Dołącz do nas

Felietony

Wracamy do punktu wyjścia (spadek coraz bliżej)

Avatar photo

Opublikowany

dnia

No i wróciliśmy niemal do punktu wyjścia. Niemal, bo nie przegraliśmy od dwóch spotkań. A jednak – brak wygranej w dwóch meczach u siebie w dużej mierze zniwelował to, co udało się osiągnąć w dwóch ostatnich wyjazdach. GieKSa zrobiła to, co potrafi najlepiej w ostatnich latach. To, w czym jest po prostu mistrzem. Czyli nie wykorzystała niepowtarzalnej okazji, by wydostać się ze strefy spadkowej lub przynajmniej zbliżyć się do niej na jeden punkt.

Jesteśmy w odległości jednego meczu od bezpiecznej strefy. Jednego meczu wygranego z Bytovią lub Stomilem. Brzmi tak fajnie, tak sielankowo, ot przyjeżdża sobie zespół z Olsztyna czy Bytowa i inkasuje bagaż bramek, zero punktów, do widzenia – spadajcie (do drugiej ligi). Problem zaczyna się wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że we wszystkich pozostałych meczach nie możemy zapunktować gorzej niż te dwie ekipy. Problem zaczyna się wtedy, gdy zdamy sobie sprawę, że od pozostałych ekip walczących o utrzymanie, musimy oprócz bezpośredniej wygranej – zapunktować lepiej.

Nadal wydaje się, że do pozostania w lidze potrzebne będzie minimum 36-37 punktów. Ale nawet jeśli będzie to dolne 36, to do utrzymania potrzebujemy jeszcze 10 oczek. Czyli w siedmiu meczach muszą to być bilanse 3-1-3, 2-4-1 lub… 2-5-0 (11 punktów). Oczywiście może się zdarzyć, że taka Bytovia do końca sezonu nie wygra ani jednego meczu. Ale statystycznie może się zdarzyć, że jednak wygra, choćby w najbliższej kolejce z Wigrami. Bo czemu nie? Może się też zdarzyć, że to Wigry znów zapunktują i zamienią się miejscami z Bytovią.

Dograć do końca sezonu bez porażki? Mieć rekordową serię 11 meczów bez porażki od czasu awansu na zaplecze ekstraklasy? Schowajmy to między bajki. Po dziewięć meczów zdarzyło się ekipom Moskala i Brzęczka, tylko wtedy te drużyny grały efektownie i skutecznie i przede wszystkim walczyły o awans (no dobra, udawały, że walczyły). Więc dlaczego nagle drużyna Dudka, która nie potrafi wygrać jednego meczu u siebie, miałaby mieć jedną trzecią sezonu bez przegranej? Wspomniany bilans 2-5-0 możemy więc uznać za abstrakcyjny. 2-4-1? W ostatnich sześciu meczach GKS przegrał dwa. Teraz mamy niesamowitą serię czterech meczów bez porażki. Z Chojnicami i Chrobrym GKS przegrywał i doprowadzał do wyrównania. Trudno więc spodziewać się, że katowiczanie nie przegrają jednego czy drugiego podobnego do tych meczu.

Zakładając więc, że ze dwie porażki jeszcze się zdarzą, to konieczne będą również zwycięstwa. Wydaje się więc, że absolutnym minimum są trzy wygrane, ale tak naprawdę prawdopodobnie do utrzymania konieczne będą cztery. W przypadku ewentualnych trzech porażek, bezwzględnie będą to cztery wygrane.

Cztery mecze na siedem będzie musiała wygrać drużyna, której tylko raz udało się wygrać dwa mecze z rzędu. Która wygrała u siebie jeden mecz na czternaście. Której rekord meczów bez porażki teraz wynosi cztery, a wcześniej wynosił dwa. Drużyna, która w co drugim średnio meczu traci dwa lub więcej goli. Drużyna, której najlepsza siedmiomeczówka, to ta trwająca obecnie, czyli wynosząca dziewięć zdobytych punktów, czyli ciągle za mało, żeby myśleć o utrzymaniu.

I przede wszystkich drużyna, która ma olbrzymie problemy na boisku. W której nie widać piłkarskiego postępu na tyle, żeby mieć nadzieję, że znów wygra dwa mecze z rzędu. Owszem – minimalny postęp jest – nie oglądamy już tak żenujących spotkań jak jesienią z Garbarnią, Wartą czy już wiosną z Wigrami. I postęp dotyczy tylko strzelanych bramek, bo nawet trudno to nazwać wielkim postępem gry ofensywnej, która ciągle jest szarpana i chaotyczna. Taki postęp to ciągle za mało.

Jedynie mecz z Odrą Opole był dobry. Te pozostałe, z Jastrzębiem, Chojnicami i Chrobrym były bardzo podobne, jeśli chodzi o stykowość. I tak naprawdę mieliśmy mnóstwo szczęścia, że udało się wyciągnąć pięć punktów. Bo w Jastrzębiu mogliśmy przegrać, z Chojniczanką powinniśmy. Z Chrobrym wynik w obie strony był możliwy, choć gdyby w 15. minucie Ratajczak trafił do pustej bramki zamiast w słupek, to dwubramkowej straty byśmy już nie odrobili. Udało się zapunktować, ale styk i szczęście po naszej stronie było tak olbrzymie, że trudno się spodziewać, aby utrzymało się do końca sezonu – w podobnie wyglądających meczach. A to nie ma być rosyjska ruletka, tylko gra pewna na tyle, że punkty będą zdobywane zasłużenie.

Tym bardziej, jeśli mamy obronę, która potrafi spartaczyć wszelkie starania zawodników ofensywnych. W głowie się nie mieści, jak można tracić tak głupie bramki. Trudno zrozumieć, dlaczego piłkarze trafiając na Bukowej prezentują IQ piłkarskie piłki, czyli tego okrągłego przedmiotu, który się kopie. Z Chojnicami Wawrzyniak i Poczobut zgłupieli przy pierwszym golu, a Jędrych przyspawał się do ziemi przy drugim. Z Chrobrym najpierw Jędrych potruchtał sobie byle dalej od rywala, aby ten strzelił sobie gola, po czym wydało mu się, że uczestniczy w pojedynku zapasów na igrzyskach olimpijskich i w totalnie niegroźnej sytuacji powalił przeciwnika – rzut karny. Co z tego, że GieKSa wciśnie jednego czy dwa gole, jak zaraz właśnie Jędrych czy podpięty do gniazdka elektrycznego Wawrzyniak zrobią takiego babola, jaki może się przyśnić w najczarniejszych snach?

A trzeba dodać, że błysk Błąda czy determinacja Śpiączki nie zawsze będzie na wysokim poziomie i ta niebywała – jak na naszą drużynę – skuteczność, też się nie utrzyma do końca sezonu. Tu będą mecze, w których strzelimy jedną bramkę lub żadnej. I wtedy każdy błąd zakończony stratą gola to będą odebrane punkty, te punkty wyliczone wyżej potrzebne do utrzymania. Wystarczy zdać sobie sprawę z tego, że w obecnym sezonie na 27 meczów tylko 6 razy zachowaliśmy czyste konto, a aż w 14 (czyli co drugi mecz!) traciliśmy co najmniej dwa gole.

GieKSa bezwzględnie potrzebowała przynajmniej jednego zwycięstwa w dwóch meczach u siebie. Bo teraz przyjdą dwa mecze na wyjeździe i to z lepszymi przeciwnikami niż Chrobry. Zagramy na wyjeździe z Puszczą, która właśnie ograła w Łodzi ŁKS, a z Chrobrym potrafiła u siebie zwyciężyć 3:0. Potem czeka nas spotkanie z Niecieczą, która w sześciu meczach straciła tylko dwie bramki. Nie ma co gadać, będą to rywale trudniejsi niż ci dotychczasowi. Nie ma też rzucać farmazonów o tym, że GKS na wyjeździe jest mocniejszy. Rzeczywiście tak wynika z liczby zwycięstw, ale faktem jest, że katowiczanie sporo meczów na wyjazdach również przerżnęli w fatalnym stylu. A w tej lidze generalnie nie ma większego znaczenia boisko, na którym się gra.

GieKSa ma kilka problemów terminarzowych. Po pierwsze fakt, że teraz rozegra dwa mecze na wyjeździe z mocniejszymi przeciwnikami. Po drugie, że u siebie zagramy jeszcze ze Stalą Mielec. I po trzecie – najgorsze, ale z drugiej strony najbardziej chyba rztelne w ocenie, czy będziemy na to utrzymanie zasługiwali – to to, że ostatnie dwa mecze to będą pojedynki z Wartą na wyjeździe i Bytovią u siebie. Zwłaszcza ten ostatni mecz może być jednym z najważniejszych w historii klubu. Wspomniany problem jednak polega na tym, że skoro już teraz trener Dudek mówi, że z powodu presji piłkarze nie potrafią prosto kopnąć piłki, to co dopiero będzie, gdy od jednego wygranego meczu będzie zależało utrzymanie ligi dla Katowic?

Żeby nie powtórzył nam się Kluczbork.

Ale tak podsumowując to wszystko, to wszelkie wyliczenia i analizy można wyrzucić do kosza. Gra GieKSy opiera się na czystym przypadku i są tak naprawdę dwie opcje – albo zespół gra żenująco i zasłużenie przegrywa, albo gra trochę lepiej i wynik meczu jest kwestią losową. Całe ostatnie lata udowodniły, że nie mamy co się doszukiwać głębszego czy nawet płytkiego sensu. I jeśli GKS się utrzyma, to również będzie to dziełem przypadku.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z ostatnich lat w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli.

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

W drużynie Rakowa nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga