardzo ciężko pozbierać się po takim meczu, ale niestety nie ma czasu i pozbierać się musimy jak najszybciej. W piłce jak i w życiu czasami są bardzo trudne momenty. My taki bardzo ciężki moment przechodzimy teraz, ale wierzę w siebie, wierzę w drużynę. Pokornie z głową podniesioną musimy zacząć myśleć o następnym meczu. Tak, jak powiedziałem, wierzę w nas, wierzę w siebie i pokornie pracując damy radę i wyjdziemy z tego ciężkiego kryzysu.
Pytanie do trenera: Zaczęliście dzisiaj trochę jak nie wy. To nie był wasz dzień. Ten mecz upływał, a na końcu się wydawało, że to wy możecie przechylić szalę na swoją stronę. Może wy próbujecie grać zbyt ładnie, zbyt otwarcie?
Górak: To są kwestie trudne do nazwania. Może próbujemy grać zbyt ładnie, ale na początku mówimy, że musieliśmy oddać inicjatywę Arce. Tak jak mówiłem, my sobie zdawaliśmy sprawę z wysokości zadania, jakie dzisiaj nas czeka na meczu z Arką i to był fakt, natomiast ciężko się ustosunkować do tego, że my chcemy grać zbyt ładnie. My chcemy grać po prostu piłkę zdefiniowaną, piłkę taką, która będzie dawała odpowiedź na pytanie dlaczego wygraliśmy, dlaczego przegraliśmy. I dzisiaj na pewno po tej analizie nocnej taką odpowiedź, dlaczego przegraliśmy, będziemy mieć. To nic nie zmienia w postaci rzeczy, że rzeczywiście przechodzimy trudny moment, bo obojętnie co by się nie działo to najważniejszy jest wynik końcowy. Jest on dla nas niekorzystny i w tym momencie trzeba brać się ostro do pracy, a nie lamentować.
Pytanie z sali: Był pomysł wystawić tę samą czwórkę obrońców co na Widzewie?
Górak: Ja nie planowałem przed sezonem, że po ośmiu meczach będziemy grali tą samą czwórką obrońców. Jesteśmy beniaminkiem tej ligi, ja sobie zdawałem sprawę, że będziemy popełniać wiele błędów, że będziemy naprawdę obrywać. Nie spodziewałem się na pewno, że będziemy tracić tak dużo bramek, także ta rotacja na niektórych pozycjach wydaje mi się, że absolutnie nie zaburza nam nic. Ci ludzie się weryfikują, mają szansę na to i w pewnym momencie będzie czas podsumowań mojej pracy w pierwszej lidze z nimi i ich pracy jako zawodników w pierwszej lidze. Tutaj kwestia doboru personalnego i tych rzeczy, że rotujemy i tak dalej wydaje się, że są równi i znają się i mogą grać w różnych ustawieniach i to nie powinno być przyczyną straty aż tak wielu bramek. Arek mógł dzisiaj zagrać. Ja po dogłębnej analizie meczu z Widzewem byłem zadowolony z postawy Michała i Grześka i postanowiłem kontynuować grę tą dwójką środkowych obrońców
Pytanie z sali: Najczęściej bramki są strzelane, ze środka pola karnego.
Górak: Tracimy bramki dużo za łatwo i to jest fakt. My wykonujemy ogrom pracy, żeby stworzyć sytuacje, aby tych sytuacji było dużo, ich jest dużo i te bramki strzelamy natomiast w działaniach tej ostatniej kropki nad i w działaniach obronnych cierpimy na gapiostwo, na brak interwencji skutecznej i to jest problem, że tych bramek tracimy za dużo. To nie jest łatwe. Trzeba mieć mocny mental i do następnego meczu podejść z takim przeczuciem, że dzisiaj to po prostu już się nie wydarzy.
Pytanie z sali: Co z Gierachem i Sadowskim?
Górak: To jest normalna rywalizacja w zespole. Oboje są do mojej dyspozycji.
Pytanie z sali: Jak duże teraz jest wyzwanie dla GieKSy, żeby nie zwariować, tylko się trzymać tego systemu i wierzyć, że to w końcu zacznie przynosić efekty. Tak jak to było w zeszłym sezonie w Piaście Gliwice.
Górak: Trener Fornalik wie, co mówi, bo już jest lata w Piaście, jest fenomenalnym trenerem klubowym i rzeczywiście, jeśli chciałoby się kogoś słuchać, to ja wielokrotnie słucham jego słów i tą drogą zamierzam też podążać. Nie będę wariował, nie będę przewracał krzeseł ani ścian, nie będę klął i mówił, że wszystko to fart, tylko będę ciężko pracował i wiem, że z tymi chłopakami, których mam w szatni wstaniemy z tego miejsca i będziemy punktować.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.


Roh
16 września 2021 at 23:29
Kurwa jakie ten facet farmazony pierdoli to sie w glowie nie miesci. Ciekawe jak mu sie te miliony mysli w jego glowie mieszczą. Tu pierdoli ze musza zejsc na ziemie, choc nie wiadomo z czego, a za chwile ze caly czas sie uczą. Jak to kurwa rozumieć.
Czlowieku powiedz prawde, nie masz warsztatu, nie nadajesz sie na ten poziom i tyle.
Olek
17 września 2021 at 08:35
Ja wiem czy to jego wina? Był Paszulewicz był Dudek i co? Zawodników niema skład prawie ten sam co na druga ligę z której ledwo awansowali to czego szukać w pierwszej?
KaTe
17 września 2021 at 10:31
Ciekawe, dlaczego na stronie klubowej przebieg konferencji prasowej jest „pocięty”?
Niektórych pytań i odpowiedzi tam nie ma.
Natomiast odnośnie trenera Góraka, to widać, że facet się miota w bezradności. Zaklina rzeczywistość opowiadając androny o „uczeniu się ligi” i super mocnych przeciwnikach. Niestety, nawet grając z Resovią i Chrobrym nasi się nie popisali.
Górak chyba nie ma pomysłu na poprawę gry obronnej, a i fatalna polityka kadrowa mu tego nie ułatwia. Szczerbowski patrzy tylko by ciąć koszty, a plan długofalowej budowy drużyny chyba nawet nie istnieje.
Łukasz Z.
17 września 2021 at 16:26
Niestety wygląda na to, że pomysł na drużynę skończył się w przerwie zimowej poprzedniego sezonu. Klub chciał awansować itp się udało, ale wydaje się, że na tym ambicje naszego miasta się skończyły. Trochę to dziwne bo przecież niedługo rozpocznie się budowa nowego stadionu. Przecież nie wykłada się 200 milionów po to by grać w 1 lidze, nie wspominając o 2 do której narazie zmierzamy. Wszyscy widzieli, że nasza gra obronna była fatalna już w 2 lidze więc brak realnych wzmocnień tej formacji jest skandaliczny. To pierwsze okienko transferowe od przyjścia duetu GG w którym realnie się nie wzmocniliśmy! Jak można coś takiego zrobić po awansie?! Jestem przeciwnikiem wypożyczeń i ten mecz potwierdził to co pisałem wiele razy wcześniej, że są one korzystne tylko dla Lecha i piłkarzy którzy do nas przychodzą się ograć. A co my z tego mamy poza tym, że blokują miejsce naszym zawodnika? Oni później robią kariery, ale nie mają wpływu na naszą sytuację tu i teraz. A co do zmiany trenera to u nas nie dali rady nie tacy jak Górak więc to nie tu tkwi problem, zresztą On przynajmniej wywiązał się z poprzedniego zadania co się wcześniej nie zdarzało! Może mecz z Polkowicami będzie przełomem, oby!!!
Łukasz Z.
17 września 2021 at 17:29
I jeszcze jedno, zauważyliście, że gdy poprzednio gościliśmy w 1 lidze to byliśmy bogaczem jak na realia tu panujące? Minęły 2 lata i pieniądze, które są w klubie na piłkę nożną klasyfikują nas w dolnej części stawki. Wiem, że ściąganie pseudo gwiazd do niczego dobrego nie prowadzi, ale obawiam się, że teraz nikt z nazwiskiem by do nas nie przyszedł. Więc jest pytanie jak rozwijać ten klub bez kasy, pomysłu i wychowanków? Obym się mylilale bez cudu( inwestor, wybitny trener, wysyp mega utalentowanych wychowanków) nie będzie lepiej.
Kato
18 września 2021 at 10:43
Z całym szacunkiem do Pana trenerze; jak dalej będzie gadanie że musimy się nauczyć i jesteśmy gorsi w tej lidze to k… żadnego więcej meczu nie wygramy.
Arka była otwarta i obrona też była do przejścia. Tylko należało 100% podbramkowych w gole zamieniać. Byłby hokejowy remis.
Czasami to widać że nie wiedzą co z piłką zrobić pod bramką.
Dwa razy prowadzenie i szkoda że na 3:3 nie wpadła.
Szkoda
Teraz to już gramy na wygrane, bo ciężko się robi i nic innego nie pozostaje.