Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: napędziliście nam trochę stracha

Avatar photo

Opublikowany

dnia

O ile przed sezonem bralibyśmy w ciemno scenariusz, że na 5 kolejek przed końcem GKS Katowice pewny utrzymania nie walczy już o nic, to że w podobnej sytuacji będzie Legia, nie zakładali chyba nawet najwięksi stołeczni pesymiści. Sezon ligowy nie wyszedł wojskowym na miarę oczekiwań i o mistrzostwo biją się dziś inni. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego? Kto będzie grał na Narodowym z nożem na gardle? I czy łatwo skupić się na lidze, gdy na horyzoncie widać już finał Pucharu Polski? O nastrojach przy Łazienkowskiej opowiedział nam Kamil Dumała z redakcji serwisu Legioniści.com

Już jakiś czas temu Legia wypisała się z wyścigu o czołowe lokaty w Ekstraklasie. Sezon bez mistrzostwa to sezon stracony?
Tak. Według mnie taki sezon można spisać na straty, bo już za długo czekamy na mistrzostwo. Piąte miejsce, które obecnie zajmujemy, nie satysfakcjonuje żadnego z kibiców, a mam nadzieję, że nie satysfakcjonuje też nikogo w klubie.

Gorycz niespełnionych oczekiwań w lidze łagodzi finał Pucharu Polski i dobre występy w Europie?
Według mnie nie, bo mistrzostwo było dla nas najważniejsze. Mamy potencjał, by w każdym sezonie o nie walczyć i stać nas na zdecydowanie więcej niż piąte miejsce. Wszyscy myślimy już o finale Pucharu Polski, którego przecież wcale nie musimy wygrać, więc występy w europejskich pucharach w przyszłym sezonie stoją pod dużym znakiem zapytania. Mimo że jesteśmy mocno zmobilizowani na ten mecz, to Pogoń nie położy się przecież przed nami i również będzie chciała wygrać, szczególnie mając w pamięci to, co wydarzyło się rok temu na Narodowym.

Na kim ciąży większa presja przed finałem?
Pogoń wciąż zachowuje szanse na ligowe podium, które daje kwalifikację do Ligi Konferencji, a w naszym przypadku te szanse są jedynie matematyczne. Dlatego wydaje się, że zwycięstwo w Pucharze Polski jest ważniejsze dla Legii. Podkreśla się naszą postawę w Lidze Konferencji, ale to dobre wrażenie zostanie zatarte, jeśli w kolejnym sezonie nie zakwalifikujemy się do europejskich rozgrywek. Co więcej, przychody z gry w Europie i transferów są ważną częścią budżetu, a skauci nie będą tak często przyjeżdżać na rozgrywki PKO Ekstraklasy jak na Ligę Konferencji. Z drugiej strony Pogoń chce odzyskać twarz po zeszłorocznej porażce z Wisłą, ale mimo to nóż na gardle ma jednak Legia.

Powodów do radości w tym sezonie dostarczyły wam za to występy wojskowych w Lidze Konferencji.
Europejską przygodę Legii w tym sezonie można całościowo zapisać na plus. Pokazaliśmy się z bardzo dobrej strony w fazie ligowej i przeszliśmy do następnej rundy bez konieczności rozgrywania play-offów. Wielu kibiców bardziej czekało na czwartkowe mecze w Lidze Konferencji niż na ligę, bo można było wtedy dostrzec więcej mobilizacji i chęci w drużynie. Największym sukcesem jest na pewno pokonanie Chelsea w Londynie – nikt z Polski nie dokonał tego wcześniej. Co więcej, żaden polski zespół nie wygrał dotąd na wyjeździe z drużyną z Anglii. Owszem, losy awansu były praktycznie rozstrzygnięte po pierwszym meczu, dopisało nam też trochę szczęście, ale nie zgodzę się, że Chelsea wystawiła na rewanż rezerwowy skład. Do historii przejdzie sam wynik i za kilka lat tylko o tym będzie się pamiętać.

Sukcesy w Europie będą parasolem ochronnym dla Gonçalo Feio?
Osobiście nie jestem fanem trenera Feio, co nie jest zbyt popularną opinią w Warszawie. Spodziewam się, że dobre występy w europejskich pucharach nie wystarczą, aby trener utrzymał posadę. Wiążące decyzje będą zapadać dopiero po finale Pucharu Polski, który jest kluczowy dla naszej przyszłości. To, że Gonçalo Feio jeszcze pracuje w Legii, zawdzięcza przede wszystkim temu, że mamy szansę na zdobycie tego trofeum i zakwalifikowanie się do europejskich rozgrywek tą ścieżką.

Opieranie strategicznych dla klubu decyzji o rezultat jednego meczu, nawet jeśli jest to finał Pucharu, nie wygląda zbyt poważnie.
Niestety, w takiej dziś jesteśmy sytuacji. Zawaliliśmy sezon w Ekstraklasie i musimy się ratować przez Puchar Polski. Dla klubu ważna jest ciągłość gry w europejskich pucharach, bo to pozwoli spiąć budżet. Mamy na swoim koncie wiele nieudanych inwestycji w poprzednich okienkach transferowych, dlatego przychody z gry w Europie są niezbędne do podniesienia poziomu sportowego drużyny w kolejnym sezonie.

Jesienią wraz z Marcinem Szymczykiem z Legia.net zastanawialiśmy się nad głębią waszego składu, czy wystarczy ona do walki na trzech frontach. Dziś wiemy, że nie wystarczyła. Dlaczego?
Składa się na to kilka kwestii. Po pierwsze jakość poszczególnych piłkarzy nie jest zadowalająca. W mojej opinii w kadrze są zawodnicy, którzy nigdy nie powinni zakładać koszulki z eLką na piersi. Tymczasem, mimo że nie prezentują poziomu na miarę Legii, to grają nawet w podstawowym składzie. Z drugiej strony skoro ci sami zawodnicy potrafili grać w Lidze Konferencji na odpowiednim poziomie, pokonać Chelsea i Betis, to trudno uwierzyć, że nie są w stanie wygrać z Puszczą, Piastem czy Motorem, z całym szacunkiem do tych drużyn. Problem z mobilizacją w lidze to kamyczek do ogródka zarówno trenera, jak i samych zawodników. Mówił o tym otwarcie w jednym z wywiadów Maximillian Oyedele, że większa koncentracja jest na europejskie puchary niż na ligę.

Nie pomagają również kontuzje kluczowych zawodników.
Największą stratą jest obecnie brak Pawła Wszołka, bo nie ma odpowiedniego zastępstwa na pozycji prawego obrońcy. Słyszałem jednak, że Wszołek jest już bliski powrotu do gry, więc może w Katowicach dostanie chociaż kilka minut. Drugim poważnym osłabieniem jest kontuzja Marca Guala. Mimo iż nie jestem jego fanem, bo częściej irytuje mnie swoją grą niż zachwyca, to jest naszym najskuteczniejszym napastnikiem i wykręcił przyzwoite liczby, zbliżone do powszechnie chwalonego Pululu z Jagiellonii. Podobnie jak Wszołek, Gual wraca już do treningów, natomiast w tym sezonie nie zagra już raczej Bartosz Kapustka. Kolejnym kontuzjowanym zawodnikiem jest Juergen Elitim, który przeszedł operację złamanej ręki. Mam nadzieję, że szybko wróci do gry, bo jest ważnym ogniwem drugiej linii naszego zespołu.

Przyczyn słabszych występów Legii upatruje się głównie w postawie bramkarzy i napastników. Która z tych formacji jest w tej chwili waszym największym problemem?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo sprowadzanie kiepskiej formy całego zespołu do postawy bramkarzy i napastników jest pewnym spłyceniem tematu. Wspomniałem już o dobrych statystykach Guala, natomiast pod jego nieobecność odpowiedzialność za strzelanie goli spada na Ilję Szkurina, który jeszcze nie do końca zadomowił się w Warszawie. Nie skreślałbym go jednak zbyt szybko, bo moim zdaniem musi się odblokować, aby forma poszła w górę. Temat bramkarzy jest na pewno trudniejszy. Uważam, że w rundzie jesiennej Kacper Tobiasz nie popełniał na tyle poważnych błędów, które przekreślałyby go jako pierwszego bramkarza. Zimą do drużyny dołączył Kovačević, który swojej przygody z Legią nie zapisze do udanych – sporo punktów straciliśmy po jego błędach. Moim zdaniem niepotrzebnie zrezygnowano z koncepcji posiadania w kadrze jednego bardziej i drugiego mniej doświadczonego bramkarza. Postawiono na golkiperów młodego pokolenia, co nie wyszło nam na dobre. Mam nadzieję, że w letnim okienku zostanie to naprawione.

Kto jest liderem Legii?
Trudno dziś wskazać jednego takiego zawodnika. Wcześniej wydawało mi się, że są nimi Wszołek, Elitim i Kapustka, ale żadniego z nich nie ma teraz w kadrze z powodu kontuzji. Pod względem ambicji podoba mi się postawa Janka Ziółkowskiego, ale jest on jeszcze zbyt młody, aby brać na siebie odpowiedzialność za cały zespół. W tym momencie nie widzę takiego gracza, o którym możnaby powiedzieć, że jest liderem Legii.

Sporo mówi się o Maxim Oyedele, który ma za sobą debiut w drużynie narodowej. Można na nim opierać grę Legii, a wkrótce też reprezentacji?
Uważam, że ani jemu, ani Kozubalowi z Lecha jesienne powołania do kadry nie wyszły na dobre, bo po powrocie ze zgrupowania obaj znacznie obniżyli loty. Na tym etapie sezonu Maxi łapie w końcu odpowiedni rytm, gra znacznie więcej niż na początku rundy, a w dwumeczu z Chelsea był moim zdaniem naszym najlepszym zawodnikiem. Jego forma wyraźnie rośnie, ale pojawia się pytanie, czy Oyedele nadal będzie się rozwijał w Warszawie. Jego nazwisko z pewnością znalazło się w notesach europejskich skautów i jeśli nie zakwalifikujemy się do europejskich pucharów, to być może konieczny będzie transfer Oyedele.

Przygodę ze zgrupowaniem kadry zaliczył również Mateusz Kowalczyk z GKS-u. Napisałeś niedawno, że widziałbyś go w Legii. Czym zrobił na tobie aż tak dobre wrażenie?
W tym sezonie kibicuję GKS-owi, bo razem z Motorem bardzo dobrze prezentują się w lidze jako beniaminkowie. Obserwuję waszą grę i widać, że Mateusz Kowalczyk ma duży talent i dobrze odnajduje się w Ekstraklasie. Jest zawodnikiem pochodzącym z Mazowsza i jeszcze zanim trafił do Brøndby, był łączony z naszym klubem. Uważam, że mógłby dać Legii więcej niż niejeden ze starszych zawodników obecnej kadry. Dysponuje niezłą techniką i dobrze radzi sobie w odbiorze, co potwierdził we Wrocławiu, gdzie miał kluczowy udział przy pierwszym golu. Jeśli nadal będzie się tak rozwijał, to jego kariera może nabrać rozpędu. Jest moim nieoczywistym typem na wzmocnienie Legii i jestem ciekaw, na ile jest możliwy do wyciągnięcia z Brøndby.

Przed jesiennym meczem nasze drużyny dzieliły trzy punkty, a dziś niewiele więcej, bo zaledwie pięć. Na tym etapie sezonu to spora niespodzianka. Stoi za tym słabość Legii czy siła GKS-u?
Jedno i drugie. Wasza pozycja w tabeli nie jest dziełem przypadku. Macie na koncie zasłużone zwycięstwa z Jagiellonią, Pogonią i Rakowem Częstochowa – nam się to w tym sezonie nie udało. Udowadniacie, że trzeba się z wami liczyć w Ekstraklasie. Mam nadzieję, że nadal będziecie się tak rozwijać, bo cała liga zyskuje dzięki takiej postawie beniaminków. GKS traci do Legii tylko pięć punktów i mam nadzieję, że ta przewaga nie stopnieje po sobotnim meczu. Natomiast my bez dwóch zdań jesteśmy w tym sezonie słabi jeśli chodzi o Ekstraklasę – punktujemy słabo, szczególnie z pierwszą czwórką.

W rywalizacji z czołówką zdobyliście zaledwie dwa punkty. Taki bilans nie przystoi ekipie myślącej o mistrzostwie.
Zdecydowanie nie przystoi, natomiast jeszcze bardziej nie przystoi tracić punktów z zespołami o potencjale mniejszym niż nasz. W tym sezonie było zdecydowanie za dużo takich wpadek. Być może podpadnę teraz kibicom Legii, ale uważam, że jakościowo nasza kadra jest słabsza od Lecha, Jagiellonii czy Rakowa. Można było powalczyć z czołówką o lepsze wyniki, jednak zawsze czegoś brakowało. Szczególnie bolesna była porażka w Poznaniu, bo zwłaszcza w drugiej połowie zostaliśmy surowo skarceni za popełniane błędy.

Udało się z kolei wygrać z Jagiellonią w rozgrywkach pucharowych, jednak to zwycięstwo odbiło się szerokim echem z powodów pozasportowych. Jak ocenisz poziom sędziowania w tym meczu?
Z pewnością nie będę obiektywny, natomiast mogę przyznać, że miałem kłopot z oceną sytuacji z ręką Szkurina w polu karnym. Sędziowie podjęli jednak decyzję, że karny Jagiellonii się nie należał. Z kolei w starciu pomiędzy Wszołkiem a Pietuszewskim bardziej skłaniam się do oceny, że to Pietuszewski wbiegł w nogi Wszołka. Kontrowersje były spore, natomiast zwracałem uwagę po tym meczu, że do mediów przebija się wyłącznie narracja o błędach sędziów na korzyść Legii. Gdy jednak sytuacja jest odwrotna, jak choćby z Jagiellonią w lidze, gdy w ostatniej minucie Kacper Chodyna był faulowany w polu karnym, nie było o tym aż tak głośno. Chciałbym, aby sędziowanie było po prostu sprawiedliwe, a sędziowie poczuwali się do odpowiedzialności za swoje decyzje. Tymczasem w zasadzie nie ponoszą dziś żadnej odpowiedzialności za błędy.

W kwietniu macie abonament na mecze na Śląsku: w Pucharze z Ruchem, a w lidze z Górnikiem i GieKSą. Który rywal najbardziej „grzeje”?
Pod względem sportowym najłatwiejsza przeprawa była w pojedynku z Ruchem. Spodziewałem się za to ciężkiego meczu w Zabrzu i tak też było. Podobnie będzie w Katowicach – nie ma co liczyć na spacerek przy Nowej Bukowej. Gdybym miał wybrać najciekawszy pojedynek, to ze względu na najnowszą historię najbardziej elektryzują mecze z Górnikiem. Rywalizacja zawsze była zacięta, wyniki rozkładały się pół na pół na korzyść jednych i drugich. Ponadto doskonale pamiętamy trenera Urbana z pracy przy Łazienkowskiej, więc zawsze jest to dodatkowy smaczek.

Pojawiają się ostatnio plotki o możliwym powrocie Urbana na Łazienkowską.
Myślę, że w tej plotce jest ziarnko prawdy, ale moim zdaniem Jan Urban nie zostanie trenerem Legii. Doceniam jego pracę, bo umiejętnie wprowadza do swoich drużyn młodych zawodników. W Legii dzięki niemu kilku piłkarzy trafiło do zagranicznych klubów. Podobnie było w Górniku, gdzie coraz większą rolę odgrywają Szala czy Sarapata.

Jesienią na Łazienkowskiej zadrżało serce warszawskich kibiców, gdy Adam Zreľák otwierał wynik spotkania?
Zdecydowanie. Byliśmy wtedy w trochę innym miejscu niż dziś, bo obecnie wielu kibiców ze zrezygnowaniem machnęłoby ręką na kolejną stratę bramki czy punktów. Wtedy wciąż mieliśmy nadzieję na dogonienie ligowej czołówki i bramka Zreľáka rozzłościła kibiców. Z tego co pamiętam, pojawiły się nawet pierwsze gwizdy. Na szczęście udało się szybko wyrównać i przejąć inicjatywę. Warto jednak pamiętać, że do straconej bramki to GKS był stroną dominującą i tworzył więcej okazji, przeważnie po naszych błędach. Napędziliście nam trochę stracha.

Nie udało się jednak skutecznie stawić wam oporu.
Moim zdaniem zabrakło wam trochę doświadczenia. Dzisiaj ten mecz potoczyłby się zapewne inaczej. W drugiej połowie Legia mocno naciskała na GKS, ale mecz zamknęła dopiero nieszczęśliwa interwencja mojego serdecznego kolegi z czasów pracy w Zniczu Pruszków – Arkadiusza Jędrycha, który skierował piłkę do własnej siatki. Gwoździem do trumny był natomiast piękny strzał Augustyniaka, który po rykoszecie wpadł do bramki. Mieliście więc też trochę pecha. W sobotę będziemy świadkami zupełnie innego meczu.

Trudno będzie o mobilizację piłkarzy Legii w sobotę, gdy na horyzoncie widać już finał Pucharu Polski?
Ze względu na ostatnie rozstrzygnięcia w Ekstraklasie Legia będzie już raczej myślami na Narodowym. Podobnie było w poprzednich meczach: w pierwszych połowach z Górnikiem i Lechią zagraliśmy tragicznie, a z Jagiellonią najwyżej średnio, więc jeśli podobnie będzie w Katowicach, to GKS będzie miał ułatwione zadanie. Jeśli w przeciwieństwie do Górnika wykorzystacie swoje sytuacje, to Legia będzie miała kłopoty.

Na marginesie rozgrywek ligowych trwa walka rezerw Legii o awans do 2. ligi. Waszym głównym rywalem jest dobrze nam znana Unia Skierniewice.
Awans rezerw do 2. ligi jest priorytetem, by móc ogrywać młodszych zawodników na poziomie centralnym. Szansa jest duża, ale trzeba wygrać rywalizację z Unią. Obserwuję ten klub od dłuższego czasu i podoba mi się, jak jest prowadzony. Mają nowoczesne zaplecze treningowe, pokazali się z dobrej strony w Pucharze Polski, zajmują pierwsze miejsce w lidze i niestety dla Legii to oni są faworytem do awansu. Przed nami jeszcze bezpośredni mecz, a strata punktowa nie jest duża, więc będzie się jeszcze działo w mazowieckiej 3. lidze.

Jaki wynik typujesz w naszym pojedynku?
Jeśli Legia się spręży, to wygra dwa lub trzy do jednego. Jeśli natomiast piłkarze będą już myslami przy finale Pucharu, to typuję remis ze wskazaniem na GKS lub minimalną porażkę Legii. Waszym dużym osłabieniem będzie brak Sebastiana Bergiera, który jest silnym napiastnikiem, a nasi obrońcy mają problemy z tego typu przeciwnikami. Z drugiej strony coś do udowodnienia może mieć Filip Szymczak, który jako wychowanek Lecha będzie chciał zagrać na nosie warszawskim kibicom.



Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Hokej

Kompromitacja w Tychach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W 20. kolejce THL nasza drużyna wyruszyła do Tychów żeby zmierzyć się z miejscowym GKS-em.

Pierwszą tercję rozpoczęliśmy od szarpanej gry w tercji neutralnej. Dopiero w 4. minucie strzał na bramkę Fucika zdołał oddać Wronka, ale jego uderzenie nie sprawiło problemów bramkarzowi gospodarzy. W 7. minucie miejscowi wyszli na prowadzenie. W drugiej połowie pierwszej odsłony nasza drużyna stanęła przed szansą wyrównania wyniku za sprawą liczebnej przewagi. Pomimo oddania kilku groźnych strzałów, to żaden z naszych zawodników nie zdołał pokonać Fucika. W 19. minucie fantastyczną interwencją popisał się Eliasson ratując nas przed utratą drugiej bramki. Chwilę przed syreną kończącą pierwszą tercję Eliasson ponownie zachował czujność i pewnie obronił kolejne strzały gospodarzy.

Drugą tercję rozpoczęliśmy od zdecydowanego ataku na bramkę Fucika, blisko zdobycia bramki był Wronka i Varttinen. W 24. minucie gospodarze zdobyli drugą bramkę, wykorzystując liczebną przewagę. Kilkanaście sekund później gospodarze ponownie podwyższyli. W 25. minucie nastąpiła zmiana bramkarza w naszej drużynie. W 28. minucie czwartą bramkę dla drużyny gospodarzy zdobył Drabik, wykorzystując bierną postawę naszych obrońców. W 33. minucie w sytuacji sam na sam z Fucikiem znalazł się Dupuy, ale jego strzał był za lekki, by pokonać bramkarza gospodarzy. Na sam koniec drugiej odsłony gospodarze po raz piąty wbili krążek do naszej bramki.

Trzecią odsłonę rozpoczęliśmy od kilku strzałów na bramkę Fucika. Jednak to gospodarze ponownie znaleźli drogę do naszej bramki, zdobywając szóstą bramkę w tym meczu. Minutę później po raz siódmy do bramki trafił Viinikainen. Na sam koniec meczu bramkę honorową dla naszej drużyny zdobył Jonasz Hofman.

GKS Tychy – GKS Katowice 7:1 (1:0, 4:0, 2:1)

1:0 Filip Komorski (Valtteri Kakkonen, Rafał Drabik) 06:16
2:0 Alan Łyszczarczyk (Rasmus Hejlanko, Valtteri Kakkonen) 23:23, 5/4
3:0 Mark Viitianen (Dominik Paś) 24:18
4:0 Rafał Drabik (Szymon Kucharski, Mateusz Bryk) 27:48
5:0 Mateusz Gościński (Hannu Kuru, Olli Kaskinen) 38:56
6:0 Hannu Kuru (Juuso Walli, Bartłomiej Pociecha) 45:23
7:0 Olli-Petteri Viinikainen (Alan Łyszczarczyk, Rasmus Hejlanko) 47:54
7:1 Jonasz Hofman

GKS Tychy: Fucik, Lewartowski – Viinikainen, Bryk, Łyszczarczyk, Komorski, Knuutinen – Kaskinen, Kakkonen, Jeziorski, Kuru, Heljanko- Walli, Pociecha, Karkkanen, Paś, Viitanen – Bizacki, Ubowski, Drabik, Kucharski, Gościński.

GKS Katowice: Eliasson, Kieler – Maciaś, Hoffman, Wronka, Pasiut, Fraszko – Varttinen, Verveda, Anderson, Monto, Dupuy – Runesson, Lundegard, Michalski, McNulty, Hofman Jo. – Chodor, Dawid, Hofman Ja.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Komu nie zależało, by zagrać?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Gdy wyjrzałem dziś za okno z pokoju hotelowego, zobaczyłem szron na pobliskich dachach. I tyle. Śniegu nie było ani grama, jedyne, co mogło nas przyprawiać o lekkie dreszcze to przymrozek i konieczność spędzenia tego meczu w tak niskiej temperaturze. Wiadomo jednak, że podczas dobrego widowiska można się porządnie rozgrzać i emocje sportowe niwelują jakiekolwiek atmosferyczne niedogodności. Głowiłem się, jak to jest, że w różnych rejonach Polski mamy atak zimy, a przecież okolice bieguna zimna, które teoretycznie najbardziej są narażone na popularny biały puch, tym razem są wolne od tego.

Gdy jechałem autobusem na mecz i zaczęło lekko prószyć – a było to o godz. 10.30 ani przez myśl nie przeszło mi, jak to się wszystko skończy. Po prostu – śnieg zaczął sobie padać, nie był to jakiś armagedon, a i same opady śniegu, choć były wyraźne, nie przypominały tych, które znamy z przeszłości.

Po wejściu na stadion zobaczyłem taką właśnie oprószoną murawę – niezasypaną. Białawo-zieloną lub zielonkawo-białą. Typowy widok, gdy mamy pierwsze opady śniegu w roku lub też szron po mroźnej nocy. Białe gunwo (że tak zejdziemy z romantycznej wersji o puchu) ciągle jednak z białostockiego nieba spadało. I w pewnym momencie rzeczywiście murawa stała się dość biała. Nie przeszkodziło to jednak obu drużynom oraz sędziom rozgrzewać się. Kibice wypełniali stadion, zwłaszcza ci z Jagiellonii jeszcze przed meczem głośno dopingując swój zespół. Sympatycy GieKSy powoli zaczęli wchodzić na sektor gości i też dali znać o sobie. Przyznam, że nie myślałem w ogóle o tym, że mecz może się nie odbyć. Nie miałem takiego konceptu w głowie.

Za łopaty wzięło się… kilka osób. Zaczęli odśnieżać pola karne. Wyglądało to tak, że na jednym skrzydle stało trzech chłopa i sami nie wiedzieli, jak się za to zabrać. „Gdzie kucharek sześć…” – powiedziałem Miśkowi. A na drugim skrzydle szesnastki jeden jegomość odśnieżył na kilka metrów szerokość pola karnego, pokazując, że „da się”. A tamci deliberowali. Do tej pory odśnieżone były tylko linie i wspomniany kawałek. Na drugim polu karnym natomiast jakiś artysta „odśnieżał” w taki sposób, że zagarniał, wręcz zdrapywał śnieg, zamiast go nabierać na łopatę. Nie trzeba być śnieżnym omnibusem, żeby wiedzieć, że średnio efektywna jest to metoda. Po niedługim czasie wszyscy położyli na to lachę i sobie poszli czy tam przestali działać.

Dopiero kilka minut przed meczem zorientowałem się, że sędzia się dziwnie zachowuje, wychodzi i sprawdza. Załączyłem Canal+, by nasłuchiwać wieści i tam było jasne, że arbiter Wojciech Myć sugerował, iż szanse na rozegranie tego spotkania są dość marne. Potem wyszedł na boisko jeszcze raz, ze swoimi asystentami i patrzyli, jak zachowuje się piłka. W moim odczuciu ta rzucana i turlana przez nich futbolówka reagowała normalnie, z odpowiednim odbiciem czy brakiem większego oporu przy toczeniu się po ziemi. Do końca miałem nadzieję, że mecz się odbędzie.

Sędzia jednak zadecydował inaczej. W wywiadzie dla Canal+ powiedział, że ze względu na zdrowie zawodników, a także ograniczoną widoczność – podejmuje decyzję o odwołaniu meczu. Podał też argument, że do pomarańczowej piłki przykleja się śnieg i tak jej nie widać. A linie, które zostały odśnieżone i tak za chwilę zostałyby zasypane.

Mecz się nie odbył.

Odniosę się więc najpierw do słów sędziego, bo już one są dla mnie kuriozalne. Odśnieżone linie po 40 minutach (także już po odwołaniu meczu) nadal były widoczne. I nie zanosiło się specjalnie na to, że mają zostać momentalnie zasypane. Nawet jeśli – to chwila przerwy w meczu lub po prostu w przerwie między dwiema połowami – pospolite ruszenie do łopat i gotowe. A argument o piłce to już kuriozum do kwadratu. Na Boga – przecież śnieg to nie jest jakiś klej czy oleista substancja. I nawet jeśli w statycznej sytuacji klei się do piłki, to jest ona cały czas KOPANA. Dla informacji pana Mycia – to powoduje drgania w futbolówce, a to (plus odbijanie się od ziemi) z piłki przyklejony kawałek śniegu strząsa. Więc naprawdę nie mówmy takich głodnych kawałków na głos, bo tylko wzmacniamy opinię o sędziach taką, a nie inną.

Trener Siemieniec już po decyzji mówił dla Canal Plus, że z punktu widzenia logistyki w rundzie jesiennej, nie na rękę jest im nie grać, w domyśle, że ten mecz trzeba będzie jeszcze gdzieś wcisnąć. Tylko przecież WIADOMO, że tego spotkania nie da się rozegrać jesienią, bo przecież po ostatnim meczu ligowym Jaga gra dwa razy w Lidze Europy plus jeszcze w środku grudnia zaległy mecz z Motorem. Więc z GKS musieliby zagrać tuż przed świętami, a przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie przedłuży rundy GieKSie o dwa tygodnie z powodu zaległego meczu. Niech więc trener Adrian nie robi ludziom wody z mózgu. Poza tym trener powiedział, że ze względu na stan boiska, była to jedyna i słuszna decyzja i trudno nie było odnieść wrażenia, że z powodu napiętego terminarza właśnie TERAZ, dłuższy oddech dla Jagiellonii to najlepsze, co może ich spotkać…

A Rafał Górak? Bardzo dyplomatycznie mówił, że rozumie decyzję sędziów, ale chyba trzy razy podczas wywiadu dał do zrozumienia, jakie miał zdanie… Panowie za zamkniętymi drzwiami rozmawiali, każdy dał swoje argumenty. Trener zwrócił uwagę, że ze względu na szczelnie wypełniony sektor gości mogło to wyglądać inaczej. Że białe linie widać i przy dobrej woli organizatora, boisko można byłoby doprowadzić do stanu używalności. Że taki wyjazd bez meczu to dodatkowe koszty dla klubu. Jakbym więc miał typować, to pewnie wyglądało to tak „ej Rafał, wiesz, jak jest, jaką mamy sytuację, wiem, że nie jest to wam na rękę, ale zgódź się na przełożenie meczu, odwdzięczymy się dobrym winkiem”… Być może więc ze względu na solidarność kolegów po fachu i gentelmen’s agreement, szkoleniowiec, mimo że wolałby zagrać – nie oponował.

No i właśnie. To jest pytanie – czy komuś zależało, żeby wykorzystać opady i meczu nie rozegrać? Powiem wprost – reakcja organizatora meczu na tę „zimę” jest mocno zastanawiająca i nie wiem, czy Jagiellonia nie powinna z tego tytułu ponieść konsekwencji. Powtórzę – klub nie zrobił absolutnie nic, żeby ten mecz rozegrać. Począwszy od prognoz – przecież atak zimy w Polsce był już wczoraj, więc nie można było nie zakładać, że podobna sytuacja powtórzy się w Białymstoku. A jeśli tak, to przygotowuje się zastępy ludzi – choćby na wszelki wypadek – do tego, żeby boisko odśnieżyć. Pamiętacie, co było w zeszłym sezonie w meczu Radomiaka z Zagłębiem? Momentalnie, w ciągu kilku minut płyta po nawałnicy zrobiła się biała. Tam też było ryzyko przerwania i odwołania meczu. Ale ludzie robili, co w swojej mocy, odśnieżali, jak tylko się da i spotkanie zostało dokończone. Wczoraj w Rzeszowie kompletnie zasypany stadion został odśnieżony i mecz również się odbył. A w Białymstoku? Nie było chętnych czy nie miało ich być? Mogli nawet tych żołnierzy wziąć, co to zawsze są na trybunach. Cokolwiek. A tutaj kilku ludzi z łopatą zaczęło nieskładnie machać, ale chyba ktoś im powiedział, że to bez sensu – no i przestali.

Nie będę wnikał, czy na takim boisku można grać czy nie. Jak bardzo wpływa to na zdrowie zawodników. Wiem, że w przeszłości takie mecze się odbywały i nikt nie płakał i nie zasłaniał się ani zdrowiem, ani terminarzem. GieKSa taki mecz rozgrywała z Arką Gdynia – pamiętny z niewykorzystanym karnym Adamczyka – i jakoś się dało. Nie jest to może najbardziej estetyczne widowisko, ale mecz jest rozegrany i jest z głowy.

Natomiast tu nie chodzi o to, czy na zaśnieżonym boisku można grać. Chodzi o to, że nikt nie zajął się odśnieżaniem. Dlatego cała ta sytuacja ostatecznie wydaje mi się po prostu skandaliczna. Dosłownie godzinkę śnieg poprószył – bez jakiejś większej nawałnicy – i odwołujemy mecz.

I tak – piłkarze pojechali sobie na drugi koniec polski, by pobiegać na murawie stadionu Jagiellonii. Klub zapłacił za hotel, wyżywienie, przejazd. Teraz będzie to musiał zrobić drugi raz – najpewniej na wiosnę. Kibice zrywali się o drugiej w nocy, niektórzy pewnie nawet nie poszli spać, by stawić się na zbiórkę w ciemnych Katowicach. Jechali w tak wielkiej liczbie przez cały kraj – też przecież zapłacili za bilety i przejazd. I dostali w bambuko, bo paru osobom nie chciało się wyjść i doprowadzić boisko do jako takiego stanu.

Uważam, że PZPN czy Ekstraklasa, czy kto tam zarządza tym całym grajdołkiem, nie powinien przyzwalać na taką fuszerkę. To jest kupa kasy i czas wielu ludzi, którzy zdecydowali się do Białegostoku przyjechać. To po prostu jest nie fair.

Nieraz bywały jakieś sytuacje czy to z pogodą, czy wybrykami kibiców i kapitanowie lub trenerzy obu drużyn zgodnie mówili – gramy/nie gramy. Była ta wyraźna jednogłośność. A czasem spór. Grano nawet po zapaści Christiana Eriksena – choć tam akurat uważam, że ta decyzja była fatalna (choć z drugiej strony to Euro, więc logistyka dużo trudniejsza). Tutaj zabrakło determinacji, żeby mecz rozegrać. Rozumiem trenera Góraka, że podszedł dyplomatycznie do sprawy. Ja tego protokołu dyplomatycznego trzymać nie muszę i wysuwam hipotezę, że komuś na rękę był ten niezbyt wielki opad śniegu.

Dotychczas wielokrotnie pisałem i mówiłem, że cenię Jagiellonię i Adriana Siemieńca za to, jak łączą ligę i puchary. Byłem pod wrażeniem, że rok temu Jaga nie przełożyła spotkania z GKS na jesień, gdy sama była pomiędzy meczami z Ajaxem – trener gospodarzy dzisiejszego niedoszłego pojedynku mówił, że poważna drużyna musi umieć grać co trzy dni. Tym razem jednak w obliczu meczu z KuPS i końcówki ligi, takie zdanie przestało już zobowiązywać.

Nam nie pozostaje nic innego, jak przygotować się do sobotniego spotkania z Pogonią. Oby piłkarze GKS również wykorzystali fakt, że nie będą mieli Jagi w nogach i jak najlepiej mentalnie i fizycznie przygotowali się do spotkania z Portowcami. A z Jagiellonią i tak się już niedługo zmierzymy, bo za jedenaście dni w Pucharze Polski.

Kups!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Mecz z Jagiellonią odwołany!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

W związku z atakiem zimy w Białymstoku i niezdatnymi według sędziego warunkami do gry mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice został odwołany.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga