Dołącz do nas

Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Motorem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Motorem Lublin to już historia. Były emocje, były bramki, niestety wróciliśmy do Katowic bez punktu. W opiniach kibiców przeważa zadowolenie z postawy zespołu, wiadomo jednak, że zwracają oni uwagę na błędy w obronie i niewykorzystane sytuacje. To jednak zadanie dla trenerów i piłkarzy. My jeszcze rozpatrzmy ten mecz okiem redakcji i myślimy już tylko o starciu z Mistrzem Polski – w niedzielę w Białymstoku.

1. Mecz w poniedziałek to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Trzeba kombinować z wolnym, robić całą logistykę, a dodatkowo powrót w środku nocy przed kolejnym dniem roboczym też jest problematyczny.

2. W związku z tym udaliśmy się do Lublina w trójkę – ja, Patryk i Magda. Z Katowic wyjechaliśmy o godzinie 13:00, czyli na sześć godzin przed meczem.

3. Droga przebiegła bardzo szybko, spokojnie i sprawnie. Poza pogodą. Okresowo nieprzyjemnie padało, no i był spora mgła. Nawet zastanawialiśmy się, czy przypadkiem taka mgła będzie w Lublinie. Od razu przypomniał mi się mecz we Wronkach, sprzed wielu, wielu lat, gdzie katowiczanie rywalizowali z Amiką w anormalnych warunkach. W transmisji TV nie było widać prawie nic.

4. W Lublinie jednak się przejaśniło, choć było szaro, buro i brzydko. Byliśmy tak około godziny 17:00. Mając sporo czasu, chcieliśmy coś jeszcze zjeść w centrum, jednak mieliśmy problem z zaparkowaniem, więc udaliśmy się bezpośrednio na stadion.

5. Prawie bezpośrednio, bo GPS samochodowy nas wyprowadzał na manowce, bo nie uwzględnia zakazów, podwójnych ciągłych i prowadził nas tak, jakby była włączona opcja „p…ol przepisy, jedź na przełaj”. Przez to musieliśmy trochę setek metrów nadłożyć.

6. A na czarną godzinę zaopatrzyliśmy się w miejscowym Lidlu, przy czym nigdy nie może być za prosto – najpierw panu seniorowi przede mną przy kasie nie chciało zważyć pomidorów. Przyszła druga ekspedientka, rozmontowała to ustrojstwo (wagę i skaner), zadziałało. Po chwili pan jednak powiedział, że pomidory miały być w promocji, a nie są. „Co ja mogę?” – odpowiedziała kasjerka. Na szczęście mnie obsłużyła.

7. Dojechaliśmy do stadionu, który z zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie. Położony na takim pustkowiu, jest dużo parkingów. Ładnie oświetlony. Ogólnie – stadion w punkt.

8. Dla mnie była to pierwsza wizyta na nowym obiekcie. Na starym stadionie byłem w Lublinie trzy razy i choć sypał się strasznie i był rodem z czwartej ligi – dobrze go wspominałem, bo GieKSa wygrała tam dwa razy 2:0 i raz był bezbramkowy remis. Pamiętam swój jednoosobowy wyjazd – pociągiem do Warszawy, a potem do Lublina i z powrotem tak samo. To było w czasach, kiedy jeszcze filmowałem mecze.

9. Pamiętam, że opowiadałem o swoich perypetiach trenerowi Nawałce, licząc że może wezmą mnie na pokład powrotny, ale przyszły selekcjoner – jak to on – życzył po prostu szerokiej drogi i tyle 😉

10. Odbiór akredytacji przebiegł bez problemu, szybko je wzięliśmy i klatką schodową udaliśmy się na trzecie piętro, gdzie było wyjście na trybunę prasową.

11. Od razu wiedziałem, że będzie dobrze, gdy zobaczyłem szerokie blaty. Co prawda rozkładane, ale na sztywno, a nie jak te studenckie plastikowe stoliczki na wielu stadionach. Dodatkowo miejsca prasowe były w dwóch rzędach, ale na całej długości boiska. Bardzo ciekawe rozwiązanie.

12. Problem jedynie mógł być z krzesłami, bo nie było tam zamontowanych siedzisk, tylko takie dość toporne, ale luzem krzesła na kółkach. I po prostu było ich dużo mniej niż stanowisk. Dlatego dobrze, że byliśmy tak wcześnie, bo po prostu mogliśmy sobie miejsce zająć. Potem przychodziły osoby, dla których już tych krzeseł zabrakło. No ale w sumie to pewnie nie problem, bo i tak nic nie robiły. W ogóle to jest jakaś zmora prasówek, że często jest na nich masa osób, które mają akredytację, a nic nie robią, tylko oglądają mecz. Tzw. cwaniaki.

13. Choć na czarną godzinę miałem jakieś wypieki, potrzebowałem zjeść coś konkretniejszego. Motor reklamował, że na tym meczu będzie gięta z bułce, ale to co było w tym kontekście problemem, to fakt, że prasówka była kompletnie oddzielona od sektorów kibicowskich, na których była ta gastronomia. W zasadzie loża prasowa była na takim podwyższeniu, wysoko ponad sektorami kibiców. Nie było przemieszania. Musiałem więc się obejść smakiem.

14. Mimo to chciałem trochę poszukać, a nuż. Trafiłem na pierwszej piętro, wszedłem w jakieś drzwi i znalazłem się przypadkiem przy sali konferencyjnej i Media Roomie. I przez szklaną ścianę zobaczyłem kanapki – ucieszyłem się bardzo.

15. Co prawda kanapki był na jedną modłę, z jakąś wędliną, startym serem i sosem. Ale przede wszystkim były smaczne i dużo, bo aż trzy patery. Mogłem więc bez krępacji nabrać tych kalorii, tak potrzebnych na przewidywane emocje piłkarskie.

16. Gdy wracałem, postanowiłem skorzystać z windy, ale nie dało się wbić 3. piętra. Próbowałem i nic. W końcu winda ruszyła i pojechała na parter, bo ktoś ją wezwał. To był chyba jakiś pracownik klubu i mówiłem mu, że chcę wjechać na trzecie. On zaczął w tym momencie wbijać jakieś kody, niby do combosów w Mortal Kombat. Jakieś kombinacje z prędkością światła 2#412 czy 3#2124. Jednak nie udawało mu się. Powiedział, że winda nie dojeżdża ot tak na trzecie piętro, bo była potrzebna do dojazdu na 1. i 2. dla VIP-ów czy coś takiego. Dojechałem z nim na drugie, a resztę pokonałem schodami.

17. Ten mankament z niedostępnością gastronomii stadionowej wynikał jednak z czegoś większego, co akurat było super sprawą. Uwierzcie, jest bardzo niekomfortowe relacjonowanie meczu, jeśli macie nad głową kibiców, którzy jeszcze robią bydło jak na Legii. I to kibiców przeciwnej drużyny. Zaglądają ci w ekran, robią jakieś podśmiechujki. Wielokrotnie się z tym spotykaliśmy. Tutaj był bardzo duży komfort i mogliśmy się skupić tylko na pracy.

18. Widoczność – super. Pozostało tylko kontynuować relację LIVE – którą rozpocząłem, gdy dojeżdżaliśmy na stadion. Przy okazji zapraszam do tych naszych relacji – bo jesteśmy LIVE na długo przed meczem i po spotkaniu i na bieżąco piszemy, co mówią trenerzy. Jest dużo smaczków, kulisów, trochę na żywo możecie zobaczyć pracę redakcji. Dodatkowo raz lub dwa w trakcie danej połowy nagrywam głosówkę z podsumowaniem dotychczasowych wydarzeń. Naprawdę warto nas śledzić. A my będąc nieopodal komentatorów Canal Plus mogliśmy od razu spoglądać na powtórki sytuacji, choć swoją drogą – transmisję mamy też odpaloną na laptopie (z tym że jest tu kilkudziesięciosekundowe opóźnienie).

19. Przed meczem Rafał Górak przechadzał się po murawie, sprawdzając jej stan i przywitał się z kibicami. Dobrze, że ta dobra krew między kibicami, a szkoleniowcem jest i po tych wszystkich trudnych czasach, nie ma już ani śladu.

20. Kibice dopisali. Zarówno Motoru, jak i GieKSy i z obu stron był bardzo dobry doping. I szkoda trochę, że w ramach neutralnych stosunków, w maju, gdy obie ekipy awansowały w Gdyni, było dużo wzajemnej życzliwości. Potem Motorowcy zaczęli się bratać zza Brynicą i wszystko prysło. Choć to lublinianie zaczęli podczas meczu obrażać GKS w sposób żenujący. GieKSiarze nie pozostali dłużni.

21. Przed meczem uhonorowano niesamowicie Rafała Króla, legendę Motoru, który rozegrał 290 meczów w barwach tego zespołu. Zawodnik pamięta pojedynki z GieKSą z lat 2008-10. Dość powiedzieć, że ja mogłem go obserwować w jego pierwszym sezonie w Motorze właśnie podczas jednego z tych meczów GKS w Lublinie. Bramki dla naszego zespołu zdobyli wtedy… Sebastian Gielza i Damian Sadowski.

22. Piłkarze GKS zachowali się z klasą i utworzyli wraz z zawodnikami Motoru szpaler. Sympatycznie. Tak powinno się honorować swoich wybitnych zawodników.

23. Już w 18. sekundzie GKS miał na koncie dwa celne strzały. Najpierw Bartosz Nowak, a potem Adrian Błąd uderzali na bramkę, ale Kacper Rosa świetnie bronił i pokazał, że w tym meczu nasi zawodnicy ofensywni będą mieli trudno. Potem Sebastian Bergier strzelił bramkę i wydawało się, że gra GieKSy daje duże szanse na zwycięstwo. Niestety szybko – po naszych błędach – rywale zdobyli dwa gole i na przerwę schodziliśmy z debetem. Jedną z bramek zdobył nasz były zawodnik – Piotr Ceglarz.

24. GieKSa się nie poddawała i szybko Borja Galan wyrównał. W końcu! Zawodnik ostatnio gra coraz lepiej i w końcu strzelił swoją pierwszą bramkę w lidze. Będziemy mieli z niego dużo pożytku – naprawdę miło patrzyło się na grę Hiszpana. A zapowiedzi trenera, że Borja wskoczy na dobry poziom, ziszczają się.

25. Motor znów wyszedł na prowadzenie i nie oddał go do końca, mimo że GKS walczył. Po emocjonującym meczu, katowiczanie przegrali w Lublinie 2:3.

26. Po nagrywce pomeczowej uciąłem sobie jeszcze pogawędkę z Michałem Żewłakowem, który z Rafałem Dębińskim komentował ten mecz w Canal Plus. Tak jak pisałem w felietonie – był reprezentant Polski bardziej obarczył naszych zawodników ofensywnych, a nie obrońców, za to, że GKS tego meczu nie wygrał. W jego opinii GieKSa była lepsza.

27. Ogólnie fajne jest w tej ekstraklasie, że przez to, że jest tak, medialna, możemy w końcu spotkać znane postaci ze świata piłki i nie tylko. Oczywiście w niższych ligach też jest to możliwe, ale raczej jedynie wtedy, gdy dana osoba ściśle jest związana z danym klubem.

28. Udaliśmy się na salę konferencyjną, a Patryk poszedł po wywiad. Sala konferencyjna ma kilometr długości, naprawdę nie przypominam sobie tak długiego pokoju tego typu. Żeby dojrzeć trenerów, trzeba mieć lunetę.

29. A na sali konferencyjnej, celebryta – mianowicie Fornal – jeśli nie kojarzycie, to taki znany Youtuber, który recenzuje różne gastronomiczne miejsca, typu kebaby itd. Ma ten swój charakterystyczny gest „zapraszania do środka”. Boże jaki ten Fornal jest potężny. Dawno nie widziałem tak dużego człowieka. Widać, że ma zamiłowanie do jedzenia, choć tutaj akurat nie jadł (pewnie dlatego, że już nic nie było). Sączył sobie tylko herbatkę.

30. Na konferencję się naczekaliśmy. Popełniłem strategiczny błąd, że usiadłem daleko z tyłu (bo tam był stolik), a głośniki działały tylko gdzieś do połowy sali. Musiałem więc wytężyć słuch, żeby móc notować, co mówią trenerzy.

31 .O ile Rafał Górak dość zwięźle i szybko odpowiedział na pytania, to rozanielony Mateusz Stolarski rozwijał się i mówił kwieciście, zahaczając niemal o patos. Trwało to i trwało, ale widać było, że ciśnienie po ostatnich meczach z niego zeszło. Przypomniało mi się podobne rozanielenie Jana Urbana i Goncalo Feio po meczu z nami. Dosłownie czuć, jak po takich meczach z jednego czy drugiego trenera zeszła presja.

32. A my, jak to my, zostaliśmy na sali konferencyjne jeszcze z godzinę. Magda robiła galerię, Patryk wrócił z wywiadu z Arkadiuszem Jędrychem, ja doszlifowywałem konferencję. Lubię te nasze posiedzenia, gdy salki się wyludniają, jesteśmy wtedy bardzo mocno skupieni na pracy, jest wesoło i materiały pojawiają się na stronie szybko.

33. Pobawiliśmy się tytułami i kompletnie niecelowo i niezależnie wyszła fajna zbitka tytułów – relacji pomeczowej, konferencji i galerii 😉

34. Zebraliśmy się około godziny 23:00. Czekała nas długa podróż do domu. Jeszcze wyjeżdżając ze stadionu ujrzeliśmy flagę, która była na trybunach dla Rafała Króla – teraz była wywieszona przed stadionem, by oznajmiać Lublinowi, jaka legenda w ich klubie grała.

35. Droga powrotna przebiegła nam spokojnie, choć też było mgliście. Ja zdążyłem napisać felieton pomeczowy, z czego bardzo się cieszyłem, bo nie wiem, kiedy bym znalazł czas, żeby go gdzieś wcisnąć. Podobnie jest z tym post scriptum. Ale udaje się. Ku chwale GieKSy.

36. W Katowicach byliśmy po trzeciej. To pierwszy daleki wyjazd w tej rundzie i zapowiedź tego, co nas czeka. Białystok, Szczecin, Gdańsk… i parę średnich jak Łódź, Kielce czy ekspresowy Wrocław.

37. Aha, dodam, że wczoraj w głowie sobie patrzyłem na GKS na wyjazdach w tym sezonie. W ośmiu z jedenastu meczów katowiczanie strzelali bramki. W trzech meczach piłkarze zdobyli po jednej, w trzech po dwie bramki, a po razie trafiali cztery i sześć razy. To naprawdę niezła statystyka goli wyjazdowych.

38. W Lublinie było dobrze, tylko z błędami. Nie ma co psioczyć. Zespół idzie w bardzo dobrym kierunku i ten rozwój jest aż nadto widoczny.

39. Do zobaczenia w Białymstoku!

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga