Piłka nożna Prasówka
Wykartkowana GieKSa dostała lanie nad morzem. „To jest skandal!”
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego spotkania Lechia Gdańsk – GKS Katowice 5:1 (1:1).
sportdziennik.com – GieKSa rozbita w Gdańsku
[…] Pierwszych kilka minut spotkania było trochę chaotyczne. Jednak to GKS zaczynał być coraz bardziej konkretny i próbował rozgrywać piłkę na połowie gospodarzy. Lechia starała się wyprowadzać swoje akcje długimi podaniami. I to dość szybko dało gospodarzom prowadzenie. Bardzo dobrze wykonany rzut rożny, piłka posłana idealnie na głowę Luisa Fernandeza, który umieścił ją w bramce katowiczan. Dawid Kudła nie miał szans na złapanie piłki.
Po stracie bramki katowiczanie ruszyli do natarcia i Sebastian Bergier z prawej strony pola karnego posłał piłkę w długi róg i GKS wyrównał. To była ładna akcja podopiecznych Rafała Góraka. Co prawda przez chwilę prawidłowość gola była sprawdzana w wozie VAR, ale spalonego nie było.
Lechia po stracie bramki nie ruszyła do przodu. Długie rozgrywanie piłki na własnej połowie. Katowiczanie starali się grać dość wysokim pressingiem i przez to ciężko było gospodarzem dostać się w pobliże pola karnego GieKSy. Wyjątkiem w tej fazie gry, była prosta strata piłki przez gości, co pozwoliło Fernandezowi na oddanie bardzo mocnego strzało w światło bramki, ale Kudła złapał piłkę, choć moc uderzenia na pewno poczuł.
Bergier mógł dać prowadzenie GKS-wi, gdy przejął piłkę na środku boiska i popędził w kierunku bramki gdańszczan. Próbował strzelić, ale był spychany przez Eliasa Olssona. Nie miał też komu podać, bo jego koledzy nie spieszyli się, by go wesprzeć i dać mu okazję do przekazania komuś piłki.
Akcje GieKSy sprawiały kłopoty gospodarzom. Obrońcy Lechii trochę za wolno reagowali na zbliżające się zagrożenie. Chciał to wykorzystać Adrian Błąd, ale huknął tak mocno, że piłka przeleciała na dużej wysokości obok bramki gospodarzy. Po wznowieniu gry gdańszczanie nie potrafili skutecznie wyprowadzić piłki na połowę GKS-u. Zwłaszcza, jak próbowali robić to prawą stroną. Zagrywali wyjątkowo nieumiejętnie.
Potem wyglądało to lepiej i Kudła znowu miał okazję do obrony trudnego strzału. Tym razem Conrado przedarł się przez linie defensywne GieKSy podając ją do Bobcka.
W doliczonym czasie Marcin Wasielewski padł w polu karnym gdańszczan. Sędzia wskazał na jedenastkę, ale sytuację sprawdzał VAR. Trudno to ocenić, bo w powtórkach nie wydawało się, aby piłkarz GieKSy był zahaczony nogą obrońcy. Sęzia Marian Kochanek długo oglądał moment upadku Wasielewskiego na monitorze. Ostatecznie piłkarz z Katowic dostał żółtą kartkę za symulowanie faulu.
Potem wyglądało to lepiej i Kudła znowu miał okazję do obrony trudnego strzału. Tym razem Conrado przedarł się przez linie defensywne GieKSy podając ją do Bobcka.
W doliczonym czasie Marcin Wasielewski padł w polu karnym gdańszczan. Sędzia wskazał na jedenastkę, ale sytuację sprawdzał VAR. Trudno to ocenić, bo w powtórkach nie wydawało się, aby piłkarz GieKSy był zahaczony nogą obrońcy. Sęzia Marian Kochanek długo oglądał moment upadku Wasielewskiego na monitorze. Ostatecznie piłkarz z Katowic dostał żółtą kartkę za symulowanie faulu.
Druga część spotkania źle zaczęła się dla katowiczan. Shibata niebezpiecznie zagrał wysoko uniesioną nogą i sędzia pokazał mu żółtą kartkę. Pierwszą dostał w pierwszej części meczu i musiał opuścić boisko.
Gra w dziesiątkę nie zdeprymowała katowiczan. Grali ofensywnie i szukali okazji do zdobycia zwycięskiego gola. Ta taktyka była w tym momencie dobra, bo Lechia musiała grać na własnej połowie, a nie zagrażać bramce GieKSy. Szkoda tylko, że stracili w pewnym momencie i poszła szybka kontra w kierunku bramki pilnowanej przez Dawida Kudłę. Fernandez otrzymał podanie i pięknym strzałem w okienko dał prowadzenie Lechii Gdańsk.
Po chwili Bergier miał okazję na wyrównanie, ale bramkarz gospodarzy piłkę złapał, choć nie bez trudności. Gdy wydawało się, że GieKSa może wyrównać, gdyż nieźle radziła sobie z rozgrywaniem darzył się brutalny faul Arkadiusza Jędrycha na Fernandezie. Sędzia oglądnął to na monitorze VAR i podjął decyzję o czerwonej kartce dla zawodnika GKS-u. Od tej chwili goście musieli grać w dziewięciu.
Lechia szybko to wykorzystała i Tomas Bobcek skorzystał z odbitej piłki w polu karnym gości i umieścił ją w bramce GKS-u Katowice. Goście w tej sytuacji przyjęli wariant obronny i grali cofnięci. Próby przejścia na drugą stronę boiska czasami udawały się, ale niewiele to dawało okazji do zmiany wyniku. Katowiczanie wyraźnie stracili koncepcję, jak grać w takim osłabieniu.
Piłkarze Lechii to wykorzystali. Zamykali gości w hokejowym zamku i strzelali. W jednej z takich akcji, po dużym zamieszaniu piłkę w siatce umieścił Olsson. Sytuacja GieKSy robiła się coraz trudniejsza, a kolejne bramki wisiały w powietrzu. Następna padła po ładnej akcji gdańszczan. Tym razem piłkę w okienko posłał kolejny raz Bobcek.
Pod koniec meczu znowu było zamieszanie z analizą VAR. Po faulu obrońcy na zawodniku gospodarzy sędzia chciał podyktować rzut karny. Jednak zrezygnował z tej decyzji i zakończył spotkanie.
sportowefakty.wp.pl – Lechia rozbiła GKS. W drugiej połowie nie było czego zbierać
Lechia Gdańsk zdemolowała GKS Katowice. Piłkarze ze Śląska po nieodpowiedzialnych faulach w drugiej połowie spotkania grali przez długi czas w dziewiątkę i ostatecznie mecz zakończył się mało piłkarskim wynikiem – 5:1.
Atmosfera meczu Lechia Gdańsk – GKS Katowice niestety była daleka od optymalnej. Przez karę dla kibiców Lechii, pomimo odwołania ze strony gdańskiego klubu podtrzymana została decyzja piłkarskich organów i mecz zobaczyło na żywo nieco ponad tysiąc fanów.
Od samego początku inicjatywę przejęli piłkarze Lechii Gdańsk. W 8. minucie ciekawą akcję przeprowadził Camilo Mena, któremu jednak zabrakło jednak decyzyjności w polu karnym rywala. Po chwili jednak, po rzucie rożnym gospodarzy gola głową strzelił Luis Fernandez. Goście nie czekali długo na odpowiedź. Po tym, jak linię spalonego złamał Dawid Bugaj, już po czterech minutach od bramki Lechii, gola dla GKS-u pewnym strzałem od słupka zdobył Sebastian Bergier.
Po tej sytuacji obie drużyny miały swoje szanse, jednak zarówno Bergier, jak i Tomas Bobcek tym razem nie potrafili oddać precyzyjnych strzałów na bramki rywali. Później niestety mecz się zaostrzył i arbiter, który początkowo pozwalał na więcej częściej musiał używać gwizdka.
W doliczonym czasie gry doszło do kuriozalnej sytuacji. W polu karnym Marcin Wasielewski padł jak porażony po tym, jak piłkę próbował zabrać mu Conrado. Powtórki jasno pokazały, że zawodnik GKS-u „nurkował”, jednak arbiter potrzebował około 6 minut, by odwołać pierwotną decyzję o karnym i przyznać żółtą kartkę zawodnikowi gości.
Do przerwy był remis 1:1, a już w jednej z pierwszych akcji drugiej połowy katowiczanie grali w dziesiątkę. Za drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę do szatni zszedł Shun Shibata. Pomimo straty jednego piłkarza, GKS był stroną przeważającą. Goście jednak nie zabezpieczyli odpowiednio tyłów i po szybkiej kontrze, w 55. minucie gola na 2:1 zdobył Luis Fernandez.
Hiszpan był notorycznie faulowany przez zawodników GKS-u i katowiczanie już od 61. minuty grali w dziewiątkę! Po ostrym faulu od tyłu na Fernandezie Arkadiusza Jędrycha, arbiter początkowo odgwizdał tylko faul, ale po interwencji VAR-u pokazał piłkarzowi ze śląskiego klubu bezpośrednią czerwoną kartkę.
Grająca w podwójnej przewadze Lechia już tylko kontynuowała „dzieło zniszczenia”. W 65. minucie świetną akcję przeprowadził kolejny raz Fernandez, piłka trafiła przypadkowo w napastnika Lechii i Tomas Bobcek wykońćzył akcję doskonale, podwyższając na 3:1.
Lechia była głodna kolejnych bramek. Po zmianach, które dokonał Szymon Grabowski gola na 4:1 zdobył z najbliższej odległości Elias Olsson. GKS próbował grać w piłkę w dziewięcioosobowym składzie i nie był to najlepszy pomysł. W końcówce kolejnego gola strzelił Tomas Bobcek, a już w doliczonym czasie gry po raz trzeci w tym meczu sędzia Marcin Kochanek znów przez kilka minut analizował powtórki, po których nie dopatrzył się rzutu karnego dla Lechii.
dziennikzachodni.pl – Wykartkowana GieKSa dostała lanie nad morzem. „To jest skandal!”
Mecz odbył się przy prawie pustych trybunach, ze względu na karę jaką dostała Lechia za zachowanie jej kibiców. GieKSa po czerwonych kartkach od 46. minuty grała w dziesiątkę, a od 61. minuty – w dziewiątkę.
[…] Gospodarze objęli prowadzenie w 9. minucie po rzucie rożnym. Luis Fernandez urwał się obrońcą i z narożnika pola bramkowego głową umieścił piłkę w bramce.
GieKSa szybko się podniosła po tym ciosie i doprowadziła do wyrównania. Katowiczanie rozegrali składną akcję, Shun Shibata zagrał w pole karne, a Sebastian Bergier strzelił po ziemi z ostrego kąta. Sytuację sprawdził jeszcze VAR, który potwierdził prawidłowo zdobytego gola.
Mecz był otwarty, nie brakowało czasami chaosu i błędów, z których wynikały kolejne okazje po obu stronach.
Przed przerwą w Lechii nastąpiła wymuszona zmiana – z urazem z boiska zszedł Camilo Mena, którego zastąpił Dominik Piłka.
W trzeciej minucie doliczonego czasu sędzia Marcin Kochanek podyktował rzut karny, oceniając, że Conrado faulował Marcina Wasielewskiego. Najpierw długo sytuację analizował VAR, następnie arbiter podbiegł do monitora i w ósmej doliczonej minucie anulował karnego, a na dodatek ukarał żółtą kartką zawodnika GieKSy za symulację.
Druga połowa bardzo źle zaczęła się dla gości. Już w 46. minucie Shibata dostał drugą żółtą kartkę i w konsekwencji czerwoną. Sędzia ocenił, że Japończyk miał za wysoko podniesioną nogę w walce o piłce z Janem Biegańskim. Zawodnik Lechii złapał się za twarz, choć telewizyjne powtórki nie potwierdzały, aby Shibata tam trafił stopą.
Podrażniony GKS jakby na przekór ruszył do ataku, jednak stracił drugiego gola w momencie, kiedy chyba nikt się tego nie spodziewał. Fernandez strzelił zza pola karnego, a Dawid Kudła bezradnie patrzył jak piłka po rykoszecie od Oskara Repki wpada do siatki.
Jakby było mało nieszczęść, to w 61. minucie z boiska wyleciał po czerwonej kartce Arkadiusz Jędrych. Kapitan gości ostro sfaulował Fernandeza. Sędzia został wezwany przed VAR do monitora i ukarał Jędrycha. Tym razem powtórki potwierdzały, że decyzja była słuszna.
W 65. minucie Tomas Bobcek przytomnie zachował się w polu karnym i posłał piłkę między nogami bramkarza GKS-u.
GieKSa przyjęła też czwarty, gdy z bliska piłkę do bramki skierował Elias Olsson. To nie był koniec, bo Lechia strzeliła na 5:1 po… kontrze, a drugiego gola w tym meczu strzelił Bobcek.
W doliczonym czasie znów do akcji wkroczył VAR i sędzia ponownie podbiegł do monitora. Analizowano atak Dawida Brzozowskiego, który wybijał piłkę spod nóg Dawida Bugaja. Jedenastka tym razem nie została podyktowana.
– Nie chcę mówić o sędziowaniu, ale to jest skandal! Powinna się tym zająć Komisja Ligi – nie krył złości Sebastian Bergier przed kamerą Polsatu Sport.
dziennikbaltycki.pl – Pięć goli biało-zielonych, dwie czerwone kartki dla gości. Szalony mecz w Gdańsku!
Lechia Gdańsk rozbiła GKS Katowice 5:1. Były emocje, dwie czerwone kartki dla zespołu z Katowic, zwycięstwo zespołu biało-zielonych. Biało-zieloni wykorzystali swoją szansę, że rywal przez ponad pół godziny miał dwóch zawodników mniej na boisku. Nie dostosował się do tego sędzia, który musiał korzystać z podpowiedzi VAR.
Lechia wygrała wysoko i pewnie, ale trudno ocenić grę i dyspozycję biało-zielonych. Drużyna z Katowic fatalnie weszła w drugą połowę. Już po kilkudziesięciu sekundach drugą żółtą i w efekcie czerwoną kartką ukarany został Shun Shibata. Minął kwadrans, a Arkadiusz Jędrych – trochę przypadkowo, ale brutalnie – sfaulował Luisa Fernandeza. Sędzia obejrzał sytuację na monitorze i ukarał czerwoną kartką obrońcę GKS. Goście od 61 minuty musieli grać w „dziewiątkę” i postawili się w niesamowicie trudnej sytuacji.
Jeszcze po pierwszej czerwonej kartce goście grali odważnie i można było się zastanawiać, kto gra w osłabieniu. Później już na boisku była tylko jedna drużyna. To był szalony mecz, ale na pewno nie popisał się sędzia Marcin Kochanek z Opola, który we wszystkich kluczowych sytuacjach musiał liczyć na analizę VAR. Tak było w pierwszej połowie, kiedy podyktował rzut karny dla GKS, a potem zmienił swoją decyzję. W drugiej połowie potrzebował obejrzenia sytuacji na monitorze, żeby dać czerwoną kartkę Jędrychowi i nie podyktować karnego dla Lechii w samej końcówce spotkania, choć faul na Dawidzie Bugaju był ewidentny. Mało tego, Jędrychowi w ogóle nie pokazał kartki za faul i dopiero VAR musiał mu podpowiedzieć.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze