Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: napędziliście nam trochę stracha
O ile przed sezonem bralibyśmy w ciemno scenariusz, że na 5 kolejek przed końcem GKS Katowice pewny utrzymania nie walczy już o nic, to że w podobnej sytuacji będzie Legia, nie zakładali chyba nawet najwięksi stołeczni pesymiści. Sezon ligowy nie wyszedł wojskowym na miarę oczekiwań i o mistrzostwo biją się dziś inni. Czy można przejść nad tym do porządku dziennego? Kto będzie grał na Narodowym z nożem na gardle? I czy łatwo skupić się na lidze, gdy na horyzoncie widać już finał Pucharu Polski? O nastrojach przy Łazienkowskiej opowiedział nam Kamil Dumała z redakcji serwisu Legioniści.com
Już jakiś czas temu Legia wypisała się z wyścigu o czołowe lokaty w Ekstraklasie. Sezon bez mistrzostwa to sezon stracony?
Tak. Według mnie taki sezon można spisać na straty, bo już za długo czekamy na mistrzostwo. Piąte miejsce, które obecnie zajmujemy, nie satysfakcjonuje żadnego z kibiców, a mam nadzieję, że nie satysfakcjonuje też nikogo w klubie.
Gorycz niespełnionych oczekiwań w lidze łagodzi finał Pucharu Polski i dobre występy w Europie?
Według mnie nie, bo mistrzostwo było dla nas najważniejsze. Mamy potencjał, by w każdym sezonie o nie walczyć i stać nas na zdecydowanie więcej niż piąte miejsce. Wszyscy myślimy już o finale Pucharu Polski, którego przecież wcale nie musimy wygrać, więc występy w europejskich pucharach w przyszłym sezonie stoją pod dużym znakiem zapytania. Mimo że jesteśmy mocno zmobilizowani na ten mecz, to Pogoń nie położy się przecież przed nami i również będzie chciała wygrać, szczególnie mając w pamięci to, co wydarzyło się rok temu na Narodowym.
Na kim ciąży większa presja przed finałem?
Pogoń wciąż zachowuje szanse na ligowe podium, które daje kwalifikację do Ligi Konferencji, a w naszym przypadku te szanse są jedynie matematyczne. Dlatego wydaje się, że zwycięstwo w Pucharze Polski jest ważniejsze dla Legii. Podkreśla się naszą postawę w Lidze Konferencji, ale to dobre wrażenie zostanie zatarte, jeśli w kolejnym sezonie nie zakwalifikujemy się do europejskich rozgrywek. Co więcej, przychody z gry w Europie i transferów są ważną częścią budżetu, a skauci nie będą tak często przyjeżdżać na rozgrywki PKO Ekstraklasy jak na Ligę Konferencji. Z drugiej strony Pogoń chce odzyskać twarz po zeszłorocznej porażce z Wisłą, ale mimo to nóż na gardle ma jednak Legia.
Powodów do radości w tym sezonie dostarczyły wam za to występy wojskowych w Lidze Konferencji.
Europejską przygodę Legii w tym sezonie można całościowo zapisać na plus. Pokazaliśmy się z bardzo dobrej strony w fazie ligowej i przeszliśmy do następnej rundy bez konieczności rozgrywania play-offów. Wielu kibiców bardziej czekało na czwartkowe mecze w Lidze Konferencji niż na ligę, bo można było wtedy dostrzec więcej mobilizacji i chęci w drużynie. Największym sukcesem jest na pewno pokonanie Chelsea w Londynie – nikt z Polski nie dokonał tego wcześniej. Co więcej, żaden polski zespół nie wygrał dotąd na wyjeździe z drużyną z Anglii. Owszem, losy awansu były praktycznie rozstrzygnięte po pierwszym meczu, dopisało nam też trochę szczęście, ale nie zgodzę się, że Chelsea wystawiła na rewanż rezerwowy skład. Do historii przejdzie sam wynik i za kilka lat tylko o tym będzie się pamiętać.
Sukcesy w Europie będą parasolem ochronnym dla Gonçalo Feio?
Osobiście nie jestem fanem trenera Feio, co nie jest zbyt popularną opinią w Warszawie. Spodziewam się, że dobre występy w europejskich pucharach nie wystarczą, aby trener utrzymał posadę. Wiążące decyzje będą zapadać dopiero po finale Pucharu Polski, który jest kluczowy dla naszej przyszłości. To, że Gonçalo Feio jeszcze pracuje w Legii, zawdzięcza przede wszystkim temu, że mamy szansę na zdobycie tego trofeum i zakwalifikowanie się do europejskich rozgrywek tą ścieżką.
Opieranie strategicznych dla klubu decyzji o rezultat jednego meczu, nawet jeśli jest to finał Pucharu, nie wygląda zbyt poważnie.
Niestety, w takiej dziś jesteśmy sytuacji. Zawaliliśmy sezon w Ekstraklasie i musimy się ratować przez Puchar Polski. Dla klubu ważna jest ciągłość gry w europejskich pucharach, bo to pozwoli spiąć budżet. Mamy na swoim koncie wiele nieudanych inwestycji w poprzednich okienkach transferowych, dlatego przychody z gry w Europie są niezbędne do podniesienia poziomu sportowego drużyny w kolejnym sezonie.
Jesienią wraz z Marcinem Szymczykiem z Legia.net zastanawialiśmy się nad głębią waszego składu, czy wystarczy ona do walki na trzech frontach. Dziś wiemy, że nie wystarczyła. Dlaczego?
Składa się na to kilka kwestii. Po pierwsze jakość poszczególnych piłkarzy nie jest zadowalająca. W mojej opinii w kadrze są zawodnicy, którzy nigdy nie powinni zakładać koszulki z eLką na piersi. Tymczasem, mimo że nie prezentują poziomu na miarę Legii, to grają nawet w podstawowym składzie. Z drugiej strony skoro ci sami zawodnicy potrafili grać w Lidze Konferencji na odpowiednim poziomie, pokonać Chelsea i Betis, to trudno uwierzyć, że nie są w stanie wygrać z Puszczą, Piastem czy Motorem, z całym szacunkiem do tych drużyn. Problem z mobilizacją w lidze to kamyczek do ogródka zarówno trenera, jak i samych zawodników. Mówił o tym otwarcie w jednym z wywiadów Maximillian Oyedele, że większa koncentracja jest na europejskie puchary niż na ligę.
Nie pomagają również kontuzje kluczowych zawodników.
Największą stratą jest obecnie brak Pawła Wszołka, bo nie ma odpowiedniego zastępstwa na pozycji prawego obrońcy. Słyszałem jednak, że Wszołek jest już bliski powrotu do gry, więc może w Katowicach dostanie chociaż kilka minut. Drugim poważnym osłabieniem jest kontuzja Marca Guala. Mimo iż nie jestem jego fanem, bo częściej irytuje mnie swoją grą niż zachwyca, to jest naszym najskuteczniejszym napastnikiem i wykręcił przyzwoite liczby, zbliżone do powszechnie chwalonego Pululu z Jagiellonii. Podobnie jak Wszołek, Gual wraca już do treningów, natomiast w tym sezonie nie zagra już raczej Bartosz Kapustka. Kolejnym kontuzjowanym zawodnikiem jest Juergen Elitim, który przeszedł operację złamanej ręki. Mam nadzieję, że szybko wróci do gry, bo jest ważnym ogniwem drugiej linii naszego zespołu.
Przyczyn słabszych występów Legii upatruje się głównie w postawie bramkarzy i napastników. Która z tych formacji jest w tej chwili waszym największym problemem?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo sprowadzanie kiepskiej formy całego zespołu do postawy bramkarzy i napastników jest pewnym spłyceniem tematu. Wspomniałem już o dobrych statystykach Guala, natomiast pod jego nieobecność odpowiedzialność za strzelanie goli spada na Ilję Szkurina, który jeszcze nie do końca zadomowił się w Warszawie. Nie skreślałbym go jednak zbyt szybko, bo moim zdaniem musi się odblokować, aby forma poszła w górę. Temat bramkarzy jest na pewno trudniejszy. Uważam, że w rundzie jesiennej Kacper Tobiasz nie popełniał na tyle poważnych błędów, które przekreślałyby go jako pierwszego bramkarza. Zimą do drużyny dołączył Kovačević, który swojej przygody z Legią nie zapisze do udanych – sporo punktów straciliśmy po jego błędach. Moim zdaniem niepotrzebnie zrezygnowano z koncepcji posiadania w kadrze jednego bardziej i drugiego mniej doświadczonego bramkarza. Postawiono na golkiperów młodego pokolenia, co nie wyszło nam na dobre. Mam nadzieję, że w letnim okienku zostanie to naprawione.
Kto jest liderem Legii?
Trudno dziś wskazać jednego takiego zawodnika. Wcześniej wydawało mi się, że są nimi Wszołek, Elitim i Kapustka, ale żadniego z nich nie ma teraz w kadrze z powodu kontuzji. Pod względem ambicji podoba mi się postawa Janka Ziółkowskiego, ale jest on jeszcze zbyt młody, aby brać na siebie odpowiedzialność za cały zespół. W tym momencie nie widzę takiego gracza, o którym możnaby powiedzieć, że jest liderem Legii.
Sporo mówi się o Maxim Oyedele, który ma za sobą debiut w drużynie narodowej. Można na nim opierać grę Legii, a wkrótce też reprezentacji?
Uważam, że ani jemu, ani Kozubalowi z Lecha jesienne powołania do kadry nie wyszły na dobre, bo po powrocie ze zgrupowania obaj znacznie obniżyli loty. Na tym etapie sezonu Maxi łapie w końcu odpowiedni rytm, gra znacznie więcej niż na początku rundy, a w dwumeczu z Chelsea był moim zdaniem naszym najlepszym zawodnikiem. Jego forma wyraźnie rośnie, ale pojawia się pytanie, czy Oyedele nadal będzie się rozwijał w Warszawie. Jego nazwisko z pewnością znalazło się w notesach europejskich skautów i jeśli nie zakwalifikujemy się do europejskich pucharów, to być może konieczny będzie transfer Oyedele.
Przygodę ze zgrupowaniem kadry zaliczył również Mateusz Kowalczyk z GKS-u. Napisałeś niedawno, że widziałbyś go w Legii. Czym zrobił na tobie aż tak dobre wrażenie?
W tym sezonie kibicuję GKS-owi, bo razem z Motorem bardzo dobrze prezentują się w lidze jako beniaminkowie. Obserwuję waszą grę i widać, że Mateusz Kowalczyk ma duży talent i dobrze odnajduje się w Ekstraklasie. Jest zawodnikiem pochodzącym z Mazowsza i jeszcze zanim trafił do Brøndby, był łączony z naszym klubem. Uważam, że mógłby dać Legii więcej niż niejeden ze starszych zawodników obecnej kadry. Dysponuje niezłą techniką i dobrze radzi sobie w odbiorze, co potwierdził we Wrocławiu, gdzie miał kluczowy udział przy pierwszym golu. Jeśli nadal będzie się tak rozwijał, to jego kariera może nabrać rozpędu. Jest moim nieoczywistym typem na wzmocnienie Legii i jestem ciekaw, na ile jest możliwy do wyciągnięcia z Brøndby.
Przed jesiennym meczem nasze drużyny dzieliły trzy punkty, a dziś niewiele więcej, bo zaledwie pięć. Na tym etapie sezonu to spora niespodzianka. Stoi za tym słabość Legii czy siła GKS-u?
Jedno i drugie. Wasza pozycja w tabeli nie jest dziełem przypadku. Macie na koncie zasłużone zwycięstwa z Jagiellonią, Pogonią i Rakowem Częstochowa – nam się to w tym sezonie nie udało. Udowadniacie, że trzeba się z wami liczyć w Ekstraklasie. Mam nadzieję, że nadal będziecie się tak rozwijać, bo cała liga zyskuje dzięki takiej postawie beniaminków. GKS traci do Legii tylko pięć punktów i mam nadzieję, że ta przewaga nie stopnieje po sobotnim meczu. Natomiast my bez dwóch zdań jesteśmy w tym sezonie słabi jeśli chodzi o Ekstraklasę – punktujemy słabo, szczególnie z pierwszą czwórką.
W rywalizacji z czołówką zdobyliście zaledwie dwa punkty. Taki bilans nie przystoi ekipie myślącej o mistrzostwie.
Zdecydowanie nie przystoi, natomiast jeszcze bardziej nie przystoi tracić punktów z zespołami o potencjale mniejszym niż nasz. W tym sezonie było zdecydowanie za dużo takich wpadek. Być może podpadnę teraz kibicom Legii, ale uważam, że jakościowo nasza kadra jest słabsza od Lecha, Jagiellonii czy Rakowa. Można było powalczyć z czołówką o lepsze wyniki, jednak zawsze czegoś brakowało. Szczególnie bolesna była porażka w Poznaniu, bo zwłaszcza w drugiej połowie zostaliśmy surowo skarceni za popełniane błędy.
Udało się z kolei wygrać z Jagiellonią w rozgrywkach pucharowych, jednak to zwycięstwo odbiło się szerokim echem z powodów pozasportowych. Jak ocenisz poziom sędziowania w tym meczu?
Z pewnością nie będę obiektywny, natomiast mogę przyznać, że miałem kłopot z oceną sytuacji z ręką Szkurina w polu karnym. Sędziowie podjęli jednak decyzję, że karny Jagiellonii się nie należał. Z kolei w starciu pomiędzy Wszołkiem a Pietuszewskim bardziej skłaniam się do oceny, że to Pietuszewski wbiegł w nogi Wszołka. Kontrowersje były spore, natomiast zwracałem uwagę po tym meczu, że do mediów przebija się wyłącznie narracja o błędach sędziów na korzyść Legii. Gdy jednak sytuacja jest odwrotna, jak choćby z Jagiellonią w lidze, gdy w ostatniej minucie Kacper Chodyna był faulowany w polu karnym, nie było o tym aż tak głośno. Chciałbym, aby sędziowanie było po prostu sprawiedliwe, a sędziowie poczuwali się do odpowiedzialności za swoje decyzje. Tymczasem w zasadzie nie ponoszą dziś żadnej odpowiedzialności za błędy.
W kwietniu macie abonament na mecze na Śląsku: w Pucharze z Ruchem, a w lidze z Górnikiem i GieKSą. Który rywal najbardziej „grzeje”?
Pod względem sportowym najłatwiejsza przeprawa była w pojedynku z Ruchem. Spodziewałem się za to ciężkiego meczu w Zabrzu i tak też było. Podobnie będzie w Katowicach – nie ma co liczyć na spacerek przy Nowej Bukowej. Gdybym miał wybrać najciekawszy pojedynek, to ze względu na najnowszą historię najbardziej elektryzują mecze z Górnikiem. Rywalizacja zawsze była zacięta, wyniki rozkładały się pół na pół na korzyść jednych i drugich. Ponadto doskonale pamiętamy trenera Urbana z pracy przy Łazienkowskiej, więc zawsze jest to dodatkowy smaczek.
Pojawiają się ostatnio plotki o możliwym powrocie Urbana na Łazienkowską.
Myślę, że w tej plotce jest ziarnko prawdy, ale moim zdaniem Jan Urban nie zostanie trenerem Legii. Doceniam jego pracę, bo umiejętnie wprowadza do swoich drużyn młodych zawodników. W Legii dzięki niemu kilku piłkarzy trafiło do zagranicznych klubów. Podobnie było w Górniku, gdzie coraz większą rolę odgrywają Szala czy Sarapata.
Jesienią na Łazienkowskiej zadrżało serce warszawskich kibiców, gdy Adam Zreľák otwierał wynik spotkania?
Zdecydowanie. Byliśmy wtedy w trochę innym miejscu niż dziś, bo obecnie wielu kibiców ze zrezygnowaniem machnęłoby ręką na kolejną stratę bramki czy punktów. Wtedy wciąż mieliśmy nadzieję na dogonienie ligowej czołówki i bramka Zreľáka rozzłościła kibiców. Z tego co pamiętam, pojawiły się nawet pierwsze gwizdy. Na szczęście udało się szybko wyrównać i przejąć inicjatywę. Warto jednak pamiętać, że do straconej bramki to GKS był stroną dominującą i tworzył więcej okazji, przeważnie po naszych błędach. Napędziliście nam trochę stracha.
Nie udało się jednak skutecznie stawić wam oporu.
Moim zdaniem zabrakło wam trochę doświadczenia. Dzisiaj ten mecz potoczyłby się zapewne inaczej. W drugiej połowie Legia mocno naciskała na GKS, ale mecz zamknęła dopiero nieszczęśliwa interwencja mojego serdecznego kolegi z czasów pracy w Zniczu Pruszków – Arkadiusza Jędrycha, który skierował piłkę do własnej siatki. Gwoździem do trumny był natomiast piękny strzał Augustyniaka, który po rykoszecie wpadł do bramki. Mieliście więc też trochę pecha. W sobotę będziemy świadkami zupełnie innego meczu.
Trudno będzie o mobilizację piłkarzy Legii w sobotę, gdy na horyzoncie widać już finał Pucharu Polski?
Ze względu na ostatnie rozstrzygnięcia w Ekstraklasie Legia będzie już raczej myślami na Narodowym. Podobnie było w poprzednich meczach: w pierwszych połowach z Górnikiem i Lechią zagraliśmy tragicznie, a z Jagiellonią najwyżej średnio, więc jeśli podobnie będzie w Katowicach, to GKS będzie miał ułatwione zadanie. Jeśli w przeciwieństwie do Górnika wykorzystacie swoje sytuacje, to Legia będzie miała kłopoty.
Na marginesie rozgrywek ligowych trwa walka rezerw Legii o awans do 2. ligi. Waszym głównym rywalem jest dobrze nam znana Unia Skierniewice.
Awans rezerw do 2. ligi jest priorytetem, by móc ogrywać młodszych zawodników na poziomie centralnym. Szansa jest duża, ale trzeba wygrać rywalizację z Unią. Obserwuję ten klub od dłuższego czasu i podoba mi się, jak jest prowadzony. Mają nowoczesne zaplecze treningowe, pokazali się z dobrej strony w Pucharze Polski, zajmują pierwsze miejsce w lidze i niestety dla Legii to oni są faworytem do awansu. Przed nami jeszcze bezpośredni mecz, a strata punktowa nie jest duża, więc będzie się jeszcze działo w mazowieckiej 3. lidze.
Jaki wynik typujesz w naszym pojedynku?
Jeśli Legia się spręży, to wygra dwa lub trzy do jednego. Jeśli natomiast piłkarze będą już myslami przy finale Pucharu, to typuję remis ze wskazaniem na GKS lub minimalną porażkę Legii. Waszym dużym osłabieniem będzie brak Sebastiana Bergiera, który jest silnym napiastnikiem, a nasi obrońcy mają problemy z tego typu przeciwnikami. Z drugiej strony coś do udowodnienia może mieć Filip Szymczak, który jako wychowanek Lecha będzie chciał zagrać na nosie warszawskim kibicom.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Najnowsze komentarze