Felietony Klub
Organizacja w GKS Katowice
Zapraszamy Was do tekstu Leszka Góreckiego, którego możecie kojarzyć z felietonu na temat mizernego stanu młodzieży w klubie (tutaj) czy satyrycznego spojrzenia na „fakty” i „dokonania” Góraka (tutaj). Dziś prezentujemy kolejny obszerny artykuł naszego kibica – tym razem na temat organizacji w GKS Katowice. Wam niezmiennie przypominamy, że jeśli chcecie się podzielić swoją opinią na trójkolorowe tematy, to łamy GieKSa.pl są dla Was otwarte. Piszcie na gieksainfo[at]gmail.com.
Tekst ten będzie rozprawiał na temat organizacji klubu jako całości, organizacji samych meczów i sprzedaży. Nie ominę tutaj także marketingu, o którym powstaje osobny tekst. W jakimś stopniu one muszą razem współpracować, a poza tym znów dobra organizacja wpływa na to, jak nas widzą – a to, przynajmniej w mojej opinii, nic innego jak marketing, czy przynajmniej jego składowa.
Na początku należałoby się zastanowić, czy w ogóle mamy prawo mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do pracy tego działu. Jako klub podczas sezonu mamy do zorganizowania około 30 meczów hokeja, 18-20 meczów piłki nożnej mężczyzn, minimum 11 meczów piłki nożnej kobiet oraz co najmniej 15 meczów siatkówki. Obecnie mecze te organizowane są w tzrech miejscach, ale każda z sekcji poza piłkarzami grywa czasem w innej lokalizacji, jak Jantor, Podlesianka czy duży Spodek. Co daje nam liczbę 75 imprez w okresie 10 miesięcy w 5 różnych miejscach. Dział organizacji liczy de facto 3 osoby, z tego jedna z nich odpowiedzialna jest za ticketing. Działy mieszają się, bo przy organizacji imprez pomaga również osoba odpowiedzialna za marketing. Oczywiście na każdym z obiektów obecni są również pracownicy MOSiR-u, a ponadto jeszcze jest do pomocy dwóch panów z pralni, ale ci pracują tylko przy meczach piłki nożnej. Wobec tego nie da się ukryć, że nie ma rewelacji, a jak wiemy, pracy nie brakuje, zwłaszcza gdy w weekend nałożą się 3-4 mecze. Później trudno się dziwić temu, że pewne rzeczy nie funkcjonują tak, jak należy, a pracownicy, łagodnie mówiąc, nie narzekają, gdy szybko kończymy rozgrywki pucharowe. Drugą sprawą jest także to, że poprzez wspieranie kolegów z biurka obok nie ma czasu na swoją robotę, a to już zaczyna przypominać błędne koło. Myślę, że w klubie pracują osoby ambitne i chętne do pracy, o czym świadczy chociażby fakt, że te osoby odbywały staż podczas meczów Rakowa w europejskich pucharach. Część byłych pracowników pracuje z sukcesami w innych podmiotach.
Piłka nożna mężczyzn
Jako obserwator meczów piłki nożnej z trybuny głównej skupię się tylko na tej części naszego stadionu. Stadion przy Bukowej jest jaki jest, więc pewnych rzeczy nie przeskoczymy pod kątem organizacji czy opakowania takich imprez. Tyle, że nasz stadion to typowo piłkarski obiekt, z którego piłkę ogląda się dobrze, więc jest gdzie kibiców ugościć. Punkty gastronomiczne funkcjonują na niezłym poziomie, w ostatnim czasie pojawiły się dmuchańce dla dzieciaków, czy inne formy zabaw, gra DJ, pojawił się food truck, także śmiało można przyjść dużo wcześniej na stadion i miło spędzić czas.
Tegoroczne lato było upalne, więc mnie osobiście brakowało lodów, chociażby takich, jak sprzedawane są z samochodów na rynku. Starsi kibice bardzo miło wspominają żurek, który kiedyś był serwowany podczas meczów ligowych; może warto zrobić taki powrót do historii? Myślę, że to temat do załatwienia bez większych problemów. Mimo ograniczeń myślę, że wiele tematów okołomeczowych mogłoby wyglądać lepiej.
Zacznijmy od wejścia na mecz, bo ileż to razy po pierwszym gwizdku sędziego sporo ludzi nadal tkwiło pod stadionem, a umówmy się, rzadko kiedy frekwencja przekraczała 4000. Oczywiście mam świadomość, że spóźnialskich nie brakuje, ale przepustowość bramek wejściowych jest zdecydowanie za niska, lub jest ich po prostu za mało. Sytuacja nie jest świeża, więc na przestrzeni lat można było coś w tym temacie zrobić.
Drugi temat to sprawa toalet. Ja na mecze chodzę od 1996 lub 1997 roku i od kiedy pamiętam, załatwiałem się pod płotem, po drodze oczywiście pojawiły się toi toie, a ostatnio nawet jakieś prowizoryczne umywalki. Ja rozumiem, że nie ma stałych toalet, mimo tego, że zostały one wybudowane przy okazji budowy trybuny głównej. Co w tych budynkach się obecnie dzieje, nie mam pojęcia; zakładam, że to po prostu pustostany. No, ale na Boga mamy XXI wiek, czy to nie jest czas, aby pomyśleć o dostosowaniu tych budynków do użytku? Czy nie można postawić kontenerów z toaletami i bieżącą wodą, jak chociażby na Sztauwajerach? Na pewno się da, ale wiadomą sprawą jest, że osoby, które tym mogłyby się zająć, same z toaletami problemów nie mają.
Kolejną rzeczą, która mnie irytuje od dłuższego czasu, to wysokie płoty między sektorami trybuny głównej. Stadion został wybudowany tak, że sektory są wygrodzone murkiem, na którym stoi wysoki płot. Wydaje mi się, że sam murek stanowiłby wystarczającą granicę między sektorami, a ewentualne skrócenie płotu już bezdyskusyjnie. Być może nikt nie zwracał na to uwagi, ale siedząc na skraju danego sektora, widoczność jest ograniczona.
Temat siadania na miejscach z biletu ostatnimi czasy zaczyna być problemem, ale myślę, że to już sprawa nie do przeskoczenia, bo u nas tradycyjnie siadało się tam, gdzie było miejsce, a poza tym za chwilę i tak zmieniamy stadion. Mam świadomość, że te prace to tzw. pudrowanie trupa, ale dlaczego nie spróbować poprawić coś, z czym mierzymy się przez długie lata?
Piłka nożna kobiet
Tutaj większość spraw pokrywa się z tymi wymienionymi wyżej, natomiast trzeba mieć świadomość, że trochę inny profil kibica przychodzi na mecze. Dużo kobiet, dziewczynek z akademii i ich rodzice, ogólnie rodziny. Catering jakikolwiek pojawił się dopiero na meczu ze Śląskiem, czyli w ostatniej domowej kolejce poprzedniego sezonu. Myślę, że mecze kobiet powinno organizować się bardziej w formie festynu, z atrakcjami dla dzieciaków. Kawą, lodami, słodyczami czy ciepłymi napojami w zimniejszych miesiącach.
Hokej
Niestety, mimo sukcesów hokeistów, warunki na arenie zmagań są jeszcze gorsze niż na Bukowej. W kategorii plusów mógłbym napisać, że jest w miarę ciepło i to, że na głowę nie pada deszcz… Reszta to tylko mniejsze lub większe problemy. Nie przeskoczymy pewnych rzeczy, a perspektywy zbyt dobre nie są. Planowany jest remont hali, ale w mojej opinii na poprawę komfortu oglądania widowiska nie wpłynie, a jedynym (?) plusem będzie możliwość wejścia większej liczby kibiców na lodowisko. Każda złotówka wydana na cokolwiek w hali oddala perspektywę budowy odpowiedniego lodowiska, co niewątpliwie martwi. W każdym razie i tutaj znalazłoby się kilka spraw, które dałoby się poprawić, a także tych, które nadal poprawić można.
Branding hali wyszedł bardzo dobrze: płachty rozwieszone na ścianach prezentują się okazale, dodają koloru i nawiązują do naszego klubu – brawo! Koszulki legend za bramkami to również świetna sprawa – tylko wypadałoby je między sezonami wyczyścić, bo przestają mieć żółty kolor. Także dobrym pomysłem było wywieszenie flag z datami naszych tytułów, co prawda miejsce tego mogłoby być inne, np. za drugą z bramek, bo w miejscu, w którym są zasłaniają zegar. Catering to ta sama firma co na Bukowej, więc jest w porządku.
Jednak kilka tematów drażni niezmiennie od lat. Wspólne toalety dla kobiet i mężczyzn są dużym problemem, zwłaszcza po stronie Olimpijskiej, w której są pisuary. Sprawę na pewno dałoby się rozwiązać w sensowny sposób i przy niewielkiej inwestycji. Widoczność na hali jest ograniczona z wielu stron; o ile filary to kwestia nie do przeskoczenia, to już barierki na górnej widowni można by zmodyfikować, przyciąć, żeby nie przeszkadzały aż tak. Przy wymianie band pojawiła się siatka zabezpieczająca w czarnym kolorze, co nie pomaga w oglądaniu meczów; myślę, że biały kolor to dużo lepsze rozwiązanie. W tym samym czasie zlikwidowano część pleksy z górnych balkonów za bramkami, tylko usunięcie przy tym ramek, w których pleksy były osadzone, przerosło wykonawców. Tematu schodów nie ma co komentować, ale w końcu się doczekaliśmy. Mam świadomość, że hala nie jest własnością klubu, zarządza nią prywatny operator, naprawy wykonuje miasto, i nie wszystko zależy od klubu, ale trzeba starać się wywierać presję na to, żeby pewne rzeczy poprawiać.
Siatkówka
Tutaj niestety nie mogę się wypowiedzieć, bo nie miałem okazji być na meczu w hali w Szopienicach. Zwraca uwagę nowe oświetlenie, które tworzy ładną oprawę meczu. Pytanie – dla kogo? W każdym razie docenić należy organizację autobusów z centrum Katowic pod halę, która, jak każdy wie, znajduje się w dość niesprzyjającej lokalizacji.
Promocja spotkań
Kolejnym aspektem, który nie funkcjonuje najlepiej, to promocja meczów. Mam wrażenie, że gdy do promocji czy mobilizacji nie przyłączą się kibice, to zamierzonego efektu się nie uzyska. O tym, że bez nich nie ma na to większych szans, świadczy fakt poprzedniego meczu z Górnikiem w Pucharze rok temu, gdy na mecz z byłym mistrzem świata na boisku nie udało się zapełnić nawet połowy Trybuny Głównej, o reszcie stadionu nie wspominając. Spójrzmy tylko, w jaki sposób była prowadzona kampania informacyjna o Turnieju Spodek Super Cup – regularność wpisów w social mediach była godna pochwały – czy to tak odległe sprawy?!
Kibice od długiego czasu sugerowali, żeby korzystać z miejskich nośników reklam, co dopiero w czasie bojkotu udało się zrobić. Na zwyczajne mecze ligowe chodzą te same osoby, które niezależnie od wyników są przy klubie. Dotyczy to zarówno piłki nożnej, jak i hokeja. Tych osób nie ma tak dużo, jak byśmy wszyscy chcieli, jednak chciałbym, żeby ktoś zrozumiał, że stałą grupę trzeba szanować, bo oni będą zawsze. Dlaczego po sezonie klub nie nagradza tych kibiców, którzy zaliczają 100 proc. meczów domowych? Uważam, że forma podziękowania w postaci jakiegoś listu czy prezentu w formie gadżetu spotkałaby się z fajnym oddźwiękiem.
Polityka biletowa – ceny
Długi czas byłem przekonany, że cena biletów nie stanowi problemu dla frekwencji na stadionie czy lodowisku (siatkówkę zostawiam na później), ale weźmy przykład hokeja. W pierwszym tygodniu października hokeiści rozgrywali 3 mecze u siebie z rzędu. Jak wiadomo, klub do tamtego czasu nie przygotował karnetów na obecny sezon, więc kibic musi kupować bilety za 25 zł. Cena za jeden mecz może wydawać się niezbyt wysoka, ale pamiętajmy, że takich meczów jest 20 plus mecze play-off, a część takich kibiców przychodzi z dziećmi, żoną czy ogólnie w większym gronie. Nawet przy biletach rodzinnych (50 zł), to taka kwota rośnie już dość mocno, a w czasie meczu też wypada się czegoś napić czy zjeść. Kwota takiego tygodnia dla samej młodzieży to 45 zł, a na koniec tygodnia był mecz piłki nożnej. Spora część tych kibiców jeździ także na wyjazdy, a te także nie są tanie. Część tych osób wybrała się również do Włoch i świetnie dopingowała drużynę na Pucharze Kontynentalnym w Cortinie, co wymagało sporych nakładów, a do tego także urlopu z pracy. Klub wyszedł z założenia, że frekwencja na hokeju zrobi się sama, że dwa mistrzostwa z rzędu wystarczą. Otóż nie, trzeba powalczyć o kibica. A prawda jest taka, że na tą chwilę mamy najgorszą halę w lidze. W każdym razie, nie wiem, gdzie był problem, żeby zrobić pakiet na trzy mecze i obniżyć cenę o symboliczne 5 zł na bilecie, fajnie to opakować jako tydzień z GieKSą. Hala pewnie byłaby pełniejsza, a i dział biletów miałby mniej roboty, sprzedając trzy mecze za jednym zamachem.
Polityka cenowa to temat zdecydowanie do poprawy. Sytuacja z meczem z GKS Tychy to mało śmieszny żart – drużyna była w trakcie serii 9 spotkań bez zwycięstwa, a klub sprzedawał tę imprezę jako mecz premium z wyższą ceną biletu. Ktoś tutaj nie za bardzo rozumie specyfikę sytuacji. My ogólnie, jako cała społeczność, musimy walczyć o każdego kibica, a na tym polu potrzebna jest współpraca na linii klub-kibice. Oczywiście, należy wspomnieć o akcji pod katowickim dworcem i rozdawaniu voucherów na bilety na mecze piłki nożnej i siatkówki z Jastrzębskim Węglem po udziale w konkursie. Akcję należy pochwalić, oby tego było jak najwięcej.
Dostępność biletów
Kolejną sprawą, która wymaga uwagi, to dostęp do kupna biletów. Obecnie poza internetem bilety można nabyć w dwóch miejscach: przy Bukowej w kasie lub sklepie oraz w Centrum Informacji Turystycznej na katowickim rynku. Liczba tych miejsc powinna być znacznie większa. Oczywistym miejscem jest również sklep Blaszok. Wydawało się, że ten temat jest kwestią czasu, jednak Prezes i osoby odpowiedzialne skutecznie szukają powodów, by temat przeciągać. To utrudnia budowanie społeczności. Jednak powinno się ruszyć dalej, poza centrum miasta, jak chociażby kiedyś było to możliwe w Empiku czy kioskach Ruchu. Na tę chwilę jest to trudne, zwłaszcza gdy obsłużenie gotowej listy biletowej przygotowanej przez przedstawiciela danej dzielnicy jest problemem. To jest zachowanie poniżej wszelkiej krytyki. Jeśli ktoś wykonuje robotę przyprowadzenia większej ilości klientów do organizacji, to należy to uszanować i docenić. W prywatnych podmiotach często można otrzymać premię za przyprowadzenie klienta do przedsiębiorstwa. Niestety, nie w GKS-ie Katowice. Na tę chwilę liczymy tylko na kibiców, którzy chcą przyjść na mecz, a nie dajemy zbyt wielu możliwości pozyskania kibiców, którzy wpadną impulsowo, a także tych, którzy załatwiając swoje sprawy będą mieli możliwość zakupu biletu i zdecydują się go kupić.
Promocje dla konkretnych dzielnic, miast, wieku itd. Grupy uprzywilejowane, które w konkretnym przypadku mogłyby korzystać, to tak naprawdę tylko kwestia pomysłowości. Ostatnio natknąłem się na akcję Korony Kielce – happy hours dla osób, które wyraziły zgodę na kontakt marketingowy. Sprzedano ponad 580 biletów, przynosząc ponad 13 tysięcy złotych przychodu (dane z Twittera Darii Wollenberg). Akcja została przeprowadzona 12 dni przed meczem i trwała 4 godziny. Ogólnie marketingowcy z Kielc potrafią korzystać ze swoich narzędzi, są świetnym przykładem na to, jak można działać marketingowo.
Budowanie społeczności
Osobnym tematem jest, jak cały klub podchodzi do budowania społeczności. Kamil Kuzera zaprosił do szatni chłopców od podawania piłek do wspólnego świętowania zwycięstwa. Ostatnio klub kapitalnie uhonorował kibica, który zrobił sobie tatuaż związany z Koroną. Jednak w kontekście meczu z Górnikiem ta sytuacja jest irytująca. Klub reklamował mecze hokeja, piłki i siatkówki z 1 i 2 grudnia jako Sportowa Szychta. Zamysł tego był fajny, ale samo wykonanie pozostawiło kilka niedociągnięć. Nie będę komentować tego, że dwa z tych meczy się pokrywają, bo nie wiem, na ile można było z tym coś zrobić. Byliśmy w przeddzień Barbórki, a nikt nie wpadł na pomysł, by zaprosić górników na mecz i w jakiś sposób ich uhonorować za ich ciężką pracę. Dla kibica, który ubrałby mundur górniczy, czekałaby nagroda. To są przecież korzenie tego klubu. Klub zaprosił na mecze hokeja Barbary i Andrzejów. Patrząc po wypełnieniu Satelity, zbyt wielu ich nie było, ale i tak można było skomunikować, ile osób skorzystało z takiej okazji. Padł pomysł w dniu meczu hokejowego z Zagłębiem, by obniżyć cenę biletu o 30 proc., ale osoby decyzyjne (nie mylić z Prezesem) nie wydały na to zgody.
Otoczenie i walka o kibica
Myślę, że trzeba zmienić optykę i zdać sobie sprawę, w jakim położeniu jesteśmy. Sportowo wiadomo, ale należałoby się przyjrzeć geografii. Gdy GKS powstawał, w jego bliskim otoczeniu znajdowały się potęgi na skalę kraju jak Ruch Chorzów, a nawet Europy jak Górnik Zabrze. Same Katowice były bardzo długo „Niebieskie”, dopiero sukcesy lat 90. i niezłomne działania naszych fanatyków, pozwoliły przejąć miasto. Oprócz sukcesów sportowych złożyły się na to też działania promocyjne. Jako klub związany z górnictwem, udostępnione były karnety dla górników m.in. na Kopalni Staszic, która to opiekowała się piłkarzami. Nie mam wiedzy czy na innych kopalniach sytuacja wyglądała w podobny sposób. Przy dużej ilości napływowych pracowników kopalń pomysł wydawał się bardzo dobry, co na pewno przyniosło sporą rzeszę obecnych kibiców.
Drugim aspektem na pewno jest pozyskiwanie nowych kibiców. Przyjęło się mówić, że w Katowicach jest dużo uśpionych fanów, którzy pojawiają się na Bukowej przy okazji prestiżowych meczów jak z Górnikiem, Ruchem czy Zagłębiem. Oczywiście z kibicami sukcesu mierzą się wszystkie kluby sportowe, ale trzeba powalczyć o tego nowego. Pisałem o położeniu geograficznym Katowic, żeby zarysować specyfikę regionu, posłużę się przykładem meczu Pucharowego Zawisza – Lech. Odległość między stadionami w Bydgoszczy i Poznaniu to 159 km, a kibice tych klubów zamieszkują tak obszerny teren, że ze sobą graniczą. Lech to potęga w skali kraju, co nie podlega dyskusji, ale Zawisza, mimo że ostatnie dekady gra bardzo często poniżej poziomu centralnego z epizodami w postaci zdobycia Pucharu Polski, to zrzesza bardzo dużą część województwa kujawsko-pomorskiego. U nas nie trzeba takich odległości, by spotkać kibiców drużyny przeciwnej. W promieniu 50 km mamy 6 klubów, z którymi trzeba się liczyć. Poza dominującymi i wydaje się poza zasięgiem w aspekcie terenów Górnikiem i Ruchem trzeba mocno powalczyć o resztę tortu. O odległościach w okolicach 100 km nie ma co się rozpisywać, bo dojedziemy do np. Krakowa. Większość śląskich miast wydaje się mieć określone preferencje, ale w dalszym ciągu są tereny niezdominowane w całości, z napływowymi mieszkańcami. Patrząc na to, jak obecnie zmieniają się Katowice, ile nowych osiedli powstaje, warto już teraz zacząć myśleć, jak zainteresować tych ludzi GieKSą, zwłaszcza w kontekście nowego stadionu. Z drugiej strony sporo mieszkańców Katowic przenosi się poza granice miasta do nowopowstałych osiedli, takich o wiele prościej ściągnąć na mecz. Sporo grupę kibiców mamy w Mysłowicach, Jaworznie, Imielinie czy Lędzinach, warto mocniej popracować na tych terenach, bo szlaki są przetarte. Małopolskie miasta leżące na pograniczu województw również swego czasu reprezentowała duża grupa fanów, którą trzeba spróbować aktywizować na nowo. Potrafimy wypełnić Bukową na prestiżowe mecze i osiągać komplety jednak dużo bardziej rzetelnym wykładnikiem obecnej sytuacji będzie średnia frekwencja, ta wygląda słabo i lepiej spojrzeć na to nieco bardziej krytycznie niż zbyt optymistycznie.
Myślę, że takie działania dotyczą zarówno klub, jak i kibiców. Ja ten temat opisałem dość pobieżnie, a wymaga on konkretnej analizy i wyszukania szans i zagrożeń w perspektywie zmian w regionie, jak i w samym klubie – przenosiny na nowy stadion. Rok minie bardzo szybko, a czas ucieka każdego dnia. Prezes Nowak swego czasu powiedział o budowie społeczności wokół klubu. Świetny pomysł tylko nasz Prezes ma pewną wadę – to, co mówi nie pokrywa się z rzeczywistością. Zdecydowanie przeciwieństwem chęci budowy społeczności było odrzucenie pomocy przy odśnieżaniu boiska przed meczem z Arką Gdynia. Każdy, kto to spotkanie oglądał, przyzna, że każda dodatkowa ilość łopat zdecydowanie pomogłaby lepiej przygotować boisko – dla mnie idiotyzm, by w imię swoich chorych pobudek okopywać się po przeciwnej stronie dla zasady. Wniosek jest bardzo prosty… Kochany klubie – do roboty!
Muzyczna niekonsekwencja
Szczegółem, ale dla mnie osobiście dosyć irytującym są ciągłe zmiany przy oprawie meczowej. Na mecze chodzę ponad 20 lat, a przez ten czas wiele razy zmieniała się muzyka grana na wyjście zawodników czy po bramce. Mam wrażenie, że dzieje się to na zasadzie czyjegoś pomysłu. Na wyjście piłkarzy grana była Marsylianka, hymn GKS Katowice, piosenka z Gladiatora i Piratów z Karaibów czy obecnie Burdel – Katowicka krew. Na lodowisku między tercjami ostatnio słyszana była piosenka Wiz Khalifa „Black and Yellow”.
Z tzw. goal songiem bywały jeszcze większe perypetie, znów mieliśmy Gladiatora, kilka innych melodii, których nie mogę sobie przypomnieć, natomiast obecnie mamy piosnkę Gigi D’Agostino, która śpiewana jest także na Baniku. Na hokeju przez lata mieliśmy melodię „Ole Ole Katowice”, które wryła się w tradycję świętowania zdobytych bramek przez naszych hokeistów, aż szkoda, że nikt nie wpadł na to, by grane było to także przy Bukowej.
W każdym razie mniej istotne co jest grane, natomiast chciałoby się, żeby była w tym wszystkim jakaś ciągłość, żeby kibic się przyzwyczaił. A tak mamy bałagan i nie wiadomo co będzie puszczone z głośników przy następnej okazji. Trzeba ustalić jedno, najlepiej ustalić z kibicami, no i druga sprawa, na Blaszoku nie słychać spikera, ani melodii granej po bramkach i dopiero robi się chaos, że Główna żyje melodią z głośnika, a Blaszok swoim życiem. Co do hymnu może pora pomyśleć o odświeżeniu tego utworu, bo skoro ktoś poczynił starania, żeby go odnaleźć, to korzystajmy z niego w pełni.
Wtopy z oficjalnym sklepem
Na wiosnę tego roku otwarto oficjalny sklep klubowy. Nieprzypadkowo pewnie pomysł na ten sklep powstał w momencie wypowiedzenia przez Blaszok umowy z klubem. Osoby zarządzające klubem w tamtym czasie skutecznie zniechęciły do rozmów przeciwną stronę. Sklep umieszczony jest na Bukowej, urządzony jest całkiem fajny sposób. Sama idea sklepu jest dobra, klub powinien mieć swój fan store na stadionie, to też miejsce kupna biletów. Jego oferta też jest ciekawa, reklamowana przez zawodników i zawodniczki, a także innych pracowników klubu – dzięki czemu wiemy, jak wygląda nowa sekretarka. Wykorzystywany jest herb, przez co inna grupa docelowa będzie robiła tam zakupy niż w sklepie kibicowskim i to jest całkiem normalne.
Natomiast nie ma tego herbu na tyle, by faktycznie zachować różnorodność. Niestety część pomysłów zostało skopiowanych z Blaszoka, na myśli mam tutaj zegar na ścianę przypominający zegar z Bukowej. Nie obyło się również bez wtop – takich jak breloczek w barwach GKS Jastrzębie. Godziny otwarcia sklepu to też sprawa dość dziwna – sklep otwierany jest losowo, mam wrażenie, że chyba, wtedy gdy akurat ktoś na to ma czas i nie pełni funkcji spikera czy osoby odpowiedzialnej za marketing. Kolejnym zarzutem jest to, że podczas promowanych wydarzeń jak Sportowa Szychta, klub nie podołał zadaniu, by po dwóch stronach hali w Satelicie wystawić stragan sklepowy. To pokazuje, jak mało poważnie traktowane jest to przedsięwzięcie. W klubie robione jest to przy okazji, na pół gwizdka, a nie po to, by przynieść realną część budżetu. Pokazuje to też jasno, że plany sprzedażowe raczej nie są wymagane.
Wizyty na stadionach nielubianych klubów
Jak już przy samym funkcjonowaniu organizacji jesteśmy, chciałbym poświęcić kilka zdań na bardzo źle wyglądającą sprawę. Chodzi o wizyty pracowników naszego klubu na stadionach innych zespołów, za którymi przy Bukowej się nie przepada. Dla większości osób jest to sprawa bezdyskusyjna, ale jak widać nie dla wszystkich. Co najmniej kilkukrotnie na meczach Ruchu Chorzów widywany był Rafał Górak. Miało to miejsce w Ekstraklasie, więc na pewno nie chodziło o obserwację kolejnego przeciwnika. Sprawa delikatnie mówiąc, wygląda cuchnąco, ale na temat tego pana nie będę się wypowiadał, bo myślę, że każdy określone zdanie w tej sprawie już ma. Podczas meczu Ruchu ze Śląskiem Wrocław na Stadionie Śląskim również widziane były osoby pracujące w klubie. Jestem w stanie zrozumieć, że są osoby z zewnątrz które tego nie wiedzą, w świecie sportu może przyjechać z drużyną przeciwną ktoś z rodziny, natomiast powinna występować jakaś niepisana zasada o tym, żeby jednak się nie pojawiać w Chorzowie, Sosnowcu czy np. Tychach. Nie mówiąc już o wrzucaniu tego do social mediów.
Podsumowanie
Podsumowując cały ten tekst, to zebrało się kilka zastrzeżeń do szeroko pojętej organizacji. Myślę jednak, że większość z tych spraw nie wymaga ogromnych zasobów finansowych, więcej w tym chęci do pracy i pomysłowości. Nie najlepiej wygląda sprawa Karola Kuśki, który ma łączyć pracę w klubie z etatem u jednego z bukmacherów, który jest sponsorem Ruchu. Jak to będzie wyglądało, na razie nie wiadomo, osobiście nie zakładam sukcesów – oczywiście chciałbym się mylić. Pojawił się już w klubie jego zastępca, któremu mocno kibicujemy. Zdecydowanie możemy zauważyć ożywienie działalności marketingowej, miejmy nadzieję, że nie będzie działań zewnętrznych utrudniających życie.
Powtórzę po raz kolejny, żeby to mocno wybrzmiało. Jesteśmy w bardzo ważnym okresie, którego nie możemy przespać. Pierwszy raz w historii klubu będziemy zmieniać siedzibę na taką, która będzie wyglądała źle nawet przy frekwencji oscylującej w granicach kompletu Bukowej. A jak pokazuje ostatni okres sportowy piłkarzy, nie można zakładać, że wyniki zbudują frekwencję. Nie możemy podzielić losu Sosnowca, Tychów czy Gliwic. Wiele dni zostało już przespanych, na kolejne nie ma już czasu. Budowa frekwencji rozpoczyna się już dziś!
Z GieKSiarskim pozdrowieniem!
Leszek Górecki
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


dzbanek
27 stycznia 2024 at 13:31
W punkt!