Piłka nożna Prasówka
Mass media o wczorajszym meczu GieKSa-ŁKS: Dobry Baran i zły baran. Kolejna gorzka pigułka już w przełyku GieKSy
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat meczu GKS Katowice – ŁKS Łódź 1:1 (0:0). Wybraliśmy dla Was najciekawsze:
weszlo.com – Dobry Baran i zły baran. Kolejna gorzka pigułka już w przełyku GieKSy
Twarde, naprawdę twarde lądowanie zalicza na zapleczu ekstraklasy Dariusz Dudek – trener, który jeszcze do niedawna chciał zdobywać wyższy poziom rozgrywkowy z Zagłębiem Sosnowiec. Miał wejść do GKS-u Katowice z pompą, cały na biało i notesem pełnym złotych myśli, których przesłaniem błyskawicznie zarazi piłkarzy, którzy zawodzili, a mieli powalczyć nawet o awans. Wyszła z tego dupa i to taka z majonezem, bo porażki ze Stalą Mielec, Garbarnią Kraków i Wartą Poznań to początek, którego spodziewalibyśmy się bardziej po drużynie puszczonej samopas, zarządzanej przez maszynę losującą, niż po nowej miotle z ekstraklasy. Od zakończonego dogrywką meczu z Jagiellonią w Pucharze Polski zaczęło to wyglądać trochę lepiej, udało się nawet wygrać z Podbeskidziem, ale wszystko wskazuje na to, że w Katowicach słońce wyłoniło się zza chmur tylko na chwilę. Najpierw w weekend była wysoka porażka z GKS-em Tychy, a teraz remis z ŁKS-em Łódź.
Podział punktów z wiceliderem nie jest powodem do optymizmu? Spokojnie, nie oszaleliśmy. W normalnych okolicznościach przyrody GieKSa wzięłaby ten remis z pocałowaniem ręki i podwózką rywala do samej Łodzi, ale ten mecz trochę jednak wymknął się definicji „normalnego”. Zacznijmy od odpowiedzi na dwa proste pytanie.
Czy na boisku w Katowicach widzieliśmy przepaść, która dzieli oba kluby w ligowej tabeli? Nie, kompletnie nie.
Czy drużyna pałętająca się w okolicach ostatniego miejsca była przez większą część meczu lepsza? Wydaje się, że tak.
[…] W tym żywym meczu generalnie dość długo brakowało właśnie jedynie czystych okazji strzeleckich. A to szwankowało już samo wykończenie, a to kilku graczom przydałyby się korepetycje z precyzji przy ostatnim podaniu. W końcu, po ponad 30 minutach gry, najlepszą sytuację do strzelenia gola w pierwszej połowie miał wspomniany Śpiączka, ale fatalnie przestrzelił głową z bliska. Do przerwy było więc bez bramek.
[…] Myć oszczędził Grzegorza Piesio, ale mniej szczęścia miał Adrian Frańczak, który przez żółtka zaliczył zjazd do bazy 18 minut przed końcem meczu. To jego nazwaliśmy w tytule baranem, bo tego wykluczenia zdecydowanie dało się uniknąć. Obraz gry się rzecz jasna zmienił. ŁKS atakował z pełną świadomością gry w przewadze, a GKS ograniczył się do wyprowadzania kontr, niektóre były nawet groźne. Jak już napomknęliśmy – świetnie bronił Baran, który odbił między innymi uderzenie Ramireza z wolnego, kolejną próbę Kujawy i szczupaka Radionowa.
I gdy już wydawało się, że GKS doturla się do końca tego meczu z całkiem zasłużonymi trzema punktami, w doliczonym czasie gry do piłki w polu karnym jeszcze raz dopadł Kujawa. Uderzył na siłę, ale tak się szczęśliwie złożyło, że w rękę Wawrzyniaka.
[…] Co innego w przypadku GKS-u – jeszcze kilka tak zaprzepaszczonych okazji i chyba trzeba będzie wzywać egzorcystę.
sportslaski.pl – Szaleństwo w końcówce. Bukowa wciąż zaczarowana
Zaległe spotkanie „GieKSy” z Łódzkim Klubem Sportowym na remis, który… nikogo nie urządza. Wicelider miał mnóstwo okazji ku temu, by wywieźć z Bukowej pełną pulę, zwłaszcza po tym jak czerwoną kartką swoją drużynę osłabił Adrian Frańczak. Z drugiej strony to przecież podopieczni trenera Dariusza Dudka prowadzili do ostatniej minuty regulaminowego czasu gry, gdy z rzutu karnego do wyrównania doprowadził Jewhen Rodionow.
Pierwsze 45 minut to prawdziwy test wytrzymałości dla fanów, którzy w chłodny, listopadowy wieczór zjawili się przy Bukowej. Przez większość tej odsłony żadnej ze stron nie udawało się stworzyć akcji, która choć na chwilę rozgrzałaby sympatyków którejś z ekip.
[…] Dużo więcej działo się po przerwie. Przewagę systematycznie zdawali się osiągać przyjezdni, zapachniało nawet golem po tym, jak w pole karne katowiczan wpadł rezerwowy Dani Ramirez, ale Hiszpan najpierw został zablokowany, a później uderzył nad bramką Barana. W 66. minucie sprawną akcję pod „szesnastką” łodzian przeprowadzili podopieczni Dariusza Dudka. Mateusz Mączyński zgrał piłkę do wbiegającego w pole karne Adriana Łyszczarza, ten błyskawicznie dośrodkował pod bramkę Michała Kołby, gdzie wbiegał Bartosz Śpiączka. Napastnika GKS-u gola nie zdobył, ale bałaganu narobił na tyle dużego, że… wyręczył go Kamil Rozmus, pakując futbolówkę do swojej siatki.
[…] Grająca w dziesiątkę „GieKSa” została zmuszona do głębokiej defensywy, Goście długo marnowali jednak nawet najlepsze okazje na wyrównanie, w czym spora zasługa kolejny raz imponującego formą Krzysztofa Barana. Katowicki golkiper poradził sobie z uderzeniem Ramireza z rzutu wolnego, chwilę później zatrzymał rywali dobrym wyjściem na 10 metr od swojej bramki, wreszcie wygrał pojedynek z uderzającym z bliska Jewhenem Rodionowem.
[…] – Tracąc gola w doliczonym czasie gry można czuć niedosyt, ale nie zapominajmy o tym, co działo się pod naszą bramką po tym, jak łodzianie doprowadzili do remisu. Pozwoliliśmy im na zbyt wiele – komentował na gorąco Jakub Wawrzyniak, przepytywany przez reportera Polsatu.
dzienniklodzki.pl – GKS Katowice ma sposób na ŁKS Łódź
ŁKS Łódź nie potrafił jesienią pokonać GKS Katowice, jednej z najsłabszych drużyn I ligi. 28 lipca łodzianie ulegli na alei Unii 2 katowiczanom 0:1 (0:0). W środowy wieczór był remis 1:1 (0:0), a „Rycerze Wiosny” cudem uratowali punkt.
infokatowice.pl – GieKSa straciła trzy punkty w doliczonym czasie gry. Gdyby nie Baran byłaby porażka
GieKSa do 90. minuty prowadziła z ŁKS-em 1:0. Potem grający w dziesiątkę katowiczanie stracili bramkę z rzutu karnego, a przed porażką uratował drużynę Krzysztof Baran, który w końcówce popisał się kilkoma fantastycznymi interwencjami.
sportdziennik.pl – Wicelider uratował punkt przy Bukowej w doliczonym czasie
Patrząc na pozycję obu rywali w tabeli – na jej (prawie) przeciwległych biegunach – trudno się było spodziewać, że przerwana zostanie 102-dniowa passa któregoś z nich.
18 sierpnia ŁKS przegrał w lidze po raz ostatni na wyjeździe; tego samego dnia GKS po raz ostatni wygrał u siebie. Fakt, że w lipcowym starciu w Łodzi lepsi okazali się goście, wyglądał doprawdy szokująco wobec 19-punktowej różnicy, dzielącej oba zespoły przed pierwszym gwizdkiem Wojciecha Mycia przy Bukowej.
[…] GieKSa – dzięki remisowi – opuściła ostatnie miejsce w tabeli, ale jeden punkt, nawet biorąc pod uwagę pozycję wicelidera łodzian, nie może być odebrany jako satysfakcjonujący.
Obraz meczu nijak jednak do owego punktowego i miejscowego dystansu nie pasował. ŁKS nie zamierzał narzucać gospodarzom swojego stylu, a GieKSiarze – mimo przewagi w posiadaniu piłki – nie potrafili poważniej zagrozić bramce gości.
gol24.pl – Kosztowny błąd Wawrzyniaka. ŁKS remisuje z GieKSą po golu w końcówce
Blisko było niespodzianki w Katowicach. GieKSa grając w dziesiątkę aż po 90. minutę prowadziła z plasującym się znacznie wyżej w tabeli ŁKS-em 1:0. Najpierw zespół osłabił Adrian Frańczak, później we własnym polu karnym rywala ręką zagrał Jakub Wawrzyniak. Ostatecznie łodzianie wyrównali po jedenastce Jewhena Radionowa.
[…] Łodzianie nie wyglądali wcale jak zespół plasujący się kilkanaście miejsc wyżej w ligowej tabeli. Na ich korzyść przemawiało jedynie odrobinę większe posiadanie piłki. Reszta statystyk układała się idealnie na remis, a lepsze boiskowe wrażenie robiła nawet GieKSa, która tworzyła sobie lepsze sytuacje. Choć futbolówka długimi minutami nie opuszczała środka boiska, częściej zaglądała jednak pod bramkę Krzysztofa Barana.
[…] Z uwagi na temperaturę oraz porę rozgrywania meczu, przy Bukowej nie brakowało pustych miejsc. Tych co zdecydowali się pojawić na stadionie w końcówce rozgrzały emocje. Katowiczanie prowadzili, ale przez ostatnie 20 minut musieli radzić sobie w dziesiątkę. Drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartkę obejrzał Adrian Frańczak. Sztab szkoleniowy łodzian dostrzegł w tym swoją szansę, dokonując ostatniej, ofensywnej zmiany. Do boju ruszył Jewhen Radionow, a wraz z nim do przodu rzucił się cały zespół. Nie miał już nic do stracenia, a kolejne rajdy przynosiły efekt.
[…] Przed pierwszym gwizdkiem łodzianie nie byliby zadowoleni z punktu, po zakończeniu spotkania optyka mogła się nieco zmienić. Tym razem nie powtórzyli porażki z lipca, a sam powrót po straconym golu daje powody do optymizmu. A GieKSa? Ten remis boli, zwłaszcza że drugie zwycięstwo na własnym stadionie w tym sezonie zdawało się być na wyciągnięcie ręki.
polsatsport.pl – Fortuna 1 Liga: ŁKS wyszarpał remis w Katowicach. Emocje w końcówce
W rywalizacji 19. kolejki Fortuna 1 Ligi ekipa GKS-u Katowice tylko i aż zremisowała z ŁKS-em Łódź 1:1.
[…] Długo wydawało się jednak, że GKS dowiezie bezcenny triumf do końca, lecz w doliczonym czasie gry w zamieszaniu w polu karnym ręką interweniował Jakub Wawrzyniak, a sędzia podyktował rzut karny. Jedenastkę na bramkę zamienił Evgen Radionov, doprowadzając do wyrównania. To nie był koniec dramaturgii, ponieważ łodzianie mieli jeszcze znakomitą szansę na zwycięstwo, ale kapitalnie w bramce zachował się Krzysztof Baran.
Ostatecznie na Górnym Śląsku padł remis 1:1, który prawdopodobnie nie zadowala nikogo, ponieważ GKS Katowice wciąż nie może złapać odpowiedniego rytmu gry, będąc nadal w strefie spadkowej, natomiast ŁKS Łódź w trzecim meczu z rzędu notuje remis, który spycha ich na trzecią lokatę kosztem Sandecji Nowy Sącz.
lksfans.pl – Znów ten katowicki bramkarz… GKS – ŁKS 1:1
Piłkarze ŁKS-u w dramatycznych okolicznościach wywieźli z Katowic jeden punkt, a to dzięki bramce z rzutu karnego zdobytej w doliczonym czasie gry przez Ievgena Radionova. Grający w końcówce spotkania z przewagą jednego piłkarza łodzianie powinni w środę zgarnąć pełną pulę i tym jednak razem zawiodła skuteczność.
[…] W pierwszej połowie środowego spotkania sporo było walki w środkowej strefie boiska, nie mogliśmy narzekać także na tempo, bo oba zespoły pod tym względem z pewnością się nie oszczędzały, widowisko do ciekawych zaliczyć jednak było trudno. Bardzo rzadko bowiem tak jednym, jak i drugim udawało się wyprowadzić w pole obronę przeciwnika, a strzały na bramkę należały do rzadkości.
W opałach Michał Kołba znalazł się przed przerwą trzykrotnie.
[…] Po stracie bramki ŁKS ruszył do przodu, uzyskał zdecydowaną przewagę, bardzo długo jednak grzeszył do bólu irytującą nieskutecznością. A trzeba dodać przy tym, że katowiczanie od 72. minuty musieli radzić sobie w „dziesiątkę”, bo Adrian Frańczak nie chcąc dopuścić najlepszego dziś chyba w zespole gości Macieja Wolskiego do sytuacji „sam na sam” z Krzysztofem Baranem, sfaulował młodego pomocnika tuż przed polem karnym. Zawodnik GKS-u miał na koncie żółtą kartkę, sędzia więc podyktował rzut wolny, a piłkarza gospodarzy wyprosił z boiska.
[…] ŁKS wywiózł więc z Bukowej punkt, a powinien trzy. Jeszcze bowiem po golu wyrównującym dwukrotnie stanęli łodzianie „oko w oko” z Baranem i efekt tego niestety był taki, że kolejny raz za bohatera spotkania z GKS-em Katowice należałoby uznać golkipera katowickiej jedenastki. Najpierw bowiem Kujawa uderzy piłkę głową z kilku metrów tak, że bramkarz zdołał ją zatrzymać, a chwilę później wygrał pojedynek z Wojciechem Łuczakiem. Ale nie narzekajmy, dobrze że udało się zdobyć chociaż ten jeden punkt.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze