Dołącz do nas

Siatkówka

MISTRZ, MISTRZ GKS !!!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Pełna hala Kolejarza, mnóstwo ludzi odchodzących z kwitkiem spod obiektu. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy to tutaj GKS rozgrywa swój piąty, ostatni mecz finałowy, to po tym widoku, nie miał już żadnych wątpliwości!

Decydujące spotkanie rozpoczęło się od wyrównanej gry z obu stron ze zmieniającym się prowadzeniem. Pierwszą, większą przewagę w secie osiągnął GKS (10:7), od razu zmuszając do wzięcia czasu przez trenera Sebastiana Pawlika, co od razu dało gościom nadrobienie dwóch punktów. Od tego momentu gra toczyła się punkt za punkt, aż po błędach własnych gospodarzy, goście wyszli na prowadzenie na drugiej przerwie technicznej. Po kontrowersyjnej decyzji sędziego i przyznaniu punktu dla SMS-u (20:21) tym razem Grzegorz Słaby poprosił o przerwę w grze, następnie kibiców czekały pierwsze wielkie emocje w tym meczu.

Norbert Huber zagrywkę posyła w aut i mamy remis (po 21), następnie Tomasz Fornal skuteczny w ataku (21:22). Jakub Ziobrowski również wyrzuca piłkę w aut po serwisie (po 22), w kolejnej akcji jeden z graczy GKS-u dotyka siatki (22:23). Trzecia z kolei zagrywka gości zepsuta, piłka ląduje w siatce (po 23), w końcu widzieliśmy skuteczną akcję w ataku w wykonaniu Bartosza Kwolka (23:24). Pierwsza piłka setowa i na nasze szczęście znów serwis autowy posłany przez Jakuba Kochanowskiego (po 24), kolejny punkt dla gości tym razem zdobyty ze środka siatki przez Hubera (24:25). Druga piłka setowa tym razem wykorzystana w następstwie bloku na Tomaszu Kalembce (24:26). Pierwszy set przegrany nieznacznie, w głównej mierze przez zbyt dużą ilość błędów własnych, choć siatkarze SMS-u popełnili ich jeszcze więcej!

Druga partia miała pokazać, czy nasi siatkarze poradzą sobie z presją po przegraniu pierwszego seta. Już początkowa faza pokazała, że siatkarze GKS-u przystąpili do niej mocno podrażnieni. Po skutecznym bloku oraz skończonym ataku ze skrzydła przez Rafała Sobańskiego, GieKSa wyszła już na czteropunktowe (7:3) prowadzenie, co zmusiło znów trenera Pawlika do przerwania gry. Nic to gościom nie pomogło, gracze GKS-u byli na fali i skutecznie zablokowali  Ziobrowskiego, a Michał Błoński posłał asa serwisowego (9:3) i dopiero potem graczom SMS-u udaje się przerwać serię punktów gospodarzy. Następne dwa oczka (11:4) spowodowały już w tak wczesnej fazie seta wykorzystanie limitu czasów przysługujących w jednej partii trenerowi gości! Po dwóch punktach zdobytych bezpośrednio z zagrywki przez Kochanowskiego, wkradła się lekka niepewność w szeregach gospodarzy, ale tylko na krótko, bo po nich nastąpiło powolne powiększanie przewagi punktowej GKS-u.

Po autowym ataku siatkarza gości mieliśmy już znaczną przewagę (21:12), potem Rafał Sobański został zablokowany (21:13). Następnie mieliśmy dwa skuteczne ataki ze skrzydeł w wykonaniu Karola Butryna i Jakuba Ziobrowskiego (22:14). Kolejne oczko na konto GKS-u zapisano dzięki dobrej akcji w ataku Butryna (23:14), a Michał Błoński zdobył punkt z przechodzącej piłki (24:14). Piłkę setową skończył mocnym atakiem bardzo skuteczny dzisiaj Karol Butryn (25:14). Ogólnie było to pewne i spokojne zwycięstwo GieKSy, a gracze gości rozegrali chyba najsłabszego seta w całej rozgrywce finałowej.

W trzecim secie GKS od początku wypracował sobie dwupunktową przewagę. Po skutecznym ataku Michała Błońskiego (11:7), trener gości znów przerywa grę, chcąc zatrzymać rozpędzający się znów zespół gospodarzy. Kolejny błąd w ataku Bartosza Kwolka (13:8) zdenerwował na tyle trenera Pawlika, że znów tak szybko musiał wykorzystać limit czasów na żądanie. Do drugiej przerwy technicznej oglądaliśmy spokojną i pewną grę GKS-u, który systematycznie powiększał swoją przewagę. Dwa skuteczne bloki Macieja Fijałka oraz Tomasza Kalembki dały już pięć oczek (19:14) przewagi.

Kolejny blok, tym razem Rafała Sobańskiego na Jakubie Ziobrowskim daje wynik 21:15, ale to nie koniec skutecznych bloków, bo w następnej akcji Tomasza Fornala zatrzymał skutecznie na środku siatki Tomasz Kalembka (22:15). Ciąg dalszy koncertu gry gospodarzy i as serwisowy Michała Błońskiego (23:15) oraz skuteczny atak ze skrzydła Karola Butryna (24:15). Pierwsza piłka setowa obroniona przez gości dzięki dobrej akcji ze środka Norberta Hubera (24:16). Ostatni punkt dla GKS-u podarowany został przez serwującego w siatkę Dawida Wocha (25:16). Wychodzimy na prowadzenie w meczu (2:1) w głównej mierze dzięki bardzo dobrej grze na środku siatki i brakuje nam już tylko wygranie jednego seta do mistrzostwa!

Czwarta partia rozpoczęła się od zepsutych zagrywek z obu stron i chyba mało kto się spodziewał, że to początek… niesamowitych emocji czekających nas troszkę później. Do pierwszej przerwy technicznej GKS jest skupiony na grze, a goście zajęci są… kontestowaniem decyzji sędziowskich, co nie pozwala im walczyć skutecznie na parkiecie. Kolejne błędy własne siatkarzy SMS-u (13:9) zmuszają do przerwania gry przez trenera Pawlika, aby w końcu uspokoić własnych zawodników i zmobilizować ich do powalczenia o tie-break. Ponowny skuteczny blok Tomasza Kalembki (15:10) to powód do ostatniego dzwonka dla gości i ostatni czas na żądanie dla nich.

Gdy Bartosz Kwolek obija nasz blok (20:17) i Karol Butryn znów jest skuteczny w ataku (21:17) to przewaga ta wydaje się już na tyle bezpieczna, że większość kibiców zgromadzona w hali Kolejarza nie wyobraża sobie innego scenariusza jak dowiezienia tego zwycięstwa do końca. Grający dziś tylko jako joker, Jan Król posyła piłkę w aut po własnym serwisie (21:18), ale znów w ataku bezbłędny jest Karol Butryn (22:18) i mistrzostwo ligi wydaje się na wyciągnięcie ręki! Nic bardziej mylnego, jak się później okazało. Damian Domagała skuteczny w ataku (22:19), a Michał Błoński atakuje w aut (22:20) i topniejącą przewagę próbuje zastopować trener GKS-u Grzegorz Słaby biorąc czas. I ponownie Karol „Wielki” Butryn nie daje gościom żadnych nadziei, zdobywając kolejne oczko z ataku (23:20), a Kochanowski jest skuteczny ze środka (23:21), w kolejnej akcji Butryn kończy z przechodzącej piłki i jesteśmy jeden kroczek od szczęścia (24:21)!

Po raz pierwszy w tym meczu na hali Kolejarza niesie się głośne „OSTATNI, OSTATNI…” i Tomasz Kalembka marnuje pierwszą piłkę meczową serwując w aut (24:22)
Druga piłka meczowa i z przechodzącej piłki punkt dla gości i druga przerwa na żądanie dla Grzegorza Słabego (mało kto zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek horroru) – (24:23)
Trzecia piłka meczowa, as serwisowy Tomasza Fornala  i mamy niespodziewanie remis! (24:24)
Po długiej akcji w końcu skutecznie w ataku, kto? a jakże Karol Butryn! (25:24)
Czwarta piłka meczowa, dobry atak ze środka Jakuba Kochanowskiego i jego serw (25:25)
Tym razem skuteczny w ataku ze skrzydła Rafał Sobański i jego zagrywka (26:25)
Piąta piłka meczowa i mogła być ostatnią, ale myli się w ataku posyłając piłkę w aut… bohater całego meczu Karol Butryn! (26:26)
Następna piłka z ataku skończona tym razem przez Michała Błońskiego i serw Pawła Pietraszko (27:26)
Szósta piłka meczowa obroniona przez gości po skutecznym ataku Bartosza Kwolka (27:27)
Michał Błoński znów bardzo dobrze w ataku (28:27)

Siódma piłka meczowa, atak ze skrzydła Tomasza Fornala w aut i… wybucha euforia na hali Kolejarza, leje się szampan na parkiet, no istny szał radości! Ale po chwili następuje konsternacja i niedowierzanie wszystkich kibiców, jakieś protesty siatkarzy gości i sędziowie uznają atak gracza gości po bloku, więc punkt dla SMS-u i horroru ciąg dalszy (28:28). To dopiero po dłuższej chwili… hmm odpoczynku dla naszych graczy na skonsumowanie szampana z boiska, to znaczy chciałem napisać, na posprzątanie (wytarcie) parkietu, bo przecież śliskie i klejące się boisko mogło się przysłużyć jakiejś kontuzji. Tak więc byliśmy świadkami zabawnej sytuacji wycierania parkietu przez całą drużynę GieKSy z szampana, ale za to nie do śmiechu było trenerowi Grzegorzowi Słabemu, który po pierwsze to martwił się, czy taka niespodziewana przerwa nie wybije jego podopiecznych z rytmu dobrej i skutecznej gry, a po drugie, to nie chciałbym być w skórze osoby, której wymsknął się za szybko ten szlachetny trunek, bo w razie porażki byłby winowajca (a właściwie to chyba szampanowajca) jak nic i miałby u trenera Słabego, no… przechlapane.  🙂

W końcu wracamy do gry, po nieplanowanej przerwie, a na zagrywce stanął Norbert Huber.
Skuteczny atak Michała Błońskiego i jego serw (29:28)
Ósma piłka meczowa i dobry atak ze środka Jakuba Kochanowskiego (29:29)
Ponownie przypomniał o sobie skutecznym atakiem Karol Butryn (30:29)
Dziewiąta piłka meczowa i autowy serwis Tomasza Kalembki (30:30)
Tym razem dobry atak ze skrzydła Rafała Sobańskiego (31:30)
Dziesiąta piłka meczowa i AS SERWISOWY KAROLA BUTRYNA (32:30) i po raz drugi euforia i szał radości w hali Kolejarza oraz kolejne krople szampana na parkiecie, których nie będzie trzeba już wycierać! Uff, wystarczy tego horroru!

 

MISTRZ, MISTRZ GKS !!! – niesie się po całej hali!

Podsumowując pokrótce ten mecz, niewątpliwie było to najlepsze spotkanie GKS-u w całej fazie play-off, gdzie siatkarze GieKSy zaprezentowali formę zaprezentowaną w rundzie zasadniczej. Bohaterami dzisiejszego meczu byli Karol Butryn, dotychczasowy zmiennik najlepiej punktującego wcześniej Jana Króla oraz Tomasz Kalembka środkowy bloku, który zagrał bardzo skutecznie na środku siatki. Warto również podkreślić dobrą grę pozostałych siatkarzy, nie zapominając szczególnie o dobrym przyjęciu libero GKS-u, Bartosza Mariańskiego.
Warto również odnotować bardzo duże zainteresowanie kibiców tym meczem, o czym wspomniałem na początku oraz trzeba podziękować naszym kibicom za świetny doping (ładną oprawę), który zapewne pomógł siatkarzom GieKSy w osiągnięciu tego sukcesu.

GKS KATOWICE zdobywcą złotych medali za zdobycie tytułu mistrzowskiego 1 ligi siatkarzy za sezon 2015/16!

A wręczali je (oraz okazały puchar) prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej – Paweł Papke oraz prezes Zarządu GKS GieKSa Katowice S.A.Wojciech Cygan.

 

 

FINAŁ – do trzech wygranych spotkań – (w nawiasie stan rywalizacji w parze)
18 maja (środa)


GKS KATOWICE – SMS PZPS SPAŁA
 
3:1 (24:26, 25:14, 25:16, 32:30) – (3:2)

GKS: Fijałek (1), Błoński (16), Kalembka (10), Butryn (24), Sobański (14), Pietraszko (4), Mariański (libero) oraz Januszewski (libero), Król i Przystał. Trener: Grzegorz Słaby.

SMS: Kozub (1), Kwolek (10), Kochanowski (12), Ziobrowski (10), Fornal (10), Huber (7), Masłowski (libero) oraz Niemiec, Rajchtel, Busch, Gruszczyński (libero), Droszyński. Domagała (4), Woch. Trener: Sebastian Pawlik.

Przebieg meczu:
I: 8:7, 14:16, 20:21.
II: 8:3, 16:10, 21:12.
III: 8:6, 16:12, 21:15.
IV: 8:4, 16:12, 21:17.

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    fanclub dortmund

    19 maja 2016 at 12:54

    bravo siatkarze ,szkoda ty lko ze kibice zapomnieli ze mielismy tez hokej w Katowicach….na ktory w ostatnich 5 latach srednia frekwencja wynosila 300 …tak wlasnie 300…hala w Spodku dojazd dobry bilety w przystepnej cenie…chcecie porownywac nasze tradycje w siatkowce i hokeju???

  2. Avatar photo

    Irishman

    19 maja 2016 at 22:16

    Gratulacje i szacunek dla Czarnych, a UM i prezes Cygan mam nadzieję, że pamikętają o swych deklaracjach w stosunku do GKS Katowice?!

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

#SzacunekDlaArbitra

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.

Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.

Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.

– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.

Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.

Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.

Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.

W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.

Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.

Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…

Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.

No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.

Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.

Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.

Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.

Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.

Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.

I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.

Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.

Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.

No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.

A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.

Kontynuuj czytanie

Felietony

Duma i wściekłość

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.

Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.

Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.

Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.

Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.

GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.

Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.

No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.

W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.

Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.

Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.

W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.

Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.

Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.

Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.

O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.

Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.

Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.

Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.

Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.

Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.

Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.

Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.

Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Czerwiński: To my graliśmy lepiej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.

Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.

Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.

Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.

Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.

Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.

Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.

Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?

Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.

Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.

Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.

Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.

Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga