Piłka nożna Wywiady
[WYWIAD] Kalinkowski: Jestem bardzo zadowolony z przyjścia do GieKSy
Sporo nowym graczy pojawiło się w klubie w ostatnim okienku transferowym. Z jednym z nich umówiliśmy się w ostatnim czasie na nieco dłuższą niż pomeczowa wypowiedź rozmowę. Poznajcie bliżej Bartłomieja Kalinkowskiego.
GieKSa.pl: Trenujesz już karne?
Kalinkowski: Nie (śmiech). Ja do rzutów karnych się nie zabieram. W juniorach na turniejach podchodziłem do nich, ale strzelałem ze zmiennym szczęściem. To zdecydowanie nie jest moja mocna strona.
Wydawałoby się, że to może być Twoja mocna strona, bo generalnie często zawodnicy ze środka pola nawet z pozycji defensywnych dobrze wykonują takie 11stki.
Problem w karnych pojawia się wtedy, gdy podchodzę do piłki. Zwykle ci, którzy dobrze strzelają karne mają wybrany z góry wybrany róg, w który będą strzelać. Ja mam za dużo myśli wtedy, gdzie i jak uderzyć.
Zacznijmy więc od początku, długo zastanawiałeś się nad propozycją GieKSy w lecie?
Dla mnie to była prosta sprawa. Po Suwałkach miałem rok kontraktu z Legią, ale wiedziałem, że w tamtej chwili nie będzie dla mnie miejsca w tej drużynie. Szukałem bez powodzenia gry w ekstraklasie. GKS był bardzo zdeterminowany,by mnie pozyskać, co bardzo mi zaimponowało. W dwa dni załatwiliśmy wszystkie formalności między sobą, a i kwestie finansowe między klubami nie były przeszkodą. Z perspektywy czasu jestem bardzo zadowolony z tego kroku.
Ten piłkarski początek do łatwych nie należał bo przegraliście w Radomiu.
Tamten mecz jest do wymazania. Przegraliśmy go grając w składzie, który na tamtą chwilę był mocno eksperymentalny. Kontuzje i kartki wykluczyły 5 graczy, którzy teraz grają w podstawowym składzie. Do tego w tym zestawieniu graliśmy nasz pierwszy mecz „o punkty”. Z perspektywy czasu – mimo odpadnięcia – dobrze się stało, że taki mecz nam się przytrafił w tamtym momencie. Po tym meczu zdaliśmy sobie sprawę, że to nie będzie tak łatwo wyglądało jak wszyscy myśleli.
Dla Ciebie chyba podwójny zimny prysznic bo zostałeś zmieniony w przerwie
GieKSa nie ściągałaby mnie, gdyby nie widziała mnie w składzie. Jeden mecz nie mógł o tym decydować, byłem przekonany, że dostanę jeszcze swoją szansę. W Radomiu zostałem zmieniony w przerwie, bo miałem od 3 minuty kartkę na koncie, a mecz był agresywny w środku pola. Trener wyjaśnił mi od razu, że nie chciał ryzykować czerwonej kartki. Nie mogłem mieć żadnych pretensji do trenera, nasza gra nie była na najwyższym poziomie. Musiałem poczekać na swoją szansę, ale taka jest piłka. Teraz, gdy gramy dobrze, czekają inni. Gdyby coś się załamało w naszej grze, to też pewnie będą jakieś zmiany w składzie. Trzeba być na to przygotowanym i nikt się na to, że nie gra nie może obrażać. Normalną sprawą jest jednak to, że każdy chce grać.
Czekają inni, ale trzeba przyznać, że w składzie jest przewaga nowych graczy w porównaniu do zeszłych sezonów. Zaskoczyło Cię to, że tak się to udało od początku poukładać?
Wszystko wymaga czasu. Przede wszystkim dla sztabu szkoleniowego, który ma nowych graczy, ale jeszcze musi ich wpasować do drużyny. Musi zadecydować, kto ma grać, a kto siedzi na ławce i wchodzi do gry. Wiem, że apetyty rosną, ale wydaje mi się, że jeszcze potrzebujemy czasu, by grać lepiej. Póki co, w którymś momencie to wszystko powoli zatrybiło. Ukłony dla dyrektora Dariusza Motały i jego planu. Naprawdę trzeba było włożyć ciężką pracę i do tego mieć rozeznanie co do zawodników, w to by w ten sposób poukładać drużynę.
Kluczowy był mecz w Olsztynie? Bo nam się wydaje, że tam był pierwszy sygnał do tego, że zaczynacie dobrze grać.
Przeciwko Stomilowi na pewno pierwszy raz wyszliśmy takim składem. Zabrakło nam trochę szczęścia w tym meczu, chociaż gra rzeczywiście była dobra. Krok po kroku z każdym meczem nasza gra była lepsza, zaczęliśmy przede wszystkim dochodzić do sytuacji strzeleckich. Teraz największą bolączką jest nasza skuteczność, ale wierzę, że ona przyjdzie i trafią się takie mecze, że bramek będzie więcej.
Apetyty mocno wzrosły po waszej grze wśród kibiców. Co trzeba zrobić by taką dyspozycję utrzymać?
Jeśli chodzi o szatnię to trzeba powiedzieć, że mamy teraz fajną grupę ludzi, która jest zdeterminowana do tego, by grać jak najlepiej. Z mojej perspektywy wydaje mi się, że może to dobrze, że nie wszystko nam jeszcze wychodzi na boisku. Być może, gdyby tak było od razu to niektórzy pomyśleliby, że jesteśmy już gotową drużyną, a to jest często zgubne. W szatni mamy doświadczonych graczy takich jak Grzegorz Goncerz, Tomasz Foszmańczyk czy Sebastian Nowak. Oni to wszystko trzymają i czuwają nad tym byśmy nie odlecieli. Wszystko jeszcze kontroluje sztab szkoleniowy z trenerem Jerzym Brzęczkiem na czele.
W Legii wchodziłeś do drużyny, w Suwałkach gra o utrzymanie a potem środek tabeli teraz pierwszy raz w GieKSie grasz na poważnie o coś?
Wchodząc do drugiej drużyny Legii myślałem, że tam jest presja. Dziś jednak wiem, że tej presji tam nie ma. W Wigrach człowiek się uczył, bo tam dobrze zaczęliśmy, a potem nastąpił spadek formy. Doświadczenia, które zbieram pozwalają mi spokojniej podchodzić do tego, co spotkałem w GieKSie. W Legii zawsze jest presja, wymaga się wygranych. Tutaj na Śląsku jest trochę inny rodzaj presji, bo też jest wiele klubów. Jest zainteresowanie kibiców i mnie takie coś bardzo odpowiada. Lubię kiedy coś się dzieje, gdy ludzie interesują się drużyną, gdy po prostu jest dla kogo grać. Nie uważam by taka sytuacja miała nam splątać nogi.
Mimo młodego wieku wydaje się, że sporo już przeszedłeś jako piłkarz. Czujesz, że dorastanie było przyśpieszone?
Okres w Legii dał mi bardzo dużo pod jednym względem. Musiałem sam dojść do wszystkiego ciężką pracą. Nigdy nie byłem tam uważany za najlepszego zawodnika z danego rocznika chociaż w juniorach młodszych zdobyłem wicemistrzostwo polski, w juniorach starszych mistrzostwo. Mimo tego, że się wyróżniałem, to do Młodej Ekstraklasy nie trafiłem. Okres juniorski musiałem przejść do samego końca, by trafić do drugiej drużyny. Niektórzy koledzy trafiali do Młodej Ekstraklasy w wieku 16 lat. Ja cały czas grałem w juniorach, co w tamtym momencie bardzo mi przeszkadzało, byłem wtedy strasznie niecierpliwy. Każdy ma inną ścieżkę rozwoju. Myślę, że moja była dla mnie korzystna. Nawet wypożyczenie do Suwałk traktuje bardzo dobrze, bo zobaczyłem ile jeszcze czeka mnie pracy,by grać nawet na poziomie pierwszoligowym. To nie jest tak, że przychodzę z Legii i wszystko przyjdzie mi łatwo i przyjemnie, trzeba dawać z siebie cały czas 100%. Można powiedzieć, że z Legii zszedłem poziom niżej do Wigier a teraz nowe wyzwanie GKS. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo to po Wigrach na pewno krok do przodu, walczę o zupełnie inne cele.
Pierwsza liga to dobry pomysł dla takich graczy jak Ty, którzy nie mieszczą się w kadrze ekstraklasy? Wiemy, że nie wszyscy chcą schodzić niżej.
Myślę, że dla takich młodych graczy jest to dobra droga do rozwoju. I liga się rozwija, coraz więcej drużyn gra fajną piłkę, można zdobyć doświadczenie, zobaczyć jak wygląda szatnia w seniorach i jakie panują tu zasady. Trzeba nauczyć się cierpliwości, tego by ważyć słowa, by nie być porywczym jak w juniorach. Dochodzi też presja wyniku, więc to wszystko na pewno jest dobrym doświadczeniem dla młodych graczy.
Ty w ekstraklasie debiutowałeś, ale wspominałeś, że niedosyt był. Z perspektywy czasu byłeś już wtedy gotowy na grę?
Trenowałem wtedy z pierwszą drużyną, która w tamtym okresie biła się w Lidze Europy, walczyła realnie mocno o mistrzostwo. Wychodziłem na treningi i nie odstawałem w rywalizacji z takimi zawodnikami jak Vrdoliak czy Jodłowiec. Nie było powodu, by myśleć, że nie dam sobie rady z innymi zawodnikami w lidze. Zagrałem w lidze i w tych meczach, w których zagrałem zebrałem dobre oceny. W jednym meczu nawet bardzo dobre. Bolało mnie jednak to, że gdy dostałem powołanie do młodzieżowej reprezentacji, to po powrocie z niej nagle straciłem miejsce nawet w osiemnastce. Nie miałem już możliwości walki o skład. Oczywiście prędzej czy później z Legii bym musiał odejść wobec innych transferów. Uważam jednak, że gdyby trener Berg dałby mi więcej pograć, to skorzystałbym na tym jako zawodnik.
Jak wspominasz te powołanie do reprezentacji?
Grając w juniorach denerwowałem się, że nie dostaję powołań nawet do kadry Mazowsza. Nigdy w niej nie zagrałem. Dziś inaczej patrzę na to, szczególnie gdy widzę, gdzie teraz grają zawodnicy, którzy wtedy występowali w tej kadrze. Moment, gdy dostałem powołanie do reprezentacji był dla mnie szczególny. Zawsze walczyłem o to, by w niej grać, bo to super sprawa i wielki zaszczyt. Nawet moi rodzice pofatygowali się na ten mecz, by zobaczyć mój debiut. Dla mnie to wyróżnienie móc reprezentować kraj.
W jednym z wywiadzie mówiłeś, że słyszałeś różne opinie o kibicach GieKSy. Więc powiedz, jakie to były opinie i jak to się ma do Twoich doświadczeń?
Gdy reprezentowałem Wigry trener uczulał mnie na trybuny, gdy graliśmy w Katowicach. Wtedy pomyślałem sobie, że skoro przyszedłem z Legii i grałem przy większej ilości kibiców, to nic mnie nie zaskoczy. Muszę jednak przyznać, że w czasie meczu kibice z Blaszoka stworzyli bardzo dobry doping i na boisku to się czuło. Pierwsze wrażenie było pozytywne i zdziwiłem się, gdy usłyszałem, że kibice w Katowicach potrafią po 20 minutach „jechać po piłkarzach”. Od momentu w którym jestem w Katowicach czegoś takiego nie zauważam i jestem pod wrażeniem zachowania kibiców. Wyniki nie były na początku dobre, były przetasowania w kadrze. Być może gdyby zachowanie kibiców było inne na początku rozgrywek, to my dziś byśmy byli niżej w tabeli z zupełnie inną grą. Kibice nam zaufali i chyba nie są zawiedzeni naszą postawą. Uważam, że dalej musimy to wszyscy ciągnąć w jednym kierunku. Klub jest dobrze poukładany, mamy dobrą drużynę i wierzę, że wszyscy razem, razem z kibicami możemy ten awans wywalczyć. Trzeba jednak pamiętać, że do tego jeszcze długa droga.
Jak ocenisz swoją postawę w tych meczach? Naszym zdaniem brakuje jeszcze akcentów w ofensywie. Pytanie tylko czy Twoją rolą na boisku jest szukanie ofensywnych rozwiązań w ustawieniu w którym gramy?
Na pewno muszę popracować nad strzałami z dystansu. Każdy zawodnik, który gra na pozycji defensywnego pomocnika powinien mieć dobry taki strzał. Ja muszę nad tym popracować, bo jak pokazał np. mecz w Bielsku-Białej jeszcze trochę mi brakuje w tym elemencie. Czy jestem niewidoczny? Ja swoją rolę widzę nieco inaczej. Trzeba pamiętać o jednej rzeczy. Ktoś to pierwsze podanie wprowadzające musi wykonać, czy to do ataku czy do pomocy. Uważam, że w tym elemencie jestem dobry. To może być niewidoczne dla kibiców, ale jeśli dzięki temu możemy wygrywać mecze to mi taka rola pasuje. Podziwiam za grę Toniego Krossa, dla mnie ten człowiek nie jest niewidoczny na boisku, ale dla mnie bez niego Real Madryt nie istnieje. To jest zawodnik, który ma podania wprowadzające, przyśpieszające, do niego zespół nie boi się grać, bo ma zaufanie, że on zrobi coś pożytecznego. Zgadzam się, że patrząc w statystyki niewiele daję zespołowi jeśli chodzi o asysty i gole, ale też gram na pozycji numer 6, gdzie jestem dalej od bramki. Gdy gram z Łukaszem Zejdlerem to mi przypada więcej zadań defensywnych.
Ostatnio czytaliśmy opinię, że patrząc na to w jakim tempie rozwija się GieKSa to jest to zdecydowanie kurs na ekstraklasę. Pomijając boisko, które jest zawsze najmniej przewidywalne to jakie jest Twoje zdaniem na ten temat?
Mamy wszystko, czego nam potrzeba. Są boiska treningowe przy klubie, dobre boisko główne. Cieszy to, że wszystko jest na miejscu i możemy korzystać z siłowni, czy też odnowy biologicznej. Zaplecze medyczne jest na wysokim poziomie i wiele tutaj znaczy osoba Wojtka Hermana, który współpracuje z kadrą. Jeśli chodzi o taką otoczkę medialno-marketingową, to widzę, że w GieKSie też to się mocno rozwija. Nic tylko trenować i dążyć do tego celu.
Przed wami mecze ze Stalą a potem Tychy .
O Tychach w ogóle nie myślimy, choć zdążyłem się przekonać, jak ważny będzie to mecz dla kibiców. Jeśli chodzi o Stal to wiemy, że zmieniła trenera i jak czasem działa efekt nowej miotły, ale mam nadzieję, że tym razem się o niej nie przekonamy. To będzie trudny mecz, bo będziemy grać atakiem pozycyjnym z zespołem, który nie notuje dobrych wyników. Musimy być skoncentrowani przez całe spotkanie.
Z tego co wiemy dużo czytasz biografii sportowców. Co byś teraz polecił kibicom?
Aktualnie przeczytałem książkę Suareza. Bardzo cenię tego zawodnika za jego postawę na boisku, uważam, że jako napastnik jest w tym co robi najlepszy na świecie. Dużo dają również takie książki jak np. trenera Szamotulskiego. Wiadomo można się czasem pośmiać z tych historyjek piłkarskich, ale one jednak młodym graczom powinny dać do myślenia, że nie wszystko jest takie kolorowe w karierze piłkarskiej i trzeba zadbać o przyszłość.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze