Piłka nożna Prasówka
Waleczny beniaminek nie dał rady Jagiellonii
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania Jagiellonia Białystok – GKS Katowice 1:0 (1:0).
weszlo.com – Hat trick! Trzy niedzielne mecze z sędziowskimi kontrowersjami
Rzut karny za zagranie ręką w Niepołomicach, który był i zniknął. Potencjalne czerwone kartki dla Tudora Baluty i Artura Jędrzejczyka. Tak zaczęła się dla nas niedziela z Ekstraklasą. Jak się skończyła? Zablokowaniem ręką strzału Jagiellonii oraz zdemolowaniem łokciem w polu karnym piłkarza GKS Katowice. Wszystkie trzy mecze danego dnia z kontrowersjami — gratulacje, rzadki hat trick!
[…] Spotkanie w Białymstoku było kolejną odsłoną dyskusji o tym, kiedy ręka jest, kiedy jej nie ma i na co może pozwolić sobie rywal w walce o piłkę. Jak to z artystami (nawet gwizdka!) bywa, Wojciech Myć postanowił przedstawić nam swoją interpretację tych zagadnień.
Na powyższym obrazku widzimy Marcina Wasielewskiego, który blokuje ręką strzał Jesusa Imaza. Sytuacja była niezła, o czym świadczy fakt, że odbita piłka wylądowała na poprzeczce. Strzał zmierzał więc w światło bramki i mógł skończyć się golem — mógł, lecz na drodze stanął naładowany jak karabin triceps zawodnika GKS Katowice.
Niżej znajdziemy inną sytuację z udziałem wielkiego jak szafa piłkarza GieKSy. Oskara Repkę niełatwo zatrzymać, zwłaszcza w bezpośrednim pojedynku o piłkę. Norbertowi Wojtuszkowi ta sztuka się udała, ale nie ma co ukrywać — przy wydatnej pomocy łokcia, który wylądował na szczęce pomocnika przeciwnej drużyny.
Repce chwilę zajęło dojście do siebie i wcale mu się nie dziwimy. Zwykle w takich sytuacjach zasada jest prosta: faul, żółta kartka. Tym razem tak jednak nie było. Przy obecnej formie naszych arbitrów zostaje gorzko zażartować, że nawet jeśli sędzia w Białymstoku się pomylił, to przynajmniej sprawiedliwie — po razie w każdą stronę.
Zostawmy jednak ten drażliwy temat i zajmijmy się sprawą równie ważką — Jagiellonia stała się dziś drużyną kompletną! Skąd ten komplement? Gol Tarasa Romanczuka był pierwszym strzelonym przez ekipę Adriana Siemieńca po rzucie rożnym w tym sezonie. Statystyki były dla białostoczan niechlubne, bo jako jedyni w lidze nie zdołali zaskoczyć rywala w ten sposób, mimo że okazji nie brakowało — xG Jagi po kornerach było ciut, ciut niższe niż średnia ligowa.
Bramki jednak nie przychodziły, aż do teraz. Jarosław Kubicki wrzucił piłkę na bliższy słupek, Jesus Imaz podanie przedłużył i piłka trafiła w nogę Martena Kuuska. Trafiła tak, że Estończyk przypadkiem wyłożył ją Romanczukowi, który nie miał prawa się pomylić. Gol więc był częściowo szczęśliwy, ale tylko częściowo. Zabawne jednak, że pierwszy gol Jagielloni po rzucie rożnym przydarzył się w meczu z GKS Katowice, który… broni kornerów najlepiej w lidze, zaraz za Lechem Poznań.
Chichot losu, bardzo dla Jagiellonii pomocny, bo o ile pierwsze czterdzieści pięć minut nie sugerowało, że GieKSa postawi się mistrzowi Polski, tak zmiany Rafała Góraka i upływający czas sprawiły, że walka o punkty stała się nieco bardziej wyrównana. Po strzale głową Dawida Drachala świetnie interweniował Sławomir Abramowicz, Filip Szymczak oddał płaski strzał, który minął słupek, Wasielewski nie trafił w bramkę z ostrego kąta, Borja Galan nieznacznie chybił po centrze Alana Czerwińskiego.
No, kilka szans goście mieli. Jagiellonia spuściła natomiast z tonu. Do przerwy gola najczęściej szukał Oskar Pietuszewski, jednak obijał rywali, jakby grał w Pinball. Podobnie zresztą Romaczuk — niektórzy już widzieli piłkę w siatce, gdy jego próbę zablokował Kuusk.
Po zmianie stron najlepszą szansę miał z kolei rozkręcający się z tygodnia na tydzień Darko Czurlinow, który ustrzelił poprzeczkę. Druga bramka więc nie wpadła, można było lekko drżeć o wynik, ale na koniec białostoczanie dotrzymują kroku Lechowi Poznań — to wciąż tylko dwa punkty różnicy przy łączeniu ligi z pucharami.
gol24.pl – Waleczny beniaminek nie dał rady Jagiellonii Białystok. Duma Podlasia wymęczyła zwycięstwo
Jagiellonia Białystok wygrała skromnie z solidnym walczącym beniaminkiem, GKS Katowice w 23. kolejce PKO Ekstraklasy. U siebie przy Słonecznej zadecydował gol Tarasa Romanczuka. Choć w końcówce to podopieczni trenera Rafała Góraka przeważali i umieścili nawet piłkę w siatce to nie zdołali odwrócić losów meczu. Jagiellonia stała się wiceliderem tabeli.
Ciekawie było w pierwszej połowie ostatniego niedzielnego meczu 23. kolejki PKO Ekstraklasy.
Głównie za sprawą niewykorzystanych dwóch szans Tarasa Romanczuka, który raz uderzył z półwoleja nad poprzeczką bramki strzeżonej przez Dawida Kudłę. Drugim razem Polak ukraińskiego pochodzenia strzelił już w światło bramki, ale na linii strzału stanął rywal. Znów Dawid Kudła zatem nie musiał nawet interweniować, a Jagiellonii przyznano rzut rożny.
Do trzech razy sztuka. Romanczuk dopadł do piłki po wrzutce w pole karne i pechowej interwencji golkipera katowickiego beniaminka. Polak z zimną krwią (po uderzeniu głową) wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. Wcześniej, szansę na gola miał Jesus Imaz, który strzelał w poprzeczkę po rykoszecie obrońcy.
Akcje przyjezdnych z Katowic starał się napędzać niezwykle aktywny Bartosz Nowak na skrzydle. Jednakże, jego dośrodkowania mijały kolegów, którzy nie nadążyli wyraźnie za wrzutkami w szesnastkę. Podopieczni trenera Rafała Góraka ograniczeni byli w pierwszej połowie do kontr i po jednej z nich przestrzelił Sebastian Bergier. Piłkarza w drugiej odsłonie zmienił wypożyczony z Lecha Poznań, Filip Szymczak
Pojawił się też Dawid Drachal (wypożyczony z Rakowa Częstochowa) na boisku w barwach GieKSy. 20-latek z Radomia postraszył Sławomira Abramowicza koło 60 minuty, kiedy strzelał głową. Chwilę później, sytuację zaprzepaścił Filip Szymczak po dograniu Borjy Galana.
bialystokonline.pl – Wymęczone zwycięstwo Jagiellonii. Mistrzowie Polski znów pokazali dwie twarze
Duma Podlasia pokonała w niedzielny (2.03) wieczór GKS Katowice, ale zrobiła to w kiepskim stylu. W pierwszej połowie przewaga Jagi była wyraźna, jednak po zmianie stron na murawie Chorten Areny dominowali rywale.
[…] Domowa potyczka z beniaminkiem, który już raz pokonał w tym sezonie mistrzów kraju, rozpoczęła się od niecelnego uderzenia 16-letniego Oskara Pietuszewskiego, który zastąpił na lewym skrzydle Darko Churlinova, a niedługo potem Jagiellonia w iście barceloński sposób rozklepała defensywę GKS-u, ale efektowna wymiana podań w okolicach pola karnego nie zakończyła się strzałem na bramkę Dawida Kudły.
Początek meczu był w wykonaniu białostoczan niezły, gdyż w kolejnych minutach nadal nacierali gospodarze, lecz pierwsza próba Romanczuka nie zmusiła golkipera gości do interwencji, podobnie zresztą jak i uderzenie numer dwa kapitana Dumy Podlasia. Najpierw defensywny pomocnik huknął niecelnie, a następnie futbolówka po strzale Tarasa trafiła w jednego z rywali.
Podopieczni Adriana Siemieńca mieli przewagę, posiadali inicjatywę, lecz defensywa beniaminka skapitulować nie chciała. W pierwszym dwóch kwadransach najbliżej gola Jagiellonia była w 30. minucie. Wtedy to kontra mistrzów Polski zakończyła się uderzeniem Jesusa Imaza, po którym piłka obiła poprzeczkę.
GKS bronił się dobrze, ale do przerwy czystego konta zespół z Katowic utrzymać nie zdołał. Wprawdzie z akcji Żółto-Czerwoni nie potrafili pokonać bramkarza gości, jednak mistrzom Polski na pomoc przyszedł stały fragment gry. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i niepewnej interwencji na linii w wykonaniu Martena Kuuska futbolówkę do siatki z najbliższej odległości zapakował powracający w niedzielę do wyjściowego składu Taras Romanczuk.
W końcówce pierwszej połowy celny strzał z obrębu szesnastki oddał jeszcze Afimico Pululu, ale Dawid Kudła z próbą napastnika Jagi sobie poradził.
Zaraz po wyjściu z szatni obraz gry się nie zmienił. Nadal większą jakością charakteryzowali się gospodarze i to oni na murawie Chorten Areny dominowali, choć w 55. minucie to GKS dosyć mocno postraszył Dumę Podlasia. Zagrożenie stworzył Filip Szymczak, który oddał płaski strzał zza szesnastki i pomylił się naprawdę niewiele. Niedługo potem w boczną siatkę z ostrego kąta trafił jeszcze Wasielewski, po czym w kolejnej akcji ten sam zawodnik uderzył jeszcze raz, ale dobrze spisał się Sławomir Abramowicz.
W każdym razie beniaminek przycisnął i zaczął radzić sobie coraz pewniej, zaś Jaga ewidentnie zaciągnęła ręczny. To sprawiło, że końcówka meczu była bardzo nerwowa. Tak na dobrą sprawę Żółto-Czerwoni na ataki GKS-u odpowiedzieli dopiero w 79. minucie, kiedy to z niezłej pozycji Tomas Silva posłał piłkę wysoko w trybuny. Ten zryw pobudził jednak Jagiellończyków, którzy chwilę później obili poprzeczkę, konkretnie uczynił to Darko Churlinov, a potem nieco częściej gościli w polu karnym rywala.
Wydawało się zatem, że mistrzowie kraju zaczęli odzyskiwać kontrolę, a tymczasem futbolówkę do bramki zapakowali przyjezdni. Na szczęście trafienie Galana nie zostało uznane, bo chwilę wcześniej staranowany na 7. metrze został Sławomir Abramowicz, dzięki czemu Duma Podlasia, mimo wielkich kłopotów, nie wypuściła z rąk zwycięstwa.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice w Białymstoku napędził mistrzom strachu. Kibice mogą być dumni po porażce 0:1
Mistrzowie Polski na własnym boisku wyrównali rachunki za porażkę w Katowicach, ale GKS pokazał się z dobrej strony i w drugiej połowie miał szansę na wyrównanie.
Jagiellonia Białystok była pierwszym zespołem, którego beniaminek z Katowic pokonał na Bukowej po powrocie do Ekstraklasy. Wyjazdowe spotkanie zapowiadało się więc frapująco, bo zespół Adriana Siemieńca walczy o obronę tytułu mistrzowskiego, znakomicie jednocześnie spisując się w europucharze.
W pierwszej połowie po mniej więcej trzydziestu bardzo wyrównanych minutach Jagiellonia osiągnęła przewagę. Szybko ją podkreśliła strzelonym golem, przy którym błąd popełnił Marten Kuusk wybijając piłkę z linii bramkowej wprost na głowę Tarasa Romanczuka.
W przerwie Rafał Górak zagrał va banque i dokonał trzech zmian. Zmianie uległa też gra jego zespołu, który przejął środek boiska i był blisko doprowadzenia do remisu. W 88 minucie piłka nawet wpadła do białostockiej siatki, jednak akcję zepsuł Oskar Repka, który sfaulował Sławomira Abramowicza już po tym, jak bramkarz gospodarzy źle interweniował, co pozwoliło na celny strzał Borji Galanowi.
jagiellonia.net – Ciężki mecz i ważne trzy punkty
[…] W niedzielny wieczór, przy ponad 14 tysięcznej publiczności i Ultrze wypełnionej do ostatniego krzesełka mieliśmy okazję zobaczyć mecz z GKSem Katowice. Przyjezdnych dopingowała w efektowny sposób liczna grupa kibiców z Katowic.
To było mecz z gatunku łamaków i takich, które trzeba wygrać, przy mniejszym myśleniu o stylu. I tak też było. Było to bardzo wyczerpujące fizycznie widowisko. Oba zespoły zagrały twardą piłkę i przebiegły po około 117 kilometrów co mówi dużo o intensywności zawodów.
Piłkarsko nie było to porywające widowisko. Początek pierwszej połowy to próby gości do narzucenia swojej filozofii gry. Kiedy to nie przyniosło skutku, Jagiellonia pokazała, że jest klasową drużyną. Kilka ciekawych kombinacyjnych akcji, które mogły się podobać. Brakowało jedynie strzałów.
[…] Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie. Jagiellonia mozolnie budowała akcje w ofensywie, ale brakowało trochę, aby strzelić na 2:0 i uspokoić mecz. W 56. minucie meczu było bardzo blisko. Przy kontrze 3 na 1 obrońca GKSu w ostatniej chwili wybił piłkę Mikiemu Villarowi spod nóg. W 79. minucie meczu Tomas Silva dostał idealne podanie od Fadigi, ale strzał był wyjątkowo niecelny. Trzy minuty później Darko Churlinov huknął z półdystansu w swoim stylu, ale jego strzał wylądował na poprzeczce. W 88. minucie padła bramka dla gości, ale na całe szczęście dla Jagiellonii, nieuznana. W polu karnym faulowany był Sławomir Abramowicz.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


Najnowsze komentarze